* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 listopada 2010

Andrzej Żak: Brajan i ogniowe smoki

Skrzat, Kraków 2010.

Walka z ogniem

Andrzej Żak w powieściach fantasy dla najmłodszych sprawdza się bez zarzutu. Nie komplikuje nadmiernie akcji, nie zmusza odbiorców do poznawania zasad rządzących wymyślonym światem, zajmuje się jedynie podmianą wybranych elementów – czyli na kanwę powieści przygodowej i realistycznej nakłada kilka schematów z wyobraźni: baśniowe stwory, magiczne zdolności i ponadrealne konflikty wystarczą, żeby skonstruować naprawdę dobrą, to jest ciekawą oraz niemęczącą, powieść fantasy. Tak jest także z „Brajanem i ogniowymi smokami” – książką, dla której smutną inspiracją stała się tragiczna śmierć sześcioletniego Brajana Chlebowskiego. Chłopiec powiadomił straż o pożarze kamienicy, sam jednak w tym pożarze stracił życie. Andrzej Żak korzysta z demiurgicznych możliwości autora i zmienia smutne zakończenie, nie pozwala swojemu bohaterowi zginąć, ale też nie natychmiast go ocala.

Brajan – bohater powieści – nie umie poradzić sobie ze starszymi kolegami, którzy dokuczają mu w szkole. Jego rodzice pracują za granicą, chłopiec mieszka z babcią. Na szczęście ma starszego brata, Kamila, na którego zawsze może liczyć – i mądrych nauczycieli. Pewnej nocy w domu Brajana wybucha pożar. Chłopiec dzwoni po straż pożarną i traci przytomność. Tu zaczyna się właściwa część historii. Brajan znienacka przenosi się do nieznanego sobie świata, świata, w którym magia jest na porządku dziennym, a okrutne smoki atakują mieszkańców. Na początku bohater jest przerażony, zwłaszcza że nie ma przy nim starszego brata, który zawsze służył pomocą – ale szybko wciąga go wir dziwnych i niezwykłych wydarzeń. W końcu nie zawsze ma się okazję poznać prawdziwego, groźnego smoka i zaprzyjaźnić się z nim. W krainie Riss Brajan cieszy się specjalnymi względami: traktowany jest jako ten, który pokonał ogień. Ma szansę uczyć się czarów, a nowi znajomi – między innymi uczennica maga, Zoia – zadbają o to, by nie wpadł w sidła podstępnych stworów. W końcu będzie mógł wrócić do domu – i do swojego ciała. Podobnym zabiegiem posłużył się nie tak dawno Jacek Tomasz Roczniak w „Woodwardzie”.

W „Brajanie i ogniowych smokach” Andrzej Żak nie unika mówienia o sprawach trudnych, ale bardzo je łagodzi. Moment przejścia do krainy Riss owiany jest tajemnicą, chłopiec – a razem z nim młodzi odbiorcy – dowie się tylko tyle, że brat i babcia zostali „po tamtej stronie” – i że prędzej czy później i tak wszyscy się spotkają. Wybudzony ze śpiączki dowiaduje się jedynie, że przespał w klinice, jak niedźwiedź, całą jesień i zimę, sam natomiast, chociaż przeżył w międzyczasie sporo przygód, nie ma pojęcia, co w tym czasie przeżywali jego bliscy. Nie mówi Andrzej Żak wprost o śmierci ani o strachu, chroni swojego bohatera – ale pozwala mu uczestniczyć – jako bohaterowi właśnie – w wydarzeniach czasem mrożących krew w żyłach.

Rozeznanie w fantastycznej krainie ułatwiają zamieszczone na wewnętrznych stronach okładki bestiariusz (ilustracje przedstawiające magiczne stwory razem z ich książkowymi nazwami) oraz mapa krainy Riss – ale też Andrzej Żak nie rozprasza specjalnie uwagi odbiorców, nie każe koncentrować się na zbędnych drobiazgach. Prezentowany przez niego świat jest spójny i sensowny, a także łatwy do przyswojenia przez dzieci. O tym, że książka stanowi hołd złożony Brajanowi Chlebowskiemu przypomina posłowie – wyjaśnienie autora. Dodatkowo pojawia się też słowo o fundacji „Akogo?” i klinice Budzik, to bardziej informacja dla rodziców niż dla małych czytelników tej powieści – lecz i ci ostatni sporo na tym skorzystają.

Łukasz Ryłko idealnie sprawdził się jako ilustrator (najsłabszym punktem jego grafik wydaje się okładkowy Brajan, jest zbyt prostolinijnie komiksowy w porównaniu z robiącymi wrażenie baśniowymi stworami, które przedstawia Ryłko genialnie). Prostym a przyjemnym i udanym zabiegiem jest wprowadzanie na każdej stronie motywu poszarpanych i nadpalonych kartek. Pomysł ten dobrze komponuje się z całością, dzięki czemu historia jeszcze nabiera barw. A na stronie 197 książę mówi "karzę cię ściąć". Szkoda.


środa, 10 listopada 2010

Renata Czarnecka: Signora Fiorella. Kapeluszniczka królowej Bony

Skrzat, Kraków 2010.

Krew i łzy

Po pierwszych stronach książki „Signora Fiorella. Kapeluszniczka królowej Bony” uznałam, że redakcja Skrzata po raz kolejny nie stanęła na wysokości zadania: w co drugim bardziej rozbudowanym zdaniu pojawiały się błędy stylistyczne, niewychwycone a rażące powtórzenia czy niezręczności w prowadzeniu narracji. Nie muszę chyba tłumaczyć, że takie wprowadzenie do opowieści nie wybrzmiewa zbyt zachęcająco. Na szczęście Renata Czarnecka umiejętnie rozbudowuje całą sieć intryg, a dynamiczną i krwawą fabułą skutecznie odciąga uwagę od warsztatowych niedoskonałości. Szybko rozwija się wielopłaszczyznowa akcja i nawet jeśli któraś postać ginie z oczu na zbyt długo, autorka wynagradza to spragnionym sensacyjności odbiorcom kolejnymi wątkami obyczajowości XVI-wiecznego Krakowa.

Kraków przygotowuje się do panowania Henryka Walezego. Na króla czeka przede wszystkim Anna – ma ona poślubić sporo młodszego od siebie elekta, lecz Walezy dostrzega mankamenty wybranki i próbuje wykręcić się od małżeństwa, nie zrażając do siebie Polaków i udając sympatię dla Anny. Konieczność zachowywania pozorów nie przeszkadza mu w zażywaniu uroków nocnego Krakowa: poza miłością homoerotyczną wyprawia się często wraz z dworzanami na dziwki, a do ukochanej zza granicy pisze listy własną krwią. Pretensjonalny i rozkapryszony, wprowadza wokół siebie mnóstwo zamieszania, przez jego niefrasobliwe zachowanie dochodzi do różnych tragedii. Tymczasem Włoszka Fiorella Carpaccio żyje spokojnie i dostatnio dzięki wrodzonemu sprytowi i znajomości życia. Dawna kapeluszniczka Bony wciąż jest ceniona i przyjmuje zlecenia od zamożnych dam. Ale jej prawdziwe źródło dochodów kryje się gdzie indziej: Fiorella przyjmuje do siebie ubogie i piękne dziewczyny, teoretycznie po to, by przyuczać je do zawodu i uchronić przed skutkami biedy. W praktyce prowadzi ekskluzywny zamtuz: przygotowuje swoje podopieczne dla wymagających klientów (a należy do nich nawet sam Henryk Walezy). Oczywiście dziewczyny pani Carpaccio mają swoich ukochanych, którzy nie mogą zagwarantować im lepszych warunków, co prowadzi do frustracji i konfliktów. Sama Fiorella zajmuje się również swatami – lecz na pomysłową kobietę także przyjdzie zasłużona kara.

Renata Czarnecka dba o zachowanie kolorytu lokalnego w ogólnych spojrzeniach na szesnastowieczny Kraków – czasem przypomina o biednych żakach, czasem o antysemickich wystąpieniach. W szczegółach jest za to współczesna, jej bohaterowie mówią zwyczajnym, codziennym – aktualnym – językiem. Próżno by szukać szesnastego wieku w drobiazgach – choćby elementach garderoby. Wyjaśnia realia historyczne, ale tworzą one jedynie tło dla całego szeregu intryg i pomysłów ponadczasowych, bo opartych na dwóch wielkich literackich tematach – miłości i śmierci. Miłość u Renaty Czarneckiej przemienia się z idealizowanego uczucia w niezaspokojoną chuć, wizje wspólnego szczęścia przegrywają z cielesnymi żądzami bogatszych, dramaty kobiet (i kilku mężczyzn) polegają tu właśnie na niemożności przebywania z ukochaną osobą i na świadomości, że w każdej chwili posiąść ją może ktoś inny, dla własnego kaprysu. W tomie „Signora Fiorella” krew leje się strumieniami. Autorka szafuje śmiercią bezsensowną i niepotrzebną – i chyba w tym najbardziej zbliża się do konwencji powieści historycznej, usprawiedliwia fabularne rozwiązania przyzwoleniem na zabijanie okrutne.

Jest „Signora Fiorella” powieścią udaną i ciekawą, barwną i dynamiczną. Niespokojna akcja wykluczy nudę, a uwspółcześnione dialogi i opisy nie utrudnią lektury. Książka ładnie wprowadza czytelników w wydarzenia na Wawelu, a autorce nawet na chwilę nie zabrakło wyobraźni w konstruowaniu kolejnych motywów.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Ryszard Sadaj: Przypadki Marka M

Skrzat, Kraków 2010.

Proza z przypadku

W „Przypadkach Marka M” Ryszard Sadaj jest dużo ciekawszy (a od strony narracji także i dużo lepszy) niż w poprzedniej książce – jednak cały czas jest to dolna półka literatury rozrywkowej. Sadajowi brakuje pisarskiego warsztatu i umiejętności poprowadzenia fabuły tak, by zaintrygować czytelników. Sili się na żarty, które nie mają raczej mocy rozśmieszającej odbiorców, sylwetki bohaterów buduje na pojedynczych, wyrazistych, lecz niezbyt dobrze przemyślanych cechach, które do samej książki nie wprowadzają nic – poza tym, że pozwalają zapełnić kilka stron. Taka treściowa pustka powoduje w tekście poważne przestoje: aż chce się zapytać, co wnoszą przegadane fragmenty do lektury. Problem w tym, że nawet w chwilach, które powinny pchnąć akcję do przodu, nie dzieje się zbyt wiele. „Przypadkom Marka M” brakuje spoiwa: wydarzenia okazują się zbyt sypkie, nie składają się na jednolitą całość – to raczej wrzucone bezładnie do jednego worka, wymieszane i pozostawione samym sobie wybrane epizody z życia bohatera i jego rodziny. Od czasu do czasu autor przypomina sobie o osi fabularnej i powraca do tematu głównego, czym jeszcze bardziej podkreśla swoją pisarską bezradność. Nie potrafi skomplikować akcji, odejść od jednopłaszczyznowości i stereotypów. Brakuje mu wyczucia, wyważenia proporcji, przez co zamiast powieści proponuje karykaturę powieści.

