Iskry, Warszawa 2019.
Kabaret i życie
Jeremi Przybora wprawdzie bardziej intryguje odbiorców jako twórca Kabaretu Starszych Panów niż jako człowiek, którego życie zasługuje na odkrywanie – ale w serii biografii proponowanych przez Dariusza Michalskiego tej sylwetki brakowało. Po kilkunastu latach od wydania książki „Starszy Pan A” poświęconej Jerzemu Wasowskiemu, Michalski zdecydował się na „bliźniaczą” pozycję - „Starszy Pan B”. Opowieść o Jeremim Przyborze (taki podtytuł nosi zresztą potężny tom) jest spotkaniem nie tylko z życiorysowymi meandrami satyryka, ale też – z najlepszymi pomysłami piosenkowymi i kabaretowymi. Dariusz Michalski wybiera kolejne wątki z doświadczeń Przybory i rozpracowuje je w osobnych rozdziałach. Unika tworzenia wielkiej narracji, raczej skacze po tematach, sięgając po te najbardziej czytelników przyciągające. Ma to swoje źródło w istnieniu na rynku trzech tomów memuarów Przybory oraz jednej małej autobiograficznej książki napisanej wcześniej – nie ma sensu zatem prowadzenie opowieści o życiu, można skupiać się na dokonaniach i znajomościach, które przetrwały w pamięci potomnych. Dariusz Michalski decyduje się na rozdziały konkretne, poświęcone a to artystom, z którymi Przybora współpracował, a to partnerkom (dla Agnieszki Osieckiej i Alicji Wirth przeznacza najwięcej miejsca), a to dzieciom (Marta i Kot mimo wszystko zawsze pozostawali w cieniu). Bardzo często przechodzi w relacji od ludzi i życia do twórczości – przygląda się i Kabaretowi Starszych Panów, i divertimentom czy Teatrowi Niedużemu, adaptacjom historii dla dzieci (piosenki z „Piotrusia Pana”) i Eterkowi. Porządkuje, chociaż nie ma zamiaru przynosić czytelnikom pełnej opowieści, woli wybieranie tego, co najciekawsze i najbardziej urzekające z perspektywy widzów. Będzie zatem powracać do kabaretowych anegdot i do kulis powstawania sławnego programu, ale i do motywu pisania piosenek z Jerzym Wasowskim. Sięga do zapisków Przybory, do opinii aktorów i twórców o nim – ale też do opowieści Marii Wasowskiej. Wprowadza dość obszerne cytaty, tak, żeby sportretować Jeremiego Przyborę z różnych punktów widzenia, przypomina też najlepsze piosenki. Robi wiele, by odbiorcy mogli przypomnieć sobie klimat Kabaretu. Czasami wylicza zawartość niektórych programów Kabaretu, podpowiada, gdzie można znaleźć konkretne piosenki. Nie zamierza natomiast wyrównywać proporcji, wyraźnie przeważają motywy z KSP, po macoszemu są za to traktowane inne rodzaje twórczości. Nikomu nie będzie to przeszkadzać, zwłaszcza że Dariusz Michalski wie, jak zainteresować czytelników swoją książką.
Jeremi Przybora w tym tomie zostaje rozczytany na różne sposoby – i z uwzględnieniem rozmaitych form działalności scenicznej, estradowej, telewizyjnej czy radiowej. Michalski raczej unika oceniania, chociaż zdarza mu się przytaczać opinie na temat wybranych dzieł. Do Starszego Pana B czuje sympatię – przekłada się to na narrację, ale nie jest przeszkodą w śledzeniu opowieści. Ważne, że autor tomu nie poprzestaje na wiadomościach uzyskiwanych z pierwszej ręki i komentarze Przybory przeplata jeszcze dodatkami z różnych źródeł, sam też wie doskonale, o czym i o kim pisze. To sprawia, że „Starszy Pan B” to tom, który na rynku zagości na długo.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dariusz Michalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dariusz Michalski. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 stycznia 2020
piątek, 5 grudnia 2014
Dariusz Michalski: Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej. Lata 1958-1973
Iskry, Warszawa 2014.
Rozśpiewana historia
Dariusz Michalski po raz trzeci zabiera odbiorców w muzyczną podróż w przeszłość. „Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej. Lata 1958-1973” to publikacja monumentalna, która właściwie czyta (i śpiewa) się sama. Autor nie zamierza bowiem męczyć zainteresowanych natłokiem faktów, bardziej koncentruje się na charakteryzowaniu zespołów i twórców, wspomnieniach i ogólnym zarysie dziejów. Polską muzykę rozrywkową opatruje odnośnikami do zagranicznych wzorców, bada recepcję, omawia nowatorskie pomysły i artystyczne decyzje. Co pewien czas przywołuje teksty piosenek.
Michalski przybiera w tym tomie różne role. Jest archiwistą, bez przerwy podpiera się wypowiedziami bezpośrednio zainteresowanych, cytatami bohaterów (i ich współpracowników) z książek czy wywiadów. Próbuje sprawić, by tekst – za sprawą wielogłosowości – sam się komentował. Jako autor chowa się Michalski nieco za spostrzeżeniami innych, funkcjonuje jak dziennikarz-czytelnik. Przytacza ciekawe opowieści, które na dodatkowym literackim opracowaniu tylko by straciły – tym razem więc mozaikowość lektury nie jest wcale jej słabą stroną. Co więcej, takie rozwiązanie mocno przyspiesza narrację, a Michalskiemu pozwala unikać żmudnych wyliczeń. Nie zabrakło tu jednak roli recenzenta: autor nie boi się wprowadzania własnych, ostrych ocen. Jeśli tekst lub przebój razi banalnością, kiczem lub grafomanią, Michalski bezlitośnie się z niego wyśmiewa. Widać, że jest żywo zaangażowany w historię polskiego big-beatu i nie ma ochoty dystansować się od dokonań rodzimych grup. Neutralny ton zachowuje natomiast w momentach prezentowania niekwestionowanych przebojów – nie chwali i nie zachwyca się osiągnięciami artystów, tu wybiera stonowaną relację, skrótową z konieczności, a mimo to bogatą w szczegóły.
