* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 listopada 2021

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Osiedle Sielanka. Sąsiedzi

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Wspólnota

Dość długo kazała Małgorzata Gutowska-Adamczyk czekać odbiorczyniom na drugą część cyklu Osiedle Sielanka. "Sąsiedzi" wkraczają na rynek i uprzytomnią czytelniczkom, że zawsze warto walczyć o swoje prawa, zwłaszcza gdy w grę wchodzi obrona najbliższego otoczenia. Perypetie wielu bohaterów przeplatają się ze sobą, autorka wprowadza i wątki niemal romansowe, i - kryminalne. Bardzo dużo tu spraw społecznych, a czasami nawet nawiązań do aktualnych politycznych wydarzeń - na szczęście Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze tak, że powieść nie zestarzeje się zbyt łatwo, nie trzeba będzie szukać informacji na temat przeszłości, żeby odkryć, w co angażują się bohaterki.

Mieszkańców osiedla Sielanka nie trzeba już przedstawiać. Każdy z nich boryka się z innymi problemami. Arleta przeżywa mocno spadek Numeru Czwartego na liście najbogatszych Polaków - ma powody do niepokoju, udało jej się bowiem wreszcie znaleźć pomoc domową, która opanuje chaos w rodzinie. Trzy Ukrainki, które zajmą się gotowaniem, sprzątaniem i opieką nad dziećmi to sygnał wprowadzania nowych zasad, które niekoniecznie przypadną do gustu gwieździe. Ale Arleta nie ma czasu na wybrzydzanie: powinna zadbać o swoją karierę. A ponieważ jest dosyć sprytna, spróbuje wykorzystać do własnych celów zauroczonego nią dewelopera. Marian Jakubek, przyczyna wszystkich zmartwień okolicznych mieszkańców, ogarnięty żądzą zarabiania za wszelką cenę, wdaje się w rozmaite nieczyste interesy - nie wie jeszcze, że miejscowi próbują zapobiec jego patodeweloperskim skłonnościom i są coraz bliżej odkrycia możliwości zablokowania działań firmy Jakubex. Starsze panie także nie siedzą z założonymi rękami. Chociaż jedna z nich cierpi na zaniki pamięci, nie daje się chorobie i szuka normalności - wszystkie usiłują przydać się lokalnej społeczności. Mają sporo pomysłów i czasami wystarczy im wskazać odpowiedni kierunek, żeby poradziły sobie z każdym wrogiem. Rozmaite intrygi i doświadczenia sprawiają, że emerytki mogą nawet przyjść z pomocą w kryzysowej sytuacji. Bo przecież dawni wrogowie nie odpuszczają: pojawią się niespodziewanie, żeby postawić na swoim na przekór wszystkiemu. Każdy boryka się z innymi kłopotami, jednak nigdy nie samotnie: zawsze w odpowiednim momencie pojawia się ktoś, kto doradzi albo zadziała tak, by kryzys nie rozrósł się ponad miarę. I chociaż na osiedlu Sielanka trudno mówić o spokoju, codzienność nie szarpie nerwów czytelniczek. Małgorzata Gutowska-Adamczyk bardzo umiejętnie prowadzi tę opowieść. Jedynym mankamentem stają się tu sepleniące wywody przemądrzałych kilkulatków: to, chociaż wprowadza aspekt komiczny do książki, wypada okropnie i męcząco.

Cykl o osiedlu Sielanka przeznaczony jest dla tych czytelniczek, które lubią obyczajówki, ale niekoniecznie obciążone rysem historycznym - Gutowska-Adamczyk zdecydowanie lepsza jest w narracjach odnoszących się do dalekiej przeszłości, w teraźniejszości opowieść wydaje się momentami infantylna, jednak dzięki wielości zdarzeń łatwiej ją zaakceptować. "Sąsiedzi" to książka atrakcyjna dla czytelniczek poszukujących błyskawicznej rozrywki. Autorka przypomina o roli lokalnych społeczności, uczy, jak dbać o swoje prawa - sugeruje też, że ludzie nie są skazani na poszukujących łatwego zarobku i nieuczciwych deweloperów, bo jeśli się zjednoczą, wygrają ze wszystkimi. Oczywiście autorka przygotowuje odbiorców na kolejną część serii - chce, żeby każdy czekał na następną relację z osiedla Sielanka. A że proponuje dynamiczną i zabawną historię, przyciągnie wiele osób do lektury.

czwartek, 24 września 2020

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Osiedle Sielanka. Nieznajoma

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Słoiki

Każdy z kompleksem prowincji chce mieszkać w Warszawie – każdemu wydaje się, że to spełnienie marzeń i droga do wybitności czy do wielkiej kariery. Stąd bierze się zresztą problem akcentowany przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk w cyklu Osiedle Sielanka. Pierwsza część, „Nieznajoma”, wprowadza odbiorców do willowej dzielnicy na obrzeżach Warszawy. To tutaj Marian Jakubek sprawdza się jako biznesmen i deweloper. Zabudowuje on spokojne miejsce kolejnymi blokami. Niby ma zgodę wyłącznie na trzypiętrowe budynki, jednak kto ma pieniądze – ten ma władzę, a do tego – Jakubek wie, jak kombinować i zdobywać pozwolenia na to, co zabronione. W związku z tym już niedługo każdy skrawek miejsca zostanie zabudowany wieżowcami i zniknie oaza zieleni, z której dumni są mieszkańcy. Lokatorzy mieszkań w nowych blokach dziwią się, że traktowani są przez miejscowych jako imigranci.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk wchodzi na osiedle i przedstawia kolejne – często starsze lub w średnim wieku - „prawowite mieszkanki Sielanki”. Kobiety lubią wtrącać się w cudze sprawy, a nadarza się okazja dzięki temu, że na osiedlu pojawia się Ala. Młoda dziewczyna, której – o czym osiedlowe plotkary jeszcze na szczęście nie wiedzą – teściem jest Marian Jakubek, zwraca na siebie uwagę ekstrawagancką fryzurą (nikt tu nie miał do tej pory dredów, a dla bohaterki to wyraz buntu płynącego wprost z bezradności: Ala chce być zauważona i potraktowana poważnie, dlatego zachowuje się jak rozkapryszone dziecko). Kobiecie z nowych bloków nie jest łatwo w nieprzyjaznym środowisku: nawet jeśli wydaje się, że niektóre sąsiadki spojrzą na nią przychylnie, wszystko weryfikują pierwsze zajęcia jogi. Jest tu również gwiazda telewizyjna: aktorka, która wyszła za czwartego na liście najbogatszych Polaków i dodatkowo robi karierę medialną – i ona próbuje odnaleźć się w nowej przestrzeni.

Autorka w tej powieści posługuje się stereotypami w odmalowywaniu charakterów postaci. Przede wszystkim stawia na ostre obrazki rodzajowe – nie ma litości dla zacofanych, konserwatywnych i bezmyślnych. Jeśli ktoś kieruje się w życiu tylko pieniędzmi, a za nic ma zdanie innych czy ochronę środowiska – zostanie tu potraktowany dość brutalnie, zepchnięty na margines opowieści lub obśmiany w narracji. Ale też Małgorzata Gutowska-Adamczyk wyraźnie chce zwrócić uwagę małych społeczności na fakt, że mogą walczyć o swoje prawa, nie muszą czekać biernie na rozwój wydarzeń, a później żałować, że nie podjęły żadnych działań, kiedy był na to czas. Problem agresywnej deweloperki miesza się tutaj ze zwykłymi ludzkimi słabościami. Każdego z bohaterów autorka próbuje dookreślać przez otoczenie, w jakim funkcjonuje – liczy na to, że znajdą się środki wyjaśniające pewne postawy. Jednak zdarza się i tak, że w „Nieznajomej” dużo będzie spotkań towarzyskich, pozornie jałowych rozmów. Ta powieść oparta jest na dialogach – inaczej niż w przypadku tomów historycznych, autorka relacjonuje wydarzenia dość szybko i koncentruje się na mało znaczących kwestiach. Nadaje przez to lekkości książce, ale też trochę ją upraszcza.

sobota, 29 grudnia 2018

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Cukiernia pod Amorem. Dziedzictwo Hryciów