Streszczenie całej historii zamyka się w okładkowym komentarzu Sadaja: „Rzecz o młodym człowieku, który się wszystkiego bał, aż przykleił do fotela tramwajowego znanego polityka i od tego czasu bał się z coraz większą odwagą, i o jego ojcu, pisarzu, który także się wszystkiego bał:. Gdyby Sadajowi udało się w książce utrzymać styl z komentarza – może mielibyśmy do czynienia z ciekawą pozycją. Sadaj chętnie wykorzystuje postacie nieudaczników: główny bohater jest tchórzem, któremu odwagi dodaje tubka super glue, noszona w kieszeni od czasu incydentu z politykiem – i cały zapas kleju, trzymany w szufladzie. Marek chce dodatkowo wyjaśnić ludziom przyczyny swojego zachowania i raz jeszcze nagłaśnia sprawę przyklejenia polityka do siedzenia w tramwaju. Jego ojciec za to nie dość, że jest pisarzem kiepskim (coraz bardziej jawi się jako alter ego autora, który też najwyraźniej nie do końca sprawdza się w obranym przez siebie zawodzie), to jeszcze nadużywa alkoholu – taka postać pojawiła się już w „Terapii Pauliny P” – Ryszard Sadaj już zapożycza od siebie literackie kreacje, jakby nie było go stać na wymyślenie czegoś oryginalnego. Ale autoplagiat mniej nawet przeszkadza niż zwykła nuda: postacie pierwszoplanowe są tu zwyczajnie mdłe i bezbarwne, postacie dalszoplanowe – stereotypowe, przewidywalne i przerysowane, a przez to też niezbyt interesujące.

Sadaj zatraca się w przedstawianych akurat sytuacjach do tego stopnia, że zapomina o całym świecie powieściowym. Nie może wtedy zadbać o uwiarygodnienie opowieści, mało tego: nie może scalić poszczególnych epizodów z życia Marka i jego rodziny w jedną historię. Przy prezentowaniu konkretnej sceny traci z oczu cały literacki kontekst, nie potrafi poprowadzić wielowątkowej narracji, sprawia wrażenie, jakby pisał wypracowania na zadane tematy. Nie jest przekonany do swoich bohaterów lub ślepo im wierzy. Nie może przez to zachować właściwych proporcji i okazuje się infantylny.

Daje się tu zauważyć skłonność do humoru rubasznego i nie najwyższych lotów (by nie powiedzieć – prymitywnego), lecz to nie razi tak bardzo, jak raziło w wypadku narracji „kobiecej”. Ryszard Sadaj nie ma za bardzo wyczucia w pisaniu, wydaje mu się, że wystarczy na powieść przełożyć zwykłą historię, opowiedzianą zwykłym językiem – ale w „Przypadkach” brakuje tej lekkości, radości pisania, która przełożyłaby się potem na przyjemność lekturową.


czwartek, 21 października 2010

Elżbieta Jodko-Kula: Maciek

Skrzat, Kraków 2010.

Odpowiedzialność

Elżbieta Jodko-Kula dobrze sobie radzi z pisaniem książek w serii „Nastoletnie problemy” – kolejne proponowane przez nią historie są coraz ciekawsze i coraz lepiej rozwijane. Autorka odważnie prowadzi swoich bohaterów przez trudne zadania, stawia przed nimi wyzwania z różnych dziedzin życia. Rezygnuje z jednokierunkowej akcji na rzecz równolegle prezentowanych wydarzeń. „Maciek” to jedna z bardziej komplikowanych historii o dobrym rytmie i wciągającej treści, ładna literacko, zbliża się do powieści Małgorzaty Musierowicz kilkoma wątkami, ale wpisany w całość dydaktyzm wyklucza wtórność historii.

Maciek chciałby pojechać na obóz żeglarski, lecz jego rodzice nie mogą mu tego opłacić, ze względu na spore problemy finansowe. Chłopiec postanawia sam zarobić na swoje potrzeby – pomaga na stacji benzynowej u ojca kolegi i tym sposobem próbuje zrealizować swoje marzenie. Rodzice chłopca nie wiedzą nic o jego zajęciu, a Maciek musi samodzielnie uporać się nie tylko z dodatkowymi obowiązkami, ale i z kłopotami w szkole – jako syn nauczycielki, nie może pozwolić sobie na żadne zaległości.
Jest jeszcze Piotrek. Kilkulatek, który swoim zachowaniem doprowadza do rozpaczy. Agresywny i nieposłuszny, próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia – łatwo domyślić się, że źródłem jego postawy są problemy w domu. Wiecznie zapracowani rodzice nie mają dla dziecka czasu, a starsza siostra, kiedy tylko pojawi się w domu, wybiera towarzystwo rówieśników. Piotrek ucieka z domu i wpada w poważne tarapaty, a z opresji przypadkiem ratuje go Maciek. Piotrek wierzy, że wreszcie zyskał prawdziwego przyjaciela – Maćkowi pętający się pod nogami szkrab, który go okłamał, nie jest do szczęścia potrzebny. Sytuacja robi się coraz bardziej trudna.

W tej powieści Elżbieta Jodko-Kula sprawdza się przy nakreślaniu kolejnych wydarzeń subtelnie a przy tym tak, że młodzi czytelnicy nie będą mieli wątpliwości, gdzie tkwi istota problemu. Autorka wyraźnie unika mówienia oczywistości, co musi przypaść do gustu nastolatkom, sięgającym po tę książkę. Jodko-Kula wierzy w inteligencję swoich czytelników, z szacunku do nich nie stosuje moralizatorskich zabiegów, zamiast psychologicznych i pedagogicznych wyjaśnień zamyka niewyrażone komentarze w akcji. Zostawia przez to czytelnikom możliwość samodzielnego wyciągania wniosków, na które zresztą delikatnie młodzież naprowadza.

Autorka porusza tu kilka istotnych dla młodych ludzi problemów. W tle przewija się kwestia akceptacji ze strony rówieśników, a nawet – pierwsze zauroczenia, które nie muszą przeradzać się w głębsze uczucie (w końcu książka przeznaczona jest dla czytelników obu płci, nie wszystkim przypadłyby do gustu łzawe romansowe historie). Ale tym razem Jodko-Kula dołączyła też opowieść o samotnym, zagubionym malcu, który potrzebuje odrobiny zainteresowania – ten wątek urasta do rangi najważniejszego (przynajmniej dla rozwoju fabuły) w tomie. Mimo rozwiniętego poczucia odpowiedzialności, mimo ogromnego zaangażowania w realizację własnych marzeń, Maciek także popełnia błędy, za które czasem musi słono płacić. Nie ma tu postaci idealnych (chociaż za wzór, przynajmniej w jednym momencie, można by przyjąć mamę Maćka, która – jako jedyna nauczycielka – znajduje sposób na krnąbrnego ucznia nie ze swojej klasy, bo decyduje się na niekonwencjonalne i niepodręcznikowe działania). Każda decyzja pociąga za sobą szereg następnych, a wszystko w „Maćku” jest spójne i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.

Nie jest to książka beztroska i służąca wyłącznie rozrywce nastolatków. Skierowana do młodzieży myślącej, stawia przed odbiorcami trudne pytania i wymusza zaangażowanie w codzienne, bliskie sprawy. Przy tym wszystkim okazuje się jednak lekturą bardzo lekką – czyta się ją szybko i z ciekawością.

środa, 20 października 2010

Teresa Monika Rudzka: Bibliotekarki

WS, Kraków 2010.

Stereotyp bibliotekarki

Idea była niezła, a kampania promocyjna mogła się opierać na nowatorskim pomyśle napisania czytadła o grupie zawodowej dotąd niespecjalnie w literaturze eksploatowanej. Wszystko zakończyło się jednak mdławą realizacją i o „Bibliotekarkach” Teresy Moniki Rudzkiej głośno raczej nie będzie. Komu praca w bibliotece kojarzy się z nudą i monotonią, ten zdania po lekturze nie zmieni, mało tego – utwierdzi się w przekonaniu, że to niewarty uwagi zawód. Chciała autorka w pewien sposób nobilitować pracownice bibliotek, poświęcając im tekst – ale zawiodła na całej linii. Jedyne, co może być w tomie atrakcyjne, to zróżnicowanie genologiczne – chociaż i w jego obrębie znajdą się niedociągnięcia widoczne dla co bardziej wymagających odbiorczyń na pierwszy rzut oka.

Kobiety pracujące w bibliotece są niemal modelowymi realizacjami stereotypu bibliotekarki: nieciekawej, raczej starszej pani, która pracuje z ogromnym poświęceniem, ale której praca przez nikogo nie jest ceniona. Teresa Monika Rudzka dodatkowo robi ze swoich bohaterek idiotki, dla których komputery to niepotrzebne udziwnienie, jedyną rozrywką dla bibliotekarek okazuje się złośliwe obgadywanie koleżanek. W łazience wisi ręcznik czystością dorównujący szmacie do podłogi. Czytelnicy pytają tylko o Coelho i Grocholę, ku rozczarowaniu co bardziej wrażliwych na piękno literatury pracownic. Autorka urozmaica (we własnym przekonaniu) opowieść, wprowadzając do książki jeszcze stażystki (jedna nie zna ortografii i napisała „charmonogram”, co przewija się przez pół tomu). Każda z wymienionych w historii kobiet ma też swoje problemy i upodobania – jedna znosi dla zachowania pozorów okrucieństwo męża pijaka, inna kocha piękne i stylowe przedmioty, jeszcze inna szuka sponsorów. Ale te charakterystyki nie służą w opowieści niczemu, bo Teresa Monika Rudzka zapomniała o najważniejszym: o fabule. Nie zdefiniowała sobie historii i momentami wplata zupełnie niepasujące do całości motywy – na przykład ducha, który znienacka odwiedza bibliotekę. W tej książce nic się nie dzieje: do pracy w filii miejskiej biblioteki przychodzi pani Żywia (pani Żywia ma jedną zaletę: na dźwięk jej imienia kolejni bohaterowie dziwią się, że takie istnieje – to zawsze pozwoli na dopisanie kolejnych stron tekstu). Przychodzi – i jest. Komentarze, dotyczące rzekomych postaw bibliotekarek są po pierwsze mocno przesadzone, a po drugie – wrzucone bez sensu w książkę-worek, zupełnie jakby autorce wydawało się, że wystarczy opisać zwyczajność, by tekst był ciekawy. Nie wystarczyło, fabuła się rozsypuje, a Rudzka zapewne sądzi, że klauzula o przypadkowym podobieństwie przedstawionych postaci do żyjących osób jest konieczna.

Autorka próbuje urozmaicić historię formą. Wprowadza między innymi dziennik, monolog, dramat, wypisy z księgi skarg i zażaleń (ponieważ Rudzka ustawia czas akcji na początek XXI wieku, to zupełnie niezrozumiały motyw) i listy od zbulwersowanych czytelników (tu najlepiej Rudzka zmienia styl, by oddać charakter typowych pieniaczy. Szkoda tylko, że wszystkie listy pisze jednym stylem – jeśli z czymś sobie nie radzi, nie powinna tego uwypuklać).

Jeszcze coś zdradza brak pisarskiego wyczucia Rudzkiej: naiwna wiara w podrasowanie opowieści bogatą siecią intertekstualiów. Tyle że literackie nawiązania w „Bibliotekarkach” (skrupulatnie odnotowywane w przypisach) nie zostały umieszczone zbyt szczęśliwie – to raczej popisy średnio kreatywnej licealistki niż budzące podziw odbiorczyń skojarzenia: czytając książkę Rudzkiej trudno oprzeć się wrażeniu, że ta autorka po prostu nie potrafi pisać. Można się przyczepić absolutnie do wszystkiego – ale bohaterki sugerują, że są głęboko oczytane i mądre. Kontrast między deklaracjami i efektem jest zbyt duży, by uważać go za wypadek w pisarskiej pracy.
Jeśli komuś niespecjalnie zależy na sensownej i wciągającej akcji, lubi za to wzruszenia rodem z tanich tasiemców czy kobiecych pisemek – może się przy „Bibliotekarkach” dobrze bawić. Dla tych, których jednak obchodzi staranność językowa, pomysł, fabuła – nie ma w tej książce nic ciekawego.


wtorek, 19 października 2010

Renata Opala: Rudzielec

Skrzat, Kraków 2010.

