MG, Kraków 2018.
Życie z despotą
W zasadzie nie dostarcza Gabriela Anna Kańtor w swojej powieści "Tańcząc na czubkach palców" motywu, który kazałby na dłużej zatrzymać się przy lekturze. Posługuje się kalkami z historii o dojrzewaniu, motywami do znudzenia już omówionymi w literaturze wspomnieniowej bądź we współczesnej prozie. Wyraźnie próbuje odciąć się od sielankowych i optymistycznych obyczajówek tworzonych według jednego schematu, ale w strachu wpada w inne koleiny, równie niebezpieczne, a może nawet gorsze, bo niedostarczające czytelnikom prawie nic w zamian. Oto Dziecko. Dziecko na razie nie ma prawa głosu, nie może ujawniać własnych potrzeb ani pragnień, a nade wszystko – nie doświadczy miłości ze strony ojca. Dziecko tylko przeszkadza, ma siedzieć cicho, a każde jego zachowanie interpretowane będzie na niekorzyść i odpowiednio karane. Ojciec wręcz lubi policzkować Dziecko za wyimaginowane przewiny, a matka nie broni swojej pociechy. Nie ma dla niej czasu, zwłaszcza gdy pojawi się w domu kolejny potomek. Tak więc Dziecko musi samo nauczyć się, jak dbać o siebie i jak reagować na krzywdy. Dziecko bierze udział w rozrywkach typowych dla maluchów, chodzi do szkoły, jeździ na kolonie i najmniejszego znaczenia nie mają jego opinie albo potrzeby. To Dziecko nieszczęśliwe. Ale trudne dzieciństwo nie wpływa destrukcyjnie. Pozwala natomiast przyspieszyć proces dojrzewania, przynajmniej tego psychicznego (bo na pierwszą miesiączkę czy rosnące piersi czekać będzie dłużej niż rówieśniczki). Pewnego dnia, po kolejnej domowej awanturze, Dziecko odkrywa, że umarło - rodzi się za to Paulina.
I Gabriela Anna Kańtor podąża dalej śladami Pauliny: sprawdza naiwne miłostki, spotkania z przyjaciółmi, imprezy – wszystko to skrótowo, bo już biegnie do małżeństwa Pauliny i błędów popełnianych przez nią w dorosłości. Chociaż bohaterka przetrwała już trudne chwile związku rodziców, teraz musi sama borykać się z syndromem pustego gniazda. Mąż sprawia problemy, jakby było to domeną mężczyzn w ogóle, dzieci rozjeżdżają się po świecie. Tylko jedna córka wciela w życie filozofię hygge i wydaje się być szczęśliwa w swoim związku, nikłe to pocieszenie, skoro statystyka wskazuje na cierpienia i zawody miłosne. W tym wszystkim Paulina jest do bólu przewidywalna, nie ma w niej indywidualizmu – wydaje się papierowa i pozbawiona uczuć. Dopiero gdy Gabriela Anna Kańtor decyduje się na odejście od antyutopii i konsekwencji nieudanego dzieciństwa, gdy sięga do fabuły mistrza absurdu (z bajki dla najmłodszych!), wprowadza trochę życia do opowieści. Paulina poznaje pewien sekret z przeszłości rodziców, a ta tajemnica zmieni jej życie diametralnie.
"Tańcząc na czubkach palców" to obyczajówka, która nie zatrzymuje na dłużej, pozwala ewentualnie przyjrzeć się dylematom i próbom sił w zaciszu domowym. Autorka momentami próbuje budzić grozę i sprzeciw wobec niesprawiedliwości w wychowywaniu dzieci – ale jest to głos dość cichy, bez możliwości przebicia się dalej. Kańtor próbuje jeszcze uwrażliwić odbiorców, przygotować ich na przyjmowanie rozmaitych subtelności - przez motyw kolorowego ptaka, który towarzyszy Paulinie w wyobraźni i na różnych etapach życia - ale poetyckie wstawki nie wszystkich w lekturze przekonają, podobnie jak obficie cytowane wiersze autorki ważnej dla Kańtor. Z tych elementów można było zrezygnować, a w zamian przyjrzeć się trochę bliżej płaszczyznom "wyciętym" z biografii bohaterki – bo Kańtor wprowadza tego typu granice między kolejnymi okresami życia postaci, jakby chciała zasygnalizować upływ czasu bez odwoływania się do świata przedstawionego.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 13 maja 2018
Justyna Bednarek: Dusia i Psinek-Świnek. Pierwszy dzień w przedszkolu
Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Co będzie?
Temat oswajania z przedszkolem nie zaskakuje. Justyna Bednarek odwołuje się do motywu ważnego dla wszystkich dzieci w wieku przedszkolnym (i, siłą rzeczy, także ich rodziców). Żaden maluch, choćby nie wiadomo jak przekonywany przez dorosłych, na początku nie będzie pałał entuzjazmem do tej instytucji. Wchodzi tu w grę strach przed nieznanym, obawa przed rozłąką z rodzicami, a także szereg innych motywów, do których starsze pokolenie niekoniecznie dotrze – bo już nie pamięta swoich młodzieńczych doświadczeń. Z pomocą rodzicom, których autorytet jest w tym wypadku niewystarczający, przychodzą kolejni bohaterowie tomików dla dzieci: maluchy, które na własnej skórze testują rozrywki przedszkolne, a potem dzielą się uwagami (zazwyczaj entuzjastycznymi) z odbiorcami, małymi słuchaczami. Teraz do grona bohaterskich dzieciaków dołącza Dusia, mała dziewczynka, która do przedszkola iść nie chce i ze strachu nie może nawet spać w nocy przed tym wielkim wydarzeniem. Rodzice Dusi, jak wszyscy rodzice, nie widzą problemu, nie szukają też alternatywy. Bohaterka musi przynajmniej jeden dzień w przedszkolu spędzić. Ale żeby było jej raźniej, mama przygotowuje dla niej własnoręcznie maskotkę. Chociaż Dusia marzy o psiaku, w wyniku nieporozumienia otrzymuje świnkę. Psinek-Świnek będzie jej pluszowym towarzyszem w przedszkolnych podbojach, sam też przeżyje różne przygody w nieoczekiwanym miejscu.
Mama za bardzo streszcza ideę pobytu w przedszkolu. Opowiada dziecku całą sytuację bez konkretów, więc trudno maluchowi wyobrazić sobie, co naprawdę go czeka. Dlatego też może śledzić przeżycia Dusi. Dziewczynka poznaje nowe dzieci, przekonuje się, że czasami ci, którzy wyglądają na sympatycznych, w rzeczywistości tacy nie są, a z tych nieśmiałych i skrytych robią się najlepsi towarzysze zabaw. Nie ma się co uprzedzać do płci czy wyglądu, bawić się można z każdym, kto ma na to ochotę i kto dysponuje wyobraźnią. Nie zawsze też spełniają się życzenia co do jadłospisu, ale nie ma co wybrzydzać, zwłaszcza że na wszystko znajdzie się sposób. Nawet leżakowanie nie wydaje się straszne. A zabawy daje się zorganizować tak, żeby każdy czuł się dobrze w swojej roli. Sam dzień w przedszkolu mógłby być nieco nudny, zwłaszcza że stanowi temat wielu książeczek dla najmłodszych. Dlatego też Justyna Bednarek wspomaga się odrobiną wyobraźni. W pewnym momencie Dusia chowa Psinka-Świnka do czajnika swojego nowego kolegi – a narracja przenosi się na przygodę maskotki. W czajniku pojawia się cały świat pełen dziwnych stworzeń: miasteczko, w którym każdemu z mieszkańców można w jakiś sposób pomóc. To nadaje całości wymiaru nieprzewidywalności, jest sympatyczną niespodzianką dla odbiorców, namiastką bajki i sposobem na pobudzenie fantazji. Sama akcja nabiera dzięki temu tempa, kiedy już autorka powróci do Dusi, okazuje się, że coraz przyjemniej spędza ona czas ze swoimi rówieśnikami. Dziewczynka może też opowiedzieć przygody swojej maskotki: w końcu Psinek-Świnek sam nic nikomu nie opowie, a szkoda by było stracić takie wiadomości. Finał tomiku jest oczywisty, mała bohaterka musi po prostu przekonać się do sensu chodzenia do przedszkola - żeby jej stanowisko przejęli odbiorcy. W sprytny sposób Justyna Bednarek zachęca zatem do zaangażowania się w temat, pokazuje rodzicom, jak oswajać motyw przedszkola. Dostosowuje swoją bajkę do wieku odbiorców, sprawia, że będą oni chcieli śledzić przygody Dusi i jej świnki. Do tego dochodzą zabawne i dziecięce ilustracje Marty Kurczewskiej – kolejny powód, żeby przy książeczce zatrzymać się na dłużej i czerpać radość ze wspólnej wieczornej lektury. Jest to tomik objętościowo niewielki, ale niosący wszystkie ważne znaczenia. Justyna Bednarek bez trudu zdobędzie liczne grono fanów dzięki takiej historii. Dusia i Psinek-Świnek z kolei sygnalizują początek ciekawej bajkowej serii, w której wszystko może się zdarzyć - i to na dwóch płaszczyznach.