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Przeszłość i życie

Młodsze pokolenie przejmuje stery. Zbyszek Hryć to kolejny przedstawiciel cukierniczego rodu, który w Gutowie wygrywa konkurs na najlepszy wypiek promujący miejscowość. Decyduje się jednak nie na kunsztowne słodycze, a na zwykłe ciastko z wróżbą – z internetowego przepisu. Tu powstaje szereg wątpliwości i sporów – niemal całe „Dziedzictwo Hryciów” kręci się wokół tego zagadnienia, przynajmniej w teraźniejszości. Konsekwencje są bardziej poważne niż by się wydawało. Zbyszek zresztą – przez niefortunny romans – przysparza rodzicom dużo więcej kłopotów. W Gutowie lokalna społeczność to okazja do prezentowania problemów na większą skalę – choćby działań polityków. Jednak w tym tomie, w drugiej części drugiej serii, uwagę przyciąga przede wszystkim przeszłość Teresy i Moniki. Dwie dawne przyjaciółki spotykają się tu po dekadach, żeby pozamykać dawne sprawy. Teresa – teraz Tessa – przyjechała z córką i wnuczką. Umiera na raka, nie ma już dla niej żadnych szans na ratunek. Ze swojej perspektywy może oceniać przeszłość. Monika też konfrontuje się z przeszłością – teraz na spokojnie, już bez rozczarowań i pretensji do świata. Czytelniczki odkrywają za to szereg sekretów dwóch młodych dziewczyn. Teresa – ciężko pracująca, żeby wyjść z biedy i Monika – przybrana córka miejscowego dygnitarza. Małgorzata Gutowska-Adamczyk rejestruje pierwsze zauroczenia bohaterek i pierwsze ich rozczarowania miłosne, przyjaźń i zazdrość. Ale najbardziej interesuje ją wpływ wielkiej polityki na życiowe wybory. Teresa uważnie słucha wyjaśnień swojej chlebodawczyni, staje się chwilową wyznawczynią socjalizmu. Monika ucieka od rodziny na studia – samotnie musi mierzyć się z wydarzeniami marca 1968, decyduje się na emigrację, chociaż nie jest Żydówką. Więcej energii poświęca autorka historii niż aktualnościom, ale też dystans czasowy pozwala jej na bardziej barwną fabułę i zestaw silnych emocji. Sporo miejsca poświęca dylematom ciężarnej dziewczyny, która niekoniecznie chce urodzić. Za to w teraźniejszości może skupiać się niemal wyłącznie na poszukiwaniu „skarbów”. Tessa i Monika nie mogą za bardzo rozmawiać o minionych wydarzeniach, żeby nie zdradzić przed czasem finału – koncentrują się zatem na… polityce krajowej. I tutaj pojawia się największa słabość narracyjna tomu: Małgorzata Gutowska-Adamczyk chce edukować odbiorczynie, nie zwalniać ich od samodzielnego myślenia, ale sugerować pewne rozwiązania i postawy wobec rządzących. Pojawiają się tutaj oczywiste porównania, niezawoalowana krytyka, komentarze dotyczące populizmu i oskarżenia. Autorka chce, żeby odbiorczynie zrozumiały, czym grozi bezkrytyczne akceptowanie sytuacji politycznej. Bardzo długo i niestety bardzo tendencyjnie rozmawiają Monika i Tessa o politykach w kraju – widać w tym, że autorka chce tworzyć fragmenty agitacyjne, a nie uniwersalne. Niepotrzebnie, nawet jeśli trudno odmówić jej racji: warto by trochę rozrzedzić te dyskusje, albo odjąć im nieco dydaktyzmu, bo w obecnej formie są raczej trudne do wytrzymania. Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze przecież bardzo dobrze, a tutaj cel – edukacja nad rozrywką – psuje efekt. Jednak poza tymi niewielkimi traktatami nie ma w powieści błędów, które psułyby odbiór. Przyjemnie śledzi się dobrze opisane intrygi obyczajowe – zwłaszcza że Gutowo to mimo wszystko rodzaj literackiego azylu, bez względu na to, co się akurat w otoczeniu dzieje. Odbiorczynie będą kibicować bohaterom, odkrywać zagadki z przeszłości – bo Gutowska-Adamczyk dostarcza szeregu różnorakich wzruszeń i tematów, które przyciągnąć mogą różne grupy czytelniczek.”Dziedzictwo Hryciów” nie zawodzi.

niedziela, 24 grudnia 2017

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Cukiernia pod Amorem. Ciastko z wróżbą

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Przewidywania

Kiedy Małgorzata Gutowska-Adamczyk trzytomowym cyklem Cukiernia pod Amorem zaprosiła czytelników do Gutowa – i w historyczną podróż – wydawało się, że powstał kolejny nieidealny (więc bardziej przekonujący) raj zwłaszcza dla odbiorczyń spragnionych ciepłych obyczajówek. Losy Hryciów i Zajezierskich na długo angażowały wszystkich łaknących literackiego azylu, zrozumiały był zatem żal po zamknięciu serii. Teraz jednak autorka decyduje się na powrót do Gutowa – w warstwie fabularnej po dwudziestu latach. I chociaż takie eskapady rzadko kiedy okazują się naprawdę udane, Gutowska-Adamczyk wraca dojrzalsza literacko i bardziej świadoma wpływu na odbiorczynie. Pisze dużo spokojniej – nie ma już szarpaniny stylistycznej między przeszłością i teraźniejszością, naiwność w partiach „dzisiejszych” zredukowana została dominimum – i to minimum upragnionego przez fanki gatunku.

Zbliżają się Dni Gutowa, a mieszkańcy wiedzą, że to dobra okazja do zaprezentowania się potencjalnym klientom. Zwłaszcza cukiernicy rywalizują ze sobą – o najlepszy wypiek – ku radości smakoszy. Młody Zbyszek Hryć, który chciałby udowodnić rodzicom, że zasługuje na zaufanie – a przy okazji dowieść samodzielności – proponuje nietypowy produkt: ciastko z dobrą wróżbą. To ryzykowny eksperyment ważny dla chłopaka, w którym wreszcie odzywa się ambicja. Przez tom co pewien czas przewijają się rozmaite „wróżby” – wskazówki o wysokim stopniu ogólności, dodające otuchy lub motywujące do działania. Same czytelniczki mogą z nich czerpać inspirację, Małgorzata Gutowska-Adamczyk wie, jak dużą siłę mają podobne zabawy, pozwala więc odbiorczyniom analizować porady dla bohaterów. Co ciekawe, większość postaci wróżby bierze na poważnie, jakby każdy potrzebował czasem zrzucenia odpowiedzialności za swoje wybory na zewnętrzne czynniki. To dość infantylna wiara, ale autorka występuje już z pozycji znawczyni ludzkich słabości. W dodatku ciasteczkowe przesłania przydają się jej do krystalizowania fabuły.

Hryciowie stanowią tym razem tło opowieści. Wprawdzie miłosne perypetie Zbyszka to dowód na powtarzalność historii – ale nie absorbują one czytelniczek w takim stopniu, co losy dwóch dawnych przyjaciółek, a obecnie obcych sobie kobiet. Monika Grochowska-Adams jest znaną pisarką, która rozsławiła Gutowo. Co jakiś czas odwiedza rodzinne strony, ale nie szuka tu już ani inspiracji, ani wiadomości o bohaterach. Nie lubi, gdy odzywa się przeszłość. Tessa przybywa z zagranicy razem z córką i wnuczką. Jest chora i chciałaby przed śmiercią dokonać rozliczeń z przeszłością. Potrzebuje wizyty w Gutowie, ale nikomu nie wyjawia, dlaczego. Małgorzata Gutowska-Adamczyk pokazuje na przemian te dwie bohaterki (oraz ich otoczenie) w działaniu, by móc przeskakiwać do dzieciństwa i historii ich relacji. Prezentuje rodziny i opiekunów, pierwsze miłości i proces dorastania. Pokazuje walkę z najbliższymi – o możliwość kształcenia się, a czasem po prostu o szansę na bycie sobą. Ujawnia moment rozejścia się dróg obu kobiet, ale sporą część wyjaśnień odkłada na bliżej nieokreśloną powieściową przyszłość – i tym razem autorka planuje bowiem trylogię.

Jest „Ciastko z wróżbą” bardzo obiecującym otwarciem, lepszym niż pierwsza opowieść o Gutowie. Autorka umiejętnie bawi się motywami obyczajowymi, ale też kontekstami społeczno-politycznymi przy odtwarzaniu minionych wydarzeń. Pisze w sposób wyważony i przekonujący, powołuje do istnienia bohaterów, do których bardzo łatwo jest się przywiązać, prawdopodobnie dlatego, że sama darzy ich wyraźną sympatią. Kto szuka ciekawej obyczajówki w sprawdzonym stylu, może po tę książkę bez obaw sięgnąć.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Wystarczy, że jesteś

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017 (wznowienie)

Autoanalizy

Ta powieść na rynku wydawniczym pojawiła się wkrótce po marketingowym sukcesie „Zmierzchu” i „Zmierzch” jako punkt odniesienia bohaterki pojawia się przez pewien czas w narracji. Chociaż na dobrą sprawę mogłaby to być dowolna lektura z bohaterem, w którym zakochują się naiwne nastolatki. Ale Małgorzata Gutowska-Adamczyk jest wyczulona na sygnały z otoczenia i potrafi je wplatać do książek, zwłaszcza do powieści młodzieżowych. W „Wystarczy, że jesteś”, tomie wznowionym teraz w Serii z kropką, autorka zajmuje się tematem nastoletniej miłości i zagubienia w uczuciach, pozwalając swojej bohaterce dojrzeć do pewnych spostrzeżeń.

Weronika jest nieśmiała, zawsze pozostaje na uboczu. Dla koleżanek niewidzialna, chyba że akurat potrzebują odpisać zadanie domowe. Dziewczyna nie rozumie, co z nią nie tak, dlaczego nie może sobie znaleźć chłopaka. Wymyśla więc Pana W., którego szarmanckie i romantyczne (szkoda, że wymyślone) gesty opisuje na blogu, by chociaż przez moment żyć cudzym szczęściem. Pewnego dnia w pociągu spotyka Filipa, wschodzącą gwiazdę aktorstwa. A ponieważ Filip okazuje jej zainteresowanie przynajmniej od czasu do czasu, Weronika odpowiada miłością. Przeżywa huśtawkę uczuć i nastrojów, męczącą w tym samym stopniu dla niej co dla otoczenia. Czeka rozpaczliwie na ochłapy uwagi i sama nie wie, że w jej pobliżu pojawia się ktoś, na kogo może liczyć o wiele bardziej.

