* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Sadaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Sadaj. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 listopada 2010

Ryszard Sadaj: Przypadki Marka M

Skrzat, Kraków 2010.

Proza z przypadku

W „Przypadkach Marka M” Ryszard Sadaj jest dużo ciekawszy (a od strony narracji także i dużo lepszy) niż w poprzedniej książce – jednak cały czas jest to dolna półka literatury rozrywkowej. Sadajowi brakuje pisarskiego warsztatu i umiejętności poprowadzenia fabuły tak, by zaintrygować czytelników. Sili się na żarty, które nie mają raczej mocy rozśmieszającej odbiorców, sylwetki bohaterów buduje na pojedynczych, wyrazistych, lecz niezbyt dobrze przemyślanych cechach, które do samej książki nie wprowadzają nic – poza tym, że pozwalają zapełnić kilka stron. Taka treściowa pustka powoduje w tekście poważne przestoje: aż chce się zapytać, co wnoszą przegadane fragmenty do lektury. Problem w tym, że nawet w chwilach, które powinny pchnąć akcję do przodu, nie dzieje się zbyt wiele. „Przypadkom Marka M” brakuje spoiwa: wydarzenia okazują się zbyt sypkie, nie składają się na jednolitą całość – to raczej wrzucone bezładnie do jednego worka, wymieszane i pozostawione samym sobie wybrane epizody z życia bohatera i jego rodziny. Od czasu do czasu autor przypomina sobie o osi fabularnej i powraca do tematu głównego, czym jeszcze bardziej podkreśla swoją pisarską bezradność. Nie potrafi skomplikować akcji, odejść od jednopłaszczyznowości i stereotypów. Brakuje mu wyczucia, wyważenia proporcji, przez co zamiast powieści proponuje karykaturę powieści.

Streszczenie całej historii zamyka się w okładkowym komentarzu Sadaja: „Rzecz o młodym człowieku, który się wszystkiego bał, aż przykleił do fotela tramwajowego znanego polityka i od tego czasu bał się z coraz większą odwagą, i o jego ojcu, pisarzu, który także się wszystkiego bał:. Gdyby Sadajowi udało się w książce utrzymać styl z komentarza – może mielibyśmy do czynienia z ciekawą pozycją. Sadaj chętnie wykorzystuje postacie nieudaczników: główny bohater jest tchórzem, któremu odwagi dodaje tubka super glue, noszona w kieszeni od czasu incydentu z politykiem – i cały zapas kleju, trzymany w szufladzie. Marek chce dodatkowo wyjaśnić ludziom przyczyny swojego zachowania i raz jeszcze nagłaśnia sprawę przyklejenia polityka do siedzenia w tramwaju. Jego ojciec za to nie dość, że jest pisarzem kiepskim (coraz bardziej jawi się jako alter ego autora, który też najwyraźniej nie do końca sprawdza się w obranym przez siebie zawodzie), to jeszcze nadużywa alkoholu – taka postać pojawiła się już w „Terapii Pauliny P” – Ryszard Sadaj już zapożycza od siebie literackie kreacje, jakby nie było go stać na wymyślenie czegoś oryginalnego. Ale autoplagiat mniej nawet przeszkadza niż zwykła nuda: postacie pierwszoplanowe są tu zwyczajnie mdłe i bezbarwne, postacie dalszoplanowe – stereotypowe, przewidywalne i przerysowane, a przez to też niezbyt interesujące.

Sadaj zatraca się w przedstawianych akurat sytuacjach do tego stopnia, że zapomina o całym świecie powieściowym. Nie może wtedy zadbać o uwiarygodnienie opowieści, mało tego: nie może scalić poszczególnych epizodów z życia Marka i jego rodziny w jedną historię. Przy prezentowaniu konkretnej sceny traci z oczu cały literacki kontekst, nie potrafi poprowadzić wielowątkowej narracji, sprawia wrażenie, jakby pisał wypracowania na zadane tematy. Nie jest przekonany do swoich bohaterów lub ślepo im wierzy. Nie może przez to zachować właściwych proporcji i okazuje się infantylny.

Daje się tu zauważyć skłonność do humoru rubasznego i nie najwyższych lotów (by nie powiedzieć – prymitywnego), lecz to nie razi tak bardzo, jak raziło w wypadku narracji „kobiecej”. Ryszard Sadaj nie ma za bardzo wyczucia w pisaniu, wydaje mu się, że wystarczy na powieść przełożyć zwykłą historię, opowiedzianą zwykłym językiem – ale w „Przypadkach” brakuje tej lekkości, radości pisania, która przełożyłaby się potem na przyjemność lekturową.


czwartek, 12 sierpnia 2010

Ryszard Sadaj: Terapia Pauliny P.

