* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 5 lipca 2015

Lars Klinting: Kastor uprawia fasolkę

Media Rodzina, Poznań 2015.

Roślina

Dzieciom zwykle uprawianie fasolki kojarzy się z pierwszym szkolnym i odpowiedzialnym zadaniem rozłożonym w czasie. Kastor – uroczy bóbr – do szkoły nie chodzi. Chciałby jednak upiększyć jakoś okno po tym, jak usechł mu jedyny kwiatek. Wpada więc na pomysł, żeby posadzić w ziemi fasolkę. Pomaga mu w tym mały Maciuś. Dwaj bohaterowie bardzo poważnie podchodzą do zadania, ale efekty są tego warte.

Lars Klinting tworzy sympatyczną historyjkę obrazkową z dokładnymi (czasem wręcz aż za dokładnymi) wskazówkami do wykorzystania również przez małych odbiorców. Bobry najpierw moczą ziarna fasolki w wodzie, a gdy zabierają się do sadzenia, używają specjalnego patyczka, żeby wgłębienia w ziemi były równe (i odpowiadały konkretnym wymiarom). Oczywiście takie celebrowanie sadzenia nie jest potrzebne – ale pozwala skupić uwagę dzieci i przekonać je do niezwykłego eksperymentu: odmierzanie głębokości dołków jest bardziej pasjonujące niż położenie ziarenek w doniczce. Kastor i Maciuś zresztą osiągają spektakularne efekty: ich fasolki rosną i wypuszczają strąki, które można zjeść… lub wykorzystać do uprawy fasolek w przyszłości. Nic poza tym w bajce się nie dzieje, ale już sama perspektywa możliwości powtórzenia akcji w warunkach domowych staje się kusząca. Przecież nie wiadomo, czy doświadczenie się powiedzie, skoro z jednej fasolki nic nie wyrosło.

O tak prostej czynności dało się napisać (i narysować) bardzo ładną, ciepłą i serdeczną bajkę. Dzieci będą śledzić ją z przyjemnością, a i z zainteresowaniem, bo przecież każdemu zależy na sukcesie Kastora. Ponadto sam proces uprawiania roślin jest dla nich jeszcze atrakcją i nowością – a skoro każdy może sobie na niego pozwolić (wystarczy kilka fasolek z tych przyniesionych na obiad) – to podpowiedź na znakomitą zabawę.

„Kastor uprawia fasolkę” to książeczka bardzo malownicza. Składa się – jak wiele tradycyjnych picture booków – z pięknej ilustracji i prostego, krótkiego komentarza pod nią. W tekście autor często stosuje wykrzyknienia (lub oznaki przejęcia i radości bohaterów). Przede wszystkim stara się jednak, by było co oglądać. Zaprasza odbiorców do domku bobrów i do altanki wuja-ogrodnika, stosuje żarty obrazkowe i rysunkowe wyliczenia. Cieszy maluchy kolejnymi pomysłami: z Kastorem i Maciusiem przyjemnie spędza się czas. Bohaterowie wcale nie są autorytetami w dziedzinie ogrodnictwa, ale korzystają z rad mądrzejszych i nowo nabytą wiedzę przekazują dalej. „Kastor uprawia fasolkę” to zatem książeczka rozrywkowa i edukacyjna w jednym. Autor nie skupia się na zwykłych tematach z publikacji edukacyjnych dla najmłodszych – sięga po motyw, który może zamienić się w hobby, ale który nie jest niezbędny dzieciom. To nadaje informacjom walor zabawy. Do tego przemili bohaterowie nie pozostaną najmłodszym obojętni. Klinting stawia na tomik w starym stylu (oryginalna wersja liczy sobie wprawdzie prawie dwie dekady), ale i tak nawiązuje do tradycji w literaturze czwartej.

