* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 5 marca 2015

Astrid Lindgren, Sara Schwardt: Twoje listy chowam pod materacem. Korespondencja 1971-2002

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Bunt

Takie zbiory korespondencji nieczęsto mogą ujrzeć światło dzienne. „Twoje listy chowam pod materacem” to tom unikatowy – pokazuje bowiem rozwój niezaplanowanej listowej „przyjaźni” między cenioną pisarką i zbuntowaną nastolatką. Dwunastoletnia Sara pisze – pełna wściekłości i żalu – do autorki o tym, że marzy o roli w adaptacji jej powieści. Tak zaczyna się trzydziestoletnia wymiana refleksji i opinii na różne tematy. Pasjonująca lektura – i to z różnych względów.

Sara nie może poradzić sobie z dojrzewaniem i z własnym charakterem. To dziewczynka trudna, zbuntowana i pełna złości (także kierowanej przeciwko sobie). Nie dogaduje się z rodziną, sprawia problemy wychowawcze, źle się uczy i co pewien czas wpada w złe towarzystwo. Nie akceptuje siebie, uważa, że jest brzydka – a w tym przekonaniu utwierdza ją też brak przyjaciół. Samotna i zagubiona nastolatka działa impulsywnie: stąd jej pierwszy list do Astrid Lindgren. Po nim przychodzi czas na żal i skruchę. Pisarka odpowiada, traktując o ponad pół wieku młodszą osobę z sympatią i wyrozumiałością, a nawet z pewnym rodzajem czułości. Cierpliwie pociesza, podnosi na duchu, wyjaśnia źródła problemów, doradza, a czasem nawet prawi morały – nie jak dorosły dziecku, a jak prawdziwa przyjaciółka. Pomaga Sarze przejść przez piekło młodości, martwi się jej kłopotami i domaga się kolejnych wiadomości. Od czasu do czasu wrzuca do listu własne proste doświadczenia – pisze o podróżach z dziećmi czy wnukami lub o chorobie brata. Daje się wciągać w niemal filozoficzne (ale też i mocno konkretne) rozważania o miłości, akceptacji czy szczęściu. Porównuje swoje doświadczenia z odkryciami Sary, a czasami subtelnie wskazuje skłóconej ze światem dziewczynie racje drugiej strony. Nie traci zaufania nieszczęśliwego dziecka i dzięki temu może je przeprowadzić aż do dorosłości.

Pojawiają się tu chronologicznie listy Sary i odpowiedzi Astrid – z rzadka opatrzone przypisami lub komentarzami. Sara Schwardt (wówczas Ljungcrantz) nie przeredagowała materiału, pozostawiła nawet fragmenty, których po latach najbardziej się wstydziła. Przeszła długą drogę od niedocenianego dziecka przez zakompleksioną i źle lokującą uczucia nastolatkę, przeżyła – co bardzo w listach widać – religijne „objawienie”, aż wreszcie została szczęśliwą żoną i matką. Na początku jest w tekstach odważna i szczera do bólu, zawsze też bardzo wrażliwa, co uświadamia jej Astrid Lindgren. Z czasem kontakt staje się coraz rzadszy, a Sara czuje się w obowiązku przedstawiać, jakby przestała wierzyć, że pisarka ją kojarzy. Astrid Lindgren stara się tonować ekscytację Sary, a zwłaszcza redukować jej smutki. Nigdy nie potępia Sary, mimo że nie zawsze pojmuje jej motywacje. Szuka dla dziewczyny pocieszenia, jest dla niej wsparciem. Przywołuje nawet własne wspomnienia, by podnieść na duchu nastolatkę, która – nawet tego nie wiedząc – bardzo takich słów potrzebuje. Ta korespondencja jest niemal wolna od pochwał czy relacji mistrz-uczeń, krnąbrna i nieoczekiwanie znajduje je w wielkiej autorce.