Co będzie?
Temat oswajania z przedszkolem nie zaskakuje. Justyna Bednarek odwołuje się do motywu ważnego dla wszystkich dzieci w wieku przedszkolnym (i, siłą rzeczy, także ich rodziców). Żaden maluch, choćby nie wiadomo jak przekonywany przez dorosłych, na początku nie będzie pałał entuzjazmem do tej instytucji. Wchodzi tu w grę strach przed nieznanym, obawa przed rozłąką z rodzicami, a także szereg innych motywów, do których starsze pokolenie niekoniecznie dotrze – bo już nie pamięta swoich młodzieńczych doświadczeń. Z pomocą rodzicom, których autorytet jest w tym wypadku niewystarczający, przychodzą kolejni bohaterowie tomików dla dzieci: maluchy, które na własnej skórze testują rozrywki przedszkolne, a potem dzielą się uwagami (zazwyczaj entuzjastycznymi) z odbiorcami, małymi słuchaczami. Teraz do grona bohaterskich dzieciaków dołącza Dusia, mała dziewczynka, która do przedszkola iść nie chce i ze strachu nie może nawet spać w nocy przed tym wielkim wydarzeniem. Rodzice Dusi, jak wszyscy rodzice, nie widzą problemu, nie szukają też alternatywy. Bohaterka musi przynajmniej jeden dzień w przedszkolu spędzić. Ale żeby było jej raźniej, mama przygotowuje dla niej własnoręcznie maskotkę. Chociaż Dusia marzy o psiaku, w wyniku nieporozumienia otrzymuje świnkę. Psinek-Świnek będzie jej pluszowym towarzyszem w przedszkolnych podbojach, sam też przeżyje różne przygody w nieoczekiwanym miejscu.
Mama za bardzo streszcza ideę pobytu w przedszkolu. Opowiada dziecku całą sytuację bez konkretów, więc trudno maluchowi wyobrazić sobie, co naprawdę go czeka. Dlatego też może śledzić przeżycia Dusi. Dziewczynka poznaje nowe dzieci, przekonuje się, że czasami ci, którzy wyglądają na sympatycznych, w rzeczywistości tacy nie są, a z tych nieśmiałych i skrytych robią się najlepsi towarzysze zabaw. Nie ma się co uprzedzać do płci czy wyglądu, bawić się można z każdym, kto ma na to ochotę i kto dysponuje wyobraźnią. Nie zawsze też spełniają się życzenia co do jadłospisu, ale nie ma co wybrzydzać, zwłaszcza że na wszystko znajdzie się sposób. Nawet leżakowanie nie wydaje się straszne. A zabawy daje się zorganizować tak, żeby każdy czuł się dobrze w swojej roli. Sam dzień w przedszkolu mógłby być nieco nudny, zwłaszcza że stanowi temat wielu książeczek dla najmłodszych. Dlatego też Justyna Bednarek wspomaga się odrobiną wyobraźni. W pewnym momencie Dusia chowa Psinka-Świnka do czajnika swojego nowego kolegi – a narracja przenosi się na przygodę maskotki. W czajniku pojawia się cały świat pełen dziwnych stworzeń: miasteczko, w którym każdemu z mieszkańców można w jakiś sposób pomóc. To nadaje całości wymiaru nieprzewidywalności, jest sympatyczną niespodzianką dla odbiorców, namiastką bajki i sposobem na pobudzenie fantazji. Sama akcja nabiera dzięki temu tempa, kiedy już autorka powróci do Dusi, okazuje się, że coraz przyjemniej spędza ona czas ze swoimi rówieśnikami. Dziewczynka może też opowiedzieć przygody swojej maskotki: w końcu Psinek-Świnek sam nic nikomu nie opowie, a szkoda by było stracić takie wiadomości. Finał tomiku jest oczywisty, mała bohaterka musi po prostu przekonać się do sensu chodzenia do przedszkola - żeby jej stanowisko przejęli odbiorcy. W sprytny sposób Justyna Bednarek zachęca zatem do zaangażowania się w temat, pokazuje rodzicom, jak oswajać motyw przedszkola. Dostosowuje swoją bajkę do wieku odbiorców, sprawia, że będą oni chcieli śledzić przygody Dusi i jej świnki. Do tego dochodzą zabawne i dziecięce ilustracje Marty Kurczewskiej – kolejny powód, żeby przy książeczce zatrzymać się na dłużej i czerpać radość ze wspólnej wieczornej lektury. Jest to tomik objętościowo niewielki, ale niosący wszystkie ważne znaczenia. Justyna Bednarek bez trudu zdobędzie liczne grono fanów dzięki takiej historii. Dusia i Psinek-Świnek z kolei sygnalizują początek ciekawej bajkowej serii, w której wszystko może się zdarzyć - i to na dwóch płaszczyznach.
sobota, 12 maja 2018
Katherine Arden: Niedźwiedź i słowik
Muza SA, Warszawa 2018.
Siła magii
Wasia jest dzielna. Od dziecka nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Sama postrzegana bywa jako żywe srebro i budzi silną niechęć swojej macochy, Anny. Dziewczynki nikt nie może okiełznać, jedyną osobą, która ma na nią jako taki wpływ, jest Dunia, stara piastunka pamiętająca jeszcze matkę Wasi. Do tego bohaterka tomu "Niedźwiedź i słowik" ma niezwykły dar: widzi baśniowe stwory, które dzielą przestrzeń z ludźmi. Domowiki gnieżdżą się w kątach chat, leszy stróżuje w lesie, rusałka wabi mężczyzn do jeziora, bo potrzebuje krwi jako pokarmu. Takich istot jest mnóstwo, demony czają się w mroku i mogą w każdej chwili podejść pod dom, a nawet zagrozić jego mieszkańcom. Zwłaszcza że Anna zabrania składać im ofiary. Niewypowiedziana wojna między światami może sprowadzić na dom poważne niebezpieczeństwo. Jakby tego było mało, Wasia wpada w oko demonowi mrozu. Zjawa zostawia dla niej talizman: chce mieć pewność, że w przyszłości Wasia należeć będzie do niego.