Z Kastorem nie można się nudzić, to zresztą zaledwie jedna z jego przygód. Ta seria przypomina trochę pouczającą i mądrą kreskówkę, a trochę jest spotkaniem z bohaterami, którzy mają coś ciekawego do przekazania. „Kastor uprawia fasolkę” to opowieść spisana z uśmiechem i entuzjazmem – po takiej lekturze każdy maluch zapragnie iść w ślady rezolutnego bohatera i przygotować własną doniczkę z nasionami. To przecież zadanie, które może nauczyć systematyczności i konsekwencji, cierpliwości i odpowiedzialności. A radość z efektów będzie z pewnością ogromna.

sobota, 4 lipca 2015

Julia Boehme: Zuzia świętuje urodziny

Media Rodzina, Poznań 2015.

Praca mamy

W niemieckiej serii edukacyjnej dla maluchów Zuzia była bohaterką ważną i potrzebną – to ona przeprowadzała małych odbiorców przez tematy trudne i życiowe, wprowadzała ich w zwykłą codzienność i łagodziła lęki. Teraz Zuzia, już trochę starsza, powraca w serii Moja przyjaciółka Zuzia i cieszyć będzie te kilkulatki, które zaczęły samodzielnie czytać. Pierwszy tomik z tego cyklu, „Zuzia świętuje urodziny”, Julia Boehme oparła na wątku przykuwającym uwagę dzieci, ważnym i przyjemnym. Ale łączy go z kilkoma prawdziwymi wyzwaniami.

Mama Zuzi postanawia wrócić do pracy. Kiedyś długo studiowała, żeby spełnić swoje marzenie i zostać pediatrą. Teraz, kiedy Zuzia chodzi do szkoły, a jej brat do przedszkola, mama ma więcej czasu dla siebie i chce robić to, co ją uszczęśliwia. Jednak jej decyzja oznacza spore zmiany: po pierwsze Zuzia czasem będzie musiała nosić klucz do domu, a czasem – zajmować się Jakubem. Po drugie – zbliżają się jej urodziny, a wypadają w ten dzień, kiedy mama pracuje dłużej. Zuzia marzyła o przyjęciu urodzinowym i prezentach, ale teraz pragnie tylko, żeby mama zrezygnowała z pracy i miała dla niej czas. Do tego domowego zmartwienia dochodzą kolejne: Zuzia chciałaby na urodziny zaprosić przyjaciół, ale Ania nie może pojawić się w wyznaczonym czasie. A co to za przyjęcie bez najlepszej przyjaciółki?

Julia Boehme skupia się na uczuciach dzieci, które muszą pogodzić się z zawodowymi decyzjami rodziców. Oswaja odbiorców z nową sytuacją: Zuzia wybiera się na przykład w odwiedziny do pracy mamy i do pracy taty, razem z tatą przygotowuje też mamie tubę z prezentami na pierwszy dzień w pracy. Dziewczynka dowiaduje się, że coś się odtąd zmieni: mama nie zawsze będzie na każde zawołanie. Kilkulatka musi się uporać z zazdrością: nie rozumie, dlaczego inne dzieci mają być dla jej mamy ważniejsze niż ona sama. Na takie postawy nie pomoże rozsądne wyjaśnianie sytuacji. Zuzia musi przeżyć sytuację, dzięki której zrozumie i zaakceptuje wybór mamy. Dopiero wtedy znikną niepotrzebne lęki i zmartwienia. W tle oczywiście trwa bardzo przyjemne odliczanie do dnia urodzin. Zuzia zapisuje na tablicy, ile czasu zostało – a to zawsze poprawia jej nastrój. Im bliżej ważnej daty, tym bardziej Zuzia martwi się brakiem przyjęcia i tortu. Chociaż czasami wykazuje się rozsądkiem, w wielu sprawach pozostaje dzieckiem prawdziwym, z rozmaitymi wadami. Przy okazji uświadamia rodzicom, jak ważne jest zwracanie uwagi na potrzeby pociech: to, co łatwo zbagatelizować, czasami staje się największą przeszkodą we wspólnym porozumieniu.