„Twoje listy chowam pod materacem” to również publikacja, która pokazuje, jak Lindgren potrafiła mądrze (i nie z pozycji wszystkowiedzącego dorosłego) dyskutować z dziećmi. Z tej korespondencji daje się wyczytać szacunek dla rozmówcy, chęć wymiany poglądów i przyjemność płynącą ze sztuki epistolarnej. Zapewne gdyby była to publikacja fabularyzowana, zakończenie wyglądałoby inaczej – tak pierwsza część książki okazuje się najlepsza. Młoda Sara, jeszcze wolna od talentów dyplomatycznych i zahamowań, daje odbiorcom pojęcie o tym, z jak wieloma trudnościami muszą się borykać zbuntowani młodzi ludzie i jak ciężkie bywa dorastanie. Astrid Lindgren, już z bagażem doświadczeń, ucieka od pouczeń i wydaje się żyć kłopotami Sary. Obie w listach rezygnują z konwencjonalnych frazesów na rzecz szczerości. Nie ma tu poprawności politycznej ani sztucznych uprzejmości. Wszystko staje się szczere i zwielokrotnione przez aktualność emocji. Te listy czyta się z silnymi uczuciami.

środa, 4 marca 2015

Tim Riley: Lennon. Człowiek, mit, muzyka

W.A.B., Warszawa 2015.

Beatles

Nie da się chyba napisać biografii Johna Lennona bez odwołań do historii Beatlesów – i Tim Riley nawet tego nie próbuje. Jego „Lennon. Człowiek, mit, muzyka” to opowieść łącząca twórczość i życie prywatne legendy – a do tego zestaw interpretacji i wyczulenia na najdrobniejsze muzyczne sygnały. Riley nie funkcjonuje tu jako archiwista dorobku Lennona: jego najbardziej pasjonuje muzyka i to muzyce podporządkowuje swój wywód, pełen wypowiedzi znajomych Lennona, komentarzy do utworów i życiowych decyzji, zdjęć oraz anegdot zestawianych z rzeczowym wyliczaniem faktów.

Riley potrafi oddzielać prawdę od przypuszczeń, zawsze sygnalizuje wątpliwości, których nie udało się rozwiać. Poszczególne opinie konfrontuje ze sobą, nie tyle szukając ogólnego portretu bohatera, co – uwiarygodnienia informacji. Umiejętnie obchodzi się ze źródłami, a przygotowanie muzyczne pozwala mu na wprowadzanie rzeczowych i przekonujących analiz. W „Lennonie” znalazło się więc to, co można wyczytać z życiorysu, ale i to, co znalazło swój wyraz w wyborach muzycznych. Riley z zaciekawieniem sprawdza, jak jego bohater kształtował własną legendę: do tego wizerunku wpasowują się nawet przekomarzanki z managerem zespołu. Co ważne, Lennon u Rileya nie funkcjonuje wyrwany z kulturowego kontekstu: autor pamięta o tym, żeby nakreślać mody, sytuacje i nastroje społeczne oraz ich wpływ na twórcze decyzje Lennona – uzyskuje w ten sposób pełniejszy obraz artysty i pewność, że zostanie lepiej zrozumiany przez czytelników. Tim Riley potrafi też połączyć zgromadzone materiały w opowieść wartką i spójną, biografię nieschematyczną, mimo że prowadzoną według gatunkowych wyznaczników. Ciekawostkę stanowi fakt, że Riley nie pomija w tej książce nawet… pracy realizatorów dźwięku nad efektami działań zespołu. To podejście krytyka muzycznego i fana w jednym zapewni autorowi zasłużone uznanie czytelników.

Dużo miejsca zajmuje tu sama historia Beatlesów. Poza tym Riley przygląda się muzycznym początkom Lennona, zawirowaniom w jego rodzinie, analizuje aranżacje, zatrzymuje się nad tematem narkotyków. Przypomina żarty zespołu i prace nad filmowymi obrazami. Od czasu do czasu przywołuje kolejne kobiety. Rozwiewa mity i akcentuje pracę nad wizerunkiem bohatera. Tak naprawdę do samego Lennona wraca dopiero po rozpadzie Beatlesów. Teraz nadchodzi czas na opisywanie prywatności czy związku z Yoko Ono. Lennon ponownie staje się w tomie najważniejszy.