Katherine Arden sięga tutaj po motywy bardzo odbiegające od standardowych fabuł. Ucieka w głąb Rusi, co widać i w przestrzeni powieściowej, i w delikatnej językowej stylizacji, i w samym temacie. Porusza się przez cały czas na granicy baśni i realizmu, snu i jawy, mroku i niespodzianek. Wychodzi od starych podań i legend przekazywanych ustnie z pokolenia na pokolenie: dzieci lubią się bać, słuchając opowieści o tajemniczych mieszkańcach domostw – ale nie wszystkie mogą widzieć je naprawdę. Wasia poza tym, że dostrzega demony, rozmawia z nimi i wie, czego im potrzeba, żeby chroniły jej bliskich. Czasami z istotami z baśni porozumiewa się lepiej niż z własną rodziną czy mieszkańcami wsi. Młoda i przepełniona brawurą, jest też niezwykle inteligentna – tej cechy nie widzą w niej postronni, przerażeni pomysłami dziewczyny. Tylko Wasia jest jednak w stanie przeciwstawić się duchownemu, który przybywa do wsi, żeby okiełznać siły mroku. Tylko ona rozumie, że równowaga między światami nie może zostać zachwiana. Nic więc dziwnego, że zwraca na nią uwagę nie tylko demon mrozu, ale i jego okrutny brat, niedźwiedź. Atmosfera nabrzmiewa i wszystko dąży do wielkiego konfliktu. Katherine Arden układa rzeczywistość dziewczyny w oparciu o kilka wątków ważnych dla wieku dojrzewania – i kilka uniwersalnych zagadnień, które pozwalają wzbudzić zainteresowanie historią. Urzeka czytelników klimatem, egzotyką objawiającą się mrozem, bliskością śmierci i lawirowaniem między fantazją i realiami. To, co w bajkach, nagle zaczyna rozprzestrzeniać się na życie codzienne bohaterów - i to w przekonującym stylu. Można docenić kunszt pisarstwa Arden, ale również jej pomysły, dzięki którym ta powieść żyje i bez przerwy zajmuje czytelników - za każdym razem innym zagadnieniem, stopniowo rozwijanym.
Spore wrażenie robić będzie w tym tomie sama narracja: melodyjna, płynna, idealnie dopasowywana do biegu wydarzeń. Czytelnicy mają wrażenie przejścia do świata fantazji, zanurzenia się w nim i odkrywania jego wad i zalet, uczestniczenia w perypetiach Wasi. Nie widać granicy między baśnią i rzeczywistością, mimo że w powieści ona wyraźnie funkcjonuje. Jest to zatem odskocznia od standardowych czytadeł, ponowna próba wskrzeszenia na potrzeby literatury rozrywkowej sprawdzonych już schematów i charakterów. W codzienności Wasi jest miejsce wyłącznie na silne uczucia, na ekstremalne doznania i na prawdy, które okażą się oczywiste dopiero po nazwaniu ich. Katherine Arden zapewnia czytelnikom przejście do świata fantazji, chociaż czerpie obficie z ludowych wierzeń i podań, potrafi nadać historii rys indywidualizmu, sprawia, że opowieść wypada oryginalnie i chce się do niej wracać. Jest "Niedźwiedź i słowik" publikacją mocno angażującą wyobraźnię - a to rzadkość w "dorosłych" fabułach. Arden nie bała się odejścia od poczytnych schematów i ta decyzja bardzo się jej opłaciła.
Siła magii
Wasia jest dzielna. Od dziecka nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Sama postrzegana bywa jako żywe srebro i budzi silną niechęć swojej macochy, Anny. Dziewczynki nikt nie może okiełznać, jedyną osobą, która ma na nią jako taki wpływ, jest Dunia, stara piastunka pamiętająca jeszcze matkę Wasi. Do tego bohaterka tomu "Niedźwiedź i słowik" ma niezwykły dar: widzi baśniowe stwory, które dzielą przestrzeń z ludźmi. Domowiki gnieżdżą się w kątach chat, leszy stróżuje w lesie, rusałka wabi mężczyzn do jeziora, bo potrzebuje krwi jako pokarmu. Takich istot jest mnóstwo, demony czają się w mroku i mogą w każdej chwili podejść pod dom, a nawet zagrozić jego mieszkańcom. Zwłaszcza że Anna zabrania składać im ofiary. Niewypowiedziana wojna między światami może sprowadzić na dom poważne niebezpieczeństwo. Jakby tego było mało, Wasia wpada w oko demonowi mrozu. Zjawa zostawia dla niej talizman: chce mieć pewność, że w przyszłości Wasia należeć będzie do niego.
Katherine Arden sięga tutaj po motywy bardzo odbiegające od standardowych fabuł. Ucieka w głąb Rusi, co widać i w przestrzeni powieściowej, i w delikatnej językowej stylizacji, i w samym temacie. Porusza się przez cały czas na granicy baśni i realizmu, snu i jawy, mroku i niespodzianek. Wychodzi od starych podań i legend przekazywanych ustnie z pokolenia na pokolenie: dzieci lubią się bać, słuchając opowieści o tajemniczych mieszkańcach domostw – ale nie wszystkie mogą widzieć je naprawdę. Wasia poza tym, że dostrzega demony, rozmawia z nimi i wie, czego im potrzeba, żeby chroniły jej bliskich. Czasami z istotami z baśni porozumiewa się lepiej niż z własną rodziną czy mieszkańcami wsi. Młoda i przepełniona brawurą, jest też niezwykle inteligentna – tej cechy nie widzą w niej postronni, przerażeni pomysłami dziewczyny. Tylko Wasia jest jednak w stanie przeciwstawić się duchownemu, który przybywa do wsi, żeby okiełznać siły mroku. Tylko ona rozumie, że równowaga między światami nie może zostać zachwiana. Nic więc dziwnego, że zwraca na nią uwagę nie tylko demon mrozu, ale i jego okrutny brat, niedźwiedź. Atmosfera nabrzmiewa i wszystko dąży do wielkiego konfliktu. Katherine Arden układa rzeczywistość dziewczyny w oparciu o kilka wątków ważnych dla wieku dojrzewania – i kilka uniwersalnych zagadnień, które pozwalają wzbudzić zainteresowanie historią. Urzeka czytelników klimatem, egzotyką objawiającą się mrozem, bliskością śmierci i lawirowaniem między fantazją i realiami. To, co w bajkach, nagle zaczyna rozprzestrzeniać się na życie codzienne bohaterów - i to w przekonującym stylu. Można docenić kunszt pisarstwa Arden, ale również jej pomysły, dzięki którym ta powieść żyje i bez przerwy zajmuje czytelników - za każdym razem innym zagadnieniem, stopniowo rozwijanym.
Spore wrażenie robić będzie w tym tomie sama narracja: melodyjna, płynna, idealnie dopasowywana do biegu wydarzeń. Czytelnicy mają wrażenie przejścia do świata fantazji, zanurzenia się w nim i odkrywania jego wad i zalet, uczestniczenia w perypetiach Wasi. Nie widać granicy między baśnią i rzeczywistością, mimo że w powieści ona wyraźnie funkcjonuje. Jest to zatem odskocznia od standardowych czytadeł, ponowna próba wskrzeszenia na potrzeby literatury rozrywkowej sprawdzonych już schematów i charakterów. W codzienności Wasi jest miejsce wyłącznie na silne uczucia, na ekstremalne doznania i na prawdy, które okażą się oczywiste dopiero po nazwaniu ich. Katherine Arden zapewnia czytelnikom przejście do świata fantazji, chociaż czerpie obficie z ludowych wierzeń i podań, potrafi nadać historii rys indywidualizmu, sprawia, że opowieść wypada oryginalnie i chce się do niej wracać. Jest "Niedźwiedź i słowik" publikacją mocno angażującą wyobraźnię - a to rzadkość w "dorosłych" fabułach. Arden nie bała się odejścia od poczytnych schematów i ta decyzja bardzo się jej opłaciła.