Kot

Pomysł na Skrzatową serię „Bajek zasypiajek” w pełni usprawiedliwia niezbyt dynamiczne fabuły i skupianie się na opisach mało atrakcyjnej codzienności. Długi rozbieg, jakiego potrzebują autorzy, tworzący dobranockowe historyjki, nieprzygotowanych na konwencję tekstowego usypiacza może naprawdę znudzić: w monotonnych opowieściach chodzi przecież przede wszystkim o to, by malucha jak najszybciej uśpić. Stąd też opis zwyczajnego dnia w rodzinie bohaterów „Rudzielca” pozbawiony jest jakichkolwiek elementów ciekawych. Mała Joasia je śniadanie, przygotowane przez babcię (która w tym czasie czesze dziewczynkę i zawiązuje jej kokardy), potem jest obiad, wspólna kolacja i spanie. Nie ma się co dziwić, autorzy „Bajek zasypiajek” nie mogą zainteresować czymś małych odbiorców, bo podniecenie lekturą wykluczałoby szybkie zaśnięcie. Dzieci mogą posłuchać o domu pełnym spokoju, przewidywalnym i bezpiecznym – to przygotowanie do dobrego snu, gwarantujące wyciszenie całodziennych emocji. Nawet nuda, wpisana w tekst, służyć ma przywołaniu sennych marzeń. Trudne zadanie będą za to mieli dorośli, czytający swoim pociechom – nie znajdą tu nic, co mogłoby przykuć ich uwagę i senność odpędzić.

Joasia, bohaterka „Rudzielca”, ma siedem lat i jest bardzo grzeczną dziewczynką. Mieszka z mamą, tatą, babcią (która przygotowuje wszystkim posiłki) i dziadkiem (który znakomicie opowiada bajki). Jak każde dziecko, Joasia chce mieć jakieś zwierzątko. Mama obiecuje, że porozmawiają o tym, gdy dziewczynka udowodni, że jest odpowiedzialna i potrafi się opiekować żywym stworzeniem, dbając o kwiaty doniczkowe. Ale wcześniej w domu Joasi pojawia się zabiedzony rudy pers, Rudzielec. Szybko okazuje się, że Rudzielec zostanie już z tą rodziną i opowieść Renaty Opali schodzi na opisy zachowań kota – prawdziwych, stereotypowych i interpretowanych bajkowo. Prawdziwych, bo pierwowzorem Rudzielca był kot autorki – to zresztą widać w pełnych czułości i zachwytu fragmentach, Rudzielca dotyczących. Stereotypowych, bo Renata Opala wciąż częstuje Rudzielca mlekiem. Interpretowanych bajkowo – bo czasem autorka wczuwa się w rudego bohatera i tłumaczy jego zachowania, mruczenie, a nawet myśli, na ludzki język. Rudzielec staje się główną postacią w historyjce – nie znaczy to, że książeczka nabiera tempa, przygody z kotem także są stonowane i pozbawione emocji. Jeśli Rudzielec ginie, to znaczy, że smacznie spał w zakamarkach pokoju. Jeśli obraża się na bohaterkę – to tylko na moment, zaraz, udobruchany, wraca.

Renata Opala włącza też do książki kilka bajek dziadka: prostych i naiwnych historyjek, typowych pospiesznych opowiastek, prezentowanych maluchom przed snem – pozwala to wprowadzić lekkie urozmaicenie do całości, autorka udowadnia tym samym, że potrafi wstrzelić się także w styl narzucony przez „bajki zasypiajki”. Owszem, książka jest monotonna i nie urzeka fabułą – ale tak właśnie miało być. „Rudzielec” do złudzenia przypomina zwyczajne dobranocne bajki opowiadane przez zwyczajnych, niekreatywnych, zmęczonych rodziców, którym zależy na jak najszybszym uśpieniu pociechy.
Lekturę może przedstawiać maluchom także starsze rodzeństwo, pomoże w tym duży druk, dobry dla uczących się czytać – i tych jeszcze mało wprawnych w tej sztuce. Dla odbiorców, którzy przygodę z samodzielnym czytaniem niedawno rozpoczęli, przejście przez tę książkę może być też sporym przeżyciem.

poniedziałek, 20 września 2010

Kenneth Grahame: O czym szumią wierzby

Skrzat, Kraków 2010.


Piękno klasyki

„O czym szumią wierzby” to opowieść, która wpisała się do kanonu światowej literatury dziecięcej i stała się też przykładem literatury pięknej, baśni dla dzieci i dorosłych. Przenoszona na ekran, szeroko komentowana, stanowi dzisiaj źródło zachwytów estetycznych – nad urokiem prozy Kennetha Grahame’a i świata przez niego przedstawionego – a także przyjemności związanej ze śledzeniem lekko niekiedy absurdalnych przygód czwórki zwierzęcych przyjaciół.

Ze swojego mieszkania pod ziemią wychodzi Kret. Pragnie poznać życie na świeżym powietrzu, chce spróbować nieznanych dotąd rozrywek. Trafia na Szczura Wodnego – istotę nastawioną do świata najżyczliwiej, zawsze spieszącą z pomocą, wyrozumiałą i dobrą. Szczur Wodny jest w tej książce uosobieniem najlepszych cech prawdziwego przyjaciela – doskonale rozumie potrzeby bliskich, kiedy trzeba, potrafi usunąć się w cień lub przeorganizować własne plany, by sprawić komuś przyjemność – a jednocześnie nie boi się sporów i radykalnych działań, jeśli widzi popełniane przez ważne dla niego postacie błędy. Szczur Wodny i Kret uzupełniają się wzajemnie i zawsze wspierają. Bohaterem bardziej tajemniczym okazuje się Borsuk, który wygląda w „O czym szumią wierzby” na nieco ekscentrycznego, zdystansowanego introwertyka. Tyle, że jeśli któreś ze zwierząt wpadnie w lesie w tarapaty, prędzej czy później do Borsuka trafi – i zawsze może liczyć na ratunek. Borsuk, chociaż przejawia momentami cechy hrabiowskie, da się lubić: wprowadza do świata powieściowego ład i zaufanie. Jest jeszcze czwarty bohater…

Kenneth Grahame napisał „O czym szumią wierzby” dla niedowidzącego synka – według przekazów czwarty bohater wzorowany jest właśnie na nim. Nie jest to z pewnością wizerunek przesłodzony: Ropuch to postać, która wprowadza do książki najwięcej zamieszania, bez przerwy wpada w kłopoty (z dwudziestoletnim wyrokiem i brawurową ucieczką z więzienia włącznie). Bywa zarozumiały, uparty, egoistyczny i infantylny. Jest wyniosły, żąda, nie dając nic w zamian. Nie słucha dobrych rad, drwi i szydzi z tych, którzy próbują mu pomóc. Na tle pozostałych bohaterów wypada całkiem nieznośnie, jest irytujący i lekkomyślny – ma tylko jedną zaletę: wprowadza spore ożywienie do tomu.

Bo książka „O czym szumią wierzby” napisana została w kojącym rytmie. Akcja toczy się tu niespiesznie, długo nic właściwie się nie dzieje. Kenneth Grahame koncentruje się na statycznych opisach, skupia się na obrazach przyrody, próbuje z niezłym skutkiem – oczarować odbiorców pięknem pejzażu. Pisze językiem malowniczym, a momentami wręcz poetyckim. Jego bohaterowie porozumiewają się stylem literackim – i nic dziwnego, skoro baśń powstała przed wiekiem. Wszyscy (poza Ropuchem) prezentują nienaganne maniery, daje się tu zauważyć lekkie podobieństwo do rzeczywistości z utworów Lewisa Carrola, klimat starych angielskich baśni.

Kinga Paździurkiewicz ozdobiła tom naprawdę udanymi ilustracjami. Płaszczyzny zacieniane przez kreskowanie sprawiają wrażenie spokoju i harmonii, a przy tym – nieco staroświeckiej elegancji. Pracochłonna technika, w jakiej zostały wykonane urokliwe rysunki, idealnie pasuje do starannych opisów Grahame’a, całość może się więc spodobać. Książka – wydana w Skrzatowej serii „Klasyka z Feniksem” – urzeka nie tylko aurą baśniowości i egzotyką treści, lecz także sposobem wydania.
Historia „O czym szumią wierzby” to propozycja przede wszystkim dla wrażliwych na piękno. Spokojna i pełna dobrych przesłań, ciekawa i mało przewidywalna (dla tych, którzy nie znali fabuły) – nadaje się dla maluchów i dla ich rodziców.


środa, 15 września 2010

Jan Brzechwa; Akademia Pana Kleksa

Skrzat, Kraków 2010.

Powrót do klasyki


Bez względu na nowe publikacje, zasilające półkę z książkami dla dzieci, istnieją tytuły, które trafiły do kanonu lektur i których nie da się zastąpić banalnymi, prostymi historyjkami. Zdarza się, że dorośli pod wpływem swoich pociech sięgają do znanych z dzieciństwa fabuł i odkrywają je na nowo – czasem w takiej sentymentalnej podróży pomagają też wydawnictwa, decydujące się na wznowienia księgarskich pewniaków. Skrzat wypuszcza na rynek nieśmiertelną „Akademię Pana Kleksa” Jana Brzechwy. Kredowy papier i twarda okładka sprawiają, że jednym z kręgów potencjalnych odbiorców mogą być ci dorośli czytelnicy, którzy nie boją się posądzeń o infantylizm. Duża czcionka to z kolei ukłon w stronę maluchów, które dopiero wkraczają w świat książek – dzieciakom wygodnie będzie się ten tom czytało, zwłaszcza że nie ma tu czcionkowych udziwnień (tekst został złożony czcionką szeryfową). I dużym, i małym odbiorcom przypadną natomiast do gustu ilustracje – czasem kolorowe, czasem czarno-białe, niekiedy lekko wpadające w styl kreski Szancera. Suren Vardanian zmierzył się z nie lada wyzwaniem – w końcu niełatwo jest przedstawić świat daleki od zwyczajnego, oparty na wyobraźni. Zdarzają się tu niewielkie potknięcia (nie wiadomo, dlaczego obrazkowy Pan Kleks nie ma wąsów, skoro inne szczegóły jego opisu zgadzają się z rysunkowym wizerunkiem), ale Vardanian potrafi też swoimi pracami zachwycić. Pomysłowe jest wprowadzenie akcentu graficznego w postaci plam (kleksów) z farbek wodnych – urozmaica to wolne od ilustracji strony i przełamuje ich monotonię, a przy tym subtelnie nawiązuje do tytułu.