Trzecim tomem rządzą grupy muzyczne i liderzy zespołów. Michalski usiłuje zapanować nad ogromem materiału badawczego i dość dobrze sobie z tym radzi, chociaż kiedy wplata do tomu krótkie rozdziały o festiwalach czy przeglądach piosenki, może wydać się odrobinę chaotyczny. Dużym lub najbardziej znanym poświęca osobne rozdziały, mniej znane zespołu grupuje – na przykład dzięki odwołaniom do muzycznej geografii kraju. W „Trzystu tysiącach gitar” można między innymi obserwować międzygrupowe wędrówki muzyków – obok losów zapomnianych dzisiaj artystów. Spoiwem między rozdziałami staje się Franciszek Walicki, któremu poświęcony został zamykający książkę szkic. Do niego Michalski odwołuje się przy każdej możliwej okazji, uświadamiając czytelnikom zasady działania środowiska muzycznego lat 60.
Nie może Dariusz Michalski tworzyć wyczerpujących temat portretów. Nakreśla jedynie historie poszczególnych grup, skupiając się zwłaszcza na wewnętrznych i zewnętrznych podziałach w obrębie polskiej muzyki rozrywkowej. O twórcach spoza big-beatowego nurtu nie zapomina – przywołuje ich dla porządku na marginesie wywodów. W poszukiwaniach dociera aż do czasów współczesnych, zwłaszcza gdy chodzi o solowe kariery wybranych artystów. Trzeci tom „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” to przede wszystkim walka z nadmiarem materiału i próba przycięcia zgromadzonych tekstów źródłowych do ram zgrabnych szkiców. Michalski stara się zaproponować publikację wartościową dla fanów i dla zwykłych czytelników, nie encyklopedię, a ciekawy przegląd pomysłów. Odrzuca więc schematy życiorysów i monografii, zajmuje się tym, co miało wpływ na kształt zespołów. Jego rola nie polega jedynie na umiejętnym zestawianiu ze sobą cudzych wypowiedzi i zderzaniu opinii: tym razem Michalski sam świadomie kreuje wizerunki artystów i ich formacji. Na taką swobodę może sobie pozwolić bez zmartwień – większość „dużych” grup doczekała się już swoich monografii lub opracowań, nie będzie więc problemu z dotarciem do bardziej rozbudowanych informacji. Mniejsze zespoły zaistnieją w świadomości kolejnych pokoleń.
Rozśpiewana historia
Dariusz Michalski po raz trzeci zabiera odbiorców w muzyczną podróż w przeszłość. „Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej. Lata 1958-1973” to publikacja monumentalna, która właściwie czyta (i śpiewa) się sama. Autor nie zamierza bowiem męczyć zainteresowanych natłokiem faktów, bardziej koncentruje się na charakteryzowaniu zespołów i twórców, wspomnieniach i ogólnym zarysie dziejów. Polską muzykę rozrywkową opatruje odnośnikami do zagranicznych wzorców, bada recepcję, omawia nowatorskie pomysły i artystyczne decyzje. Co pewien czas przywołuje teksty piosenek.
Michalski przybiera w tym tomie różne role. Jest archiwistą, bez przerwy podpiera się wypowiedziami bezpośrednio zainteresowanych, cytatami bohaterów (i ich współpracowników) z książek czy wywiadów. Próbuje sprawić, by tekst – za sprawą wielogłosowości – sam się komentował. Jako autor chowa się Michalski nieco za spostrzeżeniami innych, funkcjonuje jak dziennikarz-czytelnik. Przytacza ciekawe opowieści, które na dodatkowym literackim opracowaniu tylko by straciły – tym razem więc mozaikowość lektury nie jest wcale jej słabą stroną. Co więcej, takie rozwiązanie mocno przyspiesza narrację, a Michalskiemu pozwala unikać żmudnych wyliczeń. Nie zabrakło tu jednak roli recenzenta: autor nie boi się wprowadzania własnych, ostrych ocen. Jeśli tekst lub przebój razi banalnością, kiczem lub grafomanią, Michalski bezlitośnie się z niego wyśmiewa. Widać, że jest żywo zaangażowany w historię polskiego big-beatu i nie ma ochoty dystansować się od dokonań rodzimych grup. Neutralny ton zachowuje natomiast w momentach prezentowania niekwestionowanych przebojów – nie chwali i nie zachwyca się osiągnięciami artystów, tu wybiera stonowaną relację, skrótową z konieczności, a mimo to bogatą w szczegóły.
Trzecim tomem rządzą grupy muzyczne i liderzy zespołów. Michalski usiłuje zapanować nad ogromem materiału badawczego i dość dobrze sobie z tym radzi, chociaż kiedy wplata do tomu krótkie rozdziały o festiwalach czy przeglądach piosenki, może wydać się odrobinę chaotyczny. Dużym lub najbardziej znanym poświęca osobne rozdziały, mniej znane zespołu grupuje – na przykład dzięki odwołaniom do muzycznej geografii kraju. W „Trzystu tysiącach gitar” można między innymi obserwować międzygrupowe wędrówki muzyków – obok losów zapomnianych dzisiaj artystów. Spoiwem między rozdziałami staje się Franciszek Walicki, któremu poświęcony został zamykający książkę szkic. Do niego Michalski odwołuje się przy każdej możliwej okazji, uświadamiając czytelnikom zasady działania środowiska muzycznego lat 60.
Nie może Dariusz Michalski tworzyć wyczerpujących temat portretów. Nakreśla jedynie historie poszczególnych grup, skupiając się zwłaszcza na wewnętrznych i zewnętrznych podziałach w obrębie polskiej muzyki rozrywkowej. O twórcach spoza big-beatowego nurtu nie zapomina – przywołuje ich dla porządku na marginesie wywodów. W poszukiwaniach dociera aż do czasów współczesnych, zwłaszcza gdy chodzi o solowe kariery wybranych artystów. Trzeci tom „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” to przede wszystkim walka z nadmiarem materiału i próba przycięcia zgromadzonych tekstów źródłowych do ram zgrabnych szkiców. Michalski stara się zaproponować publikację wartościową dla fanów i dla zwykłych czytelników, nie encyklopedię, a ciekawy przegląd pomysłów. Odrzuca więc schematy życiorysów i monografii, zajmuje się tym, co miało wpływ na kształt zespołów. Jego rola nie polega jedynie na umiejętnym zestawianiu ze sobą cudzych wypowiedzi i zderzaniu opinii: tym razem Michalski sam świadomie kreuje wizerunki artystów i ich formacji. Na taką swobodę może sobie pozwolić bez zmartwień – większość „dużych” grup doczekała się już swoich monografii lub opracowań, nie będzie więc problemu z dotarciem do bardziej rozbudowanych informacji. Mniejsze zespoły zaistnieją w świadomości kolejnych pokoleń.
wtorek, 9 listopada 2010
Dariusz Michalski: Kalina Jędrusik
Iskry, Warszawa 2010.