Erich Kästner: Emil i detektywi
Jung-off-ska, 2018. (wznowienie)
W starym stylu
Emil wie, że w domu się nie przelewa i powinien pomagać mamie, jak tylko może. Wie też, że w związku z problemami finansowymi musi sam pojechać do babci. Podróż wprawdzie jest długa i może przysporzyć różnych kłopotów, ale rezolutny dzieciak zdaje sobie sprawę z tego, że obecność mamy jest w tym wypadku wykluczona. Na dowód zaufania do bohatera tomiku "Emil i detektywi", ale także i bezradności dorosłych, Emil dostaje do przewiezienia kopertę z pieniędzmi. Ma w niej fundusze na bilet powrotny, a także to, co powinien przekazać babci jako pomoc od mamy. Chłopiec bardzo poważnie traktuje swoją misję, nie dość, że bez przerwy sprawdza, czy koperta tkwi na swoim miejscu w kieszeni, to jeszcze przyszpila sobie ją do podszewki, żeby na pewno przypadkiem nie wypadła. Na początku podróż upływa sympatycznie: Emil świetnie dogaduje się ze współpasażerami w przedziale, jest grzeczny i miły, więc dorośli go chwalą. W pewnym momencie jednak chłopak zasypia, a po przebudzeniu orientuje się, że koperta z pieniędzmi zniknęła. Wyrusza w pościg za najbardziej podejrzanym typem z pociągu. Sam jednak niewiele wskóra, na szczęście spotyka grupę chłopców, którzy pospieszą mu z pomocą. Berlińska "banda" cechuje się znakomitym zorganizowaniem, zmysłem przedsiębiorczym, talentami do współpracy, a przy tym również umiejętnością błyskawicznego podejmowania rozsądnych decyzji. Zasad organizacji można by się na przykładzie tych dzieci uczyć, z czego Emil skwapliwie korzysta. Teraz już złodziej musiałby wykazać się nadnaturalnymi umiejętnościami, żeby umknąć. Maluchy za to – chociaż w zabawie śmiertelnie poważne i z zaangażowaniem realizujące swoje obowiązki - mają sporo rozrywki przy niespodziewanym wyzwaniu. Emil nie może zwrócić się z prośbą o pomoc do policji, co wydawałoby się najbardziej naturalnym rozwiązaniem: nie tak dawno domalował wąsy na pewnym pomniku i czuje się trochę jak przestępca.
W "Emilu i detektywach" liczy się umiejętne przejście w świat najmłodszych. Erich Kästner szanuje swoich odbiorców, pokazuje im możliwość przeżycia prawdziwej przygody i udowadnia, że dzieci mogą być bardziej sprytne od dorosłych. Tu z maluchami trzeba się liczyć - co nie wyklucza rozrywki. Warte uwagi są relacje między dziećmi: akceptowanie hierarchii "społecznej" w mikroskali, odpowiednie rozdzielanie zadań, bezkonfliktowość, gdy w grę wchodzi wyższy cel. Jasne, że autor idealizuje sytuację, ale robi to w stylu, którego można mu tylko pozazdrościć. To, co dzieje się na ulicach za sprawą Emila wciąga - nie tylko jako fabułka książki.
Co ciekawe, w narracji autor często posługuje się chwytami wykluczanymi obecnie z literatury rozrywkowej: zwraca uwagę na postać narratora-pisarza, wprowadza kolejno bohaterów jako elementy układanki, długo zapowiada przyszłe wydarzenia, zanim do nich dojdzie. Wprowadza też elementy absurdu, choćby historię o morzach południowych (to nawiązanie do "35 maja"). Prześmiewczo traktuje stereotypowe podziały na zajęcia męskie i kobiece, za sprawą kuzynki Emila, która zajmuje się podawaniem chłopcom ciasteczek i byciem obiektem podziwu. Jest to książka, która mimo upływu czasu wciąż inspiruje i może cieszyć małych odbiorców (nie tylko ich, podróż sentymentalna do lektur dzieciństwa okaże się w tym wypadku niezbyt męcząca). Ilustracje Joanny Rusinek dopełniają całości - pozwalają znów wrócić do beztroskiego świata, którego rodzice nie zrozumieją i lepiej, żeby nawet nie próbowali. Erich Kästner łączy w tej książce poczucie humoru, przygodę, wartką akcję i narrację z nastawieniem na autotematyzm, funduje dzieciom wielką podróż, a przy okazji pokazuje, na czym polega dojrzałość i odpowiedzialność. Najważniejszym motywem jest tu jednak niepowtarzalność fabuły, akcja, którą trudno byłoby sobie wyobrazić. Dobrze, że książki tego autora powracają na rynek wydawniczy, by kolejne pokolenia mogły bawić się razem ze znanymi postaciami. Emil to obietnica przygody.
W starym stylu
Emil wie, że w domu się nie przelewa i powinien pomagać mamie, jak tylko może. Wie też, że w związku z problemami finansowymi musi sam pojechać do babci. Podróż wprawdzie jest długa i może przysporzyć różnych kłopotów, ale rezolutny dzieciak zdaje sobie sprawę z tego, że obecność mamy jest w tym wypadku wykluczona. Na dowód zaufania do bohatera tomiku "Emil i detektywi", ale także i bezradności dorosłych, Emil dostaje do przewiezienia kopertę z pieniędzmi. Ma w niej fundusze na bilet powrotny, a także to, co powinien przekazać babci jako pomoc od mamy. Chłopiec bardzo poważnie traktuje swoją misję, nie dość, że bez przerwy sprawdza, czy koperta tkwi na swoim miejscu w kieszeni, to jeszcze przyszpila sobie ją do podszewki, żeby na pewno przypadkiem nie wypadła. Na początku podróż upływa sympatycznie: Emil świetnie dogaduje się ze współpasażerami w przedziale, jest grzeczny i miły, więc dorośli go chwalą. W pewnym momencie jednak chłopak zasypia, a po przebudzeniu orientuje się, że koperta z pieniędzmi zniknęła. Wyrusza w pościg za najbardziej podejrzanym typem z pociągu. Sam jednak niewiele wskóra, na szczęście spotyka grupę chłopców, którzy pospieszą mu z pomocą. Berlińska "banda" cechuje się znakomitym zorganizowaniem, zmysłem przedsiębiorczym, talentami do współpracy, a przy tym również umiejętnością błyskawicznego podejmowania rozsądnych decyzji. Zasad organizacji można by się na przykładzie tych dzieci uczyć, z czego Emil skwapliwie korzysta. Teraz już złodziej musiałby wykazać się nadnaturalnymi umiejętnościami, żeby umknąć. Maluchy za to – chociaż w zabawie śmiertelnie poważne i z zaangażowaniem realizujące swoje obowiązki - mają sporo rozrywki przy niespodziewanym wyzwaniu. Emil nie może zwrócić się z prośbą o pomoc do policji, co wydawałoby się najbardziej naturalnym rozwiązaniem: nie tak dawno domalował wąsy na pewnym pomniku i czuje się trochę jak przestępca.
W "Emilu i detektywach" liczy się umiejętne przejście w świat najmłodszych. Erich Kästner szanuje swoich odbiorców, pokazuje im możliwość przeżycia prawdziwej przygody i udowadnia, że dzieci mogą być bardziej sprytne od dorosłych. Tu z maluchami trzeba się liczyć - co nie wyklucza rozrywki. Warte uwagi są relacje między dziećmi: akceptowanie hierarchii "społecznej" w mikroskali, odpowiednie rozdzielanie zadań, bezkonfliktowość, gdy w grę wchodzi wyższy cel. Jasne, że autor idealizuje sytuację, ale robi to w stylu, którego można mu tylko pozazdrościć. To, co dzieje się na ulicach za sprawą Emila wciąga - nie tylko jako fabułka książki.