Treść książki znana jest wszystkim. Akademia, którą rządzi Pan Kleks, uczy chłopców (tylko tych, których imiona zaczynają się na literę A) rozmaitych dziwnych przedmiotów – między innymi przędzenia liter czy leczenia starych sprzętów. W ogrodach przylegających do Akademii mieszkają postacie z różnych bajek. Pan Kleks przyrządza potrawy z kolorowych szkiełek i farb, potrafi też, dzięki specjalnym lusterkom, przeglądać sny swoich podopiecznych – wszystko działa bez zarzutu do czasu, kiedy fryzjer Filip wprowadza do Akademii zrobioną przez siebie lalkę, z której Pan Kleks ma uczynić człowieka. To wątek dramatyczny, który nadaje sensu fabule. Ale w „Akademii Pana Kleksa”, czytanej po latach, wydaje się ważne coś innego: odejście od wartości pedagogicznych.

Jan Brzechwa podkreślał wielokrotnie, że dzieci nie trzeba tylko pouczać, warto też odwoływać się do ich wyobraźni bez obarczania treści moralizowaniem. W „Akademii Pana Kleksa” tę filozofię widać idealnie – w kolejnych, szkatułkowo wprowadzanych historiach: snach, baśniach, wspomnieniach – ale i w samej głównej linii opowieści. Brzechwa od podstaw buduje zasady świata uczniów niezwykłej akademii. Liczy się tu wyobraźnia i czysta rozrywka – pisarz proponuje zabawę, odkrywa nową rzeczywistość, tworzy reguły nieistniejącej placówki po to jedynie, by dzieci mogły przeżywać wraz z bohaterami przygody, jakich nie miałyby szans doświadczyć w normalnym życiu. Wbrew pozorom lektura książki pozbawionej pouczeń i nakazów przynosi korzyści – wskazuje dzieciom możliwości, tkwiące w nieskrępowanym konwencjami umyśle. Maluchy chłoną relację Adasia Niezgódki i przyjmują ją zwykle – mimo końcowego wyjaśnienia – za jedną z prawdopodobnych bajek. Tymczasem Brzechwa otwiera czytelników na nietuzinkowe pomysły, daje niezłą pożywkę dla fantazji, a przy tym realizuje własne pisarskie credo. „Akademia Pana Kleksa” to znakomity tekst, który twórcom literatury dla dzieci pomoże uzmysłowić potęgę wyobraźni. Na książkach Jana Brzechwy w dalszym ciągu uczyć się powinny kolejne pokolenia.

poniedziałek, 6 września 2010

Mariusz Niemycki: Zuzia na tropie Makusynów

Skrzat, Kraków 2010.

Przygoda po latach

Niejeden już raz pisałam o Mariuszu Niemyckim w samych superlatywach. Tym razem też nie będzie inaczej, bo tom „Zuzia na tropie Makusynów” na pochwały zasługuje. To szósta część przygód dziewczynki, która bawi się w detektywa. Książka łączy w sobie klasyczny szkielet młodzieżowych powieści przygodowych spod znaku Niziurskiego, Nienackiego i Makuszyńskiego – ale i współczesne trendy, nakazujące prowadzić opowieść szybko i bez rozwodzenia się nad zbędnymi szczegółami. Niemycki lawiruje między dobrymi literackimi tradycjami i wymaganiami dzisiejszych czytelników, co sprawia, że „Zuzia” przekona do siebie młodych ludzi, a dla tych, którzy znają książki wymienionych wcześniej pisarzy, stanowić będzie miły powrót do atmosfery z uwielbianych przez kolejne pokolenia lektur.

Makusyny to dawny szczep harcerski, słynący z niebanalnych pomysłów i skupiający młodzież kreatywną – po latach od wspólnych wypraw wydarza się coś, co każe bystrej Zuzi skierować swoje kroki na zamek w Siedlisku. Mariusz Niemycki wykorzystuje niemal wszystkie elementy dobrej powieści sensacyjnej z czasów PRL-u (nazwa cyklu odsyła przecież do serialu z kapitanem Sową – i choć jest przede wszystkim dowcipem autora i wydawcy, nie da się podobieństwa „Zuzi” do tomów polskich pisarzy z drugiej połowy XX wieku ukryć), są tu zatem tajne hasła i szyfry, ukryte skarby, niebezpieczeństwa i pułapki, sekrety z przeszłości – i niezwykła więź, która sprawia, że dorośli i odpowiedzialni ludzie, zajmujący ważne stanowiska, na sygnał od kolegów ze szczepu rzucają wszystko i stawiają się w umówionym przed dekadami miejscu. W tę godną pozazdroszczenia relację wtrąca się Zuzia, tropiąca utrzymywane w tajemnicy wydarzenia. Odkrywając przeszłość pokolenia rodziców ma szansę uczestniczyć w przygodach, o których mogłaby dziś jedynie czytać. Nic dziwnego, że z radością i zapałem pokonuje wszelkie trudności, wykazując się przy tym inteligencją, sprytem i odwagą.

Działania Makusynów to jedna warstwa opowieści. Druga znów przenosi odbiorców do współczesności – Niemycki wykorzystuje bowiem sferę obyczajową do wykazania aktualnych w literaturze czwartej mód. Czyni to subtelnie i nie wszyscy na ten trop muszą od razu wpaść: mowa tu o rozbitej rodzinie. Rodzice Zuzi rozstali się, matka bohaterki twierdzi, że jej mąż poświęcał się tylko pracy i zaniedbywał dom. Zuzia nie jest jednak dzieckiem skrzywdzonym czy cierpiącym – dogaduje się z obojgiem. A jej rodzice… zaczynają na nowo się w sobie zakochiwać.

Niemycki sięga też po rozwiązanie, którego dawno w rodzimych pozycjach rozrywkowych literatury czwartej nie było – przypisy, objaśniające znaczenie trudniejszych wyrazów czy realia historyczne. Pojawiają się tu także odsyłacze do poprzednich części serii, bo Niemycki nie bawi się w streszczenie wcześniejszych powieści w pierwszym rozdziale, a zgrabnie wplata w fabułę konsekwencje minionych wydarzeń. Ta dbałość o młodego czytelnika, przed którym można postawić odrobinę trudniejsze zadanie lekturowe, cieszy i budzi nadzieję na stworzenie naprawdę wartościowych historii dla młodzieży.

„Zuzia na tropie Makusynów” nikogo nie zdąży zmęczyć, bo autor dość mocno skraca i upraszcza kolejne wątki, tworzy relację szybką i uwolnioną od przegadania. Na przeszkodzie Zuzi nie stają niepotrzebne drobiazgi, uprzykrzające życie – rezygnacja z nich bardzo przyspiesza i tak już błyskawiczną akcję.
„Zuzia na tropie Makusynów” jest tomem, który spokojnie można polecić dzieciom i nastolatkom obu płci – chociaż autor główną rolę oddaje dziewczynce, nie pisze w konwencji literatury dla dziewcząt. Utrzymuje za to styl, który przypadnie do gustu młodym odbiorcom.

czwartek, 2 września 2010

Ewa Ostrowska: Księżniczka i wszy

Skrzat, Kraków 2010.


Bajka o nietolerancji

W serii „Nastoletnie problemy” wydawnictwa Skrzat pojawiają się mikropowieści, w których oś fabularną podporządkowuje się przeważnie konkretnym zachowaniom, typowym dla wieku dojrzewania, a utrudniającym życie otoczeniu nastolatka i często jemu samemu. Nie ma tu czasu ani miejsca na rozwijanie wielowątkowych intryg, autorzy (a właściwie autorki, bo tak się składa, że psychologiczną serię „Nastoletnie problemy” rozwijają jak dotąd piszące panie) koncentrują się na postaciach z wyrazistymi cechami charakteru, czasem aż przerysowując zagadnienia. Dzięki temu na kilkudziesięciu stronach mieści się zwykle obraz zbuntowanych młodych ludzi – i konsekwencji ich impulsywnych czynów. W ten sposób realizuje się wychowawcze przesłania – bo czytelnicy bez trudu wyciągną wnioski z postaw bohaterów.

Tom „Księżniczka i wszy” Ewy Ostrowskiej pokazuje zasady konstruowania cyklu bardzo wyraźnie: autorka nie bawi się w subtelności, rysuje sytuacje grubą kreską, wyostrza konflikty do tego stopnia, że niektórzy odbiorcy mogą mieć jej to za złe. Tym razem jednak takiego podejścia wymaga temat, mniej uniwersalny, przynajmniej jeśli brać pod uwagę jego realizację, nie głębszą wymowę. Dotyczy bowiem książka problemów z adaptacją i konfliktu miasto – wieś. Bohaterka – Joasia – trafia na wieś za sprawą rodziców, którzy nie chcą rezygnować z ojcowizny. Dziewczynka ma do nich pretensje, źle czuje się w nowym otoczeniu i nie ma ochoty przystosowywać się do warunków życia. Niechęć przeradza się u niej w napady agresji: bohaterka urządza awantury rodzicom i babci (do której, mimo wszystko, odczuwa jeszcze szacunek – ta niekonsekwencja była Ewie Ostrowskiej potrzebna dla nauczek, jakie Joasia dostaje) – jest także niemiła dla koleżanek z klasy, a nawet dla nauczycieli. Agresja przybiera tu monstrualne rozmiary, Joasia pali za sobą mosty, wygłaszając opinie, po których nie ma czego szukać wśród znajomych. Nie stara się dowiedzieć, jakie problemy trapią koleżankę z ławki – buduje sobie w wyobraźni rewelacje, w które bezkrytycznie wierzy. Joasia zwyczajnie gardzi życiem na wsi i ludźmi, którzy taki styl życia z różnych powodów wybierają. Kiedy podczas przeglądu czystości higienistka odkrywa u bohaterki wszawicę, okazuje się, że nawet księżniczka – jak mówią o niej odrzucone koleżanki – nie jest bez wad.

Ewa Ostrowska wtrąca wykreowaną przez siebie postać w otoczenie z nią kontrastujące: Joasia jest ucieleśnieniem elegancji i szyku, przynajmniej we własnych oczach. Ocenia ludzi po stylu ubierania się – ale trafia do środowiska, w którym liczy się przede wszystkim ciężka praca, a moda nie ma znaczenia. Autorka podejmuje temat wielokrotnie już w książkach dla młodzieży poruszany, a przesłanie książki – w ogromnym skrócie – daje się zamknąć w przestrodze, by nie oceniać ludzi po pozorach. Krzywdzące opinie, które wygłasza dziewczynka, ranią i sprawiają, że Joasia nie ma szans na znalezienie przyjaciół. Złość i poczucie bezradności uniemożliwiają jej porozumienie się z innymi, zaślepiają i w konsekwencji prowadzą do sytuacji, z których trudno jest znaleźć wyjście.

Książka napisana została w dużej części językiem kolokwialnym, jakby Ostrowska chciała podchwycić slang młodzieżowy, lub była przekonana, że żeby mówić do młodych ludzi, trzeba zrezygnować ze stylu literackiego. Rozwiązanie to tłumaczy trochę duży ładunek emocji zawartych w opowieści i grupa docelowa – ale nie zawsze musi się podobać.
Ostrowska zdecydowała się na niełatwą fabułę: głównie z tego względu, że niewielu nastolatków może identyfikować się bezpośrednio z bohaterką książki. Ale chodzi przecież o to, żeby „Księżniczkę i wszy” czytać ponad dosłownościami i wyłuskać z tego tomu to, co w międzyludzkich relacjach istotne.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Ryszard Sadaj: Terapia Pauliny P.

WS, Kraków 2010.