Opowieść o Zuzi jest tym razem znacznie bardziej rozbudowana niż seria dla najmłodszych. Autorka postawiła jednak na rozdziały krótkie i wyraziste. Już pierwsza historyjka może przyciągnąć maluchy, dotyczy bowiem primaaprilisowych żartów robionych nauczycielom. Dalej jest tylko ciekawiej, a Boehme wie, jak zaangażować małych odbiorców w życiowe doświadczenia Zuzi. Bohaterka zrobiła się starsza, podobnie jak czytelnicy, a to oznacza, że kilkulatki nie będą musiały rezygnować z ulubionych czy kojących lektur, mogą sięgnąć po kontynuację. To jeden z powodów, które przekonają dzieci do książek. Drugim powodem jest sposób ujęcia tematów – autorka pisze atrakcyjnie i tak, żeby trzymać odbiorców w napięciu. Radzi sobie z zagadkami i z niemęczącą objętością rozdziałów. Mądra Mysz to książeczki obrazkowe. W starszej wersji Zuzi pojawiają się rysunki bardziej komiksowe i „poważniejsze”, czarne szkice, która oddalają myśl o dziecinności tomiku. To pierwsza część serii, która zapadnie w pamięć maluchom – Zuzia zatem będzie mogła w dalszym ciągu tłumaczyć odbiorcom codzienne wydarzenia, zmartwienia i lęki. Taka przewodniczka przyda się przecież i starszym dzieciom.

Elementarz współczesny

Egmont, Warszawa 2015.

Czytanie fragmentów

W pewnym momencie na rynku literatury czwartej odblokowało się pojęcie elementarza – i zastąpienie książki Falskiego proponują kolejne wydawnictwa. „Elementarz współczesny” Egmontu stanowi dodatek do rozbudowywanej serii Czytam sobie i próbę przekonania najmłodszych, że opanowanie liter (w lekturze i piśmie) ma sens. Ten tom tworzą autorzy cyklu Czytam sobie (a całość opracowuje Anna Boboryk). Założenia, przeznaczenie i sposoby korzystania z książki zostały bardzo jasno wyłożone – tak, by nauczyciele i rodzice nie mieli wątpliwości, jak posługiwać się publikacją w pracy z najmłodszymi. Trochę dziwić może konsekwencja w stosowaniu tylko poznanych już liter – ma ona jedną wadę (z punktu widzenia dzisiejszych dzieci ze zubożonym zasobem słów): zmusza czasem do wprowadzania rzadko stosowanych synonimów. To z kolei lekko zaburza „praktyczność” czytania – z drugiej strony jednak pozwala poszerzać językowe umiejętności dzieci. Wiele zależy zatem od ich cierpliwości i chęci odkrywania czegoś nowego. Co ciekawe, w początkowych partiach dłuższych tekstów nie ma wyjaśniania tych synonimów na marginesach, maluchy będą więc musiały korzystać z podpowiedzi rodziców.

„Elementarz współczesny” ma być logiczny – i pełnić funkcję perswazyjną przy okazji procesu edukacji. Pokazuje najmłodszym, że czytanie i pisanie bardzo się przydaje. Pozwala poznać rozmaite przygody, rozbudzić wyobraźnię, a i doświadczać nowych uczuć. Kolejne strony wprowadzają do słownika dzieci nowe litery, a w konsekwencji też nowe wyrazy. Najpierw „czytanki” składają się z pojedynczych okrzyków lub prościutkich zdań. Trudno tu mówić o fabułach, chociaż historyjki na podstawie ilustracji – jako dodatek do nauki – można przecież wymyślać. „Elementarz współczesny wprowadza fragmenty z kolejnych poziomów serii Czytam sobie: pojawią się tu więc bajki, które można w całości przeczytać w osobnych tomikach. Czytanki z kilkuzdaniowych zamieniają się w pełnostronicowe, a te – w pełnostronicowe z marginesowymi przypisami (tu uwaga do składu: bez względu na graficzną równowagę, przypisy powinny znajdować się zawsze na tej stronie, na której pojawia się odnoszący do nich wyraz).

Marginesy pełnią tu zresztą ważną funkcję. U góry na belkach zostają zaznaczone już poznane litery (to prosty sposób na kontrolowanie postępów). Górny róg to miejsce na prezentację liter lub dwuznaków w wersji drukowanej i pisanej (chociaż zastanawia, dlaczego najpierw pojawiają się małe litery, a potem wielkie). Potem można znaleźć pojedyncze wyrazy (podzielone czasem, w zależności od stopnia zaawansowania, na głoski lub sylaby) – to materiały do lekturowego treningu.