Co ciekawe, w narracji autor często posługuje się chwytami wykluczanymi obecnie z literatury rozrywkowej: zwraca uwagę na postać narratora-pisarza, wprowadza kolejno bohaterów jako elementy układanki, długo zapowiada przyszłe wydarzenia, zanim do nich dojdzie. Wprowadza też elementy absurdu, choćby historię o morzach południowych (to nawiązanie do "35 maja"). Prześmiewczo traktuje stereotypowe podziały na zajęcia męskie i kobiece, za sprawą kuzynki Emila, która zajmuje się podawaniem chłopcom ciasteczek i byciem obiektem podziwu. Jest to książka, która mimo upływu czasu wciąż inspiruje i może cieszyć małych odbiorców (nie tylko ich, podróż sentymentalna do lektur dzieciństwa okaże się w tym wypadku niezbyt męcząca). Ilustracje Joanny Rusinek dopełniają całości - pozwalają znów wrócić do beztroskiego świata, którego rodzice nie zrozumieją i lepiej, żeby nawet nie próbowali. Erich Kästner łączy w tej książce poczucie humoru, przygodę, wartką akcję i narrację z nastawieniem na autotematyzm, funduje dzieciom wielką podróż, a przy okazji pokazuje, na czym polega dojrzałość i odpowiedzialność. Najważniejszym motywem jest tu jednak niepowtarzalność fabuły, akcja, którą trudno byłoby sobie wyobrazić. Dobrze, że książki tego autora powracają na rynek wydawniczy, by kolejne pokolenia mogły bawić się razem ze znanymi postaciami. Emil to obietnica przygody.
piątek, 11 maja 2018
Lucy Courtenay: Wieczór filmowy
Ya! Warszawa 2018.
Cena miłości
Tworzy Lucy Courtenay niemal modelową amerykańską powieść pop dla nastolatków. "Wieczór filmowy" wykorzystuje rozwiązania charakterystyczne dla seriali obyczajowych – i dość prosty do przewidzenia schemat. Tu jednak o rozrywkę chodzi, a ta (w wersji pop) nie ceni komplikacji fabularnych. Autorka dodatkowo zamienia się w przewodnika po filmach wszech czasów - to pasuje jej zresztą do opowieści. Punkt wyjścia nie należy do wymyślnych: oto Hanna, nastolatka porzucona właśnie przez ukochanego (zresztą - chłopaka uznanego za największego szkolnego przystojniaka), mocno przeżywa rozstanie. Jest atrakcyjna i długo nie powinna być sama. Swoją szansę na miejsce przy jej boku dostrzega Sol, wieloletni i wierny przyjaciel, beznadziejnie w Hannie zakochany. Jak to zwykle bywa, chociaż bohaterowie znają się od podszewki, mają problemy z wyznawaniem uczuć. Jedno, co mogą zrobić - dla siebie nawzajem – to zorganizować sobie cykl wieczorów filmowych, niewinnych spotkań z najciekawszymi albo najbardziej wymownymi obrazami. Dla Hanny to szansa na ukojenie. Dla Sola – nadzieja na ocieplenie relacji. Tyle że w takich wypadkach nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Blurb zapowiada rozwój sytuacji, chociaż autorka stara się, żeby przynajmniej na początku nie było banalnie. Ona tęskni za tym, który ją porzucił. On udaje, że był w innym związku (i naprawdę zaczyna chodzić z córką gliniarza, mimo że serce oddał Hannie). Nie zwracają się ku sobie, nie mają na to miejsca w pełnej niemożliwych do spełnienia pragnień codzienności. Autorka indywidualizuje Sola. Chłopak interesuje się tworzeniem filmów z udziałem papierowych figurek. Doskonali system animacji poklatkowej, wykorzystuje niekonwencjonalne pomysły. W filmach może wyrażać siebie, a to nie do przecenienia. Sol ma zatem talenty, które postawiłyby go w innym świetle wśród rówieśników - na razie jednak brak mu pewności siebie, więc trzyma to w ukryciu. Jeszcze jedno go wyróżnia: Sol ma dwóch ojców (i dość agresywnego kota). To nie przysparza mu uznania rówieśników, ale tylko ci, którzy bardzo chcą mu dokuczyć, wykorzystają ten motyw.
U Hanny pojawia się jeszcze inny temat istotny dla nastoletnich odbiorczyń: kwestia fałszywych i prawdziwych przyjaźni. Kiedy bohaterka zadaje się z popularnymi dziewczynami (najbardziej dostrzeganymi w szkole), sama staje się popularna, spływa na nią część splendoru. Traci za to dawną prawdziwą przyjaciółkę. Kiedy popada w niełaskę u popularnych, może zrozumieć, jaki koszmar zafundowała Lizzie. Dąży do rozmowy i do wytłumaczenia tego, co się kiedyś stało. Wśród zazdrości, zdrad, nieporozumień i wyrzutów znajdzie się miejsce naprawdę - a to oczyszcza atmosferę.
Jest w "Wieczorze filmowym" kilka wskazówek dotyczących pierwszych doświadczeń seksualnych – mimochodem dziewczyny dzielą się przemyśleniami na temat, jak dobrze wybrać chłopaka, z którym pójdą do łóżka. Ale pojawiają się i uwagi o samych związkach. W domu Sola poobserwować można bez stereotypowych obciążeń, jak łagodzić spory i jak zostawiać partnerowi margines wolności. To cenna lekcja dla młodszych czytelniczek. A same wieczory filmowe mogą przejść i do codzienności odbiorców. Zwłaszcza że na zakończenie rozdziałów pojawiają się ramki z bardzo krótkim opisem filmu i elementami, na które warto zwrócić uwagę przy oglądaniu. To podpowiedź i inspiracja, możliwość poszerzania horyzontów albo lekcja kultury. Spotkanie z obrazami kultowymi, ważnymi i czasem już niedocenianymi przez młode pokolenia. "Wieczór filmowy" to książka lekka i rozrywkowa, czytadło z ambicjami, ale nie na tyle, żeby odstraszać czytelników. Lucy Courtenay pozostaje blisko problemów młodych ludzi, wie, czym przywabić czytelniczki. Przypadek Hanny jest pouczający z wielu względów, pomaga jednak zrozumieć istotę społecznych kontaktów, podkreśla, co liczy się w międzyludzkich relacjach.
Cena miłości
Tworzy Lucy Courtenay niemal modelową amerykańską powieść pop dla nastolatków. "Wieczór filmowy" wykorzystuje rozwiązania charakterystyczne dla seriali obyczajowych – i dość prosty do przewidzenia schemat. Tu jednak o rozrywkę chodzi, a ta (w wersji pop) nie ceni komplikacji fabularnych. Autorka dodatkowo zamienia się w przewodnika po filmach wszech czasów - to pasuje jej zresztą do opowieści. Punkt wyjścia nie należy do wymyślnych: oto Hanna, nastolatka porzucona właśnie przez ukochanego (zresztą - chłopaka uznanego za największego szkolnego przystojniaka), mocno przeżywa rozstanie. Jest atrakcyjna i długo nie powinna być sama. Swoją szansę na miejsce przy jej boku dostrzega Sol, wieloletni i wierny przyjaciel, beznadziejnie w Hannie zakochany. Jak to zwykle bywa, chociaż bohaterowie znają się od podszewki, mają problemy z wyznawaniem uczuć. Jedno, co mogą zrobić - dla siebie nawzajem – to zorganizować sobie cykl wieczorów filmowych, niewinnych spotkań z najciekawszymi albo najbardziej wymownymi obrazami. Dla Hanny to szansa na ukojenie. Dla Sola – nadzieja na ocieplenie relacji. Tyle że w takich wypadkach nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Blurb zapowiada rozwój sytuacji, chociaż autorka stara się, żeby przynajmniej na początku nie było banalnie. Ona tęskni za tym, który ją porzucił. On udaje, że był w innym związku (i naprawdę zaczyna chodzić z córką gliniarza, mimo że serce oddał Hannie). Nie zwracają się ku sobie, nie mają na to miejsca w pełnej niemożliwych do spełnienia pragnień codzienności. Autorka indywidualizuje Sola. Chłopak interesuje się tworzeniem filmów z udziałem papierowych figurek. Doskonali system animacji poklatkowej, wykorzystuje niekonwencjonalne pomysły. W filmach może wyrażać siebie, a to nie do przecenienia. Sol ma zatem talenty, które postawiłyby go w innym świetle wśród rówieśników - na razie jednak brak mu pewności siebie, więc trzyma to w ukryciu. Jeszcze jedno go wyróżnia: Sol ma dwóch ojców (i dość agresywnego kota). To nie przysparza mu uznania rówieśników, ale tylko ci, którzy bardzo chcą mu dokuczyć, wykorzystają ten motyw.
