* * * * * * O tu-czytam

środa, 20 października 2010

Teresa Monika Rudzka: Bibliotekarki

WS, Kraków 2010.

Stereotyp bibliotekarki

Idea była niezła, a kampania promocyjna mogła się opierać na nowatorskim pomyśle napisania czytadła o grupie zawodowej dotąd niespecjalnie w literaturze eksploatowanej. Wszystko zakończyło się jednak mdławą realizacją i o „Bibliotekarkach” Teresy Moniki Rudzkiej głośno raczej nie będzie. Komu praca w bibliotece kojarzy się z nudą i monotonią, ten zdania po lekturze nie zmieni, mało tego – utwierdzi się w przekonaniu, że to niewarty uwagi zawód. Chciała autorka w pewien sposób nobilitować pracownice bibliotek, poświęcając im tekst – ale zawiodła na całej linii. Jedyne, co może być w tomie atrakcyjne, to zróżnicowanie genologiczne – chociaż i w jego obrębie znajdą się niedociągnięcia widoczne dla co bardziej wymagających odbiorczyń na pierwszy rzut oka.

Kobiety pracujące w bibliotece są niemal modelowymi realizacjami stereotypu bibliotekarki: nieciekawej, raczej starszej pani, która pracuje z ogromnym poświęceniem, ale której praca przez nikogo nie jest ceniona. Teresa Monika Rudzka dodatkowo robi ze swoich bohaterek idiotki, dla których komputery to niepotrzebne udziwnienie, jedyną rozrywką dla bibliotekarek okazuje się złośliwe obgadywanie koleżanek. W łazience wisi ręcznik czystością dorównujący szmacie do podłogi. Czytelnicy pytają tylko o Coelho i Grocholę, ku rozczarowaniu co bardziej wrażliwych na piękno literatury pracownic. Autorka urozmaica (we własnym przekonaniu) opowieść, wprowadzając do książki jeszcze stażystki (jedna nie zna ortografii i napisała „charmonogram”, co przewija się przez pół tomu). Każda z wymienionych w historii kobiet ma też swoje problemy i upodobania – jedna znosi dla zachowania pozorów okrucieństwo męża pijaka, inna kocha piękne i stylowe przedmioty, jeszcze inna szuka sponsorów. Ale te charakterystyki nie służą w opowieści niczemu, bo Teresa Monika Rudzka zapomniała o najważniejszym: o fabule. Nie zdefiniowała sobie historii i momentami wplata zupełnie niepasujące do całości motywy – na przykład ducha, który znienacka odwiedza bibliotekę. W tej książce nic się nie dzieje: do pracy w filii miejskiej biblioteki przychodzi pani Żywia (pani Żywia ma jedną zaletę: na dźwięk jej imienia kolejni bohaterowie dziwią się, że takie istnieje – to zawsze pozwoli na dopisanie kolejnych stron tekstu). Przychodzi – i jest. Komentarze, dotyczące rzekomych postaw bibliotekarek są po pierwsze mocno przesadzone, a po drugie – wrzucone bez sensu w książkę-worek, zupełnie jakby autorce wydawało się, że wystarczy opisać zwyczajność, by tekst był ciekawy. Nie wystarczyło, fabuła się rozsypuje, a Rudzka zapewne sądzi, że klauzula o przypadkowym podobieństwie przedstawionych postaci do żyjących osób jest konieczna.

Autorka próbuje urozmaicić historię formą. Wprowadza między innymi dziennik, monolog, dramat, wypisy z księgi skarg i zażaleń (ponieważ Rudzka ustawia czas akcji na początek XXI wieku, to zupełnie niezrozumiały motyw) i listy od zbulwersowanych czytelników (tu najlepiej Rudzka zmienia styl, by oddać charakter typowych pieniaczy. Szkoda tylko, że wszystkie listy pisze jednym stylem – jeśli z czymś sobie nie radzi, nie powinna tego uwypuklać).

Jeszcze coś zdradza brak pisarskiego wyczucia Rudzkiej: naiwna wiara w podrasowanie opowieści bogatą siecią intertekstualiów. Tyle że literackie nawiązania w „Bibliotekarkach” (skrupulatnie odnotowywane w przypisach) nie zostały umieszczone zbyt szczęśliwie – to raczej popisy średnio kreatywnej licealistki niż budzące podziw odbiorczyń skojarzenia: czytając książkę Rudzkiej trudno oprzeć się wrażeniu, że ta autorka po prostu nie potrafi pisać. Można się przyczepić absolutnie do wszystkiego – ale bohaterki sugerują, że są głęboko oczytane i mądre. Kontrast między deklaracjami i efektem jest zbyt duży, by uważać go za wypadek w pisarskiej pracy.
Jeśli komuś niespecjalnie zależy na sensownej i wciągającej akcji, lubi za to wzruszenia rodem z tanich tasiemców czy kobiecych pisemek – może się przy „Bibliotekarkach” dobrze bawić. Dla tych, których jednak obchodzi staranność językowa, pomysł, fabuła – nie ma w tej książce nic ciekawego.


11 komentarzy:

  1. tak myślałam, że nic z tego nie będzie, gdy tylko zobaczyłam tytuł
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. a mnie szkoda, bo właśnie na tym tytule można było zbudować rewelacyjną historię, miałam nadzieję na coś, co powali na kolana właśnie dlatego, że nic takiego efektu nie zapowiadało...