Nieudany dziennik

Przy imitowaniu formy diariusza trzeba umiejętnie wcielić się w prezentowanego bohatera. Bez tego fałsz będzie zbyt wyraźny i zaprzeczy powieściowemu realizmowi, a co za tym idzie – oddali przyjemność płynącą z dobrej lektury. Ryszard Sadaj w książce „Terapia Pauliny P.” tej zasady nie przestrzega – i tym samym strzela sobie literackiego samobója. Prowadzi narrację z punktu widzenia kobiety w średnim wieku, doświadczonej żony i matki – i ten pomysł byłby trafiony, jeśli wziąć pod uwagę modę na poszukujące swojej drogi życiowej trzydziestki. Tyle że świat widzi Sadaj uparcie po swojemu i nie stara się nawet udawać, że jest inaczej. W efekcie powstaje w „Terapii Pauliny P.” dziwna hybryda, twór, który z wyglądu przypomina kobietę, a z psychiki, sposobu wyrażania się i stereotypowych ujęć damsko-męskich relacji okazuje się facetem, w dodatku raczej prostakiem. To nie może być udane połączenie, zwłaszcza że szwankuje u Sadaja również fabuła.

Paulina P. zaczyna prowadzić dziennik po wizycie u psychoterapeuty. Zastanawia się nad swoim życiem: jest żoną Mariana, krakowskiego literata, który zajmuje się głównie nadużywaniem alkoholu (kiedy nie nadużywa, idzie do łóżka z Pauliną – a dobry seks wynagradza bohaterce okresy pijaństwa). Paulina ma dwie przyjaciółki w typie nieznośnych przekupek (obie szukają partnerów przez biuro matrymonialne, a na spotkania z ewentualnymi kandydatami do ołtarza wysyłają naiwną Paulinę). Kobieta ma też dwoje dzieci, z których jedno przez trzy czwarte książki zajmuje się wyciskaniem pryszczy, co autor podkreśla z wyraźną lubością, a drugie nie ma cech szczególnych. Oboje zwracają się do matki w trzeciej osobie („niech mama pomyśli”). Kolejne wydarzenia są tu przewidywalne, można bez trudu odgadnąć, jak skończą się ledwo naszkicowane przez Sadaja wątki. Sytuacje bywają najczęściej przerysowane, jednak wyolbrzymienie prowadzi tu do niezbyt przyjemnej karykaturalizacji. Sadaj próbuje być naturalny i przekonujący, ale te jego wysiłki widać wyraźnie – zbyt wyraźnie, by uwierzyć w naturalność. Paulina P. robi z siebie idiotkę na każdym kroku, ale z własnego zidiocenia nie zdaje sobie sprawy i niestety nie przekona w ten sposób do siebie odbiorców. Tam, gdzie chciał być autor żartobliwy, jest żałosny, tam, gdzie chciał być przekonujący – jest nudny. I tak przez całą książkę. „Terapię Pauliny P.” można doczytać tylko z chęci pastwienia się nad autorem, któremu bohaterowie już na początku wymknęli się spod kontroli i nie potrafią dopasować się do własnych charakterystyk.

Przy całym imitowaniu luzackiego tempa opowiadania, przy sztucznej swobodzie, z jaką Sadaj chce prowadzić opowieść, rażą jego „literackie” naleciałości językowe, głównie „gdyż” i „lecz” – wygląda na to, że autor nie mógł się zdecydować na to, czy chce być elegancki i książkowy, czy też chce się wstrzelić w styl potoczny i bliski językowi ulicy.

Te wszystkie niekonsekwencje psują odbiór książki i sprawiają, że żadna z czytelniczek nie będzie utożsamiać się z bohaterką. Sadaj kobiet nie rozumie i dał tego wyraźne świadectwo. W „Terapii Pauliny P.” brakuje dobrych uzasadnień, mocnego zakotwiczenia wydarzeń w rzeczywistości przy jednoczesnej chęci odwzorowywania zwyczajnej, codziennej egzystencji. Sadajowi po prostu nie udało się zgranie pomysłu i jego realizacji. Wystarczyło przerobić tę historię na „męską” wersję i już mielibyśmy do czynienia ze zwykłym czytadłem, niekoniecznie budzącym zachwyt, ale przynajmniej strawnym.



piątek, 6 sierpnia 2010

Renata Opala: Dzienniczek zakręconej nastolatki, cz. 3

Skrzat, Kraków 2010.

Zwyczajnie o codzienności

Renata Opala „Dzienniczkiem zakręconej nastolatki” trafiła do młodych odbiorczyń – właśnie ukazała się w Skrzacie trzecia część przygód Asi – wbrew tytułowi zupełnie zwyczajnej dziewczyny z przeciętnymi zwykle problemami i wiodącej spokojną egzystencję. Wprowadzeni w poprzednich tomach bohaterowie przewijają się i przez tę opowieść, Aśka relacjonuje ich doznania z równym zaangażowaniem, jak swoje. Wielowątkową historię skupioną w miniaturowym tomiku trudno byłoby okiełznać, ale autorka wybrała konwencję dziennikową i w ten sposób usprawiedliwić może wszystkie narracyjne szaleństwa – a tych będzie w „Dzienniczku” całkiem sporo.

Główna bohaterka, dwunastoletnia Asia, ma tajemniczego wielbiciela: ktoś wciąż przyczepia do klamki jej drzwi małe bukieciki kwiatków. Kolega z klasy, na co dzień raczej nie budzący entuzjazmu dziewczyn, zaprasza Aśkę bez przerwy na pizzę własnego wyrobu i swoim szarmanckim zachowaniem wyróżnia się na tle rozwydrzonej młodzieży. Starsza siostra Aśki, Ludwika, odnosi sukcesy w pływaniu, co niestety wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. Mysia z odzyskaną mamą także przeżywa chwile szczęścia – zyskuje właśnie nowego tatusia, lecz trapi się myślą, co powiedziałby na to jej nieżyjący ojciec. Dziewczynka szuka pomocy u przyjaciół i zmusza ich do wyjaśniania spraw trudnych – przy okazji z pewnymi tematami oswoją się czytelnicy.

W „Dzienniczku zakręconej nastolatki” dzieje się bardzo dużo. Aśka produkuje krótkie notatki, przeładowane treścią i mocno ekspresyjne – tempo akcji oraz ilość emocji nie pozwalają na stopniowe rozwijanie fabuły, zresztą – to raczej zestaw powiązanych ze sobą wątków niż klasyczna, spójna opowieść. Aśka podbiera ubrania starszej siostrze, a kosmetyki – mamie, ironicznie komentuje typowe a niezbyt chlubne zachowania rówieśniczek – w ten sposób Opala przemyca dorosłe oceny w historii dla dziewczynek, które jeszcze podstępu nie dostrzegą.

Narracja przepełniona jest w tym tomiku tytułami i fragmentami piosenek. Aśka trochę zbyt szczegółowo relacjonuje na przykład przebieg dyskoteki, podając kolejne przeboje, raczej znane starszym odbiorcom niż dzisiejsza dwunastolatka. Jasne, że czytelniczki mogą o konkretne utwory zapytać rodziców – lecz raczej nie wczują się przez to w atmosferę opowieści. Zwłaszcza że dodatkowo Aśka manifestuje swoją dojrzałość i samodzielność, a przez to przeświecają tony wychowawcze. Z rozsądną postawą bohaterki momentami kontrastuje jej język: Renata Opala bardzo stara się podkreślić dwie rzeczy: po pierwsze, że Aśka jest nastolatką wyluzowaną, wbrew zachowaniom, zgodnym z wymogami rodziców – i po drugie, że jest dziewczyną nieświadomie modną i slang młodzieżowy podchwytuje niemal mimowolnie. Tyle że przyzwyczajenia językowe Aśki nie zawsze brzmią dobrze. Wszechobecni „kolesie” na określenie zwyczajnych kolegów w końcu zaczną razić. Renata Opala nie posługuje się przecież prawdziwym żargonem dzieciaków, proponuje za to język przez siebie podrasowany. Równie dobrze mogłaby z tych zabiegów zrezygnować, skoro i tak pełna ekspresji opowieść będzie dla czytelniczek atrakcyjna. Redakcja książki nie rezygnuje z nietrafionego pomysłu zapisywania wypowiedzi w cudzysłowach zamiast od myślników: przecież nie ma potrzeby mnożenia znaków, jednak taki sposób zapisu pojawia się konsekwentnie od pierwszego tomu. Szkoda.

„Dzienniczek zakręconej nastolatki” to historia zwyczajnej bohaterki opisana prostym i przystępnym językiem, propozycja w zasadzie dla wszystkich dzieci – w szczególności natomiast dla małych dziewczynek. Szybko się tę książkę czyta, głównie ze względu na krótkie wpisy i szybkie zmiany akcji.

czwartek, 15 lipca 2010

Łukasz Libiszewski: Grunwald 1410

Bitwa pod Grunwaldem to jedno z wydarzeń silnie zakorzenionych w świadomości Polaków, to moment historyczny, kształtujący tożsamość narodową i skostniały w kilku zaledwie symbolicznych scenach. Dzięki powtarzanym wciąż przekazom, oryginalnym gestom, które pobudzają wyobraźnię i do dziś inspirują artystów, stała się czymś więcej niż tylko zwykłą datą, nudną kartą podręcznika do historii. Sześćsetlecie bitwy pod Grunwaldem to dobra okazja, by po raz kolejny wspomnieć o jednym z największych starć zbrojnych średniowiecznej Europy. Wydawnictwo Skrzat wypuszcza na rynek kolejną prostą historyjkę dla maluchów, łącząc w jednej publikacji walory edukacyjne, źródło rozrywki i zabawy oraz znakomite ilustracje Kazimierza Wasilewskiego.

Łukasz Libiszewski, autor tego opracowania, skupia się wyłącznie na podręcznikowych wiadomościach, choć wzbogaca obiegową wiedzę o kilka interesujących szczegółów. Stawia na informacje, proste i konkretne, nie próbuje na przykład – choć pewnie mógłby – fabularyzować historii. Przez takie podejście pozycja Skrzata przypomina nieco kioskowe wydawnictwa edukacyjne, jakich sporo ukazywało się w ostatnich latach XX wieku. Mnóstwo danych, podzielonych na malutkie bloki, by łatwiej było przyswajać sobie treści, mnóstwo motywów graficznych, stymulujących wyobraźnię i także wpływających na poprawę jakości zapamiętywania – to wszystko ma sprawić, by wiedza o bitwie pod Grunwaldem na dobre zapadła w pamięć małym odbiorcom.

Sama bitwa została jednak sprowadzona do kilku opisowych zdań, a uwagę od niej odciągają zjawiska „towarzyszące” – dialog związany z przekazaniem królowi Polski dwóch nagich mieczy, upadek chorągwi czy znaki na płaszczach przedstawicieli zakonu krzyżackiego. Czasem ma się wrażenie, że książeczce zabrakło osi spajającej całość – ale to tylko złudzenie, bo przecież Łukasz Libiszewski doskonale zdaje sobie sprawę z wieku czytelników i z faktu, że musi tłumaczyć każdy drobiazg, by informacje o bitwie stały się przejrzyste i łatwe do wchłonięcia przez dzieci. Jednocześnie stawia przez cały czas na atrakcyjne dla maluchów sceny, nie chce zanudzić ich faktografią bez podbudowy sensacyjności czy niezwykłości.

Świadomość wieku odbiorców przejawia się oczywiście w sposobie przedstawiania bitwy pod Grunwaldem. Libiszewski nie sili się na literackość stylu, skoro nie ma zamiaru budować rytmicznej i fabularnej opowieści, a jedynie przekazywać wiadomości w intrygującej oprawie. Nie popełnia za to żadnych błędów stylistycznych, pisze językiem pozbawionym ozdobników, zrozumiałym i neutralnym, a przy tym dostosowanym do targetu. Taki właśnie opis najbardziej pasuje do konwencji, na jaką zdecydował się autor.