Bo w niej jest seks
„Co ostatecznie zostało po Kalinie Jędrusik? Co zostało i gdzie?” – pyta Dariusz Michalski w posłowiu do monumentalnego tomu, który zapewne stanie się wkrótce jedynym (a na pewno najczęściej cytowanym) źródłem wiedzy o artystce, mimo popularyzatorskiego charakteru i denerwującej maniery pisania autora, który bez przerwy skrywa się za strzępkami wypowiedzi innych, z rzadka opatrując owe wypowiedzi własnym komentarzem. Faktem jest, że Kalina Jędrusik, chociaż funkcjonuje wciąż w świadomości społeczeństwa jako symbol seksu drugiej połowy XX wieku, nie doczekała się dotąd prawdziwej biografii – a ponieważ Dariusz Michalski konsekwentnie przedstawia gwiazdy rozrywki, które od lat 50. ubiegłego stulecia rozpalały masową wyobraźnię, sięgnięcie po tę niezwykła postać było tylko kwestią czasu. Wielbiciele Jesiennej Dziewczyny o imponującym biuście i ogromnych oczach mogą czuć się usatysfakcjonowani – chociaż przypuszczam, że tom „Kalina Jędrusik” pozostawi w nich lekki niedosyt, jak zresztą większość publikacji Michalskiego.
Autor portretuje w swojej książce Kalinę przez pryzmat bliskich jej osób, rodziny, przyjaciół i współpracowników – tych wszystkich, którzy mogą coś o aktorce powiedzieć, bez względu na to, czy przedstawią ją od strony prywatnej czy zawodowej (ta pierwsza wydaje się ciekawsza, w drugiej dominuje kilka do znudzenia powtarzanych frazesów). Prezentuje także Michalski Kalinę Jędrusik przez wzgląd na tych, którzy byli w jej życiu ważni (mąż Stanisław Dygat) i przez odniesienia do ról, w których przekazywała cząstkę siebie. Michalski próbuje zdefiniować Kalinę, posługując się opiniami innych i uzyskując wielowymiarowy, nieweryfikowalny portret. Stara się o to, by skrajne, emocjonalne komentarze wzajemnie się znosiły bądź tłumiły (zwykle ostre wypowiedzi pasierbicy Kaliny równoważy choćby uwagami siostry artystki). Sam rzadko daje się ponieść ocenom, choć od początku wiadomo, że pisze z pozycji zachwyconego fana.
Jak to zwykle w biograficznych publikacjach Michalskiego bywa, cała książka utkana jest z cytatów, których źródła podane są dość niefrasobliwie (znajdziemy na przykład informację o tytule czasopisma, jeśli autor miał dobry humor – to i roku, ale już numeru próżno by szukać). Michalski zestawia ze sobą fragmenty wywiadów, bezpośrednie wypowiedzi, pochodzące z prywatnych rozmów – i tu autor wykonuje dobrą dziennikarską robotę, choć i tak szkoda, że nie przedstawia pełnych wywiadów – wyimki z pamiętników, listów, dokumentów, książek, artykułów itp. Każdą wypowiedź (przeważnie jednoakapitową) poprzedza imieniem i nazwiskiem autora (czasem jest to sama bohaterka tomu) i niekiedy dorzuca własne krótkie przemyślenia, które raczej pełnią rolę łącznika opinii niż rzeczywistego kronikarskiego podejścia. Jeśli w pierwszych książkach Michalskiego, poświęconych sławnym artystom, takie rozwiązania urzekały nowatorstwem i odświeżającą formą, teraz mogą męczyć. Zwłaszcza że autor nie do końca panuje nad zgromadzonym materiałem – czasem popełnia autoplagiat, czasem wprowadza ten sam komentarz kilka razy w różnych punktach opowieści. Wielu czytelników zapewne wolałoby samodzielnie decydować o tym, w którym momencie przerwać wypowiedź – są jednak skazani na porządek zaproponowany przez Michalskiego, co nie zawsze musi się podobać.
Książka podzielona jest na bardzo krótkie rozdziały, których istnienie uzasadniają kolejne role i postacie ważne dla Kaliny Jędrusik. Gdy galeria ta ulegnie wyczerpaniu, autor przechodzi do prezentowania szeroko rozumianych kontekstów. W zaostrzających apetyt partiach tomu może jedynie sygnalizować tematy, a sposób opisywania ich nie sprzyja syntezie – szkoda, bo tak pofragmentowany świat trudno będzie mimo wszystko z powrotem scalić.
Ale mimo wszystko to tom o postaci fascynującej, barwnej i niebanalnej – nie mam wątpliwości, że każdy, kto widział Kalinę Jędrusik na ekranie lub na scenie – a także każdy, kto słyszał jej interpretacje piosenek – sięgnie po pozycję Iskier czym prędzej i pochłonie ją w mgnieniu oka, bez względu na stosunek do formalnych rozwiązań, stosowanych przez Dariusza Michalskiego.