Filip jak na amanta zachowuje się dziwnie: tygodniami nie odpisuje na wiadomości, rzuca zdawkowe zaproszenia i nie bierze pod uwagę przeżyć dziewczyny. Ale to idol nastolatek, chłopak, jakiego wszystkie koleżanki będą zazdrościć. Na szczęście dla Weroniki jednym z komentatorów na jej blogu jest Piotr SPP, człowiek, który potrafi wyjaśniać najdziwniejsze zachowania i reakcje. Nie daje prostych rad, a psychologiczne mądrości trudno wcielić w życie, bo potrzeba do nich dystansu a nie nastoletnich wrażeń, ale jego słowa będą cenne i dla odbiorczyń. Gutowska-Adamczyk posługuje się prostym chwytem, żeby trafić do czytelniczek. Podsuwa im gotowe wskazówki, porady warte przemyślenia na przyszłość lub przeszłość, bez emocjonalnej otoczki. Nastolatki widzą, jak czuje się Weronika, bo ta umie przedstawić swoje zachowanie – i zrozumieją też przyczyny czasem destrukcyjnych postaw. Na tak przygotowanym gruncie autorka może budować między innymi kwestię seksu – pierwszego razu w sytuacji, gdy dziewczyna nie jest na niego jeszcze gotowa – i tłumaczyć, jak odróżniać prawdziwą miłość od zauroczenia. To tematy, które w dorosłych obyczajówkach wydawałyby się raczej naiwne, ale tutaj mają sens nie tylko rozrywkowy, ale i wychowawczy. Gutowska-Adamczyk staje się powiernicą czytelniczek, pokazuje, że zna i rozumie ich najskrytsze przeżycia – i że nie chce zostawiać nastolatek samych w ich zagubieniu. Zwraca uwagę na częste dylematy, w powieści nie rozwija przesadnie pobocznych wątków, raczej zawęża świat do Weroniki i obiektu jej uczuć. „Wystarczy, że jesteś” to tom, w którym prym wiodą autoanalizy, refleksje bohaterki (ukryte w komentarzach trzecioosobowego narratora) nad jej życiem, uczuciami i reakcjami. Pozwala nastolatkom na dokonywanie autoanaliz i wskazuje pułapki, na jakie są narażone w czasie dojrzewania. Ma przy tym sporą wartość ze względu na wplatanie fachowych komentarzy z zewnątrz.

wtorek, 18 października 2016

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Fortuna i namiętności. Zemsta

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Intrygi

Małgorzata Gutowska-Adamczyk zawsze lepiej sprawdzała się w mięsistych narracjach z przeszłości, lekkiej modyfikacji stylu, żeby imitował staropolszczyznę, ale nie przeszkadzał dzisiejszym czytelniczkom zagłębiać się w losy postaci – i w obyczajowych zabawach. To, co najlepsze pozostawiła w cyklu Fortuna i namiętności, którego drugi tom, „Zemsta”, trafia na półki księgarskie. Tu nie ma już mowy o powiązaniach z teraźniejszością, to powieść historyczna wysokiej klasy. Gutowska-Adamczyk zamienia się w Henryka Sienkiewicza, ale na przeszłość spogląda z kobiecej perspektywy. Nie dla niej rozbudowane opisy batalistyczne czy zagrania polityków widziane bezpośrednio, nie dla niej portretowanie kompanów od szabli. Za to w kreśleniu intryg, uczuciowych subtelności i sztuczek nie ma ta autorka sobie równych. Kiedy chce, potrafi uciec w tematy forteli – przydają się one, gdy trzeba uwolnić z lochu dorosłe dzieci zamknięte i właściwie skazane na śmierć przez bezwzględnego ojca, zorganizować ucieczkę sympatycznego przydrożnego zbójcy czy pozwolić zbliżyć się do siebie zakochanym po przejściach. Małgorzata Gutowska-Adamczyk na pierwszym miejscu stawia uczucia, niezrozumiałe mimo upływu czasu. W „Zemście” część z nich płynie – przynajmniej według postaci – z klątwy czarownicy skazanej na śmierć. Echa jej przekleństwa powracają przez cały czas na zgubę prześladowcom. W pecha po klątwie najbardziej wierzy kat, który musi zerwać z zawodem i poszukać sobie zajęcia, by przetrwać. Ucieczka przed niechybną śmiercią oznacza jednak pasmo upokorzeń.

Kraj jest ogarnięty konfliktem. Zwolennicy Stanisława Leszczyńskiego oraz Augusta III stają do broni, zaognia się sytuacja polityczna. Nie są to warunki do budowania szczęśliwego życia – trudno o stabilizację czy spokój. Wizyty wszystkich „dyplomatów” wymagają przemyślnych zabiegów ze strony adorowanych kobiet, wymuszane przysięgi wierności wywołują dylematy moralne. W tej powieści polityka splata się nierozerwalnie z życiem prywatnym, ale autorka na tym drugim się bardziej skupia. Wie tylko, jak utrudniać egzystencję postaciom. Co pewien czas wprowadza komiczne obrazki, żeby zachwiać ponurym klimatem, przypomina, że trzeba żyć mimo ciągłych wyzwań. Bardzo dba też o puentowanie rozdziałów, kończenie wybranej scenki mocnym akcentem. Bo rytm „Zemsty” to przeplatanie rozdziałów dotyczących różnych postaci. Obok kata i zbójcy pojawi się między innymi harda miecznikowa. Tu przy podejmowaniu decyzji trzeba mieć na uwadze dobro (i zdanie) całych rodów. Gutowska-Adamczyk niemal w każdej postaci spaja powinności wobec ojczyzny z porywami serca, sprawdza, jak prywata walczy z obowiązkami i zdaniem ogółu. Kobiety muszą stawać się silne i przychodzić na ratunek mężczyznom, mężczyźni nie mają na tyle sprytu, by odrzucić rozkazy, zresztą kierują się też honorem. W „Zemście” autorka uznaje przewagę płci pięknej – walka bez walki staje się bardzo atrakcyjna.

Dzięki czasowemu oddaleniu i charakterystycznej obyczajowości może autorka operować standardowymi relacjami międzyludzkimi (i uczuciowymi) bez wrażenia popadania w schematy. Tu przede wszystkim liczy się jakość opisów, wyczucie językowe – imitacja starych historii bez zaburzania odbioru. Ważny jest i dobór sytuacji oraz sposobów wychodzenia z opresji, autorka zwłaszcza ceni sobie pomysłowość, kibicuje tym postaciom, które nie zamykają się w stereotypach i nie pozostają bierne w obliczu wielkiego wyzwania. Małgorzata Gutowska-Adamczyk proponuje książkę dla fanów powieści historycznej i dla tych wszystkich odbiorców, którzy cenili sobie przede wszystkim „archaizowane” fragmenty jej pierwszych opowieści. „Zemsta” to spotkanie z bohaterami, którzy nie czekają na odmianę losu.

wtorek, 24 marca 2015

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Fortuna i namiętności. Klątwa

WNK, Warszawa 2015.

Historia ocalona

Małgorzata Gutowska-Adamczyk od lat sprawdza się najbardziej w narracjach historycznych. W tomie „Klątwa” daje się całkowicie pochłonąć obyczajowej przeszłości. Już została okrzyknięta następczynią Henryka Sienkiewicza, na takie wyróżnienie zresztą coraz bardziej zasługuje, chociaż w jej książce to wizerunki kobiet stają się bardziej złożone i oryginalne – mężczyźni natomiast, odwrotnie niż w „Trylogii”, wypadają raczej schematycznie. W „Klątwie” co pewien czas powraca lęk przed czarownicą. Spalona na stosie Klementyna Furtak oskarżona o czary choć przecież pozbawiona magicznych mocy przed śmiercią miała rzucić zły urok na okolicę. Ten temat rozpala wyobraźnię miejscowych, nawet tych, którzy nie byli świadkami egzekucji, a jedynie powtarzają plotkę. Czarownicę, zwłaszcza już unieszkodliwioną, najłatwiej obwiniać za kolejne nieszczęścia spadające na ludzi. Z przeznaczeniem przecież nie można walczyć, skoro odpowiadają za nie złe moce. Pierwszą ofiarą Klementyny jest kat, który chciał dziewczynę ułaskawić i pojąć za żonę. Kolejne nawet się nie spodziewają, jaki los je czeka…

Matrymonialne perypetie zaprzątają też głowy innych postaci. Zofia, młoda wdowa, wciąż nosi w pamięci żarliwe zapewnienia o dozgonnej miłości. Nie wie, czy ich autor nadal darzy ją afektem, musi więc znaleźć sposób na dyskretne porozumienie się z dawnym wielbicielem. Cecylia z kolei trawiona jest chucią tak wielką, że ukojenia chce szukać choćby w ramionach dzikich zbójców, przynosząc niesławę mężowi. Wokół toczy się wielka polityka, rozgrywają się też zwyczajne sprawy szlachty. Losy dwóch bohaterek Małgorzata Gutowska-Adamczyk przeplata ze sobą i włącza do znacznie większej historii. Jest przy tym bardzo przekonująca, chociaż nie interesuje jej w dużym stopniu wrzenie w kraju ani batalistyka, woli skupiać się na prywatnych losach postaci, radzi sobie niemal bez wysiłku z przekonującym odmalowywaniem rzeczywistości. Unika na kartach tomu rozlewu krwi, bardziej inspirują ją rozmaite intrygi i wykroczenia przeciw ogólnie przyjętym zwyczajom, podąża za bohaterami, którzy opuścili swoje domy i z różnych powodów nie mogą wrócić do bliskich. Zajmuje się też wielkimi emocjami, namiętnościami akcentowanymi w tytule cyklu. „Klątwa” to powieść gorąca pod względem narracyjnym, bogata w obyczajową akcję i w chęć poznania mniej podręcznikowej historii. Tutaj postacie mają prawo przede wszystkim żyć – prezentują uniwersalne uczucia, zrozumiałe dla dzisiejszych czytelników, ale i naturalne w opisywanych czasach. Gutowska-Adamczyk przejścia w przeszłość nie traktuje jako ograniczenia w wymyślaniu charakterystyk bohaterów.

Atutem „Klątwy” jest idealna stylizacja. Autorka pod względem językowym nie zamęcza odbiorców, z rzadka zdarzają się tu przypisy wyjaśniające słownictwo – wydaje się zresztą, że pojawiają się celowo, żeby przypomnieć o dystansie czasowym i zmianach kulturowych. Rezygnuje Gutowska-Adamczyk z makaronizmów i oczyszcza opowieść ze zwrotów obcych dla dzisiejszych czytelników. Pozostawia za to stylizację w obrębie rytmu tekstu, sprawia wrażenie, jakby pisała językiem staropolskim, a mimo to zrozumiałym – dzięki takim decyzjom pisarskim łatwo zagłębić się w rzeczywistość „Klątwy” i równie łatwo uwierzyć autorce w jej pomysły. Stąd biorą się także porównania do „Trylogii”. „Klątwa” to powieść dobrze skonstruowana, dopracowana na poziomie treści i formy, ciekawa imitacja dawnego stylu (a właściwie wyobrażenia tego stylu). To historia ożywiona i przybliżana jeszcze za sprawą ponadczasowości emocji. Nie po raz pierwszy Małgorzata Gutowska-Adamczyk z przeszłości czyni temat swoich powieści – ale dochodzi w tym już do perfekcji i jawi się jako specjalistka od historycznej obyczajowości i prezentowania dawnych dziejów przez pryzmat zwykłego życia.

sobota, 22 lutego 2014

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Podróż do Miasta Świateł. Rose de Vallenord

WNK, Warszawa 2013.