Kazimierz Wasilewski – to już nazwisko, które gwarantuje olśniewającą szatę graficzną książek dla maluchów, oczywiście pod warunkiem gustowania w słodkich i starannych baśniowych obrazkach – sprawdził się i tutaj, przy odwzorowywaniu scen batalistycznych czy szczegółów wyposażenia żołnierzy. Jego rysunki na pewno pomogą maluchom w przyswajaniu informacji o wydarzeniach z 1410 roku - zwłaszcza że wydawnictwo przygotowało dla dzieci jeszcze jedną atrakcję: naklejkową uzupełniankę przedstawianych historii.

W skrótowych historyjkach objaśniających świat kilkulatkom Skrzat osiągnął już naprawdę wiele – umiejętność dostosowania tego pomysłu do kolejnych rocznic czy dat jest nie tylko zabiegiem marketingowym, ale i dostrzeżeniem luki na rynku wydawniczym. Jak na razie idea kształcenia przez zabawę w niewielkich książeczkach sprawdza się bez zarzutu.


piątek, 11 czerwca 2010

Iwona Kocińska: Przygody krowy Balbiny

Skrzat, Kraków 2010.

Ach, śpij, kochanie

Warto czytać maluchom. Żadne dobranocki czy prezentowane w telewizji bajki nie rozwiną wyobraźni i kreatywności dzieci w takim stopniu jak wieczorna lektura. Można dzięki temu upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – i spokojnym tekstem ukołysać pociechę do snu: wystarczy wybrać odpowiednią książeczkę. Wydawnictwo Skrzat proponuje więc cykl „Bajki zasypiajki” – stonowane, harmonijne i spokojne opowiastki mają wyciszyć emocje i przygotować małych odbiorców do snu.

„Przygody krowy Balbiny” autorstwa Iwony Kosińskiej poza łagodną fabułą przynoszą jeszcze sporo wiadomości na temat życia na wsi, książka ma zatem także wartość edukacyjną – dzieciom, które nie zetknęły się jeszcze z gospodarskim mikrokosmosem dostarczy autorka ciekawych informacji. Główną bohaterką tej książeczki, przepięknie zresztą wydanej, jest mieszkanka obory. Jej przyjaciele – pies Nestor i kot Filip – towarzyszą krowie w codziennych sytuacjach, rozweselają, gdy Balbina ma zły humor i są zawsze w pobliżu, by służyć pomocą. Gospodarstwo to własność Babci i Dziadka – ludzi mądrych i zapewniających poczucie bezpieczeństwa wszystkim zwierzętom a także malutkiej Dorotce – kilkuletniej dziewczynce, która na wsi spędza lato.

Trudno powiedzieć, co się w „Przygodach krowy Balbiny” stanie, bo Iwona Kocińska stawia przede wszystkim na prezentowanie postaci i scenek, które są ich udziałem. Nie można mówić o klasycznej akcji – poza paroma opowiadaniami liczy się sam opis, nieudziwniony, naturalny i dość prosty, ale nie byle jaki. Autorce zależy bardziej na wygaszeniu emocji niż na rozbudzeniu apetytów dzieci, chociaż trzeba przyznać, że samymi opisami potrafi zaintrygować. Odstępuje od realizmu przy drobiazgach – kiedy bohaterowie rozmawiają ze sobą (chociaż, mimo starań, nie dogadają się z ludźmi) i na przykład krowa, kot i zając zbierają poziomki dla wnuczki gospodarzy. Poza tym rytm książce nadaje natura: Iwona Kocińska przedstawia krowę Balbinę w ciągu jednego roku. Wiosną bohaterka cieszy się na myśl o świeżej i soczystej trawie, latem jest Balbina trochę zmęczona upałami, jesienią zjada jabłka, które spadły z drzew i martwi się, że niedługo nadejdzie zima. Zimą przebywa w ciepłej oborze i zapomina o wcześniejszej irytacji. Nie ma w książce wymyślnych i bajkowych przygód, autorka skupia się raczej na prawdziwych obrazkach. Bardzo długo wprowadza kolejne postacie, wiele rozdziałów poświęca na komentarz do stanów, nie na samą akcję. Takie spokojne historyjki na pewno nie wywołają przed snem silnych wzruszeń, przyniosą za to kojące i wyciszone obrazki, w sam raz na wprowadzenie do snu.

U Iwony Kocińskiej nic złego się nie dzieje. Jeśli pojawia się element zagrożenia, jest niemal natychmiast łagodzony przez interwencję Babci lub Dziadka. Zmartwienia będą za każdym razem redukowane, nie ma mowy o tym, by dziecko czegoś się przestraszyło. Zapewne miłośnicy Bettelheima mieliby autorce taką postawę za złe – ale trzeba przyznać, że w czasach, gdy przemoc i agresja wkraczają nawet do programów dla dzieci, bajki nastawione na dobroć, sympatię i przede wszystkim spokój stają się szczególnie cenne.

Niebagatelny w obliczu najczęściej popełnianego w literaturze czwartej błędu, czyli nadmiernego zdrabniania, jest tu styl. Iwona Kocińska nie szczebiocze, opowiada w sposób prosty i naturalny, nie infantylizuje tekstu i jawi się w nim jako normalna, dobra narratorka – to sprawia, że książka okazuje się jeszcze bardziej wartościowa. Nie zawsze trzeba na siłę szukać oryginalności.
Agnieszka Semaniszyn natomiast odchodzi w ilustracjach od realizmu w stronę baśniowości i fantazji. Jej duże i charakterystyczne obrazki stanowią obietnicę przyjemnych snów, spodobają się też dorosłym.
Książka ma tylko jedną wadę: uśpić może także czytającego dziecku rodzica.


niedziela, 6 czerwca 2010

Mariusz Niemycki: Kłopotek wyrusza w świat

Skrzat, Kraków 2010.

Z życia skrzata

Podobieństwo Kłopotka do Żabcia, bohatera wcześniejszych książeczek Mariusza Niemyckiego, jest oczywiste: w obu przypadkach mamy do czynienia z psotnym i wesołym dzieckiem (w „Żabciach” – potomkiem płaza, w „Kłopotkach” – skrzata), które na własną rękę odkrywa świat, nierzadko popadając przy tym w niegroźne tarapaty. Przygody dzielnych bohaterów zawsze kończą się dobrze i dostarczają młodym odbiorcom rozrywki. Mariusz Niemycki na szczęście nie powtarza sam siebie, nie brakuje mu wyobraźni. Cały czas szuka nowych rozwiązań, sprawdza możliwości, jakie daje mu klasyczna literatura czwarta. Pisze bajki, które spokojnie polecić można maluchom, a przy okazji tradycyjnych schematów fabularnych testuje formę. Dzięki kolejnym eksperymentom ten autor nie znudzi ani dzieci, ani ich rodziców.

„Kłopotek wyrusza w świat” to drugi tom przygód niesfornego i budzącego sympatię skrzata. Jak w pierwszej części – oraz obu „Żabciach”, na książkę składają się trzy opowiastki. W „Skrzacim straszydle” bohater przypadkowo dowiaduje się, że trzy lisy planują napaść na miłą rodzinkę – niestety starsi nie dają wiary rewelacjom Kłopotka, skrzat musi więc wziąć sprawy w swoje ręce i samodzielnie wypracować rozwiązanie problemu. „Skrzat włóczęga” to ponowny ukłon w stronę literackiej przeszłości – Kłopotek, jak niedawno Żabcio, wyrusza w świat, a test samodzielności kończy się zabawną przygodą. Wodze fantazji popuszcza też Niemycki w ostatniej bajce, „Skrzat i smok”, pozwala bowiem bohaterowi na spotkanie ze Smokiem Wawelskim – i to nie tylko tym, pod którym fotografują się dziś w Krakowie wycieczki.

Mariusz Niemycki staje się jednym z ciekawszych pisarzy dla najmłodszych. Nie odkrywa nowych dróg, nie próbuje szokować czy udziwniać swoich tekstów – tworzy za to rzetelne, naprawdę dobre bajki, z czytelnym, ale nienachalnie wyprowadzonym przesłaniem. Awanturnicze przygody łagodzi happy endem – a i parasolem ochronnym roztaczanym nad młodym bohaterem. Z postacią łatwo się będzie maluchom identyfikować – Kłopotek to przecież uosobienie pomysłów maluchów. Książki Niemyckiego dostarczają rozrywki, a przy okazji zawierają istotne dla odbiorców przestrogi. Kłopotek często bywa nieposłuszny czy zbuntowany, wiele jego doświadczeń płynie właśnie z przeciwstawienia się starszym – nic dziwnego, że dostaje różne nauczki.

Niemycki urozmaica klasyczne w duchu bajki zabawą formą. O Żabciu pisał regularnym wierszem, dość swobodnie czując się w zamykaniu historyjek w silnie zrytmizowanych zwrotkach. W „Kłopotku” zdecydował się na zabieg kuszący i efektowny, choć momentami wymuszający rozwiązania tekstowe. Nie ma tu tradycyjnego podziału na zwrotki, z daleka bajki z tomiku „Kłopotek wyrusza w świat” wyglądają jak pisane prozą. Okazuje się jednak, że Niemycki spaja swoją historię rymami, wprowadzanymi jak w dwunastozgłoskowcu, zachowuje też w miarę stały układ sylab, przez co bajki zyskują niespodziewanie jednostajny rytm. Przypomina to dawne, przekazywane ustnie opowieści, ale bywa też utrudnieniem – jeśli rodzic podczas czytania dziecku zgubi się w którymś momencie, zadziwią go rozmaite stylistyczne zabiegi podporządkowujące fabułę rytmowi. Zwłaszcza że lekturę prowadzić można na dwa sposoby – sugerując się wewnętrznym, naddanym tempem historyjek – lub też – zgodnie z prozatorskim zapisem i sensem książki. Nie ma podziału na wersy, który ułatwiałby odnalezienie się w tekście, nie ma klauzul, sygnalizujących stały rytm. Wspólne czytanie może zatem stać się także wyzwaniem – wyzwaniem, które warto podjąć. Książka spodoba się dzieciom właśnie ze względu na ten kuszący rytm, a i z uwagi na ilość atrakcyjnych wydarzeń.

Łukasz Ryłko tym razem postawił w ilustracjach na zabawę z kolorami i plamami światła. Postacie na jego obrazkach w dalszym ciągu są narysowane wyraźnie, sporo tu dodatków i kreskowych uzupełnień – nie oglądamy zwykłego konturu wypełnionego kolorem, a naprawdę szczegółowo dopracowane kształty. Częściej jednak niż wcześniej wygasza Ryłko różnice barw i kontrasty, a zamiast oczywistych schematów, uwodzi migotliwymi scenkami.


niedziela, 30 maja 2010

Ewa Ostrowska: Grześ, tatuś i dalekie wędrówki

Skrzat, Kraków 2010.