Bo w niej jest seks
„Co ostatecznie zostało po Kalinie Jędrusik? Co zostało i gdzie?” – pyta Dariusz Michalski w posłowiu do monumentalnego tomu, który zapewne stanie się wkrótce jedynym (a na pewno najczęściej cytowanym) źródłem wiedzy o artystce, mimo popularyzatorskiego charakteru i denerwującej maniery pisania autora, który bez przerwy skrywa się za strzępkami wypowiedzi innych, z rzadka opatrując owe wypowiedzi własnym komentarzem. Faktem jest, że Kalina Jędrusik, chociaż funkcjonuje wciąż w świadomości społeczeństwa jako symbol seksu drugiej połowy XX wieku, nie doczekała się dotąd prawdziwej biografii – a ponieważ Dariusz Michalski konsekwentnie przedstawia gwiazdy rozrywki, które od lat 50. ubiegłego stulecia rozpalały masową wyobraźnię, sięgnięcie po tę niezwykła postać było tylko kwestią czasu. Wielbiciele Jesiennej Dziewczyny o imponującym biuście i ogromnych oczach mogą czuć się usatysfakcjonowani – chociaż przypuszczam, że tom „Kalina Jędrusik” pozostawi w nich lekki niedosyt, jak zresztą większość publikacji Michalskiego.
Autor portretuje w swojej książce Kalinę przez pryzmat bliskich jej osób, rodziny, przyjaciół i współpracowników – tych wszystkich, którzy mogą coś o aktorce powiedzieć, bez względu na to, czy przedstawią ją od strony prywatnej czy zawodowej (ta pierwsza wydaje się ciekawsza, w drugiej dominuje kilka do znudzenia powtarzanych frazesów). Prezentuje także Michalski Kalinę Jędrusik przez wzgląd na tych, którzy byli w jej życiu ważni (mąż Stanisław Dygat) i przez odniesienia do ról, w których przekazywała cząstkę siebie. Michalski próbuje zdefiniować Kalinę, posługując się opiniami innych i uzyskując wielowymiarowy, nieweryfikowalny portret. Stara się o to, by skrajne, emocjonalne komentarze wzajemnie się znosiły bądź tłumiły (zwykle ostre wypowiedzi pasierbicy Kaliny równoważy choćby uwagami siostry artystki). Sam rzadko daje się ponieść ocenom, choć od początku wiadomo, że pisze z pozycji zachwyconego fana.
Jak to zwykle w biograficznych publikacjach Michalskiego bywa, cała książka utkana jest z cytatów, których źródła podane są dość niefrasobliwie (znajdziemy na przykład informację o tytule czasopisma, jeśli autor miał dobry humor – to i roku, ale już numeru próżno by szukać). Michalski zestawia ze sobą fragmenty wywiadów, bezpośrednie wypowiedzi, pochodzące z prywatnych rozmów – i tu autor wykonuje dobrą dziennikarską robotę, choć i tak szkoda, że nie przedstawia pełnych wywiadów – wyimki z pamiętników, listów, dokumentów, książek, artykułów itp. Każdą wypowiedź (przeważnie jednoakapitową) poprzedza imieniem i nazwiskiem autora (czasem jest to sama bohaterka tomu) i niekiedy dorzuca własne krótkie przemyślenia, które raczej pełnią rolę łącznika opinii niż rzeczywistego kronikarskiego podejścia. Jeśli w pierwszych książkach Michalskiego, poświęconych sławnym artystom, takie rozwiązania urzekały nowatorstwem i odświeżającą formą, teraz mogą męczyć. Zwłaszcza że autor nie do końca panuje nad zgromadzonym materiałem – czasem popełnia autoplagiat, czasem wprowadza ten sam komentarz kilka razy w różnych punktach opowieści. Wielu czytelników zapewne wolałoby samodzielnie decydować o tym, w którym momencie przerwać wypowiedź – są jednak skazani na porządek zaproponowany przez Michalskiego, co nie zawsze musi się podobać.
Książka podzielona jest na bardzo krótkie rozdziały, których istnienie uzasadniają kolejne role i postacie ważne dla Kaliny Jędrusik. Gdy galeria ta ulegnie wyczerpaniu, autor przechodzi do prezentowania szeroko rozumianych kontekstów. W zaostrzających apetyt partiach tomu może jedynie sygnalizować tematy, a sposób opisywania ich nie sprzyja syntezie – szkoda, bo tak pofragmentowany świat trudno będzie mimo wszystko z powrotem scalić.
Ale mimo wszystko to tom o postaci fascynującej, barwnej i niebanalnej – nie mam wątpliwości, że każdy, kto widział Kalinę Jędrusik na ekranie lub na scenie – a także każdy, kto słyszał jej interpretacje piosenek – sięgnie po pozycję Iskier czym prędzej i pochłonie ją w mgnieniu oka, bez względu na stosunek do formalnych rozwiązań, stosowanych przez Dariusza Michalskiego.
piątek, 12 lutego 2010
Dariusz Michalski: Piosenka przypomni ci... Historia polskiej muzyki rozrywkowej. Lata 1945-1958
Iskry, Warszawa 2009.