Do „Elementarza współczesnego” (oczywiście pełnego ilustracji) dołączony został malutki zeszyt, „Piszę sobie”. Ma on liniowane kartki i zaznaczone kierunki pisania liter. Podawane wzory można uzupełniać, ale nie ma tu męczącego i szkolnego przymusu pisania do końca linijki, bo liter zawsze zmieści się tylko kilka – potem można przejść do pisania wyrazów, a stąd już blisko do tworzenia własnych opowieści – a przecież i do tego autorzy pośrednio zachęcają. Osobną częścią „Elementarza” jest zwykły zeszyt z gładkimi kartkami, z graficznie dopasowaną do książki okładką – można go wykorzystać jako notes, miejsce na rysunki lub zachętę do tworzenia. Dla maluchów atrakcyjny będzie i brak linii czy kratek, i grubość. „Elementarz współczesny” to prosta reklama – i logiczne uzupełnienie serii Czytam sobie oraz próba przekonania najmłodszych, że warto zająć się poznawaniem liter i ćwiczeniem czytania.

piątek, 3 lipca 2015

Hanna Lis, Paweł Lis: Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Kulinarna przeszłość

Każdy chwast wyrwany podczas pielenia ogródka można opłukać i wykorzystać jako składnik posiłku, na przykład placków – przekonują Hanna Lis i Paweł Lis w dużym albumowym tomie „Kuchnia Słowian”. Nawiązują w ten sposób trochę do Łukasza Łuczaja, a trochę do Haliny Szymanderskiej – jednak przyświeca im inny cel. Próbują sprawdzić, czym charakteryzowały się posiłki przodków. I to dalekich przodków, na przykład tych ze średniowiecza. W staropolszczyźnie niewiele jest śladów kulinarnych poszukiwań, ale odpowiedzi na kilka pytań da z pewnością archeologia. Autorzy niestrudzenie śledzą możliwości dawnych gotujących, ale nie poprzestają na teoretyzowaniu: chcą samodzielnie wypróbować prawdopodobne dania, nauczyć się gotować w „starym” stylu i zaproponować odbiorcom alternatywę dla kulinarnych dokonań celebrytów.

Właściwie w tej książce istotne okazują się dwie rzeczy: dostępne naczynia (bez wątpienia wpływające na smak potrawy) oraz dostępne składniki. Czasem nauka przychodzi z pomocą: dzięki archeologicznym wykopaliskom autorzy dowiadują się czegoś o piecach, miejscach do gotowania czy glinianych naczyniach. Analizy laboratoryjne pozwalają poznać przynajmniej część składników. Reszty dopełnia wyobraźnia. I gotowość do eksperymentowania, przefiltrowana przez wiedzę i zdrowy rozsądek. Autorzy zaznaczają, że nie da się odtworzyć idealnie potraw ze średniowiecza – na ich smak miało wpływ wiele czynników. Mogą tylko snuć przypuszczenia, jakie dania miały szansę pojawić się na stołach. Ale nawet jeśli w swoich eksperymentach błądzą, pozwalają odbiorcom na zdrowy powrót do natury. Stawiają na nieprzetworzone składniki, przypominają, jakie zioła wpływają na smak. Uczą tego wszystkiego, co coraz bardziej zapomniane i wręcz niepotrzebne w czasach hipermarketów. Czasami udaje się autorom zaspokoić ciekawość przypadkowo – kiedy znajomy myśliwy ustrzeli dla nich dzika czy kaczkę – innym razem zadowalają się modyfikacjami przepisów. Kiedy to tylko możliwe, próbują korzystać z naczyń wykonywanych na wzór tych „słowiańskich”, ale nie jest to przestrzegane zbyt rygorystycznie. Zdarza się nawet, że autorzy podpowiadają, jak uzyskać satysfakcjonujący efekt w dzisiejszych domowych warunkach. Skoro są świadomi ograniczeń w zakresie wiedzy i doświadczenia, pozwalają sobie na uproszczenia czy odejścia od „tradycji”. Do swoich smakowych badań zapraszają uczestników prowadzonych przez siebie warsztatów. Tu ujawnia się też sens eksperymentów: nie chodzi tylko o to, by ugotować potrawę jak ze średniowiecza, ale jeszcze – czerpać przyjemność z zaspokajania głodu. Bywa, że pomysły proponowane w tej książce wydadzą się bardzo egzotyczne, ale część na pewno warta jest wypróbowania. Bo autorzy poza opisywaniem swojej pracy podają też mnóstwo przepisów na dania niedoceniane, nieznane lub zapomniane. Znajdują własny sposób na nietypową książkę kucharską, pokazując, jak wyżywić się darami natury. Odbiorcy, którzy stawiają na naturalność i nie gustują w wysokoprzetworzonych produktach, znajdą tu zapewne wiele inspiracji.