Przydomowe odkrycia

Ewa Ostrowska ma pomysły na fabułki dla najmłodszych, tego jej odmówić nie można. Ale ma też przyzwyczajenia, od których dorośli czytelnicy zaczną zgrzytać zębami i przestaną zwracać uwagę na treść przekazywanych dziecku bajek, całkowicie zajęci śledzeniem potknięć stylistycznych.
Będę o tym pisać tak długo, jak długo będzie istniał problem. Czyli pewnie już nigdy nie odczepię się od tematu. Do kilkulatków nie trzeba zwracać się jak do imbecyli. Szczebiotanie do niemowlaków nad łóżeczkiem nie może przenosić się na szczebiotanie do dzieci w wieku przedszkolnym. Maluchy naprawdę poradzą sobie ze zrozumieniem wyrazów o niezdrobniałej formie. Wbrew pozorom nadużywanie deminutiwów i spieszczanie (dodam, że nieuzasadnione) stylu to nie jest dobry sposób na snucie opowieści, zwłaszcza opowieści przygodowych, a takie miały się składać na tomik „Grześ, tatuś i dalekie wędrówki”. Zgoda na określenia „tatuś” i „mamusia”, chociaż do matki bohatera, o czym zaraz, nie pasuje to w najmniejszym stopniu. Ale, litości – w lesie mogą być polany i trawy zamiast polanek i trawek, w ZOO bywają zwierzęta, a nie tylko zwierzątka, a już na pewno mały rozsądny chłopiec nie powie o swoich spodniach „spodenki”, a o zębach „ząbki”. Tendencja do zdrabniania wszystkiego wokół sprawia, że odbiorców zwyczajnie zemdli.

Drugim irytującym składnikiem stylu są monotonne sygnały emocjonalności. Ostrowska lubuje się w zdaniach rozpoczynanych od „ojej” lub „o rany”, zwykle łączy je w pary, a w wypowiedziach chłopca wykorzystuje niemal bez przerwy. Z inteligentnego dzieciaka robi w ten sposób… zresztą nieważne. Dziwić się światu można na wiele sposobów, autorka wybrała akurat najgorszy.

Ostrowska nie potrafi przekonująco zaprezentować Grzesia, który w pierwszej historii jest czterolatkiem. Nie potrafi – bo w wypowiedziach bohatera przenikają się dorosłe spostrzeżenia i frazy z dziecinnym paplaniem. Wypada to sztucznie i mało atrakcyjnie, niekonsekwencja w kreowaniu postaci odbija się na jej recepcji. W ogóle dziwna jest rodzina Grzesia: tatuś to wykładowca akademicki, uczy matematyki i chodzi z głową w chmurach, co oznacza w tej książce po prostu – że myśli. Mamusia natomiast… cóż, mamusia jest karykaturą macoch z baśni i współczesnych pań domu. Despotyczna, zrzędliwa i „praktyczna” (inni powiedzieliby, że zwyczajnie bez wyobraźni) – interesuje ją tylko karanie własnego dziecka, krytykowanie męża i oglądanie telenowel, przy których płacze. Odbiera synowi zabawki, zabrania odkrywania świata – i okazuje się bardzo, ale to bardzo toksyczna. Mogłaby śmieszyć, ale nie wiem, czy dzieci raczej nie przerazi.

Książka „Grześ, tatuś i dalekie wędrówki” składa się z serii krótkich, powiązanych ze sobą opowiadań o przygodach, jakie można przeżyć w najbliższym otoczeniu. Dzięki prezentom urodzinowym od taty (które mama konfiskuje po pewnym czasie) Grześ nauczy się, że świat jest fascynujący i skrywa wiele tajemnic. Autorka pozwala sobie na odrobinę przyjemnego absurdu tylko przy przedstawianiu siedmiu cioć i siedmiu wujków oraz ich prezentów – szkoda, gdyby zdecydowała się na więcej takich akcentów, publikacja byłaby żywsza.

Duży druk sprawia, że na „Grzesiu, tatusiu i dalekich wędrówkach” maluchy mogą się uczyć czytania. Obrazki Agnieszki Kłos – jednej z lepszych ilustratorek Skrzata – jak zwykle cieszą oko i znakomicie komponują się z tekstem, to dzięki nim książka budzi ciekawość i przyciąga uwagę.
Ewa Ostrowska nie jest przecież debiutantką w pisaniu dla najmłodszych – tym bardziej szkoda, że ciągle powtarza rozwiązania, które – nawet jeśli w życiu naturalne – w publikacjach dla dzieci brzmią źle.

poniedziałek, 24 maja 2010

Alicja Baluch: W szklanej kuli

Skrzat, Kraków 2010.


Baśnie dziś

Książka „W szklanej kuli” Alicji Baluch wyrosła z ciekawego pomysłu i nie sposób jej odmówić wartości edukacyjnych czy płynących z intertekstualizmu rozwiązań. Dla najmłodszych czytelników będzie okazją do spotkania się z życiowymi, naturalnymi sytuacjami, zarysowanymi subtelnie i bez wyraźnie przekazywanych morałów. Ale przy wszystkich swoich zaletach będzie też „W szklanej kuli” zbiorem bajek opowiedzianych brzydko. Autorka – profesor, kierownik Katedry Literatury dla Dzieci i Młodzieży Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie z pewnością wie, co powinno się pojawiać w tekstach dla małych odbiorców – lecz nie ma pojęcia, jak to przekazać. W efekcie dzieci otrzymują krótkie opowiastki – ciekawe, lecz kulejące od strony narracyjnej. Alicji Baluch zabrakło stylistycznej sprawności, polotu, lekkiego pióra – przez co jej sposoby na uaktywnienie dawnych motywów nie zachwycają, a momentami po prostu rażą.

Razi przede wszystkim nadużywanie zdrobnień. Nagromadzenia deminutiwów kojarzą się z głupawym szczebiotem, kompletnie w tym wypadku nieuzasadnionym – do dzieci przecież można, a nawet należy mówić językiem prostym, ale nie infantylizowanym. Jeśli dziewczynka staje na paluszkach i nagle ostre ząbki ją łapią, a ona myśli, że to na pewno wampirek – to coś w językowym obrazie świata autorki jest mocno nie w porządku. Alicja Baluch pozbawiona jest dystansu do prezentowanych bohaterów, odnosi się do nich z przesadną i nieuzasadnioną czułością, która przy lekturze tylko drażni. Jeśli ktoś powie, że to ze względu na percepcję czy sposób przedstawiania rzeczywistości przez maluchy, zapytam, skąd w takim razie w bajce dla dzieci diler sprzedający marihuanę. Autorka nie panuje nad słowami – stąd niespójne scenki w historiach. Zdarzają się potknięcia narracyjne – po dwóch zdaniach wyjaśnienia babci, mała Halinka z entuzjazmem wykrzykuje, że jej opowieści są lepsze od gier komputerowych. Przez nieokiełznany styl wali się wszystko – bohaterowie nie słuchają się nawzajem w dialogach, akcja przestaje się kleić, a związek z baśniowymi motywami coraz bardziej się rozluźnia. Na niekorzyść Alicji Baluch wypada też przytaczanie początków baśni braci Grimm. Nie dość, że zamiast rozwinąć te zapożyczone wstępny na swój pomysł, autorka zabiera tylko do współczesnego świata postacie, kompletnie ignorując realia baśniowe, które już zdążyły wybrzmieć, to jeszcze przegrywa konfrontację stylu – kontrast między baśniową narracją a zwykłymi opowiadaniami Alicji Baluch jest bardzo silny. Zdarzają się i poważniejsze wpadki – jedno z dzieci przynosi do szkoły aparat cyfrowy, fotografuje kolegów, wyciąga gotowe fotografie (skąd?) i rozdaje im. Wszyscy mają potem swoje podobizny wkleić do zeszytu.

Mali bohaterowie „W szklanej kuli” czasem uczą się czegoś ważnego (że nie wolno oceniać ludzi po pozorach, zostawiać otwartego mieszkania czy otwierać obcym), czasem natomiast ich dziwne przygody nie mają puenty. Alicja Baluch deklaruje powtarzanie dobrych i złych motywów – tyle że zła okazuje się u niej dziewczynka, która przed pomocą sąsiadce musi zapytać o zgodę rodziców (czyli uczynność stawia się nad posłuszeństwem), a „dobre” dzieci przez przypadek uparcie pomagają przestępcy przebranemu za staruszkę. Gubi się autorka w przekazach, chociaż same opowiadania, bez odniesień do tradycyjnych baśni, przeważnie wybroniłyby się – ze względu na atrakcyjne, szybkie fabułki.

Ciekawe ilustracje proponuje maluchom Piotr Olszówka. Stara się on, by rysunki były baśniowe w duchu, ale też i dowcipne – humor przejawia się głównie w dalszoplanowych drobiazgach, jednak same postacie budzą sympatię – między innymi za sprawą nienaturalnych proporcji.

Gdyby pomysły Alicji Baluch przedstawił ktoś wprawiony w narracjach dla dzieci, „W szklanej kuli” byłoby zbiorkiem opowiadań, który warto polecić. Tym razem jednak wiedza na temat zawartości bajek nie poszła w parze z umiejętnością wykorzystania jej w praktyce.



poniedziałek, 17 maja 2010

Mariusz Niemycki: Kłopotek

Skrzat, Kraków 2010.


Skrzat w bajce

Po Żabciu, małym bohaterze, który bezustannie wpada w rozmaite tarapaty, Mariusz Niemycki stworzył Kłopotka – wypączkowaną z poprzednich opowieści postać. Kłopotek to skrzacik ciekawy świata i – oczywiście – sprawiający kłopoty, na szczęście nie do końca poważne, w sam raz, by nadać dramaturgii bajkom, ale żeby nie przerażać małych odbiorców – mimo że miejscami bywa naprawdę groźnie. Wszystkie historyjki o Kłopotku kończą się dobrze, bez obaw można je zatem potraktować jako wieczorną lekturę, opowieść na dobry sen dla kilkulatka.

Takiemu zastosowaniu tomu „Kłopotek” sprzyja także przeniesiony z „Żabcia” podział na trzy historie – długością w sam raz nadające się na dobranockową bajkę. Karty przepięknie wydanej książki zaludniają postacie ze świata skrzatów, leśnych ludków, baśniowych istot, które stają się łącznikiem między bajkami a rzeczywistością (mają w końcu wiele cech ludzkich, Niemycki nie konstruuje krainy Kłopotka od podstaw, a stosuje moc przeniesień – co przecież w książkach dla dzieci jest stałym zabiegiem). W drugiej opowiastce z „Kłopotka” dochodzi do porwania młodszej siostrzyczki bohatera. Tu też radość dzieci wzbudzi dalszoplanowy bohater – pewien komiczny ślimak. Autor po raz kolejny udowadnia, że ma poczucie humoru i nie boi się stosowania w bajkach absurdu. W „Kłopotku” znajdzie się wiele powodów do śmiechu – co naturalnie podnosi wartość książki. Trzecią bajkę z tomu Mariusz Niemycki opiera na pomyśle już wykorzystanym w „Żabciu” – na śnie bohatera. Ale myli się ten, kto sądzi, że Niemyckiemu zabrakło wyobraźni. Bajkowy schemat wypełnia on bowiem zupełnie nową i odkrywczą treścią. Stosuje technikę lustra, by przenieść małych czytelników w egzotyczne realia. Kłopotek ląduje bowiem w Afryce i omal nie trafia do kotła skrzatożerców – a wszystko przez książeczkę, którą czytał przed zaśnięciem młodszej siostrze.