Historia piosenki
Nareszcie – to jedno słówko mogłoby zastąpić całą recenzję. Nareszcie bowiem, po prawie trzech latach oczekiwania, pojawiła się druga część monumentalnej „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” Dariusza Michalskiego. Drugi tom, zatytułowany „Piosenka przypomni ci…” obejmuje lata 1945-1958 i stanie się – podobnie zresztą jak pierwszy – przewodnikiem po dziejach piosenek z różnych kręgów. Kompozycja tomu jest zbliżona do tej z „Powróćmy jak za dawnych lat” – to dwadzieścia pięć szkiców, które Michalski nazywa „portretami” i które mają porządkować dokonania w dziedzinie muzyki rozrywkowej powojnia. Zbliżona okaże się też objętość – „Piosenka przypomni ci” liczy z bibliografią i indeksami 824 strony. Również w tej publikacji znajduje się sporo zdjęć i fragmentów piosenek – a Dariusz Michalski wykazuje się dużą sprawnością w lawirowaniu między kolejnymi osiągnięciami uwielbianych przez naród twórców. Na tym kończą się techniczne podobieństwa (zostaje jeszcze kwestia charakterystycznego przedstawienia materiału, o czym później) i można spokojnie przejść do omawiania zawartości. A jest co omawiać…
Żeby nie pozostawiać luki czasowej (pierwsza część „Historii…” zamyka się na roku 1939, druga rozpoczyna się po wojnie), Michalski zdecydował się na skrótowe ujęcie zagadnienia piosenki wojennej. W błyskawicznym przeglądzie rzucił garść tytułów, odniósł się do roli muzyki w latach okupacji, zasugerował kierunki poszukiwań. Szybko jednak wyszło na jaw (co zresztą było chyba od początku do przewidzenia), że materiał jest tu obfitszy niż w przypadku pierwszych lat XX wieku, przemysł fonograficzny zaczął prężnie działać, przybyło wykonawców i twórców – Dariusz Michalski musiał poradzić sobie z rozrastającymi się tematami. Pomogła mu w tym zadaniu decyzja o zarzuceniu konwencji „portretów” – w książce „Piosenka przypomni ci” więcej jest haseł, odnoszących się do muzyczno-rozrywkowej machiny, uogólniających lub gromadzących grupy piosenkarzy. Owe tematy „zbiorcze” dotyczą między innymi powojennych orkiestr, radia, kompozytorów, działalności wytwórni płytowych (stawia tu Michalski na bardziej techniczne wiadomości, jakby przygotowując grunt do wyjaśniania rozwoju piosenki), jeszcze raz powraca do rewelersów, tym razem – następców Chóru Dana. Ciekawym pod względem historycznym rozdziałem będzie część poświęcona „show-businessowi po polsku” – tu skupia się Michalski na wydawnictwach muzycznych czy organizacjach pomagających artystom – w syntetycznym ujęciu próbuje nakreślić specyfikę całej machiny rozrywkowej, ponownie zatrzymując się nad tym, o czym przeciętny słuchacz już nie wie – bądź – czego nie pamięta. Nie koniec na tym portretów – partii zbiorowych. Pojawia się w książce oczywiście opowieść o pieśniach masowych – i chyba najbardziej mnie ta akurat część (cząstka) rozczarowała. Michalski zajął się bowiem najbardziej propagandowymi elementami tej twórczości, zupełnie pomijając socrealistyczne „przeboje” z całą ich komiczną dzisiaj siłą („praca w hucie będzie się paliła jak miliony rozpalonych serc” okazała się deklaracją mniej ważną niż antyimperialistyczne zawołanie Ficowskiego „tara bam, tara bam / wróg nie wydrze pieśni nam”). Odnoszę wrażenie, że ten temat, temat, który w zasadzie zapełniłby całą książkę, został potraktowany pobieżnie i jakby ze wstydem. Zabrakło mi charakterystyki stylu melodii i wykonań piosenek – czy schematów poetyk – czyli w zasadzie całej strony warsztatowej, która może nawet lepiej pozwoliłaby zrozumieć ów styl w muzyce quasi-rozrywkowej. Nad tym motywem chciał Michalski przemknąć szybko – i, moim zdaniem, szkoda.
Naturalną konsekwencją analizowania przebojów było przejście do tematyki kabaretowej. Także tu Dariusz Michalski nieco odchodzi od głównego zagadnienia, z konieczności i za Ryszardem Markiem Grońskim (w bibliografii niewymienionym!), skupiając się na opisywaniu zapomnianych dziś grup satyrycznych – pojedyncze piosenki służą tu raczej ilustrowaniu wywodów: zresztą dokładne przedstawienie utworów kabaretowych tamtych lat nie byłoby możliwe ze względu na ograniczoną objętość szkicu. Dobrze natomiast, że znalazł autor miejsce na wyszczególnienie satyrycznego duetu Gozdawa-Stępień i pokazanie fenomenu tych „literackich bliźniaków”. Sporo miejsca poświęca Michalski na prezentację różnych odmian jazzu – oraz, w osobnej partii, sylwetki Leopolda Tyrmanda, głównego „komentatora” tego rodzaju muzyki. Przemiany w sztuce rozrywkowej ma sygnalizować Festiwal Młodzieży i Studentów. Ale Michalski nie zapomina też o muzyce ludowej, którą dość barwnie przedstawia. Cenne wydaje mi się także rozróżnienie między śpiewakiem, wokalistą a piosenkarzem – podbudowane odpowiednimi przykładami.
Nie zabrakło, tym razem już w osobnych portretach – opowieści o ludziach, którzy zmieniali oblicze polskiej muzyki. Jest tu Władysław Szpilman, Kazimierz Winkler, Marta Mirska, Maria Koterbska, Janusz Gniatkowski czy Natasza Zylska. Część nazwisk znana jest i utrwalona dotąd w świadomości odbiorców, ale Dariusz Michalski nie zapomina i o tych, którzy mają decydujący wpływ na piosenko – tekściarzach i kompozytorach. Wszystko to składa się na obraz muzyki rozrywkowej połowy XX wieku. Autor tej publikacji tym razem nie syntetyzuje wiadomości, raczej usiłuje z fragmentów złożyć spójną całość – zadanie to wydaje się mimo wszystko niemożliwe, da się jednak z powodzeniem traktować monumentalny tom jako przewodnik po historii muzyki.
Ciekawie wybrzmiewa Dariusz Michalski czytany równolegle z zapiskami autobiograficznymi ludzi sztuki z lat 50. XX wieku, choćby ze „Szpetnymi czterdziestoletnimi” Agnieszki Osieckiej. Michalski mimochodem przemyca dodatkowe ciekawostki, jak na przykład informację o tym, kiedy po raz pierwszy ze sceny padło słowo „kociak”, które zrobiło potem zawrotną karierę. Mnóstwo jest w książce takich smaczków, Michalski stara się, by jego szkice nie były nudne, urozmaica je i ciągle wzbogaca. Nie zmienia przy tym swojego charakterystycznego popularyzatorskiego stylu, kolażowego i reportażowego. Od strony technicznej to element, który może najbardziej cieszyć albo najbardziej przeszkadzać. Michalski na szczęście nie doprowadza opowieści do stanu znanego z „dużych” biografii, sporą część narracji prowadzi samodzielnie, krótsze są też cytaty. Jak zawsze, nie zawraca sobie autor głowy lokalizacją wypowiedzi. Cytuje pamiętniki, wywiady i zwykłe rozmowy – lecz poza zaznaczeniem granic cytatu i autora nie można dowiedzieć się nic o kontekście, z którego pochodzą frazy.