Tim Riley pokazuje, jak odczytywać muzyczne dokonania Lennona. Jego prywatne decyzje odnotowuje, ale pozbawia odautorskich ocen – silny za to czuje się w temacie muzyki, nic więc dziwnego, że z upodobaniem powraca do kolejnych utworów i ich przesłań. Stara się przedstawić proces budowania legendy Lennona – w tym celu zwraca się do jego otoczenia z prośbą o opinie i podsumowania. Udaje mu się stworzyć książkę, w której muzyczne tematy równoważą się z życiowością: to biografia przefiltrowana przez twórcze dokonania. Apetyczny tom ozdabiany jeszcze licznymi zdjęciami („skandaliczna” kiedyś fotografia nagich Lennona i Yoko Ono otwiera wstęp) nie jest jednak skarbnicą sensacji na temat Lennona. Riley unika dziennikarskiego tonu, istnieje tu raczej jako specjalista od muzyki (więc i pośrednio – od twórcy muzyki), o czym świadczy także profesjonalny ton wywodów. „Lennon” to obszerna biografia, w której fakty traktuje się z takim samym szacunkiem co informacje zakodowane w sztuce. Tim Riley stworzył książkę przynoszącą odpowiedzi na kilka pytań, ale jego „Lennon” także kilka innych pytań generuje. To publikacja nie tylko dla fanów, ale pozycja obowiązkowa dla próbujących zrozumieć kulturę popularną.

wtorek, 3 marca 2015

Emilia Padoł: Damy PRL-u

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Symbole seksu

Emilia Padoł to kolejna autorka, która sięga po ikony filmu i teatru z czasów PRL-u i proponuje odbiorcom ich skrócone biografie mocno podlewane anegdotami i komentarzami bliskich sław. „Damy PRL-u” to praca interesująca – mimo że od-twórcza: znajdzie się wielu czytelników, którzy przedstawiane tu opowieści już znają z autobiografii gwiazd lub z licznych wywiadów – czy z ich mozaikowych biografii. Bo te trzy rodzaje tekstów są dla Emilii Padoł skarbnicą wiedzy oraz cytatów. Trudno się dziwić, że tom zawiera osiemset przypisów – to z ciekawostek wynalezionych w książkach o damach PRL-u i z wywiadów, które inni z nimi przeprowadzali, Padoł tka swoją publikację. I chociaż na kilku pierwszych stronach udowadnia, że wprawnie posługuje się piórem, zaraz potem oddaje głos bohaterkom tomu i ich znajomym – by nigdy już nie powrócić w funkcji innej niż autorka rozczłonkowanej cytatami narracji. Emilii Padoł w tej książce jest bardzo mało: usuwa się w cień, żeby w zgrabnych szkicach zaprezentować życiorysy sławnych aktorek.

„Damy PRL-u” są wybierane kluczem demonów seksu. Padoł sprawdza, która z postaci zasłynęła na ekranie nagim biustem lub odsłoniętą pupą, która nogami, oczami czy ustami. Tak dzieli książkę, wprowadzając kolejne biograficzne szkice. Zwraca szczególną uwagę na atuty urody dam, ale nie tematyzuje nimi wywodów. Wyszukuje za to ciekawostki (w materiałach już kiedyś przez innych autorów przetworzonych), wprowadza samokomentujące się zestawy cytatów i uzupełnia faktami z życia aktorek. W wielu przypadkach nie ma zresztą możliwości zweryfikowania opinii. Ale nawet gdy ma, nie daje się skusić na rozmowę, woli podpierać się tekstami wygłaszanymi na użytek publiczny. Przegląda sporo materiałów na temat swoich bohaterek – i wybiera najbardziej apetyczne, więc i najbardziej znane kąski, którymi chce ponownie częstować publiczność. Takie podejście sprawia, że „Damy PRL-u” zawierają esencję anegdotycznych życiorysów w dobrze napisanych szkicach, ale nie wnoszą do wiedzy odbiorców nic nowego (czy przynajmniej – mało znanego).