Wieczne namiętności

Małgorzata Gutowska-Adamczyk potrafi tworzyć powieści historyczne z całą lekkością i naturalnością obyczajówek, a do tego stale poprawia się we fragmentach odnoszących się do aktualnej rzeczywistości. Tom „Podróż do Miasta Świateł. Rose de Vallenord” w zasadzie pozbawiony jest już narracyjnych pułapek, które widać było choćby w serii Cukiernia pod Amorem. W tej opowieści powraca utalentowana malarka, Róża – Polka, która pokochała francuskiego księcia i nie znalazła szczęścia u jego boku. Wydawałoby się, że Gutowska-Adamczyk wyczerpała już pomysły biograficzne dla tej postaci, a jednak od początku „Rose…” może wciągnąć. Malarka po śmierci kochanka staje się spadkobierczynią jego obrazów i wie, że nie spodoba się to rodzinie. Pilnuje się, ale nie może uciec przed wielką namiętnością. Rose decyduje się na nowy romans, chociaż nie zdaje sobie sprawy z jego konsekwencji. Odkrywa w sobie również silny instynkt macierzyński – opiekuje się córką przyjaciela. Nie przestaje malować, a za sprawą wyzwolenia, jakie daje sztuka, uświadamia sobie własne pragnienia i potrzeby silniej niż inne kobiety. Na przełomie XIX i XX wieku rozgrywają się tu dramaty, które staną się ważne dla dzisiejszych odbiorczyń.

A Małgorzata Gutowska-Adamczyk przeszłość przenosi znanym już stylem narracji na teraźniejszość. Nina przeżywa rozstanie z ukochanym i rzuca się w wir pracy, by zapomnieć o cierpieniu. Wyrusza do Paryża, szukać śladów Róży z Wolskich: zamierza przeprowadzić badania nad nieznaną szerzej w kraju postacią i napisać o niej książkę. Tak trafia do zamku Vallenordów. Autorka przeplata wątki, równolegle prowadzi dwie opowieści, a każdą przesyconą uczuciami: u Róży to dzika namiętność, zachłanność w poznawaniu świata, macierzyństwo, umiłowanie dla sztuki, tęsknota i wolność przy całym szeregu przykrości, upokorzeń i lęków. U Niny pojawiają się problemy w relacjach z matką, ale i prawdziwe przyjaźnie, romanse i ekscytacja baśniowymi tajemnicami. Obie kobiety mają ze sobą wiele wspólnego.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk może bez trudu zaprosić odbiorczynie do Paryża z różnych epok. Przechadza się po jego ulicach, chłonie artystyczną atmosferę, czuje się niemal jak literacka przewodniczka – zresztą z jej powieścią dałoby się po Paryżu wędrować śladami bohaterek. Widać, że autorce sprawia przyjemność przemierzanie tych szlaków – wplata do opowieści biograficzne szczegóły tylko dla drobnej radości dzielenia się z czytelniczkami swoją fascynacją. Dba o drobiazgi, by powieść wybrzmiewała bardziej realistycznie – w tak przygotowanej scenerii zajmuje się przecież przede wszystkim charakterami bohaterów i tym, co stanowią dla siebie wzajemnie. Nie zagłębia się za to przesadnie w ogólną obyczajowość, stylizację i kulturowe konteksty. To pozwala na indywidualizowanie postaci i wiązanie ich losów z przeżyciami odbiorczyń.

W tej powieści wysmakowana narracja towarzyszy feerii obyczajowych pomysłów o silnym nacechowaniu emocjonalnym. Gutowska-Adamczyk nie przekonuje do swoich postaci, ale pozwala odbiorczyniom przez pewien czas żyć ich skomplikowanymi problemami. Od rozwiązań tej autorki nie chce się odrywać – są dobrze przemyślane pod kątem czytelniczych wymagań. W spójnej dwutorowej historii znalazło się miejsce na charakteryzowanie związków międzyludzkich, prowadzących do zguby decyzji, na baśń i na tajemnice, na przygody rodem z kryminałów i na silne uczucia. Dlatego Małgorzata Gutowska-Adamczyk ma tak wiele wiernych czytelniczek.

wtorek, 30 października 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

WNK, Warszawa 2012.

Powrót do Gutowa

Kiedy w „Cukierni pod Amorem” Małgorzata Gutowska-Adamczyk tworzyła historie z minionych wieków, czytało się je z zapartym tchem. Kiedy wracała do teraźniejszości, widać było pewną naiwność, właściwą bardziej powieściom dla młodzieży. W cyklu „Podróż do miasta świateł” infantylności już nie ma – tom „Róża z Wolskich” pozwala czytelnikom na swobodne przemieszczanie się między dziewiętnastowiecznym Paryżem i Warszawą z 2011 roku, a później i współczesnym Gutowem. Małgorzata Gutowska-Adamczyk ponownie zaprosi do okolic czytelniczkom już znanych i znowu przypomni o losach przedstawicieli kilku rodów – teraz z innej perspektywy. Jest zatem „Róża z Wolskich” nie mniej ciekawa od „Cukierni”, a na pewno dużo bardziej dojrzałą i atrakcyjna dla odbiorców. W swoich tomach „sagowych” zaczyna ta autorka przypominać historyczne powieści Joanny Chmielewskiej – to ten sam smak i radość z obcowania z żywą historią.

W „Róży z Wolskich” dwie opowieści – ta współczesna i ta dawna – przeplatają się ze sobą, lecz i dziwnie wiążą. Nina, wykładowca na uniwersytecie, jest zdominowana przez toksyczną matkę, zaborczą i despotyczną. Sto pięćdziesiąt lat wcześniej podobne męki przeżywa Róża, córka zesłańca na Syberię. Bez przerwy strofowana i karcona dziewczynka nie potrafi w dorosłym życiu ułożyć sobie relacji z innymi. Nina trafia do Gutowa i tam odkrywa ślady obecności Róży, słynnej malarki. Tymczasem beznadziejnie zakochana w księciu Róża próbuje zawalczyć o własną tożsamość w Paryżu, mieście świateł.

W dwóch światach autorka skupia się tym razem nie na szaleńczej pogoni przez dzieje, a na dwóch uczuciach – trudnych relacjach matki i córki oraz miłościach wzgardzanych córek. Każda z bohaterek ma inne zmartwienia: Róża nie mówi i zmaga się z niewyobrażalną biedą, Nina musi zorganizować pogrzeb nieznanej ciotki. Obie mimo bezustannej krytyki kochają swoje matki – i obie też chcą ułożyć sobie życie. Chociaż tło wydarzeń i okoliczności, zwyczaje, mody, możliwości i konwenanse dzielą te dwie bohaterki, w sferze uczuć nic się przez wieki nie zmienia. Co zresztą sprawia, że obie kobiety staną się czytelniczkom bardzo bliskie. Gutowska-Adamczyk chętnie ucieka do oswojonego już i klimatycznego Gutowa, ale tym razem nie musi zasłaniać się urokliwą atmosferą – przedstawia bowiem postać wiarygodną i interesującą. W przeszłości z kolei od dawna czuje się wyśmienicie – udowadnia to nawet po zmianie miejsca: dzięki kwerendom Marty Orzeszyny może odwoływać się do tła historycznego swobodnie. Tylko momentami ma się wrażenie, że za dużo chce zobrazować i wytłumaczyć – kiedy skupia się na opisywaniu rzeczywistości zamiast na wydarzeniach. To konieczne dla przekonania czytelników i nakreślenia kolorytu lokalnego, mimo że we współczesnej powieści byłoby zbędne.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk chętnie wraca do tego, co uwielbiają jej czytelniczki. Wyraźnie najlepiej czuje się w przedstawianiu dziejów przodków (przodkiń!), z przyjemnością zanurza się w historii i opowieściach z dawnych wieków. Rozkoszuje się tym, co ma do zaoferowania przeszłość – a jednocześnie udowadnia, że uczucia bohaterek są uniwersalne i nie zmieniają się – bez względu na otoczenie czy zwyczaje. Dzięki temu też zaskarbia sobie autorka uznanie odbiorczyń. W ujęciu Gutowskiej-Adamczyk minione wydarzenia historyczne liczą się mniej niż kwestie obyczajowości oraz mentalności ludzi. Autorka unika czerpania ze stereotypów, chce znajdować decyzje i postawy powtarzalne w różnych wiekach i zawsze wiarygodne, a mimo to zachowujące pozory jednostkowości. Oczywiście gdyby skupiała się Gutowska-Adamczyk wyłącznie na międzyludzkich relacjach, w końcu stałaby się męcząca. Jednak ona umiejętnie i z coraz większą wprawą wyważa proporcje między sferą uczuć, pasjami i marzeniami bohaterek, a przedstawianiem czasów, w których przyszło im żyć. Tu jeszcze motyw nieśmiertelności zwyczajnych kobiet – możliwości przetrwania w zapiskach, dokumentach czy nawet dziełach – niesie pociechę i obietnicę przetrwania.