„Kuchnia Słowian” to również próba zainteresowania czytelników dawną kulturą. Na licznych fotografiach znajdują się między innymi postacie w kolorowych strojach, drewniane miski, łyżki i noże czy gliniane garnki. Aranżacje potraw przygotowane zostały fachowo, jak w zwykłych kulinarnych poradnikach. Niemal zachęcają do wypróbowania przepisów – a na pewno są niezłą reklamą dla eksperymentalnych gospodarstw i działań mających na celu budzenie zainteresowania dawnymi obyczajami. W tym tomie wiele jest ciekawostek, nie tylko kulinarnych, autorzy potrafią opowiadać o swojej pasji zajmująco – tak, że ich publikacja staje się czymś więcej niż poradnikiem kulinarnym. To próba znalezienia osobnej drogi, oryginalnego sposobu na życie. „Kuchnia Słowian” może nie wyjaśnia ze stuprocentową pewnością, co jedli nasi przodkowie, ale daje możliwość przyjrzenia się potencjałowi dawnej kuchni.

czwartek, 2 lipca 2015

Eliza Kennedy: Biorę sobie ciebie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Zobowiązania

W tej książce nic się nie zgadza. Szczęśliwa bohaterka, Lily, ma niedługo wyjść za mąż. Jej narzeczony to chodzący ideał, a ona sama ma świetną pracę (jest prawniczką) i sprawdzone przyjaciółki. Sytuacja jak z finału nierealnej bajki zostaje przekreślona już po pierwszych stronach, bo idealna do bólu bohaterka przedstawia swoje słabości. Uwielbia alkohol i seks z różnymi mężczyznami. W łóżkowych igraszkach chętnie wypróbowuje rozmaite propozycje, lubi uległość, ale sama chętnie podrywa kolejnych partnerów. Jednocześnie czeka na ślub 0 tyle że w tej kwestii nikt nie podziela jej entuzjazmu ani zachwytu.

Will, obiekt westchnień Lily, okazuje się zwyczajnie nudny. W tym małżeństwie to on ma być ofiarą i źródłem niewybrednych żartów. Chociaż jawi się jako ideał, nie pasuje do impulsywnej i mocno rozrywkowej Lily. Dostrzega to cała rodzina – matka przyszłej panny młodej i jej kolejne macochy nie ustają w wysiłkach, by tę oczywistą prawdę prawniczce przekazać. Według nich, doświadczonych przez życie, taki związek nie ma najmniejszych szans powodzenia. A do tego Lily nie umie być szczera ze swoim partnerem.

„Biorę sobie siebie” to historia łamiąca schematy. Dla autorki, Elizy Kennedy, najważniejsze jest jedno: kiedy mężczyzna zdobywa całe zastępy kobiet, staje się obiektem podziwu, a w najgorszym razie zyskuje etykietkę donżuana. Kiedy kobieta inicjuje seks z licznymi partnerami, uznawana zostaje za dziwkę i nie odzyska już reputacji. Kennedy próbuje więc zawalczyć o prawa kobiet w tej kwestii. Nie dość, że każe Lily sypiać z każdym, kto odpowie na jej flirt, to jeszcze nakłania ją do wygłaszania długich tyrad na temat równouprawnienia w seksie. „Biorę sobie ciebie” to powieść-manifest. Lily usiłuje przełamywać konserwatywne poglądy rodziny (a przecież jej familia składa się z kolejnych żon ojca, teraz zaprzyjaźnionych ze sobą) i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w tradycyjnym małżeństwie z odpowiednim kandydatem będzie tak naprawdę szczęśliwa. Kolejne argumenty chwieją jej pewnością siebie, a wymarzona sytuacja ma coraz więcej wad. Tyle że Lily nie zamierza rezygnować ze swoich życiowych przyjemności. Nie znosi ograniczeń, a poza tym ma do wypełnienia ważną misję: próbuje przekonać kobiety, by realizowały własne pragnienia i nie dały się zamknąć w stereotypowych rolach.