Wciągające, atrakcyjne i oryginalne fabuły mogą się w „Kłopotku” podobać. Mariusz Niemycki sprawdza się jako autor książeczek dla dzieci i ponownie udowadnia, że nie boi się kreowania bajkowego odważnego świata. Ale w „Kłopotku” zwraca uwagę coś jeszcze: forma. „Żabcia” tworzyły wierszowane opowiastki o regularnym rytmie i zgrabnych rymach. W „Kłopotku” na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z prozą – nie ma podziału na wersy, są za to dialogi i opisy. Tyle że wszystkie historie napisane zostały z rymami i w rytmie dwunastozgłoskowca, co daje wrażenie echa. Fakt, że historie przybierają kształt litego tekstu, pozwala ukryć przerzutnie i, oczywiście, ułatwia lekturę bezpośrednich wypowiedzi postaci. To rozwiązanie we współczesnych bajkach spotykane jest raczej rzadko i właściwie zwraca uwagę oryginalnością. Niestety, ma też pewną wadę – ową wadą jest naginanie – czasami – opowieści do wynalezionego rytmu i nienaturalne przez to momentami zwroty narracji.

Mariusz Niemycki rytmem historii naśladuje dawne, przekazywane ustnie opowieści – wewnętrzny rytm bajki i rymy najlepiej wybrzmiewać będą przy głośnej lekturze – a stały rozkład akcentów zadziała na maluchy usypiająco i kojąco, dlatego też bajki z „Kłopotka” nadają się na lekturę przed snem. Pozory oralności jednak bledną w obliczu rymów wysilonych – pomysł na realizację historyjek staje się jednocześnie zaletą dla dzieci i wadą – ze względu na nienaturalność pewnych rozwiązań. Inaczej mówiąc: Niemycki rytmizacją nadaje książce lekkości – i jednocześnie tę lekkość oddala, kiedy decyduje się na współbrzmienia i inwersje obce żywiołowi mówionemu.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na rysunki w tomie. Łukasz Ryłko sprawdził się świetnie jako ilustrator – stworzył baśniowe obrazki, kreską przypominające nieco dzieła Janusza Christy, idealnie dopasowane do świata skrzatów. Ogląda się je z przyjemnością i uznaniem.


środa, 12 maja 2010

Danuta Zawadzka, Adriana Miś: Piosenki dla przedszkolaka 2. Chlipacze

Skrzat, Kraków 2010 (książka z płytą CD).

Piosenki dla dzieci

Pokolenie dzisiejszych dwudziestoparolatków z nostalgią myśli o piosenkach swojego dzieciństwa. Nieśmiertelne przeboje Natalii Kukulskiej czy wesołe piosenki Fasolek proponowane kiedyś maluchom nuciły wszystkie dzieci. Współczesnym kilkulatkom nie ma niestety czego zaproponować – powroty do muzycznej przeszłości nie są zatem głupim pomysłem. Zwłaszcza że obecnie panuje pogląd, iż w twórczości dla najmłodszych można do woli obniżać poziom tekstów, upraszczać i stosować bezkarnie grafomańskie rozwiązania. Tym samym powstające pioseneczki nie zyskują siły przebicia i chociaż przez wychowawców przedszkolnych zostaną zapewne przyjęte z wdzięcznością, do ogólnej świadomości społeczeństwa raczej nie mają szans się przebić.

Skrzat mimo wszystko próbuje zwrócić na siebie uwagę animatorów grup dziecięcych i przedszkolanek (a być może i rodziców kilkulatków) – po publikacji „Piosenki dla przedszkolaka” wydawnictwo zdecydowało się przedstawić odbiorcom drugi zeszyt z prostymi piosenkami – „Piosenki dla przedszkolaka 2. Chlipacze”. Jest to tomik z tekstami Danuty Zawadzkiej i muzyką siostry Adriany Miś. To wydanie z nutami (rozpisana została linia melodyczna) i ilustracjami Agnieszki Kłos – całkiem przyzwoity śpiewniczek. Mało tego, do zeszytu wydawnictwo dołączyło płytę ze wszystkimi piosenkami oraz z ich wersjami instrumentalnymi (według nomenklatury z „Szansy na sukces” to wersje amatorskie, to znaczy do akompaniamentu dodana jest linia melodyczna) – idealna sprawa dla wychowawczyń, które chciałyby nowymi piosenkami uświetnić jakiś dziecięcy apel: nie trzeba się martwić o podkład muzyczny, wszystko jest gotowe, wystarczy po wersję instant sięgnąć.

Danuta Zawadzka najprawdopodobniej wyszła z założenia, że maluchy nie są w stanie zapamiętać albo zrozumieć choć trochę ambitniejszego tekstu. Chociaż teoretycznie nie powinno się zajmować tekstami w oderwaniu od melodii – utworki Zawadzkiej wywołują jedynie tęsknotę za dawnymi piosenkami. Tylko zróżnicowanie tematyczne przynosi pewną przyjemność: to pytania zadawane mamie, opowieść o lubianym psie, deszcz, przygody Jasia Zapominalskiego, marzenia kózki Klary, rozważania, co by było, gdyby (w dwóch realizacjach), echo w studni. Nie zabrakło tematów związanych z bajkami czy wyobraźnią (wróżka, chlipacze) i piosenki edukacyjnej. Znacznie gorzej wypada realizacja pomysłów. Przede wszystkim Zawadzka posługuje się rymami częstochowskimi, często jeszcze dodatkowo wymuszanymi. Nie ma w jej tekstach naturalności i lekkości, zdarzają się za to partie stylistycznie kulawe (nie mówiąc już o wtrącanym ni z tego ni z owego połączeniu dlatego-kolego, według autorki chyb jedynym możliwym rymie do –ego). Zawadzka nie panuje nad tekstem, ale chciałaby go ujarzmiać – stąd zdawanie się na przypadek, zamiast doprowadzać do przyjemnego absurdu, skręca w stronę banału i bezpiecznej nieodkrywczości.

Adriana Miś w kompozycjach próbuje zmieniać style muzyczne, wprowadza raz wolne, raz szybkie rytmy, czasem stara się pracować w ramach pastiszu – ale dają się nawet laikom zauważyć charakterystyczne przyzwyczajenia i upodobania do pewnych melodycznych powtórzeń i uproszczeń. Nie mamy tu do czynienia z zawodową kompozytorką, oczywiście na użytek maluchów w przedszkolu to wystarczy. Płyta do książki przygotowywana była chyba na szybko, bo część utworów śpiewa – prawdopodobnie – siostra Miś. Nauczyciele muzyki (czy osoby profesjonalnie zajmujące się nauką śpiewu) mogą się do tej płyty nie przekonać: kobieta, która na niej śpiewa, wprawia głos w zupełnie niepotrzebne wibracje. Jedno ze śpiewających dzieci natomiast próbuje naśladować „dorosłą” manierę piosenkarek i podjeżdża pod dźwięki bez litości dla uszu słuchaczy. Wydaje mi się, że na płycie, która ma służyć do uczenia maluchów piosenek, lepiej byłoby postawić na jak najprostsze wykonania.

Mimo to Skrzat wynalazł lukę na rynku i swoją publikacją trafia w zapotrzebowania zarówno kilkulatków, jak i ich rodziców czy opiekunów. To dobra propozycja, kiedy trzeba szybko nauczyć grupę maluchów nowej piosenki.


czwartek, 6 maja 2010

Joanna Laskowska: Córka i córuchna. Tululu

Skrzat, Kraków 2010.

Kopie baśni

Niby baśnie są wspólnym dobrem, własnością zbiorową i nie mogą być – jeśli płyną z ludowych podań i wierzeń – zawłaszczane i przypisywane do jednego autora, ale w sytuacji, w której powtarza się czyjąś historię pod własnym nazwiskiem i bez jakiegokolwiek sygnału zapożyczenia rodzi się czasem w czytelnikach niesmak.

Skrzat przypomina rozmaite baśnie – w pięknie wydanej serii Joanna Laskowska wprowadza małych odbiorców w świat nieco cepeliowski, świat, który ludzie w moim wieku pamiętać mogą z dobranockowych opowieści o Pyzie czy Filemonie i Bonifacym. Baśniowo-ludowy klimat podsyca zarówno słownictwo jak i siermiężna rzeczywistość przedstawiona w historiach. Egzotyczny obecnie koloryt lokalny w połączeniu z przekładaną na tekst quasi-oralnością (powtórzenia, lekkie rymy od czasu do czasu, proste zdania) miałyby oryginalny posmak, gdyby nie to, że „Córka i córuchna” to wierne powtórzenie bajki z wersji „Dwie Dorotki” Janiny Porazińskiej.

Wdowiec z córką żeni się z wdową z córką. Macocha pozwala swemu dziecku na lenistwo, a pasierbicy każe wykonywać najgorsze zadania. Pewnego dnia dobra dziewczyna wpada do studni, znajduje tam tajemne przejście, a za nim cierpiące istoty – jabłonkę, uginającą się pod ciężarem owoców czy piec pełen chleba. Pomaga im, opiekuje się też napotkaną staruszką – a za dobre serce zostaje nagrodzona. Zła córka podąża tą samą drogą, reagując na wszystkie prośby złością, za co spotyka ją kara. Różnice między wersją Porazińskiej i Laskowskiej są trzy. Pierwsza to tytuł – „Dwie Dorotki” zastąpione zostały „Córką i córuchną”. Imiona bohaterek zmieniła Laskowska na Tereskę i Terenię. Trzecią i ostatnią zmianę stanowią wierszyki – Porazińska poradziła sobie z nimi rewelacyjnie, włączając do tekstu elementy ludowości i niby leśmianowskiej rytmizacji. Laskowska rymuje raczej średnio, a jej rymowanki, delikatnie mówiąc, nie muszą budzić zachwytu – są infantylne, mogłyby imitować ludowość, ale nie o taką ludowość przecież w baśni chodzi.

Przejmując historię, Laskowska nie postarała się o jakiekolwiek modyfikacje. O ile niektóre baśnie funkcjonują w zbiorowej świadomości bez przypisania do autora, o tyle „Dwie Dorotki” są chyba silnie kojarzone z wersją Porazińskiej. Wystarczyłoby chociaż pozastępować zaczarowane elementy innymi, nie oddaliłoby to oczywiście oskarżenia o plagiat, ale wniosłoby powiew świeżości. Laskowska skopiowała przestrzeń, literackie środowisko – konsekwentnie utrzymując bohaterki w rzeczywistości, której współczesne maluchy nie mają prawa znać, skopiowała język – bo wymusiły to poprzednie decyzje. Podpisała się pod tą bajką jak pod swoim dziełem.

Druga, króciutka już historyjka, zamieszczona w tym tomie, to wyrazista opowieść o chlebku, który toczył się drogą i umykał przed zwierzętami, które chciały się nim pożywić – aż wpadł w pułapkę zastawioną przez sprytnego lisa, dał się nabrać na miłe słówka i zginął marnie. „Tululu” nie należy do bajek znanych – za to można przewidzieć jej finał.

Marta Ostrowska dostosowała się z ilustracjami do ogólnego brzmienia obu historii, postawiła na rysunki proste i naiwne w kresce, a przy tym mocno ludowe – chociaż stara się je odrobinę ożywić – i to już będzie nagrodą dla wnikliwych obserwatorów. Ostrowska obrysowuje kontury postaci w ludowych strojach, mężczyźni przypominają tu sarmatów, dziewczyny to wiejskie dziewki – ale dochodzą do tego elementy kolażu, nietypowe i niespodziewane komputerowe wstawki, na przykład w programie graficznym dodana „koronka”, która udaje frywolitkę przy fartuszku. Jest na tych obrazkach dziwna perspektywa, jest i atmosfera staroświeckości, połączona z bajkowością (uśmiechnięte zwierzęta, twarze drzew itp.).