Poza wszystkim staje się „Róża z Wolskich” tomem atrakcyjnym jako czytadło. Pozwala zanurzyć się w nieistniejący i odległy świat i przeżywać losy postaci z całą siłą. Akcja toczy się tu wolniej niż w „Cukierni”, można zatem na dłużej pozostać z bohaterkami – a dzięki międzylekturowym nawiązaniom ma się cały czas wrażenie przebywania w sielskim i idyllicznym Gutowie.

piątek, 22 czerwca 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Opowieści pana Rożka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Emocje

Małgorzata Gutowska-Adamczyk wybrała prosty sposób, by zyskać możliwość zaprezentowania kilku niepowiązanych ze sobą historii. Szkatułkowa kompozycja tomu „Opowieści pana Rożka” pozwala na przemycenie trzech baśniowych fabuł, zamkniętych w realistycznej oprawie. Dzieciom powinno się spodobać przechodzenie od zwykłego świata do przestrzeni znanej z fantazji, magicznej i pięknej, rodzice natomiast w tej publikacji znajdą pretekst do mówienia o uczuciach i emocjach – bo bajki, które serwuje maluchom sympatyczny lodziarz są dobrym punktem wyjścia do takiej rozmowy. Autorka wybrała tym razem historyjki z różnych sfer, w pierwszej opowieści chętnie operuje metaforą i uosobieniami, symbolom próbuje nadać określony kształt. Szuka najlepszych definicji i charakterystyk ulotnych wrażeń, przedstawia w ten sposób dzieciom stany emocjonalne i pokazuje konkretne reakcje. W ten sposób nieco objaśnia świat, uczy emocji – i mówienia o nich jednocześnie. W drugiej historii także dochodzą do głosu uczucia – a dodatkowo jeszcze zabawa w szukanie synonimów. Nocne kłopoty zabawek przekuwane są w podskórnej warstwie na dyskusje o samotności i odrzuceniu. Środkowa bajka wydaje mi się też najbardziej uniwersalna: powinna trafić do dzieci z uwagi na bliskość ich świata. Pierwsza opowieść jest bardzo poetycka, ale przez to także i bardziej wydumana, trudniej przełożyć ją na zwykłe sprawy. Wreszcie trzecia bajka pana Rożka to niemal klasyczna baśń o wielkiej miłości – i w niej jedynie rozwój fabuły świadczy o chęci odejścia od powielanych wielokrotnie schematów, chociaż sama historia brzmi dość znajomo. Są więc trzy osobne historie, każda wprowadza inny nastrój i prowokuje do zadawania innych pytań. Jak zwykle w tego typu kompozycji, najsłabiej wybrzmiewa rama. Bo chociaż Małgorzata Gutowska-Adamczyk ma ogromną wprawę w tworzeniu realistycznych opowieści i naprawdę dobrze kreśli postacie i sceny, w końcu musi zrezygnować z prowadzenia historii i z towarzyszenia swoim bohaterom, przyspieszyć czas, uciąć sporą część z życia postaci. A to już nie jawi się jako naturalny rytm narracji, a zlepek wydarzeń (choćby i bardzo ważnych), przeskoki w opowieści wywołują uczucie żalu za straconymi fragmentami historii. To jednak konsekwencja świadomego wyboru, myślę, że małym odbiorcom nie będzie to przeszkadzać, wiem natomiast, jak sprawnie Gutowska-Adamczyk prowadzi rozbudowane relacje, gdy decyduje się na akcję – i tego w tomie trochę brakuje.

Jako że „Opowieści pana Rożka” poświęcone są nie tyle bajkom samym w sobie, co emocjom, wszystko prowadzi do pokazywania nastrojów dzieci. Tu bohaterowie nie zawsze są szczęśliwi, więcej – ciągle przeżywają rozmaite niepokoje, doświadczają niewygód z różnych powodów. Autorka próbuje tym samym przekonać odbiorców do mówienia o tym, co ich boli, drażni czy martwi, a że czyni to nienachalnie, w udanych bajkach o specyficznej atmosferze, nie ma problemu z natrętnym dydaktyzmem.

Rzuca się w oczy także piękny, literacki styl pisania. Małgorzata Gutowska-Adamczyk chce najwyraźniej rozwijać w dzieciach dobry smak i kulturę języka. Nie ma tu potocyzmów, bohaterowie wyrażają się starannie, co – owszem – nadaje opowieściom rysu nienaturalności, ale przy tym nawiązuje do tradycji literatury czwartej. Dla samej autorki jest to zapewne również rodzaj wytchnienia po powieściach młodzieżowych oraz obyczajówkach dla pań – a to zawsze cenne doświadczenie.

„Opowieści pana Rożka” łączą zatem w sobie klasyczny sposób prowadzenia narracji (powiedziałabym nawet, że przez ugrzecznienie lekko archaiczny), a do tego bajki, w których nie fabuła liczy się najbardziej. To książka spokojna, mimo dużej ilości wrażeń. Dodatkowo stymuluje wyobraźnię – nie pierwszy raz w literaturze pojawia się postać, która zna wiele ciekawych opowieści, zawsze jednak podobny bohater przynosi radość oczekiwania i nadzieję na wiele nieodkrytych jeszcze bajek.

wtorek, 22 maja 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem

PWN, Warszawa 2012.

Rozmowy o wszystkim

Pięć kobiet rozmawiających z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk o sprawach, nad którymi w codziennym zabieganiu nie ma kiedy się zatrzymać. Luźne rozmowy o posmaku filozoficznym. Wyszła z tego lektura tylko dla odbiorczyń o podobnym sposobie myślenia, tu nie ma miejsca na niezgodę i dyskusję. Pisarka jest dość łagodną moderatorką życiowych opowieści i ogólnikowych przemyśleń, ale dość szybko monotonia spostrzeżeń zacznie nużyć. Chwilami przeradza się ta rozmowa w obyczajowy tasiemiec bez fabuły, za to oparty na niezbyt konkretnych a rozbudowanych w przydługie wywody uwagach.

Niewątpliwie na taki a nie inny kształt publikacji wpływ ma dobór rozmówczyń. Wszystkie są identyczne, co zresztą parę razy w książce wypływa jako mankament. Wszystkie realizują się jako żony i matki, dodatkowo aktywne zawodowo. Wszystkie mają podobne zdanie na poruszane tematy – to samo sądzą o miłości, przyjaźni, macierzyństwie, rodzinie, życiu itp. Atmosfera wzajemnego klepania się po plecach nic dobrego przynieść nie może. Zwłaszcza że wszystkie rozmówczynie starają się też co pewien czas zabłysnąć, popisać się cytatem czy sformułować złotą myśl. Celne spostrzeżenia zostają natychmiast pochwalone, a jeśli któraś z „czytelniczek” nie zgadza się z postawioną tezą – ostrożnie i nieśmiało sygnalizuje swoje zdanie, lecz nic z tego nie wynika. Mam wrażenie, że wszystkie rozmówczynie wbiły się w swoje role społeczne, mówią dokładnie to, czego się od nich oczekuje. Nawet w rozmowie o pasjach wszystkie na pierwszym miejscu stawiają czytanie. Kwestie podpisane są imionami – ale gdyby je w lekturze pominąć, uzyskałyby odbiorczynie jednogłosowy wywód, politycznie poprawny, z rzadka ozdabiany indywidualnymi uwagami (łączonymi z określonym doświadczeniem). Gutowska-Adamczyk w pierwszej części chętniej słucha i zadaje pytania, dopiero potem zaczyna włączać się do rozmów – ale wysoki stopień ogólnikowości nie pozwala w pełni cieszyć się lekturą.

Najgorzej wypadają rozdziały, które są sformułowane bardzo ogólnie. Składają się z wielu stereotypów i narzekań. Przemyślenia dla samych przemyśleń nie będą dla czytelniczek atrakcyjne: ile można mówić o czymś, co jest powszechnie znane, w dodatku bez dochodzenia do konstruktywnych wniosków. Czasem aforystyczne wyimki zostają wyróżnione w zapisie – i na dobrą sprawę można by się ograniczyć tylko do nich, a i tak nie wniosłyby do egzystencji odbiorczyń zbyt wiele nowego czy odkrywczego. Trudno będzie tu znaleźć coś co można by wykorzystać we własnej codzienności – rozmówczynie poruszają się cały czas w sferze, co tu ukrywać, banałów. Może komuś ich refleksje wydadzą się odkrywcze, mnie nie przekonały. Charakterystyczne dla pięciu kobiet jest również unikanie tematów niewygodnych. Widać to najlepiej, gdy temat o Polsce i Polakach składa się najpierw z wielowątkowych, lecz nie wywołujących rezonansu kazań, żeby zaraz przejść do znacznie przyjemniejszych kwestii – zapamiętanych z dzieciństwa smaków. Miło, tylko – po co?

Im bliżej końca tomu, tym krótsze są rozdziały. Wprawdzie nie zyskują przez to na konkretności, ale przynajmniej nie przynoszą znużenia. Trudno bowiem szukać przyjemności w tomie, który wartości znane i wielokrotnie przetrawione przywołuje raz jeszcze, i to bez sensownej obróbki, ramy, uzasadnienia. Gutowska-Adamczyk pozwala się wygadać swoim znajomym czytelniczkom – ale i ona musi widzieć że prowadzi to donikąd. Najciekawszym fragmentem książki jest dodatek – wywiad przeprowadzony z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk przez internautki (a zwłaszcza jedną – i znowu wytknąć tu trzeba manierę, która każe pierwszym pytającym wypchnąć się na pierwszy plan, za sprawą tworzenia wielopiętrowych konstrukcji; na szczęście większa część wywiadu od tego problemu jest wolna). Zestawienie swobodnej rozmowy z dodanym wywiadem bezlitośnie obnaża pewną prawdę (również i banał), której tu w świadomości czytelniczek zabrakło: żeby mówić, trzeba mieć o czym. Inaczej nie ma sensu męczyć siebie i innych.

sobota, 11 lutego 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Serenada, czyli moje życie niecodzienne

WNK, Warszawa 2012.