Jedno tylko w książce mi się nie podoba – to… przedmowa Jerzego Eislera. W pierwszej części było to wprowadzenie gawędziarskie, Stefanii Grodzieńskiej. Porównanie z nią mało który opowiadacz wytrzymuje. Ale Jerzy Eisler z niewiadomych dla mnie powodów wpadł w dyskurs zaczepno-obronny. Nie przygotowuje na to, czego można i należy spodziewać się po książce, ale… uprzedza ewentualne ataki tych, którzy nie rozumieją, że o muzyce można mówić w pewnym oderwaniu od historii. Eisler próbuje usprawiedliwić Michalskiego – ale zupełnie niepotrzebnie, w końcu raczej odbiorcy tej publikacji nie wpadliby na takie zarzuty. W efekcie kieruje uwagę czytelników w rejony dalekie od wiodących w „Piosenka przypomni ci” motywów.
Dariusz Michalski dba o to, by nie zanudzić odbiorców. Konwencja portretowania twórców i wydarzeń wyklucza podawanie wyczerpujących i pełnych informacji, pozwala jedynie na szkicowanie historii muzyki – lecz już samo to umożliwi rozeznanie w dawnej twórczości piosenkowej. Pozostaje nam czekać na kolejny tom.
Historia piosenki
Nareszcie – to jedno słówko mogłoby zastąpić całą recenzję. Nareszcie bowiem, po prawie trzech latach oczekiwania, pojawiła się druga część monumentalnej „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” Dariusza Michalskiego. Drugi tom, zatytułowany „Piosenka przypomni ci…” obejmuje lata 1945-1958 i stanie się – podobnie zresztą jak pierwszy – przewodnikiem po dziejach piosenek z różnych kręgów. Kompozycja tomu jest zbliżona do tej z „Powróćmy jak za dawnych lat” – to dwadzieścia pięć szkiców, które Michalski nazywa „portretami” i które mają porządkować dokonania w dziedzinie muzyki rozrywkowej powojnia. Zbliżona okaże się też objętość – „Piosenka przypomni ci” liczy z bibliografią i indeksami 824 strony. Również w tej publikacji znajduje się sporo zdjęć i fragmentów piosenek – a Dariusz Michalski wykazuje się dużą sprawnością w lawirowaniu między kolejnymi osiągnięciami uwielbianych przez naród twórców. Na tym kończą się techniczne podobieństwa (zostaje jeszcze kwestia charakterystycznego przedstawienia materiału, o czym później) i można spokojnie przejść do omawiania zawartości. A jest co omawiać…
Żeby nie pozostawiać luki czasowej (pierwsza część „Historii…” zamyka się na roku 1939, druga rozpoczyna się po wojnie), Michalski zdecydował się na skrótowe ujęcie zagadnienia piosenki wojennej. W błyskawicznym przeglądzie rzucił garść tytułów, odniósł się do roli muzyki w latach okupacji, zasugerował kierunki poszukiwań. Szybko jednak wyszło na jaw (co zresztą było chyba od początku do przewidzenia), że materiał jest tu obfitszy niż w przypadku pierwszych lat XX wieku, przemysł fonograficzny zaczął prężnie działać, przybyło wykonawców i twórców – Dariusz Michalski musiał poradzić sobie z rozrastającymi się tematami. Pomogła mu w tym zadaniu decyzja o zarzuceniu konwencji „portretów” – w książce „Piosenka przypomni ci” więcej jest haseł, odnoszących się do muzyczno-rozrywkowej machiny, uogólniających lub gromadzących grupy piosenkarzy. Owe tematy „zbiorcze” dotyczą między innymi powojennych orkiestr, radia, kompozytorów, działalności wytwórni płytowych (stawia tu Michalski na bardziej techniczne wiadomości, jakby przygotowując grunt do wyjaśniania rozwoju piosenki), jeszcze raz powraca do rewelersów, tym razem – następców Chóru Dana. Ciekawym pod względem historycznym rozdziałem będzie część poświęcona „show-businessowi po polsku” – tu skupia się Michalski na wydawnictwach muzycznych czy organizacjach pomagających artystom – w syntetycznym ujęciu próbuje nakreślić specyfikę całej machiny rozrywkowej, ponownie zatrzymując się nad tym, o czym przeciętny słuchacz już nie wie – bądź – czego nie pamięta. Nie koniec na tym portretów – partii zbiorowych. Pojawia się w książce oczywiście opowieść o pieśniach masowych – i chyba najbardziej mnie ta akurat część (cząstka) rozczarowała. Michalski zajął się bowiem najbardziej propagandowymi elementami tej twórczości, zupełnie pomijając socrealistyczne „przeboje” z całą ich komiczną dzisiaj siłą („praca w hucie będzie się paliła jak miliony rozpalonych serc” okazała się deklaracją mniej ważną niż antyimperialistyczne zawołanie Ficowskiego „tara bam, tara bam / wróg nie wydrze pieśni nam”). Odnoszę wrażenie, że ten temat, temat, który w zasadzie zapełniłby całą książkę, został potraktowany pobieżnie i jakby ze wstydem. Zabrakło mi charakterystyki stylu melodii i wykonań piosenek – czy schematów poetyk – czyli w zasadzie całej strony warsztatowej, która może nawet lepiej pozwoliłaby zrozumieć ów styl w muzyce quasi-rozrywkowej. Nad tym motywem chciał Michalski przemknąć szybko – i, moim zdaniem, szkoda.
Naturalną konsekwencją analizowania przebojów było przejście do tematyki kabaretowej. Także tu Dariusz Michalski nieco odchodzi od głównego zagadnienia, z konieczności i za Ryszardem Markiem Grońskim (w bibliografii niewymienionym!), skupiając się na opisywaniu zapomnianych dziś grup satyrycznych – pojedyncze piosenki służą tu raczej ilustrowaniu wywodów: zresztą dokładne przedstawienie utworów kabaretowych tamtych lat nie byłoby możliwe ze względu na ograniczoną objętość szkicu. Dobrze natomiast, że znalazł autor miejsce na wyszczególnienie satyrycznego duetu Gozdawa-Stępień i pokazanie fenomenu tych „literackich bliźniaków”. Sporo miejsca poświęca Michalski na prezentację różnych odmian jazzu – oraz, w osobnej partii, sylwetki Leopolda Tyrmanda, głównego „komentatora” tego rodzaju muzyki. Przemiany w sztuce rozrywkowej ma sygnalizować Festiwal Młodzieży i Studentów. Ale Michalski nie zapomina też o muzyce ludowej, którą dość barwnie przedstawia. Cenne wydaje mi się także rozróżnienie między śpiewakiem, wokalistą a piosenkarzem – podbudowane odpowiednimi przykładami.