„Damy PRL-u” stają się przewodnikiem po „symbolach kobiecości”, aktorkach, które urodą przyciągąły publiczność i do dziś funkcjonują w świadomości społecznej za sprawą oryginalnych kreacji. Co ważne, Emilia Padoł mimo „ucieleśniania” tematów kolejnych części tomu nie spłyca rozdziałów, nie spogląda na swoje bohaterki tylko przez pryzmat seksownych scen z filmów. Buduje zgrabny obraz kanonów piękna i zostawia z nim czytelników – bo nawet nie wprowadza do tomu żadnego zakończenia. „Damy PRL-u” wpisują się za to w nurt fascynacji minioną epoką i próbę odkrywania jej „kultowości” dla młodszych pokoleń. Dla starszych fakty z książki Padoł nie mogą raczej nosić znamion rewelacji czy odkryć – to wszystko już było, nawet nie trzeba daleko szukać. Jeśli jednak komuś nie chce się szukać, otrzyma tu szybki przegląd życiorysów, faktów, przyjaźni i wzajemnych ocen. Przewrotny tytuł tomu pozwala się zainteresować mniej duchowym wizerunkiem dam. Emilia Padoł przejawia tu dziennikarskie zacięcie i umiejętność pisania – nie wyjaśnia tylko dokładnie, dlaczego porusza temat tak ze wszech miar w ostatnich latach obadany i obgadany. Tego uzasadnienia mi w „Damach PRL-u” zabrakło. Czyta się tę książkę nieźle, mimo znajomości przytaczanych niemal bez przerwy faktów i cytatów.

poniedziałek, 2 marca 2015

Ewa Nowak: Pajączek na rowerze

Egmont, Warszawa 2015.

Analiza serca

Nie zgadzam się z twierdzeniem na okładce „Pajączka na rowerze”, jakoby temat dziecięcej miłości był zjawiskiem rzadkim w literaturze czwartej. Niemal zawsze dojrzewaniu towarzyszą pierwsze zauroczenia – a bohaterowie Ewy Nowak w wiek dojrzewania siłą rzeczy wkraczają. Nie zwracają na siebie uwagi. Ola uwielbia szaleć na rowerze, wszędzie jej pełno, za to nie cierpi odrabiać lekcji i w ogóle przejmować się szkołą. Łukasz problemy ma tylko na wuefie – uczy się doskonale, ale nie radzi sobie z aktywnością fizyczną. Te dwa przeciwieństwa autorka styka ze sobą i zmusza do wzajemnego poznania. Tak zresztą kierunkuje energię dzieci i przenosi ich uwagę ze spraw domowych. Ola cierpi, bo mama bez przerwy poprawia jej błędy językowe (u innych te same błędy ignoruje), a starszej siostrze pozwala na dużo więcej niż Oli. Łukasz tęskni za ojcem, który pracuje za granicą i już miał wracać do domu, gdy nagle wyszło na jaw, że wybrał inne życie. Są jeszcze złośliwi koledzy w szkole. Przy takim zestawie codziennych zmartwień wspólne przebywanie nie wydaje się już takim najgorszym pomysłem. Zwłaszcza gdy Łukasz i Ola zaczną się sobie zwierzać.

Może i temat miłości jest stale obecny w literaturze czwartej, ale Ewa Nowak zajmuje się nim bardzo drobiazgowo. Rozkłada na czynniki pierwsze, pokazuje każdy znaczący gest, każde spojrzenie i każdą myśl, która pozwala bohaterom rozpoznać u siebie niepopularny wśród młodszych nastolatków stan zakochania. Miłość w tym wieku to ciągła walka – z rodzicami (o możliwość wspólnego przebywania), ze starszym rodzeństwem lub z kolegami (dokuczającymi na każdym kroku i szukającym ubawu), a nawet ze sobą – ze zdradzieckimi myślami, z wątpliwościami i nieświadomością własnego stanu. Ewa Nowak towarzyszy Łukaszowi i Oli w rodzącym się pięknie uczuciu, przedstawia gesty, które świadczą o wzajemnym zainteresowaniu – jeszcze nie odczytywane jako romantyczne, ale już ważne i przynoszące radość. Nie pomija żadnego momentu w tym istotnym temacie. Dzięki niej wielu odbiorców będzie umiało odnieść doświadczenia bohaterów do siebie i łatwiej identyfikować własne emocje. „Pajączek na rowerze” nie jest wykładem na temat pierwszej miłości – ale idealnie ukazuje niuanse zauroczenia i zachowania z tym związane. Ewa Nowak pomaga dzieciom zrozumieć siebie.