U Hanny pojawia się jeszcze inny temat istotny dla nastoletnich odbiorczyń: kwestia fałszywych i prawdziwych przyjaźni. Kiedy bohaterka zadaje się z popularnymi dziewczynami (najbardziej dostrzeganymi w szkole), sama staje się popularna, spływa na nią część splendoru. Traci za to dawną prawdziwą przyjaciółkę. Kiedy popada w niełaskę u popularnych, może zrozumieć, jaki koszmar zafundowała Lizzie. Dąży do rozmowy i do wytłumaczenia tego, co się kiedyś stało. Wśród zazdrości, zdrad, nieporozumień i wyrzutów znajdzie się miejsce naprawdę - a to oczyszcza atmosferę.
Jest w "Wieczorze filmowym" kilka wskazówek dotyczących pierwszych doświadczeń seksualnych – mimochodem dziewczyny dzielą się przemyśleniami na temat, jak dobrze wybrać chłopaka, z którym pójdą do łóżka. Ale pojawiają się i uwagi o samych związkach. W domu Sola poobserwować można bez stereotypowych obciążeń, jak łagodzić spory i jak zostawiać partnerowi margines wolności. To cenna lekcja dla młodszych czytelniczek. A same wieczory filmowe mogą przejść i do codzienności odbiorców. Zwłaszcza że na zakończenie rozdziałów pojawiają się ramki z bardzo krótkim opisem filmu i elementami, na które warto zwrócić uwagę przy oglądaniu. To podpowiedź i inspiracja, możliwość poszerzania horyzontów albo lekcja kultury. Spotkanie z obrazami kultowymi, ważnymi i czasem już niedocenianymi przez młode pokolenia. "Wieczór filmowy" to książka lekka i rozrywkowa, czytadło z ambicjami, ale nie na tyle, żeby odstraszać czytelników. Lucy Courtenay pozostaje blisko problemów młodych ludzi, wie, czym przywabić czytelniczki. Przypadek Hanny jest pouczający z wielu względów, pomaga jednak zrozumieć istotę społecznych kontaktów, podkreśla, co liczy się w międzyludzkich relacjach.
czwartek, 10 maja 2018
J. S. Monroe: Znajdź mnie
W.A.B., Warszawa 2018.
Poszukiwania
"Znajdź mnie" to powieść określana jako thriller psychologiczny i oparta na prostym założeniu, że kat najczęściej znany jest ofierze. Chociaż J. S. Monroe sięga raczej po stereotypowy motyw, a grozę opiera na krzywdzie, bólu, strachu i cierpieniu – udaje mu się wciągnąć w historię nawet czytelników sceptycznie nastawionych do gatunku. Uruchamia kilka społecznych lęków, odwołuje się na przykład do kwestii znikania bez śladu młodych ludzi z problemami emocjonalnymi. Do takich należy Rosa, wielka miłość Jara. Rosa rozpoczyna studia, chociaż boryka się z traumą: właśnie umarł jej ojciec. Dziewczyna próbuje jednak żyć tak, jakby on tego chciał, stara się zasmakować studenckiego życia i szukać zapomnienia w imprezach. Sytuacja jest o tyle dobra, że pojawia się Jar, z którym Rosę łączy głębokie uczucie. Ale pewnego dnia Rosa popełnia samobójstwo. Kiedy zaczyna się właściwa opowieść, od tamtego momentu mija pięć lat. Jar, chociaż próbuje pogodzić się ze stratą, w dalszym ciągu tęskni za Rosą. Miewa nawet halucynacje: wydaje mu się, że widzi dziewczynę w przypadkowych miejscach. Wpada na trop tajemnicy – otrzymuje też wgląd do dziennika Rosy. Niewielu wierzy w jego szalone teorie, ale Jar w końcu zyskuje pewność, że Rosa nie umarła. Pozostaje mu tylko rozumieć, co naprawdę stało się pięć lat wcześniej.
J. S. Monroe prowadzi kilka narracji. W podstawowej prezentuje teraźniejszość Jara. Towarzyszy mężczyźnie w odkrywaniu sekretów z dawnych lat, pokazuje determinację i upór. Może też nakreślić uczucie rzadko spotykane, zdolne pokonywać największe trudności. To danina dla fanów obyczajówek, przez długi czas w relacji strach funkcjonuje na odległym planie, a tom przypomina po prostu powieść psychologiczną z realizowanym wątkiem romansowym. Jedyny posmak kryminału zapewnia potencjalna egzystencja Rosy – z dala od zwyczajnego świata. Drugą narrację stanowią retrospekcje bohaterki. W nich rysuje się sytuacja Rosy z krótkiego okresu przed samobójstwem. To migawki, czasem niewnoszące wiele do życiorysu kobiety, ale wprowadzające nowe postacie i tematy. Dla Jara to na przemian albo możliwość poznania mniej kojarzonych wątków z życia ukochanej, albo zestaw tropów. Rosa w dzienniku nie może pisać wprost, ale już sygnały sekretów w połączeniu z rozbudzoną podejrzliwością Jara to szansa na ratunek. Te dwie podstawowe narracje z biegiem czasu ewoluują: dziennik może zmienić się w list lub mail, do głosu dochodzą też inni bohaterowie. Jar w dalszym ciągu walczy o prawdę, reszta przynosi okruchy wyjaśnień. To proste rozwiązanie, ale dobrze się sprawdza w budowaniu atmosfery tajemniczości i niepokoju. A że J. S. Monroe dba o jakość opowieści - odwraca uwagę od schematów fabularnych i oczywistości. Daje się tu w formie zauważyć odejście od kreskówkowych fabułek w stronę literackości, autor karmi czytelników prozą. Żeby wypełnić własny powieściowy świat, sięga i po motywy z Bildungsroman, i po akcenty z młodzieżówek, po powieść szpiegowską i literaturę sensacyjną. Z tego tygla stopniowo i bardzo subtelnie przechodzi do klimatu noir, zupełnie jakby chciał najpierw przywiązać do siebie czytelników, a dopiero później, z pewnością, że już lektury nie porzucą, dostarczyć im jak najsilniejszych wrażeń. Do pisania tej książki autor przystępuje z pełną świadomością reguł gatunku – by w pewnym momencie szukać przełamania dla tych reguł. Nie pozwoli odbiorcom uciec, nawet gdy już pojawi się rozwiązanie zagadki.
Samo cierpienie rzadko jest tu odmalowywane bezpośrednio, autor woli pozostawiać czytelnikom gubienie się w domysłach i obraz panicznego strachu przed torturami, z których śmierć byłaby wybawieniem. W pewnym momencie będzie musiał zdradzić, co działo się za zamkniętymi drzwiami – ale przez długi czas pozostawia temat wyobraźni odbiorców, skupiając się raczej na śledztwach i intrygach okołokryminalnych. Ukryte zło dużo bardziej przeraża, i w dużej mierze o to właśnie chodzi. "Znajdź mnie" miejscami odchodzi od prawdopodobieństwa w psychice postaci, nie docenia siły zniszczeń (albo przecenia determinację). Skręca w baśń, żeby wypełnić oczekiwania publiczności literackiej – i za to może ściągnąć na siebie największą krytykę. Sporo w tej książce różnorodnych emocji, ale i skrajnych doświadczeń. To, e autor wierzy w możliwość ocalenia, widać od pierwszych stron tekstu. Funduje jednak odbiorcom mroczną wyprawę tam, gdzie lepiej się nie zapuszczać. "Znajdź mnie" to powieść bardzo umiejętnie wykorzystująca sprawdzone chwyty gatunkowe. Dla tych, którzy nie zadowolą się prostym rejestrowaniem wydarzeń.