Marzenia na wyciągnięcie ręki

Pierwsza dorosła powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk z powodzeniem wytrzymuje konkurencję z późniejszymi historiami. Dostarcza rozrywki i jest bardzo dobrym czytadłem dla pań. Wprawdzie bohaterka zakochuje się bez przerwy niemal jak nastolatka, a przyspieszone zakończenie jest trochę zbyt baśniowe – ale to już prawa gatunku, zresztą tego właśnie będą oczekiwać odbiorczynie. A cała „Serenada” odświeża konstrukcję i jest miłym wytchnieniem lekturowym, nie czerpie z mód, a przy tym nawiązuje do tematów nośnych w kulturze masowej. Do tego proponuje autorka narrację nienaganną i płynną.

Oczywiście podstawowy wabik na czytelniczki stanowi fabuła. Kaśka Zalewska, trzeciorzędna aktorka z białostockiego teatru lalek otrzymuje życiową szansę – ma zastąpić Serenę, gwiazdę popularnego serialu. Z tym, że jej zadanie nie ogranicza się do telewizyjnej roli – Kaśka przez pewien czas musi żyć życiem Sereny – mieszkać w jej apartamencie i spotykać się z jej kochankami, funkcjonować w mediach i zapomnieć o swojej egzystencji, a nawet o własnych zasadach. Świat showbiznesu w stolicy rządzi się prawami trudnymi czasem do zaakceptowania. W dodatku w pobliżu zawsze są olśniewający mężczyźni, co dla spragnionej uczucia kobiety nie pozostaje bez znaczenia. To zjawisko może być zresztą pierwszym zarzutem w kierunku powieści. Bohaterka jest nadmiernie kochliwa i nieco egzaltowana, każdego faceta na swojej drodze traktuje jak kandydata na męża i miłość na całe życie. Wielkie uczucia są katalizatorem fabuły, więc trudno byłoby zmienić zasady zachowania postaci, należy zatem podejść do tej warstwy powieści z przymrużeniem oka.

„Serenada, czyli moje życie niecodzienne” to książka budowana według jasno określonych schematów – bohaterka przeniesiona do obcej sobie rzeczywistości musi opanować rządzące nią zasady i dostosować się do nowego trybu życia – lub też próbować coś zmienić. W świecie serialowym wszystkie uczucia stają się bardziej wyraziste, wzmocnione i zwielokrotnione – tu wszystko przeżywa się intensywniej. Oczywiście sympatia czytelniczek będzie po stronie czasem naiwnej, ale dobrej i niezepsutej bohaterki. W „Serenadzie” Gutowska-Adamczyk wykorzystuje dwie techniki, które umożliwiają jej odniesienie sukcesu. Po pierwsze to uchylanie rąbka tajemnicy związanej z wielkim światem, zwykle rozbudzającym wyobraźnię mas. Po drugie – triumf szczerości i bezpośredniości nad zakłamaniem i obłudą.

Nieprzypadkowo „Serenada” ukazuje się przed walentynkami – to książka czerpiąca z komedii romantycznych, a więc spajająca ciepły humor i przygody miłosne, które prowadzą do baśniowego długo i szczęśliwie. To dobra propozycja dla tych czytelniczek, które szukają nieskomplikowanej ale angażującej emocje opowieści i nietypowej, to jest takiej, która nie powiela tematycznych wzorców, a przy tym i dostarczającej rozrywki.

Narracja prowadzona z punktu widzenia Kaśki Zalewskiej jest bezbłędna. Dobrze wyważone proporcje między opisem przemyśleń i dialogami, nienachalne pytania retoryczne. I znów jedyne, co można autorce zarzucić, to nadmierna uczuciowość bohaterki i jej łatwowierność w tym temacie.
„Serenada, czyli moje życie niecodzienne” to sposób na sprzedawanie marzeń. Znajdują w tym tomie ujście pomysły niemożliwe do zrealizowania w zwyczajnym życiu, za to tutaj uzyskują one status prawdopodobnych. W efekcie książka cieszy bardziej – jako przeniesiona z codziennych rojeń setek odbiorczyń opowieści.


środa, 12 października 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Cukiernia pod Amorem. Hryciowie

WNK, Warszawa 2011.

Miłość w historii

Tomem „Hryciowie” Małgorzata Gutowska-Adamczyk żegna się z czytelnikami „Cukierni pod Amorem” i przynosi przynajmniej częściowe rozwiązania tajemnic sygnalizowanych w pierwszym tomie. Odwołuje się do wątków, które posłużyły do nabudowywania napięcia i przez długi czas stanowiły katalizator akcji, a teraz muszą powrócić. Ale koniec nie ma tu charakteru definitywnego, autorka zostawia sobie furtkę, którą mogłaby kiedyś – jeśli zechce – powrócić do Gutowa i jego bardzo rozwiniętej historii.

W tej części cyklu daje się zauważyć przede wszystkim spokój w opisie – chociaż burzliwych momentów i komplikacji w międzyludzkich relacjach tu niemało, Gutowska-Adamczyk wyrównała narrację z przeszłości i teraźniejszości powieściowej, a to oznacza, że przeskokom czasowym nie będzie towarzyszyć stylistyczna rozbieżność. Tym razem więc wydarzenia z historii XX wieku, a konkretnie – z czasów drugiej wojny światowej – prezentowane są językiem współczesnym czytelnikom, nie – bohaterom. Co więcej, Gutowska-Adamczyk decyduje się na tłumaczenie pojęć, które w języku opisu drugiej wojny światowej wydają się być zakorzenione na tyle, by nie stanowiły utrudnienia w lekturze. To prawdopodobnie ukłon w stronę najmłodszych odbiorczyń, widocznie według autorki wyjaśnienia są niezbędne – niemniej jednak odbiorcy mogą zdziwić się, kiedy trafią, chociażby, na definicję szabru.

Gutowska-Adamczyk koncentruje się tym razem na dwóch płaszczyznach czasowych – ukazuje lata drugiej wojny światowej i losy przedstawicieli rodów z Gutowa, poświęcając również nieco uwagi dalszoplanowym postaciom – powraca także do roku 1995, powieściowego tu i teraz, w którym młoda dziewczyna, Iga, odkrywa tajemnicę przeszłości swojej babki a także tożsamości kobiety, której ciało odnaleziono podczas prac archeologicznych. Autorka wybiera tematy uniwersalne i budzące emocje w każdej sytuacji – podczas wojny towarzyszy utalentowanej śpiewaczce Ginie, więzionej przez Niemców i nakłanianej do współpracy przez obie strony. Gina wikła się między innymi w romans ze swoim nadzorcą. W latach dziewięćdziesiątych z kolei do wyobraźni czytelników przemawiać ma Helena – kobieta fatalna, której nieślubnego dziecka nie chce apodyktyczny kochanek. Gutowska-Adamczyk zręcznie przeplata losy bohaterów, tworząc wielopłaszczyznową sagę, w której gra na emocjach odbiorców za sprawą manipulowania uczuciami postaci przynosi najlepsze efekty. Część historii pozostanie w sferze niedomówień, część dokona się nad przysmakami niezwykłej cukierni o bogatej tradycji.

Dla tej autorki fabuła staje się ważniejsza niż język: nie ma tu stylizacji, obrazy przenoszone z lektur i świadectw ludzi zostają przełożone na neutralny opis, Gutowska-Adamczyk pozbyła się też tej naiwności, którą cechowała się współczesność w pierwszym tomie. Chociaż posługuje się kliszami, udanie włącza je w tok opowieści, potrafi przekonać do swoich bohaterów za sprawą ich dynamicznych posunięć i doświadczeń, na które nie mają wpływów. Tym, którzy pogubili się w powiązaniach między postaciami, przyda się zamieszczony na końcu tomu ich spis oraz drzewa genealogiczne rodów.

środa, 6 lipca 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Niebieskie nitki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Trudna pierwsza miłość

Małgorzata Gutowska-Adamczyk lubi testować style i zmieniać formy swoich opowieści, nie tylko tych dla nastolatek, ale i dla dorosłych czytelniczek. Książka „Niebieskie nitki” nie stanowi jednak literackiego eksperymentu, a kontynuację narracyjnych rozwiązań z powieści „Mariola, moje krople” czy miniatury „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?”. Stawia na bardzo krótkie obrazki z życia różnych bohaterów, przeskakuje od jednej postaci do drugiej, by na chwilę tylko skoncentrować się na ich przeżyciach i przejść błyskawicznie i bez komentarza do innego wątku. W literaturze czwartej to wciąż rzadkość, a lekko filmowy sposób opowiadania historii powinien trafić do przekonania nastoletnim odbiorczyniom.

Zwłaszcza że najpilniejszą kwestią są tu dylematy uczuciowe szesnastoletniej dziewczyny i klasyczny problem jednoczesnej ochoty na związek dwojga ludzi. Linka podkochuje się w Szymonie, chłopaku niezbyt bliskiej koleżanki z ławki. Tyle że by zamaskować nieszczęśliwą miłość, w towarzystwie Szymona staje się kłótliwa i irytująca. Szymon ma dość Hanki, swojej aktualnej dziewczyny i zwraca uwagę na Linkę – ale dopiero wtedy, gdy bohaterką zaczyna interesować się Grzesiek. Grzesiek odrzuca tym samym uczucie, jakim obdarza go pewna Monika… Przypomina to trochę streszczenie odcinka serialu obyczajowego, ale w przypadku Gutowskiej-Adamczyk sytuację ratuje po pierwsze pomysł na narrację, po drugie – obecność bardziej oryginalnych zagadnień dalszoplanowych. Linka bowiem przeżywa rozwód rodziców, musi wyprowadzić się z mamą do domu babki i prababki (tę pierwszą, mniej wyrazistą, na jakiś czas usuwa autorka z pola widzenia). Znienacka pojawia się ktoś, kto chciałby kupić ten dom. Linka szuka pocieszenia w mailowej korespondencji z pewnym autorem-lekarzem (z którym burzliwą wymianę opinii prowadzi także jej matka).