Pomaga im także w nazywaniu innych uczuć. Ola i Łukasz często bywają źli na swoje mamy – z różnych powodów o zawiedzione nadzieje obwiniają tych, których mają na wyciągnięcie ręki. Wydaje im się, że z ojcami byłoby im znacznie lepiej (Łukasz), lub – że matki nic nie rozumieją i są niesprawiedliwe (Ola). Nie dostrzegają za to szeregu ważnych gestów czy problemów dorosłych, nie wiedzą, że matki chronią ich przed swoimi troskami, zapewniając w miarę normalne dzieciństwo. Ewa Nowak rozpracowuje tu wiele konfliktogennych tematów – pokazuje między innymi, jak radzić sobie z kolegami, którzy uciekają się do szantażu, by uzyskać coś dla siebie lub zniszczyć cudze szczęście. Jej przepis na wybrnięcie z sytuacji bez wyjścia okazuje się zadziwiająco prosty i warty wykorzystywania – pod tym względem „Pajączek na rowerze” także powinien się znaleźć w kanonie lektur dziecięcych.

Ewa Nowak stawia na trudne tematy, które ujmuje w ładnej i ciekawej obyczajowo-psychologicznej historii. „Pajączek na rowerze” to powieść, w której dużo się dzieje, a żadne z wydarzeń nie pozostanie bez wpływu na odbiorców. Autorce udało się zbudować historię wartościową także ze względu na życiowe prawdy i aktualne problemy – ale dla młodych czytelników to relacja między dwojgiem bohaterów będzie prawdziwą lekturową zachętą. Z dwóch przeciwstawnych charakterów Ewa Nowak stworzyła całą atrakcyjną historię o nieprzewidywalnym przebiegu, pełną wątków pobocznych cennych dzięki „życiowości” wtapianych w nie porad i wskazówek.

Sztuka na Wynos, Kraków: …i zawsze przy mnie stój

tekst: Tomasz Jachimek
reżyseria: Dariusz Starczewski
występują: Elżbieta Bielska, Ewa Błachnio

Stróżniczki

Akcja tego spektaklu przenosi się między kilkoma miejscami. Raz to mieszkanie żony, która już od 4:30 rano szykuje się do ważnej rozmowy z przełożoną męża, raz gabinet pani wiceprezes z parapetem przypominającym kozetkę, to znowu niebo, w którym anielice-służbistki wymieniają uwagi na temat swoich podopiecznych. Bo Tomasz Jachimek w spektaklu „…i zawsze przy mnie stój” wybiera zupełnie nową oprawę do banalnego w gruncie rzeczy schematu. Oto pan Sławek, pachnący świeżo zmieloną kawą przykładny mąż i ojciec trójki anielskich dzieci niespodziewanie ulega despotycznej (i starszej od siebie o dekadę) pani wiceprezes. Firmowa wigilia oznacza dla niego spore zmiany: zostaje wymarzonym kochankiem zwierzchniczki i jest za to hojnie wynagradzany. Żona nie może pozwolić, by jej ukochany tak się przepracowywał: ciągłe wezwania do pracy i nadgodziny rozbijają jej małżeńskie szczęście. Chce zatem przemówić do sumienia pani wiceprezes. Tym dwóm bohaterkom Jachimek przydziela dwie duchowe opiekunki. Żoną zajmuje się anielica raczej bierna, z lekka wycofana i nieśmiała („przecież mnie tu w ogóle nie ma” to jej ulubiona kwestia), pani wiceprezes, zakwalifikowana jako trudny przypadek, otrzymuje opiekę doświadczonej w swoim fachu i zdecydowanej herod-anielicy. Te cztery postacie odgrywane w cudowny sposób przez Elżbietę Bielską i Ewę Błachnio na przemian relacjonują historię. Historię, w której najważniejszy jest pachnący świeżo zmieloną kawą fantastyczny pan Sławek.