„Biorę sobie ciebie” to powieść, w której narracja musi rozwijać się szybko, jak na lekturę rozrywkową przystało. W związku z tym autorka stawia przede wszystkim na akcję oraz na dialogi. O większości spraw czytelniczki dowiedzą się z rozmów między bohaterami, w burzliwe dyskusje Kennedy wplata też rozważania na temat roli kobiety w seksie. „Biorę sobie ciebie” wykorzystuje zatem chwytliwy motyw łóżkowych zbliżeń – nie po to, by dostarczyć czytelniczkom rozrywki, a po to, żeby przemycić niezgodę na obyczajowość i nierówne traktowanie. Spora część tej powieści służy wylewaniu żalu i podkreślaniu niesprawiedliwości. A to wszystko dlatego może się udać, że autorka szykuje swoim odbiorczyniom niespodziewany finał. Konwencję baśni (i przy okazji – komedii romantycznej) przekształca tak, że czytelniczki zadziwi prostotą zastosowanego rozwiązania. To ciekawy twórczo chwyt, który sprawia, że „Biorę sobie ciebie” nie brzmi tendencyjnie, za to wskazuje niewyeksploatowany jeszcze w literaturze rozrywkowej motyw. To powieść, która nie wpisuje się w schematy fabularne. Momentami wydaje się niepotrzebnie zamieniać w zbiór oczywistych argumentów, ale przecież autorka takie rozwiązania wybiera, żeby móc walczyć.

środa, 1 lipca 2015

Michael Gerard Bauer: Alek Topa. Ale wtopa!

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Ksywki

Alek Topa to bohater, który dołącza do grona powieściowo-komiksowych pechowców. W szkolnej codzienności zalicza kolejne wpadki i uczy się, jak przetrwać wśród klasowych prześmiewców. Bierze na siebie rolę ofiary, chociaż wydaje się całkiem sympatyczny w swojej determinacji i dążeniu do naprawienia błędów. Oczywiście jedna pomyłka pociąga za sobą następne, bo Alek Topa musi śmieszyć. Temu podporządkowany został cały tomik „Alek Topa. Ale wtopa!” – pierwszy z zapowiadanej serii. Jego kreskówkowy charakter spodoba się dzieciom, a niewyszukane (to jest niewymagające zastanowienia) dowcipy zachęcą najmłodszych do ćwiczenia czytania.

Michael Gerard Bauer koncentruje się na sytuacji w grupie szkolnych kolegów. Alek Topa świetnie zdaje sobie sprawę z siły przezwisk – wie, że gdy do kogoś przylgnie jakaś ksywka, nie ma szans na jej odrzucenie. A przezwiska bywają dla ich adresatów poniżające. Kiedy więc Alek zapracowuje – niechcący, rzecz jasna – na etykietkę „Ale Wtopa!”, chce zrobić wszystko, żeby koledzy o tym zapomnieli. Układa starannie kolejne plany działania, by odzyskać kontrolę nad sytuacją. Wiadomo więc, że złośliwy los zechce pokrzyżować te plany i uniemożliwić Alkowi pozbycie się przezwiska. Pierwszy tom serii składa się z szeregu katastrof potwierdzających słuszność przezwiska. Przygody Alka rozgrywają się w tekście oraz w wymownych komiksowych ilustracjach – Joe Bauer kieruje się modą na łączenie gatunków w młodzieżowych publikacjach i wie, że ogromem ilustracji przyciągnie dzieci do czytania. Taka książka w końcu nie kojarzy się z ciężką pracą – czytaniem – a zapowiada zabawę. Do tego Michael Gerard Bauer wprowadza też motyw komiksu w komiksie: Alek chętnie wymyśla przygody superbohatera, który potrafi wyjść cało z każdych opresji. W świat wyobraźni ucieka dla relaksu i rozrywki, ale takie zachowanie staje się też źródłem następnych wpadek.