Wiele drobnych motywów powraca w tej książce, konstrukcja powieści pozwala zresztą na to, by skupiać się tylko na drobiazgach, z których składa się codzienność, na powtarzalnych emocjach, dzięki którym z Linką utożsami się sporo odbiorczyń i na weryfikowaniu powieściowych schematów. Na początku bardzo silne są skojarzenia z twórczością Małgorzaty Musierowicz, dopiero z czasem odchodzi Gutowska-Adamczyk od nośnych sposobów przyciągania uwagi nastolatek w stronę bardziej zindywidualizowanych pomysłów, ale ponieważ „Niebieskie nitki” utrzymują stałe szybkie tempo uczuciowych wątków – nikt nie będzie miał tego autorce za złe.

Każdy z bohaterów tej powieści staje się na swój sposób bliski dziewczynom – a ze względu na rozkład sympatii i antypatii dla każdej z odbiorczyń książka będzie miała inny wymiar i szczęśliwe bądź smutne zakończenie. To duży sukces Gutowskiej-Adamczyk, która obok zestawu standardowych prawd o życiu chciała zapewne zamieścić mniej banalne i oczywiste schematy. W „Niebieskich nitkach” sporo jest tematów niemal publicystycznych, zgrabnie wplecionych w fabułę (przypomina mi to „Klasę pani Czajki” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, tyle że w wersji dla nieco starszych nastolatek, nastawionych na romansową opowieść). Mnogość wątków i bardzo krótkie wyimki z egzystencji kolejnych postaci nadają tej książce szybkie tempo i wyzwalają sporo tematów do refleksji.

poniedziałek, 14 marca 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: 220 linii

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Z autobusu

W zachodnich poppowieściach dla młodzieży spełnianie marzeń o muzycznej karierze w skali mikro nie należy do specjalnie trudnych zadań. Grupa nastolatków spotyka się w szkole, przygotowuje się na konkurs talentów, wygrywa go (albo nie) i tyle. Publikacja Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to jednak dużo więcej. Po pierwsze – nie jest poppowieścią. Po drugie – to historia obyczajowa la dziewczyn i chłopców. Po trzecie – całe mnóstwo tu motywów i wątków, które do zwyczajnej prostej fabułki wstępu zwykle nie mają. Wreszcie – napisana jest z pomysłem i fantazją.

Mikołaj trafia do gimnazjum. Już na starcie zaczyna mieć kłopoty: najpierw uszkadza sobie nadgarstek, zaraz potem pada ofiarą szkolnego chuligana, a kiedy próbuje szukać sprawiedliwości u nauczycielki, ta niespodziewanie staje w obronie prześladowcy. Chłopak pocieszenia może szukać tylko w swojej pasji – w perkusji. No, może jeszcze w rysującej się na horyzoncie pierwszej miłości? Kiedy natomiast spotyka kolegów, którzy tak jak on uwielbiają muzykę – marzenie o zespole zaczyna się krystalizować. Mikołaj odkrywa miasto, podróżując kolejnymi autobusami i szukając złotych myśli na umieszczanych na przystankach wlepkach.

W powieściach dla dziewczyn Małgorzata Gutowska-Adamczyk stawia na emocje. W „220 liniach” wybiera inny kierunek: kumuluje arcyciekawe wydarzenia z życia zwykłego nastolatka, a przerwy między nimi uzupełnia niewesołymi, bo pełnymi przykrych zaskoczeń – refleksjami, małymi lekcjami dorosłości. Mikołaj z przerażeniem odkrywa, że na demonizowanych i przedstawianych jako źródło zła działkach mieszkać mogą wspaniali ludzie, że dorośli uwielbiają oceniać innych po pozorach, że w przyjaźni czasem trudno o szczerość, że i młodych ludzi dopaść może ciężka choroba… lekcji, jakie bohater otrzymuje od życia, jest mnóstwo. W dodatku Gutowska-Adamczyk odkrywa coś, czego próżno by szukać w innych tomach dla nastolatków: konieczność dzielenia czasu między bliskich. Mikołaj często musi wybierać między swoją dziewczyną, zdolną do ogromnych poświęceń dla niego, oraz między dwójką przyjaciół – tak się składa, że bliscy Mikołajowi ludzie nie przepadają za sobą nawzajem i nie chcą tworzyć idealnej paczki – chłopak dowiaduje się, jak ciężko utrzymać dobre kontakty ze wszystkimi, na których mu zależy. Drugoplanowe postacie nie są w tej książce jednowymiarowe, a pełne zagadek i tajemnic. Autorka nie bazuje na stereotypach, przynajmniej w świecie młodzieży (bo już matka głównego bohatera, mimo że nieobliczalna, jest też bardzo typowa w swoich zachowaniach). Mało tego – nawet bohaterowie, którzy pozostają na dalszych planach, ożywiają historię i są wielowymiarowi.

„220 linii” to również powieść o spełnianiu marzeń i o tym, co w życiu najważniejsze. Mikołaj powoli kompletuje sprzęt, a chęć grania na perkusji kieruje całą jego egzystencją – ale potrafi to, co jest dla niego najcenniejsze, poświęcić dla ratowania przyjaciela. Muzyka jest tu środkiem a nie celem – być może również dlatego udało się autorce uniknąć banałów.

Co ciekawe, język, jakim posługują się bohaterowie, kompletnie nie przystaje do ich książkowego wizerunku. Tu Gutowska-Adamczyk postawiła nie na autentyczność i prawdopodobieństwo, a na czerpanie z tradycji. Dwaj chłopcy, którzy czują do siebie nienawiść, kłócą się, przerzucając się wyrafinowanymi i skomplikowanymi składniowo zdaniami, ciętymi ripostami, ich dyskusje brzmią zbyt inteligentnie jak na rozmowy współczesnych nastolatków – z drugiej strony lepiej, że autorka nie poszła za modą i nie nastawiła się na przywoływanie młodzieżowego slangu. Dzięki temu książka robi się bardziej wyjątkowa.

Nie ma tu ucieczki od aktualnych problemów, nie ma też infantylizowania. Gutowska-Adamczyk nie zawiodła, postawiła na zagmatwaną opowieść, wyznaczaną przez kursy autobusów, oryginalną i lekką, a przy tym ze strony na stronę podsycającą ciekawość.

sobota, 15 stycznia 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Mariola, moje krople

Świat Książki, Warszawa 2011.

Podróż w czasie

Mam wrażenie, że Małgorzata Gutowska-Adamczyk lepiej czuje się w tekstach pisanych na scenę niż w powieściach rozrywkowych – przynajmniej kiedy odwołuje się do niedalekiej przeszłości i rzeczywistości pozaliterackiej, która może być znana jej odbiorcom. Udowadnia to swoją kolejną powieścią, „Mariola, moje krople”. Wykorzystuje tutaj filmowy sposób obserwowania świata, klasyczną narrację zastępując migawkami z życia bohaterów. Skojarzenia z transponowaniem fabuły filmowej do książki podsyca jeszcze przez podawanie dokładnych dat i czasu akcji – pełnią one rolę tytułów krótkich rozdziałów i przejmują sporą część opisów.

W tomie „Mariola, moje krople” przenosimy się do końca 1981 roku, do małego miasteczka, które może poszczycić się posiadaniem własnego teatru. Ów teatr stanie się miejscem niecodziennych wydarzeń – dyrektor rozdarty między dyrektywami partyjnymi a naciskami ze strony księdza proboszcza musi w trybie ekspresowym przygotować dwie premiery. Nie obejdzie się bez problemów – „Pastorałkę”, o którą upomina się duchowny, napisał miejscowy grafoman, profesor. W klasyce dramatu natomiast bardzo łatwo o treści wywrotowe. Ale nie to spędza sen z powiek dyrektorowi Zbytkowi – pracownicy Teatru Miejskiego mają swoje problemy. Część wdaje się w romanse, które nie mogą wyjść na światło dzienne, część boryka się ze zwykłymi kłopotami, związanymi z brakiem towaru w sklepach. Zamiast myśleć o sztuce, bohaterowie przejmują się staniem w kolejkach i zdobywaniem deficytowych środków. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia w teatrze pojawia się świnia, która wkrótce wyda na świat prosięta, a artyści zajmują się pędzeniem bimbru i przerabianiem go na luksusowy koniak. Jakby tego było mało, córka bufetowej (pierwszej żony dyrektora, którego wszystkie połowice zajmują w Teatrze Miejskim rozmaite stanowiska) z pełnym przekonaniem, chociaż bez pomysłu, angażuje się w konspirację. Przynosi do teatru powielacz i ukrywa go, przysparzając Zbytkowi i jego pracownikom sporych i urozmaiconych kłopotów. Powielacze powielają się na kartach książki, wszystko trzeba ukryć przed niezbyt rozgarniętymi ubekami, w czym bardzo przeszkadzają intrygi obyczajowe. Gutowska-Adamczyk wrzuciła do opowieści wszystko, co może stać się źródłem rozrywki – odmienną orientację seksualną jednego z bohaterów (i wiążące się z tym podrywy), problemy z hydraulikiem i zapchanymi toaletami, niedwuznaczne sytuacje, przerywane niestereotypowymi chwytami. Co bardziej wrażliwych na prawdę historyczną może razić epatowanie Solidarnością w farsie – bo chociaż książka „Mariola, moje krople” jest mocno osadzona w rzeczywistości sprzed stanu wojennego, przynajmniej w zamierzeniach, to realia społeczne służą tu jedynie wyśmianiu charakterów i postaw pracowników teatru. Miejscami przypomina ta książka zubożonego „Lesia” Chmielewskiej. Spragnieni klimatu PRL-u raczej nie mają czego w „Mariola, moje krople” szukać – Małgorzata Gutowska-Adamczyk nie próbuje nawet odtworzyć siermiężnej atmosfery przybytku kulturalnego sprzed trzech dekad, skupia się na ludziach i na dobrą sprawę mogłaby umieścić akcję wszędzie.