Biała scenografia (wyjątek: czarne biurko, jeżdżące po rynnie) przypominająca dworcowy peron i z łatwością dająca się zamieniać w przytulną sypialnię, ekskluzywny salon czy biuro w niebie, białe kostiumy i fantastyczna gra świateł – dobrze przemyślane detale w postaci promieni słońca przefiltrowanych przez żaluzje, sterylnego oświetlenia w rażąco białym gabinecie czy uduchowionego błękitu sprawdzają się nawet przy szalonej dyskotece zmysłów i w ekstatycznym tańcu zwycięstwa – to dodatki do dobrze skonstruowanej historii. Metamorfozy aktorek są możliwe, poza zabawą światłem, również dzięki metalowym ażurowym stelażom – jedna z anielic wbija się w „stacjonarny” gorset z aureolą, druga ma suknię na kółkach. Oszczędność środków pozwala podkreślić charaktery bohaterek – i zaakcentować wspaniałość pana Sławka, mężczyzny, któremu do ideału sporo wprawdzie brakuje, ale który bez wątpienia wie, czego potrzeba kobiecie.

Ewa Błachnio jest uroczo ufna jako żona, która nawet nie podejrzewa męża o romans, lub przekonująco stanowcza, gdy wciela się w anioła. Przechodzi na scenie swoje metamorfozy i ani na moment nie traci wiarygodności, nawet wtedy, gdy może kabaretowo pobawić się rolą. Elżbieta Bielska wciela się na przemian w „zimną sucz” lub w ironistkę. W pani wiceprezes widać czasem radość małej dziewczynki, a czasem – wyrafinowaną i świadomą własnej wartości (i wdzięków!) niebezpieczną przeciwniczkę. Obie aktorki mają szansę wykazać się w swoich wcieleniach i obie tę szansę bez pudła wykorzystują. Współpracują ze sobą, a mimo to widać między nimi zdrową rywalizację o uwagę widzów. Ma się wrażenie, że Dariusz Starczewski uwzględnił w prowadzeniu tych aktorek całą ich naturalność – tak są wiarygodne – i tak ładnie rysuje się między ich postaciami sieć relacji.

„… i zawsze przy mnie stój” to również cały szereg tekstowych (i aktorsko-reżyserskich) smaczków, zaplanowanych powtórzeń komicznych, mrugnięć okiem do odbiorcy, drobnych puent i żartów, które pozwalają bez zbędnego patosu opowiedzieć standardową historię. Jachimek unika sentymentów, a zmiany perspektywy ułatwiają mu rezygnację z niepotrzebnej litości. Sztuka na Wynos stworzyła spektakl, który wart jest uwagi – bez wielkich słów czy wzniosłości, za to starannie obmyślony i oparty na świetnym tekście, dorównującej mu scenografii i grze aktorskiej, o której trudno zapomnieć.

niedziela, 1 marca 2015

Danuta Pytlak: Babie lato

Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Rodzina

Danuta Pytlak sprawdzony schemat obyczajówek przerabia na swoją modłę. Rozwleka doświadczenia bohaterki w czasie i w narracji, zajmuje się Michaliną dość szczegółowo – do tego stopnia, że kiedy ta zapada w sen, czuje się w obowiązku poinformować, co jej się śniło – a nie zawsze ma to znaczenie dla fabuły. „Konieczne” elementy opowieści o szukaniu własnego miejsca na ziemi zyskują tu nową oprawę. Po pierwsze – ciężka choroba bohaterki staje się okazją do wprowadzenia wielu scen okołoszpitalnych. To, co zwykle autorki obyczajówek sprowadzają do kilku ogólników, tu zmusza do bliższego poznania postaci (jest też nawiązaniem do losu ludzi uboższych). Michalina, sama w trudnej sytuacji, już tu sygnalizuje gotowość do zbawiania świata. Danuta Pytlak ograła również motyw rozstania z mężem: to hazard, a nie inną kobietę wini bohaterka za rozpad małżeństwa. Dalej już sytuacja rozwija się zgodnie z oczekiwaniami: opuszczony i zapomniany dom po babci staje się upragnionym azylem, a Michalina zyskuje miłość i… własną rodzinę. Nic nie przychodzi jej łatwo, ale odważne decyzje i wsparcie przyjaciół to najlepsze rozwiązanie poważnych problemów i antidotum na życiowe zmartwienia.