    OdpowiedzUsuń
  3. Z pewnego źródła wiem, że zastrzeżenie dotyczące przypadkowego podobieństwa przedstawionych postaci do żyjących osób było konieczne ponieważ zażądały tego od Pinezka.pl osoby znieważone przez autorkę. Znając panią Rudzką wątpię, żeby chciała nobilitować ten zawód, wręcz przeciwnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy6/11/10 14:18

    W tej książce nie liczy się fabuła ale fakty na bazie autentycznej. Książka jest dla p. Rudzkiej rodzajem katharsis i słodkiej zemsty po nieoczekiwanie przerwanej pracy w bibliotece. Potrafię to zrozumieć ale niestety jeżeli na tę książkę trafi osoba na której się autorka wzorowała i odnajdzie siebie w którejś z postaci, może to ciężko odchorować. A to już chyba nie jest w porządku. Ale może o to właśnie chodziło?

    OdpowiedzUsuń
  5. Przykro mi, ale według mnie chęć rozliczenia się z własną przeszłością nie może być usprawiedliwieniem dla mizernego tekstu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przykre jest,że znajdują się wydawnictwa, które wydają taką miernotę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się w całości. Kiepska językowo (nadużywanie "lecz" i "iż" doprowadzało mnie do białej gorączki), zero fabuły, nic się nie dzieje, "płascy" bohaterowie, beznadziejne wątki (o duchu-poruczniku to już kompletna klapa) i właśnie ta "naiwna wiara w podrasowanie opowieści bogatą siecią intertekstualiów" (dobre stwierdzenie:). Nie polecam, chyba żeby tylko wyrobić sobie swoje zdanie. A można było naprawdę ciekawą historię stworzyć.

    Pozdrawia Bibliotekarka :) [www.sygnaturka.blox.pl]

    OdpowiedzUsuń
  8. Pani autorka chcąc się, jak wnioskuję z poprzednich wpisów, zemścić za swoje niepowodzenia może tylko zaszkodzić postrzeganiu całej grupy zawodowej. Bohaterki są może dość barwnymi osobami, lecz zapewniam, że na nie każdej filli nocuje się czytelników na firmowym materacu, choćby i był w wielkiej potrzebie, ani nie świętuje hucznie, z alkoholem, imienin pracowników jeszcze na dodatek o 9 rano przed otwarciem dla czytelników. Ogólnie w paru momentach byłam zniesmaczona. Pani trochę przekoloryzowała a ja odnoszę wrażenie, że każdy kto książkę weźmie do ręki zacznie patrzeć przez jej pryzmat na każdą bibliotekę, na każdą jej pracownicę/nika. Zdarzają się sytuacje, trudni czytelnicy z jakimi i w codziennym życiu zawodowym mamy do czynienia, nawet i w pewnych momentach myślę "skąd ja to znam" czytając tę powieść. Raczej chyba nie polecę swoim czytelnikom. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem bibliotekarzem z powołania i wykształcenia, od kilku lat w zawodzie. Właśnie "bibliotekarzem", a nie "bibliotekarką", która to w naszym społeczeństwie kojarzy się bardzo negatywnie. Sięgnęłam po tę książkę z wielkim zainteresowaniem - nareszcie coś o nas. Nareszcie ludzie zobaczą, że pracownicy bibliotek to wykształceni ludzie na poziomie, którzy doskonale wiedzą co robią (przynajmniej większość z nich). A tu przysłowiowy ZONK - bohaterki to osoby małostkowe, kombinatorki lekceważące czytelników i siebie nawzajem. Osoby, dla których obsługa komputera to czarna magia, a najważniejsze jest by książki były równo poukładane... A z tego wszystkiego najsympatyczniejszy jest duch, tylko moim zdaniem to za mało by zrekompensować resztę książki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy17/2/11 10:10

    Czytając książkę Rudzkiej nie czułam się ani zawiedziona, ani sfrustrowana, ani zbytnio rozbawiona. Przeszkadzał mi styl książki, jej ubogie słownictwo. Czuło się pewną chropowiatość. Też przemknęła mi myśl "słodka zemsta". Ale to chyba dopiero pierwsza książka autorki ? Być może następna będzie lepsza?
    Zauważyłam natomiast, że środowisko bibliotekarskie (w większości) czuje się niemal urażone, obrażone etc. To mnie akurat bawi.
    Pracuję w zawodzie bibliotekarza od przeszło 27 lat. Poznałam bibliotekarzy pracujących w różnego typu bibliotekach. Wśród nich były bibliotekarki superleniwce, z poważną luką w wykształceniu (np.bez matury), nie znające podstawowych zasad savoir-vivr`u ani zasad ortografii. Znam też takie, które nie czytają. Nie - mało czytają, ale nie czytają zupełnie nic, bo "nie lubią czytać".
    Jak w każdym zawodzie są bibliotekarki z powołania i z odpowiednim wykształceniem, są jednak i takie, które nie zasługują na miano "bibliotekarza".
    Ksiązkę pożyczyłam i teraz wędruje po świecie. Niech czytają bibliotekarki i niech wiedzą jakim bibliotekarzem nie być.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com