* * * * * * O tu-czytam

wtorek, 26 lutego 2019

Jessica Bennett: Feminist Fight Club

Buchmann, Warszawa 2019.

Krzyk niezgody

Jessica Bennett krzyczy i wydaje jej się, że śmiechem (pozornym, bo mocno agresywnym) ten krzyk zamaskuje. Krzyczy i tym krzykiem potwierdza najgorsze stereotypy na temat wojujących feministek. Co jeszcze trudniejsze do zniesienia – sama zastawia na siebie pułapki, wpada w nie non stop i udaje, że tego nie widzi (albo faktycznie nie widzi, ale wtedy oznaczać to będzie poważny problem). „Feminist Fight Club” to w założeniu żartobliwy i antymaskulinistyczny poradnik dla tych pań, które czują się dyskryminowane w miejscu pracy lub dowolnej grupie społecznej – i dla tych, które czują się urażone rozmaitymi zachowaniami. Pewnie w wielu wypadkach wystarczyłoby po prostu poinformować otoczenie o własnych preferencjach i zażyczyć sobie zaprzestania irytujących praktyk – ale zwykłe zwrócenie uwagi czy przedstawienie argumentów nie jest przecież czymś, co przystoi radykalnej feministce. Taka musi walczyć, spełnia się wyłącznie w agonie, zwłaszcza wtedy, gdy za wszystkie zawinione lub niezawinione krzywdy może odpłacić pierwszemu lepszemu mężczyźnie. Nawet jeśli jest to ten sympatyczny kolega z pracy – niech cierpi za całą płeć. Absurdy się mnożą, a specjaliści od kreowania wizerunku albo od kursów asertywności załamują ręce. Bo chociaż kobiety z tej narracji nie chcą być postrzegane jako agresywne, histeryczne lub rozchwiane emocjonalnie, jeśli zastosują się do wskazówek z tomu, na takie właśnie wyjdą. Chyba że akurat posłuchają rad, jak udawać miłą – ale to raczej doprowadzi je do frustracji i rozłamu osobowości niż do celu.

Jessica Bennett chce, żeby kobiety walczyły o swoje prawa w detalach. Nawet jeśli to konieczność zwracania uwagi na żeńskie końcówki w języku. Albo odmowa matkowania innym. Co ciekawe, w wizji równouprawnienia pokazywanej przez tę autorkę nie ma mowy o dzieleniu się pobocznymi zadaniami – parzeniem kawy czy przygotowywaniem dokumentów. Według Bennett wyznaczane do tego są wyłącznie kobiety, więc mogą one wskazać mężczyznę, który je w tym zastąpi. Dziwaczne przy tym wydają się strategie postępowania: trzeba udawać niedorajdę, która zawsze psuje ekspres (jak wizja słodkiej idiotki ma wpłynąć na poprawę wizerunku kobiety wśród panów – tego autorka nie określa). Straszne są również zawoalowane złośliwości, które należy stosować wyłącznie wobec panów. I nie pomaga nawet lekcja unikania modulacji głosu czy nadmiaru emotek w wiadomościach. Panie są idealne. Panowie to ch… (czasami nawet takie wykropkowane określenia się pojawiają, jakby autorka musiała dać upust własnej frustracji i odegrać się za rzesze poszkodowanych kobiet, nawet jeśli owe kobiety nie zdają sobie sprawy ze swojej tragicznej rzekomo pozycji). Jessica Bennett przypomina, że dla siebie wzajemnie panie (bez wad) mają być zawsze wsparciem. Jej idea „sióstr” zniszczy się bardzo szybko – w końcu chyba żadna z odbiorczyń nie wierzy w stałą i bezinteresowną pomoc przedstawicielek swojej płci w absolutnie każdych okolicznościach, a już zwłaszcza w rywalizacji w miejscu pracy. A ponieważ wątpliwości budzi i jadowity styl, i dobór pseudoargumentów – sam śmiech nie wystarczy, żeby przyciągnąć czytelniczki i przekonać je do prezentowanych treści. Nawet komiczne naświetlenie problemu i dróg jego rozwiązania nie przyniesie efektów w postaci zadowolonych odbiorczyń – jednokierunkowość wysiłków bowiem zaślepia autorkę i psuje jej wywody.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com