„Babie lato” to kolejna powieść-pocieszanka z tendencją do ratowania świata. Michalina, która na początku sama potrzebuje pomocy, już wkrótce zaczyna dzielić się ze wszystkimi dobrocią. Nie ma w tym strategii spłacania długu, to efekt konsekwencji w prowadzeniu charakteru postaci. Michalina niesie dobro – a wszyscy inni się temu podporządkowują i nie sprawiają jej dodatkowych problemów. Jest to zatem książkowa wizja życia idealnego i baśniowa obietnica, że kłopoty w odpowiednim momencie znikną same i wszystko się dobrze ułoży, trzeba tylko cierpliwości. Jednocześnie Danuta Pytlak szuka ucieczki przed naiwnością, więc wprowadza do fabuły naprawdę wielkie zmartwienia i ogromne tajemnice z przeszłości. To wszystko brzmi wprawdzie mało realnie, ale przynajmniej dostarcza czytelniczkom rozrywki i budzi zaciekawienie.

Zdarzają się autorce stylistyczne wpadki, jak wtedy, gdy bohaterka orientuje się, że dawno nie narzekała na ból głowy (co ma być impulsem do wykonania badań kontrolnych), chociaż od dobrych kilkunastu stron bólem głowy kwituje każde zachwianie z trudem zbudowanej życiowej równowagi. Mankamentem są też powtórzenia fraz lub podwojenia pozbawione spójników: sprawia to wrażenie, jakby autorka, nie wierząc w inteligencję czytelniczek, próbowała na siłę podkreślić decyzje i spostrzeżenia bohaterki w obawie, że pojedynczego określenia mogłyby odbiorczynie nie zrozumieć. To nawyk w pewnym momencie mocno męczący. W „Babim lecie” pozostaje też kilka otwartych i zapomnianych wątków, finał dotyczy tematów innych niż sygnalizowane przez całą książkę. Autorka nie jest mistrzynią w konstruowaniu akcji – ale zapewnia czytelniczkom silne przeżycia i wierzy, że to będzie dla nich najważniejsze i najcenniejsze w tomie.

„Babie lato” to kwintesencja obyczajowości wzmacnianej literackimi apetytami odbiorczyń. To powieść długa i bogata w wiele wątków (a każdy z tych wątków to cała masa składających się na życie detali). Chociaż dają się w niej dostrzec – i to na różnych płaszczyznach – rozmaite niedociągnięcia, Michalina mimo wszystko ma dar przyciągania. Autorka karmi odbiorczynie nadzieją na lepsze jutro, pozwala zaangażować się w literackie (mimo posmaku życiowości) doświadczenia i hamuje lęk przed chorobą, rozpadem związku, samotnością czy utratą pracy. Pokazuje, że każde nieszczęście może prowadzić do dobrych zmian – i że nigdy nie warto się poddawać. I to sprawi, że po „Babie lato” odbiorczynie będą sięgać – jak po zwykłe czytadła – dla pokrzepienia, rozrywki i możliwości zanurzenia się w czyjąś burzliwą historię. „Babie lato” to lektura przygotowana dla uprzyjemniania wolnego czasu tym czytelniczkom, które lubią oderwać się od prawdziwości na rzecz baśni, a nie chcą, żeby bohaterce było zbyt cukierkowo czy łatwo pokonywać kolejne przeciwności losu. I takie właśnie jest całe „Babie lato” – do niespiesznego, leniwego czytania.

Piotr Olszówka, Kacper Dudek: Umiem opowiadać. Kotek Mamrotek

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Rysunkowy kotek

Kotek Mamrotek to bohater zdecydowanie odróżniający się od typowych kotów. Już sam jego zawadiacki wygląd świadczy o niecodziennych przygodach i licznych niespodziankach. Kotek Mamrotek w ujęciu Kacpra Dudka trochę przywodzi na myśl kreskę Butenki – dzieciom skojarzy się z postacią nietuzinkową. Zresztą mali czytelnicy „Świerszczyka” z tym bohaterem już nieraz się spotkali. Teraz kotek Mamrotek pojawia się w małym czarno-białym tomiku obrazkowym w serii Umiem opowiadać.