WS, Kraków 2010.


Nieudany dziennik

Przy imitowaniu formy diariusza trzeba umiejętnie wcielić się w prezentowanego bohatera. Bez tego fałsz będzie zbyt wyraźny i zaprzeczy powieściowemu realizmowi, a co za tym idzie – oddali przyjemność płynącą z dobrej lektury. Ryszard Sadaj w książce „Terapia Pauliny P.” tej zasady nie przestrzega – i tym samym strzela sobie literackiego samobója. Prowadzi narrację z punktu widzenia kobiety w średnim wieku, doświadczonej żony i matki – i ten pomysł byłby trafiony, jeśli wziąć pod uwagę modę na poszukujące swojej drogi życiowej trzydziestki. Tyle że świat widzi Sadaj uparcie po swojemu i nie stara się nawet udawać, że jest inaczej. W efekcie powstaje w „Terapii Pauliny P.” dziwna hybryda, twór, który z wyglądu przypomina kobietę, a z psychiki, sposobu wyrażania się i stereotypowych ujęć damsko-męskich relacji okazuje się facetem, w dodatku raczej prostakiem. To nie może być udane połączenie, zwłaszcza że szwankuje u Sadaja również fabuła.

Paulina P. zaczyna prowadzić dziennik po wizycie u psychoterapeuty. Zastanawia się nad swoim życiem: jest żoną Mariana, krakowskiego literata, który zajmuje się głównie nadużywaniem alkoholu (kiedy nie nadużywa, idzie do łóżka z Pauliną – a dobry seks wynagradza bohaterce okresy pijaństwa). Paulina ma dwie przyjaciółki w typie nieznośnych przekupek (obie szukają partnerów przez biuro matrymonialne, a na spotkania z ewentualnymi kandydatami do ołtarza wysyłają naiwną Paulinę). Kobieta ma też dwoje dzieci, z których jedno przez trzy czwarte książki zajmuje się wyciskaniem pryszczy, co autor podkreśla z wyraźną lubością, a drugie nie ma cech szczególnych. Oboje zwracają się do matki w trzeciej osobie („niech mama pomyśli”). Kolejne wydarzenia są tu przewidywalne, można bez trudu odgadnąć, jak skończą się ledwo naszkicowane przez Sadaja wątki. Sytuacje bywają najczęściej przerysowane, jednak wyolbrzymienie prowadzi tu do niezbyt przyjemnej karykaturalizacji. Sadaj próbuje być naturalny i przekonujący, ale te jego wysiłki widać wyraźnie – zbyt wyraźnie, by uwierzyć w naturalność. Paulina P. robi z siebie idiotkę na każdym kroku, ale z własnego zidiocenia nie zdaje sobie sprawy i niestety nie przekona w ten sposób do siebie odbiorców. Tam, gdzie chciał być autor żartobliwy, jest żałosny, tam, gdzie chciał być przekonujący – jest nudny. I tak przez całą książkę. „Terapię Pauliny P.” można doczytać tylko z chęci pastwienia się nad autorem, któremu bohaterowie już na początku wymknęli się spod kontroli i nie potrafią dopasować się do własnych charakterystyk.

Przy całym imitowaniu luzackiego tempa opowiadania, przy sztucznej swobodzie, z jaką Sadaj chce prowadzić opowieść, rażą jego „literackie” naleciałości językowe, głównie „gdyż” i „lecz” – wygląda na to, że autor nie mógł się zdecydować na to, czy chce być elegancki i książkowy, czy też chce się wstrzelić w styl potoczny i bliski językowi ulicy.

Te wszystkie niekonsekwencje psują odbiór książki i sprawiają, że żadna z czytelniczek nie będzie utożsamiać się z bohaterką. Sadaj kobiet nie rozumie i dał tego wyraźne świadectwo. W „Terapii Pauliny P.” brakuje dobrych uzasadnień, mocnego zakotwiczenia wydarzeń w rzeczywistości przy jednoczesnej chęci odwzorowywania zwyczajnej, codziennej egzystencji. Sadajowi po prostu nie udało się zgranie pomysłu i jego realizacji. Wystarczyło przerobić tę historię na „męską” wersję i już mielibyśmy do czynienia ze zwykłym czytadłem, niekoniecznie budzącym zachwyt, ale przynajmniej strawnym.