Nie zabrakło, tym razem już w osobnych portretach – opowieści o ludziach, którzy zmieniali oblicze polskiej muzyki. Jest tu Władysław Szpilman, Kazimierz Winkler, Marta Mirska, Maria Koterbska, Janusz Gniatkowski czy Natasza Zylska. Część nazwisk znana jest i utrwalona dotąd w świadomości odbiorców, ale Dariusz Michalski nie zapomina i o tych, którzy mają decydujący wpływ na piosenko – tekściarzach i kompozytorach. Wszystko to składa się na obraz muzyki rozrywkowej połowy XX wieku. Autor tej publikacji tym razem nie syntetyzuje wiadomości, raczej usiłuje z fragmentów złożyć spójną całość – zadanie to wydaje się mimo wszystko niemożliwe, da się jednak z powodzeniem traktować monumentalny tom jako przewodnik po historii muzyki.
Ciekawie wybrzmiewa Dariusz Michalski czytany równolegle z zapiskami autobiograficznymi ludzi sztuki z lat 50. XX wieku, choćby ze „Szpetnymi czterdziestoletnimi” Agnieszki Osieckiej. Michalski mimochodem przemyca dodatkowe ciekawostki, jak na przykład informację o tym, kiedy po raz pierwszy ze sceny padło słowo „kociak”, które zrobiło potem zawrotną karierę. Mnóstwo jest w książce takich smaczków, Michalski stara się, by jego szkice nie były nudne, urozmaica je i ciągle wzbogaca. Nie zmienia przy tym swojego charakterystycznego popularyzatorskiego stylu, kolażowego i reportażowego. Od strony technicznej to element, który może najbardziej cieszyć albo najbardziej przeszkadzać. Michalski na szczęście nie doprowadza opowieści do stanu znanego z „dużych” biografii, sporą część narracji prowadzi samodzielnie, krótsze są też cytaty. Jak zawsze, nie zawraca sobie autor głowy lokalizacją wypowiedzi. Cytuje pamiętniki, wywiady i zwykłe rozmowy – lecz poza zaznaczeniem granic cytatu i autora nie można dowiedzieć się nic o kontekście, z którego pochodzą frazy.
Jedno tylko w książce mi się nie podoba – to… przedmowa Jerzego Eislera. W pierwszej części było to wprowadzenie gawędziarskie, Stefanii Grodzieńskiej. Porównanie z nią mało który opowiadacz wytrzymuje. Ale Jerzy Eisler z niewiadomych dla mnie powodów wpadł w dyskurs zaczepno-obronny. Nie przygotowuje na to, czego można i należy spodziewać się po książce, ale… uprzedza ewentualne ataki tych, którzy nie rozumieją, że o muzyce można mówić w pewnym oderwaniu od historii. Eisler próbuje usprawiedliwić Michalskiego – ale zupełnie niepotrzebnie, w końcu raczej odbiorcy tej publikacji nie wpadliby na takie zarzuty. W efekcie kieruje uwagę czytelników w rejony dalekie od wiodących w „Piosenka przypomni ci” motywów.
Dariusz Michalski dba o to, by nie zanudzić odbiorców. Konwencja portretowania twórców i wydarzeń wyklucza podawanie wyczerpujących i pełnych informacji, pozwala jedynie na szkicowanie historii muzyki – lecz już samo to umożliwi rozeznanie w dawnej twórczości piosenkowej. Pozostaje nam czekać na kolejny tom.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Dariusz Michalski: Jam jest Alina czyli Janowska story
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.
Antybiografia
Kolejne gwiazdy w przedmowach do książek Dariusza Michalskiego podkreślają, jak bardzo zależało im na quasi-biografii przygotowanej właśnie przez tego autora. Trochę mało wiarygodnie to brzmi, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Michalski zaczął w pewnym momencie tworzyć publikacje monumentalne pod względem objętościowym, za to nijakie w treści. Materię, jaką stanowią doświadczenia i dokonania artystów, przekuwa na chaotyczną raczej opowieść, która sprawia wrażenie źle opracowanej. Do takich pozycji należy „Jam jest Alina czyli Janowska story”, książka, której lektura będzie nawet dla fanów tej gwiazdy męcząca i bezowocna.
Dariusz Michalski wypracował sobie styl, który powtarza od książki o Jerzym Wasowskim do znudzenia. Łączy wywiad-rzekę (ale z ukrytą częścią pytań) z autobiografią, to uzupełnia zestawem wycinków – drobnych wyrwanych z kontekstu wypowiedzi na temat konkretnej postaci czy wydarzenia z jej życia. W małych dawkach ów filmowy styl byłby nawet interesujący, ale w dużych ilościach – a na takie autor stawia – staje się momentami niestrawny. Zwłaszcza że Michalski kopiuje sam siebie i kolejnych bohaterów swoich publikacji traktuje według jednego schematu – co zwyczajnie nudzi. Nie dziwi za to gorliwość gwiazd w dążeniu do uzyskania „biografii” pióra Michalskiego. Po pierwsze przez pomnikowość – dziennikarz ten koncentruje się wyłącznie na jasnych stronach przeszłości swoich klientów czy zleceniodawców. Po drugie – pozwala im na samodzielne interpretacje wszystkich wydarzeń, nie opatruje zwierzeń żadnym dodatkowym komentarzem. W ten sposób olbrzymie księgi nie mogą być do końca traktowane jako obiektywny i rzetelny dokument – raczej jak jednostronna i ocenzurowana historia.
W „Jam jest Alina” Michalski zbytnio się nie wysilił, po prostu oddał głos swojej bohaterce. Sam wtrąca się w kilkunastu (czy kilkudziesięciu) akapicikach – będących raczej koniecznym spoiwem między kolejnymi opowiastkami autorki niż poważnym omówieniem materiału. To zrozumiałe, że autor nie chce ingerować w tekst powierzony mu przez artystkę, że nie chce za jej życia dokonywać wyraźnych podsumowań czy podziałów: ale, jeśli mam być szczera, wolałabym po prostu przeczytać wspomnienia Aliny Janowskiej – więcej byłoby z tego pożytku i – przypuszczam – lepiej byłyby one uporządkowane, a Dariusz Michalski nie wrzucałby dumnie swojego nazwiska na okładkę, bo nawet gdyby miał przyjąć rolę ghostwritera, by się tu nie sprawdził.
