Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 6 lutego 2016

Claire Dunn: 365 dni bez zapałek. Jak rok w australijskim buszu odmienił moje życie

Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2015.

Siły natury

Claire Dunn w teorii las znała jak własną kieszeń, należała w końcu do grona walczących o jego ocalenie ekologów. Jednak teoria nie szła w parze z praktyką: kiedy kobieta zapisała się do programu przypominającego szkołę przetrwania, przekonała się, jak trudno przestawić się na „naturalny” tryb życia. „365 dni bez zapałek” to notatki z niekończącej się walki z przyrodą. A przecież Dunn walczyć wcale nie chce. Pragnie za to obudzić w sobie Dziką Kobietę, stopić się z naturą i stać się jej częścią. Na razie czuje się jak intruz i nie radzi sobie z najprostszymi zadaniami.

Dunn trafia do buszu, ale to busz kontrolowany. Ma jasno wytyczone granice, łatwo z niego dotrzeć do cywilizacji, a w dodatku w pobliżu znajdują się inni uczestnicy programu, nie ma zatem mowy o wyizolowaniu, samotności czy skazaniu na własne siły. Przez trzydzieści dni w roku można przebywać poza lasem, można też zapraszać znajomych, jeśli potrzebuje się akurat ich pomocy. To zatem dzikość bardzo oswojona. Uczestnicy chętnie korzystają z rozmaitych ułatwień: plastikowych płacht do pokrycia dachu czy… zapalniczek. To ostatnie zresztą bardzo irytuje autorkę, która za punkt honoru obiera sobie nauczenie się rozpalania ognia przy pomocy patyków. Nabawia się od tego licznych odcisków i popada w coraz głębszą frustrację. Nieprzypadkowo tytuł tomu to właśnie „365 dni bez zapałek”.

Rytm książki wyznaczają pory roku, ale też podstawowe cele stawiane przed ludźmi, którzy chcą uciec od cywilizacji. To między innymi schronienie, ciepło, woda czy pożywienie. Dunn nie zajmuje się „przyziemnymi” tematami, które być może przyciągnęłyby sporą liczbę czytelników: odrzuca temat higieny, ale długo rozwodzi się nad zagadnieniem domu, czuje głód i buduje pułapki na zwierzęta, ale pierwsze zabite stworzenie wiąże się z ogromną traumą. Ponadto autorka od czasu do czasu korzysta z uroków pierwotnego życia – próbuje jeść robaki, przygotowuje prymitywne ubrania i cały czas uczy się krzesania ognia. W pewnym momencie ujawnia też własną filozofię życiową, która potrzebuje karmić się przynajmniej pozorami dzikości. Chwilami to raczej dzikość na pokaz, dzikość dla turystów – ale przeżycia autorki bez wątpienia są szczere i to najbardziej się liczy. Claire Dunn spisuje własne wrażenia i z nich konstruuje całą książkę (co było jednym z jej rocznych postanowień) – mniej przejmuje się nieprawdziwością buszu. Wie, że wszystkie założenia i ograniczenia może narzucać sobie sama. Zamienia więc niezwykłe doświadczenie w wielką indywidualną przygodę. Na marginesie pokazuje, jak radzą sobie inni uczestnicy: kto chce zrezygnować przed czasem, kto ułatwia sobie zadania, gdzie tworzą się związki… Obserwacje innych ludzi nie są dla Dunn tak atrakcyjne jak analizy „duchowości”, rodzaj wiwisekcji z uwzględnieniem umiłowania natury. To, czego Claire Dunn szuka, jest głęboko w niej samej – chwila wyciszenia pomaga to sobie uzmysłowić. W tej książce ważna staje się walka o odzyskanie własnej tożsamości.

„365 dni bez zapałek” to nie reportaż, jakby się na początku wydawało. Dunn bierze udział w przedsięwzięciu, na które każdy chętny może się zdecydować – nie zaimponuje ultraniebezpieczną wyprawą do serca dżungli czy na niezbadane tereny. Nie bada nowych zwyczajów lub plemion. Sprawdza jedynie, na czym polega odcięcie się od cywilizacji, chwilowe, odwracalne i nieobowiązkowe. Męczy się na własną prośbę – i czerpie z tego radość. Podpowiada odbiorcom jedną z dróg urozmaicenia zwykłego życia, zadaje pytanie, kto potrafiłby na rok odciąć się od zwykłych przyzwyczajeń i obowiązków. Nie zawsze perspektywa życia w buszu wydaje się satysfakcjonująca, a jednak Claire Dunn sporo zyskuje.

Warto też zwrócić uwagę na język książki. Bez względu na prawdziwość sytuacji i zmienne nastroje postaci, tom jest napisany niemal literacko. Ma to związek z nastawieniem na uczucia i refleksje, autorka odrzuca rejestr konkretów: na bazie przeżyć układa zestaw przemyśleń. Dzięki temu nie przeszkadza możliwość wykupienia sobie miejsca w podobnym programie, nie martwi też brak okołobadawczych (czyli oryginalnych) odkryć. Dunn prezentuje swoją własną niepowtarzalną historię – pozwala za jej sprawą zrozumieć rozmaite ekologiczne wybory. Nie każdy chciałby powtarzać tego typu przygody, ale czytanie o nich może wiązać się z ustalaniem własnych priorytetów i metod na oderwanie się od codziennych problemów. Bez zapałek i innych cywilizacyjnych udogodnień można sobie świetnie radzić, ale potrzebna jest dziś do tego spora odwaga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com