Bauer stawia w tej książce na dowcip sytuacyjny i rubaszne żarty. Dzieciom zaimponuje niskim humorem: dziurawe i nieprane od miesiąca majtki superbohatera to jego tajna broń, wdepnięcie w psią kupę wyzwala szereg nowych ksywek, a wpadka ze spodenkami od piżamy zamiast kąpielówek to niemal obowiązkowy przepis na szkolną kompromitację. Alek Topa przez cały czas obraca się wokół tego typu akcji. Elementem fabuły delikatnie nawiązującym do edukowania dzieci jest z kolei motyw wielokulturowości: w klasie są dzieci o różnych kolorach skóry, a do uczniów ma dołączyć nieśmiała i smutna dziewczynka z Syrii.

Maciejka Mazan, która przełożyła tę historię, dość dobrze radzi sobie ze szkolnym slangiem. Zaczynając od tytułu, w którym gra słów wydaje się obowiązkowa, przechodzi zgrabnie do imitowania wypowiedzi postaci. Wczuwa się w emocjonalny tekst – zresztą „Alek Topa” to lektura bardzo w stylu pop. Wielokrotnie akcenty zdaniowe i emocje bohatera przejawiają się w powiększanej i pogrubionej czcionce. Dla dorosłych byłoby to jak literacka czkawka, dzieciom się przydaje – bo szatkuje tekst na jeszcze mniejsze porcje i odsuwa monotonię rzędów liter. Książkę, która wygląda jak zabawna – i która dostarcza rozmaitych bodźców – dużo łatwiej i chętniej dzieci będą czytać. Zwłaszcza że i humor Alka Topy został do najmłodszych dostosowany. To typowa historyjka rozrywkowa, kolejny rozdział – po Cwaniaczku czy Luzaku, również wydawanych przez Naszą Księgarnię – przy którym zapomina się o lekturowych wysiłkach i pozostaje przy wolnej od obowiązków zabawie oraz czystym śmiechu.

Chorzowski Teatr Ogrodowy 2015 - repertuar

Chorzowski Teatr Ogrodowy
sezon dziewiąty 2015 rok
czyli wśród przyjaciół

PROGRAM

24 lipca o 21:00 inauguracja
Tadeusz Woźniak i Piotr Woźniak
Zegarmistrzowi światła – koncert podwójny

31 lipca o 21:00
Teatr Montownia (Warszawa)
Depresja komika

1 sierpnia o 15:00 Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr Conieco (Białystok) Kolorowe wiersze

od 21:00 III Chorzowska Noc Filmowa
(we współpracy ze Stowarzyszeniem Inicjatywa)
Guzikowcy, Krwawy teatr

7 sierpnia o 21:00 monodram mistrzowski
Jan Peszek (Kraków)
Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego

8 sierpnia o 15:00 Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr Gry i Ludzie (Katowice) Szewczyk Dratewka

14 sierpnia o 21:00
Teatr Nowy (Kraków)
Griga

15 sierpnia o 15:00 – DZIECINADA – a na dobry początek
Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja) Pies Przytulak
oraz warsztaty teatralne i plastyczne a także konkursy i niespodzianki
(we współpracy z Fundacją Edukacyjną KOMBINATORY)

21 sierpnia o 21:00
Stowarzyszenie Teatralne Badów (Badowo Górne)
Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca

22 sierpnia o 15:00 Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Prym ART (Ruda Śląska) Fabryka zabawek

28 sierpnia o 20:00
Teatr Ludowy (Kraków)
Miód, albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem

a o 22:00 widowiskowy finał pod Wieżą Prezydent – spektakl plenerowy
Teatr HoM (Tychy) Golem Godula

www.chto.pl