Poszukiwania
"Znajdź mnie" to powieść określana jako thriller psychologiczny i oparta na prostym założeniu, że kat najczęściej znany jest ofierze. Chociaż J. S. Monroe sięga raczej po stereotypowy motyw, a grozę opiera na krzywdzie, bólu, strachu i cierpieniu – udaje mu się wciągnąć w historię nawet czytelników sceptycznie nastawionych do gatunku. Uruchamia kilka społecznych lęków, odwołuje się na przykład do kwestii znikania bez śladu młodych ludzi z problemami emocjonalnymi. Do takich należy Rosa, wielka miłość Jara. Rosa rozpoczyna studia, chociaż boryka się z traumą: właśnie umarł jej ojciec. Dziewczyna próbuje jednak żyć tak, jakby on tego chciał, stara się zasmakować studenckiego życia i szukać zapomnienia w imprezach. Sytuacja jest o tyle dobra, że pojawia się Jar, z którym Rosę łączy głębokie uczucie. Ale pewnego dnia Rosa popełnia samobójstwo. Kiedy zaczyna się właściwa opowieść, od tamtego momentu mija pięć lat. Jar, chociaż próbuje pogodzić się ze stratą, w dalszym ciągu tęskni za Rosą. Miewa nawet halucynacje: wydaje mu się, że widzi dziewczynę w przypadkowych miejscach. Wpada na trop tajemnicy – otrzymuje też wgląd do dziennika Rosy. Niewielu wierzy w jego szalone teorie, ale Jar w końcu zyskuje pewność, że Rosa nie umarła. Pozostaje mu tylko rozumieć, co naprawdę stało się pięć lat wcześniej.
J. S. Monroe prowadzi kilka narracji. W podstawowej prezentuje teraźniejszość Jara. Towarzyszy mężczyźnie w odkrywaniu sekretów z dawnych lat, pokazuje determinację i upór. Może też nakreślić uczucie rzadko spotykane, zdolne pokonywać największe trudności. To danina dla fanów obyczajówek, przez długi czas w relacji strach funkcjonuje na odległym planie, a tom przypomina po prostu powieść psychologiczną z realizowanym wątkiem romansowym. Jedyny posmak kryminału zapewnia potencjalna egzystencja Rosy – z dala od zwyczajnego świata. Drugą narrację stanowią retrospekcje bohaterki. W nich rysuje się sytuacja Rosy z krótkiego okresu przed samobójstwem. To migawki, czasem niewnoszące wiele do życiorysu kobiety, ale wprowadzające nowe postacie i tematy. Dla Jara to na przemian albo możliwość poznania mniej kojarzonych wątków z życia ukochanej, albo zestaw tropów. Rosa w dzienniku nie może pisać wprost, ale już sygnały sekretów w połączeniu z rozbudzoną podejrzliwością Jara to szansa na ratunek. Te dwie podstawowe narracje z biegiem czasu ewoluują: dziennik może zmienić się w list lub mail, do głosu dochodzą też inni bohaterowie. Jar w dalszym ciągu walczy o prawdę, reszta przynosi okruchy wyjaśnień. To proste rozwiązanie, ale dobrze się sprawdza w budowaniu atmosfery tajemniczości i niepokoju. A że J. S. Monroe dba o jakość opowieści - odwraca uwagę od schematów fabularnych i oczywistości. Daje się tu w formie zauważyć odejście od kreskówkowych fabułek w stronę literackości, autor karmi czytelników prozą. Żeby wypełnić własny powieściowy świat, sięga i po motywy z Bildungsroman, i po akcenty z młodzieżówek, po powieść szpiegowską i literaturę sensacyjną. Z tego tygla stopniowo i bardzo subtelnie przechodzi do klimatu noir, zupełnie jakby chciał najpierw przywiązać do siebie czytelników, a dopiero później, z pewnością, że już lektury nie porzucą, dostarczyć im jak najsilniejszych wrażeń. Do pisania tej książki autor przystępuje z pełną świadomością reguł gatunku – by w pewnym momencie szukać przełamania dla tych reguł. Nie pozwoli odbiorcom uciec, nawet gdy już pojawi się rozwiązanie zagadki.
Samo cierpienie rzadko jest tu odmalowywane bezpośrednio, autor woli pozostawiać czytelnikom gubienie się w domysłach i obraz panicznego strachu przed torturami, z których śmierć byłaby wybawieniem. W pewnym momencie będzie musiał zdradzić, co działo się za zamkniętymi drzwiami – ale przez długi czas pozostawia temat wyobraźni odbiorców, skupiając się raczej na śledztwach i intrygach okołokryminalnych. Ukryte zło dużo bardziej przeraża, i w dużej mierze o to właśnie chodzi. "Znajdź mnie" miejscami odchodzi od prawdopodobieństwa w psychice postaci, nie docenia siły zniszczeń (albo przecenia determinację). Skręca w baśń, żeby wypełnić oczekiwania publiczności literackiej – i za to może ściągnąć na siebie największą krytykę. Sporo w tej książce różnorodnych emocji, ale i skrajnych doświadczeń. To, e autor wierzy w możliwość ocalenia, widać od pierwszych stron tekstu. Funduje jednak odbiorcom mroczną wyprawę tam, gdzie lepiej się nie zapuszczać. "Znajdź mnie" to powieść bardzo umiejętnie wykorzystująca sprawdzone chwyty gatunkowe. Dla tych, którzy nie zadowolą się prostym rejestrowaniem wydarzeń.
środa, 9 maja 2018
Sari Wilson: Patrz, jak tańczę
W.A.B., Warszawa 2018.
Sztuka tańca
Małe dziewczynki często ćwiczą balet, nawet jeśli nie mają warunków, by zostać zawodowymi tancerkami. Balet oznacza jednak pracę nad sylwetką, lekcję systematyczności, szereg wyrzeczeń, które zdaniem wielu rodziców kształtują charakter. Balet uczy gracji i lekkości, staje się niemal synonimem dziewczęcości. W stereotypowym ujęciu nie ma miejsca na myśleniu o ciężkiej pracy, kontuzjach czy ranach. Baletnica ma być kwintesencją stylu. Sari Wilson w "Patrz, jak tańczę" wychodzi od takiego obrazka. Dziewczynki (zwane "koczkami") poświęcają wszystko, by zrobić karierę taneczną. Przeżywają liczne upokorzenia, męczą się przez rywalizację, doznają silnego stresu. Nie wszystkim uda się odnieść sukces, tylko część koczków otrzyma szansę na pokazanie się w solowych tańcach i popisy u boku najlepszych.
Mira należy do koczków. Dla niej balet to życiowa szansa - możliwość wyrwania się z biedy i środowiska, które nie pozwala na rozwój. To nadzieja na lepszy los niż doświadczenia matki. Mira jeszcze nie musi doceniać tego, co zyskuje dzięki baletowi, ale już wie, że powinna dać z siebie wszystko. Cała jest tańcem. Kiedy na swojej drodze jako dziecko spotyka Maurice'a, wiele się zmienia. Maurice – starszy i kaleki – daje jej coś, czego Mira nie miała do tej pory. Stopniowo odkrywa jej kobiecość. I sprawia, że Mira przechodzi ogromną metamorfozę. Doświadczenia Miry przedstawiane są stopniowo i dość enigmatycznie, autorka najpierw długo wprowadza odbiorców w specyfikę świata koczków. Mira innej rzeczywistości nie ma jak poznać, balet to dla niej nadzieja na lepsze życie. Dopiero czas weryfikuje marzenia. Migawki z przeszłości - dzieciństwa Miry – nie dotyczą otoczenia. Akcja zawęża się do dziewczynki i ludzi, którzy bezpośrednio się z nią stykają. To jedna narracja, ale nie jedyna. Druga dotyczy kobiety, profesor zajmującej się tańcem, Kate. Kate dzieli się ze studentami wiedzą, doświadczeniem i pasją. Pozwala się uwieść swojej studentce, chociaż nie ma ochoty na dłuższy związek. Ale ten gest staje się dla niej momentem przełomowym, impulsem do zastanowienia się nad własnym życiem. Bardzo powoli odsłania się istota relacji między Mirą i Kate. Wcale nie polega ona wyłącznie na uwielbieniu do tańca.