Autorka wybiera krótkie scenki, czasem w wyrazisty sposób puentowane – bywa, że z odwołaniem do znanych dowcipów. Narrację redukuje do minimum, sporo sytuacji nakreśla dzięki dialogom, kiedy decyduje się na opis natomiast – wykorzystuje raz transparentnego opowiadacza, raz komentatora-satyryka, wprowadzającego humor słowny. Akcja toczy się szybko (i z czasem przyspiesza), ale intryga nie jest zbyt wyszukana – Gutowskiej-Adamczyk zależy przede wszystkim na rozbawianiu czytelników, stawia zatem na dowcip w rozmaitych odsłonach. Obnaża głupotę bohaterów, wikła ich w komiczne relacje i sprawia, że odbiorcy parę razy uśmiechną się podczas lektury.

czwartek, 18 listopada 2010

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Jak zabić nastolatkę (w sobie)?...

Ikar, Warszawa 2010.

Lekkość bytu

Małgorzata Gutowska-Adamczyk w powieściach dla nastolatek sprawdza się bez zarzutu. W powieściach dla dorosłych jest interesująca, chociaż czasami popada w niepotrzebną infantylność. Teraz spróbowała swoich sił w krótkiej historii, która stała się kanwą monodramu dla Katarzyny Żak – czytelniczki mogą zapoznać się z tekstową wersją opowieści dzięki szczupłemu tomikowi „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?…”.

Od kilku lat na rynku wydawniczym, przynajmniej w dziedzinie powieści dla pań, święcą triumfy książki, w których trzydziestoparoletnie bohaterki zmieniają swoje życie. Gutowska-Adamczyk idzie o krok dalej (albo cofa się do „Nigdy w życiu” Grocholi, to już zależy od interpretacji) i tworzy relację 40+. Cezurę czterdziestki przekroczyła Lilka, dość zadowolona z życia kura domowa (co nie jest określeniem wartościującym) i bohaterka tomu. Lilka wraz z mężem i dwójką kilkuletnich synów wybiera się na wakacje nad morze. Tam poza tworami zupełnie anachronicznymi (obecność kaowca) pojawiają się dawne miłości obojga małżonków – Andrzej, dawny chłopak Lilki, kiedyś najprzystojniejszy w szkole i Grażyna, niegdysiejsza ukochana męża Lilki. Nad morze przybywa też niezwykle atrakcyjny facet, którego Lilka określa mianem Banderasa – i który to facet wkrada się podstępnie do snów i wyobraźni bohaterki. Lilka chciałaby zmienić coś w swoim życiu, ma nadzieję, że uda się jej napisać powieść, dzięki której zrobi karierę. Na razie jednak bohaterka musi walczyć z codziennością, pokonywać zazdrość, uciekać przed konsekwencjami własnych pomysłów i drobnych kłamstewek, opiekować się dziećmi oraz mężem. Przyjechała nad morze, żeby wypocząć – ale nie ma dla siebie czasu. Snuje więc humorystyczne (chociaż w zamierzeniu raczej smętne) rozważania o tym, jak to jest być kobietą po czterdziestce, która psychicznie czasem czuje się jak nastolatka. Czasami jeszcze podkarmia wyobraźnię wizjami romansujących ze sobą wczasowiczów – wszystko po to, by pokazać, jak barwna może być egzystencja 40+.

Książka utrzymana jest w formie monologu Lilki, dodatkowo poszatkowanego na bardzo krótkie rozdzialiki. Myśli bohaterki, zwykle wyjątkowo sarkastyczne, zaznaczone są kursywą. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stara się budować swoją opowieść z puentowanych wyraźnie scenek, tak, by rozbawić swoje odbiorczynie – i nie zanudzić ich w monodramie: ale nie posiłkuje się konwencją stand-upu. Lilka próbuje zabić w sobie nastolatkę – czyli walczyć z typowymi dla młodych i kierujących się głównie emocjami kobiet odruchami i reakcjami, chociaż czasem zapomina o tym założeniu. Jest bardziej stonowana od swoich młodych literackich koleżanek, ale i tak nie mniej impulsywna – zdarza się, że wpada w tarapaty, bo nie umie przyznać się do błędu – dzięki temu książka żyje i skrzy się dowcipem. Oparta jest ta powieść na stereotypach i schematach pisarskich, ale banały zamienia autorka w humorystyczną relację. Dystans i równowaga to atuty „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?…” – chociaż na pierwszy rzut oka może się wydawać, że świat bohaterki rządzi się innymi prawami, króluje tu chaos i niepewność.

Gutowska-Adamczyk parę razy inspiruje się bestsellerowymi pisarkami – widać tu miejscami ślady Grocholi, Musierowicz i Chmielewskiej, przeważnie te wpływy zarysowują się w drobiazgach, krótkich frazach, sformułowaniach, które pobrzmiewają znajomo – ale nadaje tym wyrazowym zbitkom indywidualnego charakteru. Nagle okazuje się, że książka, która właściwie nie miała prawa wyjść poza szablony i schematy, cieszy i intryguje, zapewnia przede wszystkim dobrą zabawę – a to się liczy. Ze względu na przeznaczenie historii (opowieść do wystawienia na scenie) tekst jest krótki i nie zdąży odbiorczyń zmęczyć ani znudzić – ilość poruszanych zagadnień, mimo niesprzyjającego kontekstu, okazuje się imponująca. Gutowska-Adamczyk zachowuje przy tym lekkość, niewymuszony wdzięk i świeżość pomysłów.

piątek, 30 kwietnia 2010

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy

WNK, Warszawa 2010.

Saga

Małgorzata Gutowska-Adamczyk sięgnęła tym razem po mocno rozbudowaną historię i trzytomową sagą o Gutowie oraz najmocniejszych w nim rodach ucieszy wielbicielki obszernych powieści obyczajowych. „Cukiernia pod Amorem” nie przypomina typowych współczesnych czytadeł, autorka stawia na klasykę, niemal dziewiętnastowieczną narrację przeplata spokojną, współczesną opowieścią. W „Zajezierskich” rozpoczyna się intryga, ciągnąca się przez wieki – a Gutowska-Adamczyk próbuje pokazać, jak przeszłość kształtuje dalsze losy rodów i jak niewyjaśnione, dawne sprawy odbić się mogą na egzystencji potomnych.

Właściciel cukierni „Pod Amorem” martwi się chorobą matki, która do tej pory kierowała rodzinnym biznesem. Ale to Iga, córka właściciela, najchętniej zajmuje się rodzinną tajemnicą. W pobliżu domu bohaterów archeolodzy znaleźli właśnie ciało nieżyjącej od czasów drugiej wojny światowej kobiety. Na jej palcu natomiast – pierścień, który niegdyś należał do przodków Igi. Iga rozpoczyna własne, amatorskie śledztwo – chciałaby nie tylko odzyskać klejnot, mający przede wszystkim wartość sentymentalną, ale też dowiedzieć się, jak trafił do nierozpoznanej jeszcze, obcej kobiety. Równolegle toczy się opowieść z XIX wieku – zwyczajna historia o kilku pokoleniach rodu. Prezentowane w niej bohaterki raz sprzeciwiają się konwencjom, raz podporządkowują się rodzinie. Przeżywają rozmaite sercowe dramaty i rozczarowania, dają upust złości bądź zaznają szczęścia w zgodnych małżeństwach. Stawiają czoła wyzwaniom, poznają konsekwencje różnic kulturowych, rodzą i wychowują dzieci. Niby nie ma w tym nic oryginalnego, przykuwającego uwagę – ot, naturalna kolej rzeczy – a jednak w ujęciu Gutowskiej-Adamczyk relacja zyskuje na atrakcyjności właśnie ze względu na niewymuszoną fabułę. Prawdziwym celem autorki wydaje się nie być spychany na margines wątek kryminalny, który ma spajać całość, a właśnie zanurzenie w codziennym życiu, nie idealnym i nie zawsze wolnym od trosk. Gutowska-Adamczyk szczególną przyjemność czerpie z odtwarzania losów kolejnych kobiet z minionych wieków – jej zadowolenie przekłada się na barwną narrację, ta natomiast na udaną lekturę. Przy dziewiętnastowiecznych rozterkach współczesność wypada raczej dosyć blado, Iga przypomina bohaterkę z nastoletnich powieści, a jej problemy brzmią momentami sztucznie.

Zastanawiam się, dlaczego szczątki kobiety, która zginęła w czasach drugiej wojny światowej, uparcie określane są przez Gutowską-Adamczyk mianem „mumii”. To najpoważniejszy chyba błąd w tekście, rzuca się w oczy i nie znajduje dobrego uzasadnienia. Poza tym swobodniej czuje się autorka w przeskokach do przeszłości, jest wówczas bardziej zdecydowana i przekonująca. We fragmentach dotyczących XIX wieku narracja zyskuje najlepszy rytm. Pojawia się tu mnóstwo wątków, rozmaitych, zazębiających się sytuacji, w których autorka orientuje się bez problemu – co może budzić podziw. Mnogość historii budzi zainteresowanie i sprawia, że wielbiciele sag i historycznych obyczajówek będą zachwyceni. Współczesność przedstawiona jest chronologicznie, przeszłość – w formie rozproszonych migawek. Zamieszczony na końcu powieści indeks osób – jak i drzewo genealogiczne roku – ma pomóc orientować się w fabule – ale nie sądzę, by wiele czytelniczek do tych pomocy sięgało, książka Gutowskiej-Adamczyk wciąga i bez większego trudu da się prześledzić losy bohaterek.

W „Zajezierskich” panuje kult drobiazgu, co przy założeniu – ukazaniu losów kilku pokoleń rodu – stanowić mogło wybuchową mieszankę. Na szczęście autorce nie można zarzucić rozwlekłości czy przegadania, dobrze wyważone proporcje to cecha charakterystyczna tej powieści. Prawie można zapomnieć, że w zasadzie nic się tu nie rozstrzyga, pootwierane tematy nie prowadzą do wyrazistej puenty. Przecież nie dlatego się po „Zajezierskich” sięga.

To propozycja idealna dla wielbicielek niespiesznych historii i dla odbiorczyń stęsknionych za wielkimi narracjami. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła powieść nieco staroświecką i ładną, powieść, w której podkreśla podobieństwo tęsknot i marzeń kobiet w różnych wiekach.