Kotek Mamrotek rozpoczyna nowy koci rok. W tomiku każda rozkładówka zawiera jedną odrębną przygodę bohatera, którą odczytać trzeba z szeregu rysunków, by dojść do tekstowej puenty. Kotek Mamrotek kusi przeważnie jednowymiarowym dowcipem sytuacyjnym – kiedy wspina się na wiosenne drzewo, żeby umieścić w dzbanku bazie kotki, kiedy próbuje przebrać się za lwa i kiedy montuje piesilnik. Kotek Mamrotek czasem pomaga przyjaciołom, czasem wykazuje się przebiegłością i sprytem, a czasem wpada w tarapaty. Na seriach rysunków pokazany jest jako bohater aktywny i wciąż poszukujący nowych przygód, nie usiedzi w jednym miejscu – co musi spodobać się podobnie żywiołowym maluchom. Mamrotek ma zeza i prezentuje szereg komicznych min, którymi dopełnia zakończenia obrazkowych historyjek.

Samym opowieściom kształt muszą dopiero nadać dzieci. Tekst zredukowany tu został do minimum – drobne wykrzyknienia w klauzulach komiksów zawierają gry słowne, na które nie wpadłyby dzieci (są więc te wpisy również uzasadnieniem dla publikowania rysunkowych bajek). Trochę też rozjaśniają cele działania kotka Mamrotka – bo komputerowo upraszczane grafiki likwidują chociażby detale z pierwszego planu – czasami trzeba uważnie wpatrywać się w rysunek, żeby zrozumieć, co właściwie robi na nim bohater. Ale może dzieci nie będą miały z tym problemu. Prześledzenie kolejnych (ponumerowanych) obrazków to jeszcze nie wszystko: przygody Mamrotka należy dopiero ubrać w słowa. Rysunki są rodzajem planu opowiadani: pokazują, co dzieje się w danej przygodzie. Mali odbiorcy powinni na tej podstawie stworzyć spójną historyjkę. Mogą po prostu przekładać na słowa treść obrazków lub wzbogacać przygody kotka Mamrotka własnymi pomysłami – ważne, żeby ćwiczyli płynne opowiadanie, spostrzegawczość oraz wyciąganie wniosków. Ciekawy dla nich bohater okaże się idealną postacią do takich zabaw. Maluchy polubią niesfornego kotka i jego twórcze pomysły (zwłaszcza te z pogranicza rzeczywistości i absurdu), nie zauważą więc wysiłku wkładanego w opisywanie wydarzeń. Nagrodą w każdym przypadku będzie zgrabne zakończenie historyjki. Część komiksów dzieci mogą też pokolorować, chociaż kotek Mamrotek przygotowany został jako pełnowartościowy bohater mimo użycia wyłącznie czerni i bieli. Taka decyzja twórców wprowadza wrażenie ładu, chociaż na ilustracjach sytuacja bez przerwy się zmienia.

Kotek Mamrotek chadza własnymi drogami, ale dzieci zaprasza wyjątkowo do wspólnej zabawy. Zdecydowanie nie jest typem kanapowca, długo nie usiedzi w jednym miejscu. Często przebywa na świeżym powietrzu, w końcu jakoś trzeba zaakcentować zmiany pogody i pór roku – kotek Mamrotek nie przepuści żadnej okazji do zabawy. Ta publikacja zapewni dzieciom samodzielną rozrywkę, rodzicom umożliwi też śledzenie postępów w opowiadaniu u maluchów. Może być dodatkowym materiałem przygotowawczym przed posłaniem dziecka do szkoły lub rozrywką dla kreatywnych pociech. To książeczka nietypowa ze względu na formę – ale i z uwagi na różne możliwości prowadzenia narracji. Dzieci mogą przecież nawet rywalizować z rodzicami o to, kto lepiej i dowcipniej przedstawi wybraną przygodę. Możliwości „lekturowych” jest kilka – więc jeśli kilkulatek lubi kotka Mamrotka (lub po prostu niesfornych i samodzielnych bohaterów), będzie się przy przeglądaniu tej publikacji całkiem nieźle bawić. To pozycja wartościowa – wspomaga rozwój najmłodszych i kusi nietypową formą.