"Patrz, jak tańczę" to powieść oparta na obyczajowym dramacie. To, co zdarzyło się kiedyś, jest dotąd tak ważne, że nie może przebić bieżących wydarzeń, nawet jeśli te bieżące grożą zburzeniem tego, co się wypracowało i osiągnęło. Opowieść dotycząca Miry angażuje bardziej, chociaż obie postacie zasługują w swoich doświadczeniach na współczucie. Warto przy tym zaznaczyć, że chociaż bohaterki ulegają innym, nie są bezwolne – to one podejmują decyzję, by podporządkować się swoim partnerom i nie chcą zauważać ich przewagi w prowokowaniu zmysłowych spotkań. Siłą rzeczy "Patrz, jak tańczę" jest mocno nastawioną na cielesność historią. Balet przestaje być tu ujmowany romantycznie. To sutki dziewczynek odznaczające się na trykotach, niszczone wstążki, siatki na koczki plecione z ludzkich włosów. To zniszczone pointy i całe lata wyrzeczeń. Ciało dochodzi do głosu i z czasem robi się coraz bardziej wyraziste – ale rozbudowywana fizyczność zaprzecza eterycznemu obrazowi baletu. I tym kontrastem Sari Wilson operuje dość długo. Kulisy tańca wiążą się tu bardziej z przyziemnością niż wzniosłymi uczuciami, zarówno Mira jak i Kate – w osobnych historiach - poświęcają się tańcowi i to poświęcenie oznacza też sporo kłopotów. Za dużo jak na realizowanie pasji.
Sari Wilson posługuje się prostym narracyjnym schematem, dwa wątki prowadzone równolegle w odpowiednim momencie łączy ze sobą, korzysta z motywów i zabiegów czytelnych dla odbiorców - i też uzasadnianych kulturowo. Przewidywalność konstrukcyjną nadrabia natomiast samą relacją, sposobem przedstawiania podwojonej opowieści, spojrzeniem na przeszłość i teraźniejszość. W "Patrz, jak tańczę" mieści się przenikliwe studium ludzkiego charakteru - łamanego wiele razy i tłamszonego przez różne postacie. To, co w dzieciństwie dzieje się z ciałem Miry, w dorosłości przekłada się na uczucia i emocje Kate. Ten sam proces, podobne przyczyny, różne reakcje.
Sztuka tańca
Małe dziewczynki często ćwiczą balet, nawet jeśli nie mają warunków, by zostać zawodowymi tancerkami. Balet oznacza jednak pracę nad sylwetką, lekcję systematyczności, szereg wyrzeczeń, które zdaniem wielu rodziców kształtują charakter. Balet uczy gracji i lekkości, staje się niemal synonimem dziewczęcości. W stereotypowym ujęciu nie ma miejsca na myśleniu o ciężkiej pracy, kontuzjach czy ranach. Baletnica ma być kwintesencją stylu. Sari Wilson w "Patrz, jak tańczę" wychodzi od takiego obrazka. Dziewczynki (zwane "koczkami") poświęcają wszystko, by zrobić karierę taneczną. Przeżywają liczne upokorzenia, męczą się przez rywalizację, doznają silnego stresu. Nie wszystkim uda się odnieść sukces, tylko część koczków otrzyma szansę na pokazanie się w solowych tańcach i popisy u boku najlepszych.
Mira należy do koczków. Dla niej balet to życiowa szansa - możliwość wyrwania się z biedy i środowiska, które nie pozwala na rozwój. To nadzieja na lepszy los niż doświadczenia matki. Mira jeszcze nie musi doceniać tego, co zyskuje dzięki baletowi, ale już wie, że powinna dać z siebie wszystko. Cała jest tańcem. Kiedy na swojej drodze jako dziecko spotyka Maurice'a, wiele się zmienia. Maurice – starszy i kaleki – daje jej coś, czego Mira nie miała do tej pory. Stopniowo odkrywa jej kobiecość. I sprawia, że Mira przechodzi ogromną metamorfozę. Doświadczenia Miry przedstawiane są stopniowo i dość enigmatycznie, autorka najpierw długo wprowadza odbiorców w specyfikę świata koczków. Mira innej rzeczywistości nie ma jak poznać, balet to dla niej nadzieja na lepsze życie. Dopiero czas weryfikuje marzenia. Migawki z przeszłości - dzieciństwa Miry – nie dotyczą otoczenia. Akcja zawęża się do dziewczynki i ludzi, którzy bezpośrednio się z nią stykają. To jedna narracja, ale nie jedyna. Druga dotyczy kobiety, profesor zajmującej się tańcem, Kate. Kate dzieli się ze studentami wiedzą, doświadczeniem i pasją. Pozwala się uwieść swojej studentce, chociaż nie ma ochoty na dłuższy związek. Ale ten gest staje się dla niej momentem przełomowym, impulsem do zastanowienia się nad własnym życiem. Bardzo powoli odsłania się istota relacji między Mirą i Kate. Wcale nie polega ona wyłącznie na uwielbieniu do tańca.
"Patrz, jak tańczę" to powieść oparta na obyczajowym dramacie. To, co zdarzyło się kiedyś, jest dotąd tak ważne, że nie może przebić bieżących wydarzeń, nawet jeśli te bieżące grożą zburzeniem tego, co się wypracowało i osiągnęło. Opowieść dotycząca Miry angażuje bardziej, chociaż obie postacie zasługują w swoich doświadczeniach na współczucie. Warto przy tym zaznaczyć, że chociaż bohaterki ulegają innym, nie są bezwolne – to one podejmują decyzję, by podporządkować się swoim partnerom i nie chcą zauważać ich przewagi w prowokowaniu zmysłowych spotkań. Siłą rzeczy "Patrz, jak tańczę" jest mocno nastawioną na cielesność historią. Balet przestaje być tu ujmowany romantycznie. To sutki dziewczynek odznaczające się na trykotach, niszczone wstążki, siatki na koczki plecione z ludzkich włosów. To zniszczone pointy i całe lata wyrzeczeń. Ciało dochodzi do głosu i z czasem robi się coraz bardziej wyraziste – ale rozbudowywana fizyczność zaprzecza eterycznemu obrazowi baletu. I tym kontrastem Sari Wilson operuje dość długo. Kulisy tańca wiążą się tu bardziej z przyziemnością niż wzniosłymi uczuciami, zarówno Mira jak i Kate – w osobnych historiach - poświęcają się tańcowi i to poświęcenie oznacza też sporo kłopotów. Za dużo jak na realizowanie pasji.
Sari Wilson posługuje się prostym narracyjnym schematem, dwa wątki prowadzone równolegle w odpowiednim momencie łączy ze sobą, korzysta z motywów i zabiegów czytelnych dla odbiorców - i też uzasadnianych kulturowo. Przewidywalność konstrukcyjną nadrabia natomiast samą relacją, sposobem przedstawiania podwojonej opowieści, spojrzeniem na przeszłość i teraźniejszość. W "Patrz, jak tańczę" mieści się przenikliwe studium ludzkiego charakteru - łamanego wiele razy i tłamszonego przez różne postacie. To, co w dzieciństwie dzieje się z ciałem Miry, w dorosłości przekłada się na uczucia i emocje Kate. Ten sam proces, podobne przyczyny, różne reakcje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