Kiedy po raz kolejny widzę te same chwyty, te same kolażowe wycinanki, które przerywają opowieść, zanim ta na dobre się rozkręci, odczuwam niechęć do dziennikarza, któremu wydaje się, że potrafi dyskretnie opowiadać o egzystencji artystów. Nie chcę już strzępków opowieści, nie chcę poprzyklejanych do siebie cytatów, które przez wewnętrzne poszatkowanie nikogo już nie mogą zainteresować. Nie chcę stylu antybiografii, który ukuł Dariusz Michalski – bo ów styl, dobry w pierwszej książce, w kolejnych traci rację bytu. Ten autor nie potrafi ciekawie opowiadać, mało tego: nie potrafi opowiadać w ogóle. Stać go tylko na sklejanie ze sobą kolejnych wypowiedzi i podpisywanie ich imionami i/lub nazwiskami rozmówców. Być może wykonuje autor ogromną pracę w docieraniu do źródeł i weryfikowaniu informacji – piszę „być może”, bo w książkach o wyraźnie popularyzatorskim charakterze próżno by szukać odwołań do źródeł czy choćby lokalizacji cytatów – wprawdzie w posłowiu wymienia Michalski nazwy czasopism, z których zaczerpnął wypowiedzi, ale najprawdopodobniej boi się, by nikt nie zweryfikował jego pracy, lub nie skorzystał na niej, bo roczników i numerów próżno by tu szukać. Przez tak nonszalanckie podejście „Jam jest Alina” faktycznie traci na wartości.
Antybiografia
Kolejne gwiazdy w przedmowach do książek Dariusza Michalskiego podkreślają, jak bardzo zależało im na quasi-biografii przygotowanej właśnie przez tego autora. Trochę mało wiarygodnie to brzmi, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Michalski zaczął w pewnym momencie tworzyć publikacje monumentalne pod względem objętościowym, za to nijakie w treści. Materię, jaką stanowią doświadczenia i dokonania artystów, przekuwa na chaotyczną raczej opowieść, która sprawia wrażenie źle opracowanej. Do takich pozycji należy „Jam jest Alina czyli Janowska story”, książka, której lektura będzie nawet dla fanów tej gwiazdy męcząca i bezowocna.
Dariusz Michalski wypracował sobie styl, który powtarza od książki o Jerzym Wasowskim do znudzenia. Łączy wywiad-rzekę (ale z ukrytą częścią pytań) z autobiografią, to uzupełnia zestawem wycinków – drobnych wyrwanych z kontekstu wypowiedzi na temat konkretnej postaci czy wydarzenia z jej życia. W małych dawkach ów filmowy styl byłby nawet interesujący, ale w dużych ilościach – a na takie autor stawia – staje się momentami niestrawny. Zwłaszcza że Michalski kopiuje sam siebie i kolejnych bohaterów swoich publikacji traktuje według jednego schematu – co zwyczajnie nudzi. Nie dziwi za to gorliwość gwiazd w dążeniu do uzyskania „biografii” pióra Michalskiego. Po pierwsze przez pomnikowość – dziennikarz ten koncentruje się wyłącznie na jasnych stronach przeszłości swoich klientów czy zleceniodawców. Po drugie – pozwala im na samodzielne interpretacje wszystkich wydarzeń, nie opatruje zwierzeń żadnym dodatkowym komentarzem. W ten sposób olbrzymie księgi nie mogą być do końca traktowane jako obiektywny i rzetelny dokument – raczej jak jednostronna i ocenzurowana historia.
W „Jam jest Alina” Michalski zbytnio się nie wysilił, po prostu oddał głos swojej bohaterce. Sam wtrąca się w kilkunastu (czy kilkudziesięciu) akapicikach – będących raczej koniecznym spoiwem między kolejnymi opowiastkami autorki niż poważnym omówieniem materiału. To zrozumiałe, że autor nie chce ingerować w tekst powierzony mu przez artystkę, że nie chce za jej życia dokonywać wyraźnych podsumowań czy podziałów: ale, jeśli mam być szczera, wolałabym po prostu przeczytać wspomnienia Aliny Janowskiej – więcej byłoby z tego pożytku i – przypuszczam – lepiej byłyby one uporządkowane, a Dariusz Michalski nie wrzucałby dumnie swojego nazwiska na okładkę, bo nawet gdyby miał przyjąć rolę ghostwritera, by się tu nie sprawdził.
Kiedy po raz kolejny widzę te same chwyty, te same kolażowe wycinanki, które przerywają opowieść, zanim ta na dobre się rozkręci, odczuwam niechęć do dziennikarza, któremu wydaje się, że potrafi dyskretnie opowiadać o egzystencji artystów. Nie chcę już strzępków opowieści, nie chcę poprzyklejanych do siebie cytatów, które przez wewnętrzne poszatkowanie nikogo już nie mogą zainteresować. Nie chcę stylu antybiografii, który ukuł Dariusz Michalski – bo ów styl, dobry w pierwszej książce, w kolejnych traci rację bytu. Ten autor nie potrafi ciekawie opowiadać, mało tego: nie potrafi opowiadać w ogóle. Stać go tylko na sklejanie ze sobą kolejnych wypowiedzi i podpisywanie ich imionami i/lub nazwiskami rozmówców. Być może wykonuje autor ogromną pracę w docieraniu do źródeł i weryfikowaniu informacji – piszę „być może”, bo w książkach o wyraźnie popularyzatorskim charakterze próżno by szukać odwołań do źródeł czy choćby lokalizacji cytatów – wprawdzie w posłowiu wymienia Michalski nazwy czasopism, z których zaczerpnął wypowiedzi, ale najprawdopodobniej boi się, by nikt nie zweryfikował jego pracy, lub nie skorzystał na niej, bo roczników i numerów próżno by tu szukać. Przez tak nonszalanckie podejście „Jam jest Alina” faktycznie traci na wartości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






