* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 9 kwietnia 2017

Jason Padgett, Maureen Seaberg: Rażony geniuszem

Świat Książki, Warszawa 2017.

Geometria

Jason Padgett inaczej niż zwykli ludzie postrzega rzeczywistość. Po wypadku – został pobity pod klubem, w którym imprezował – stał się sawantem. Przez kilka lat starał się zrozumieć, dlaczego widzi świat jako sieć kryształów, dostrzega ukryte do niedawna (i dla normalnego człowieka niewidoczne) struktury i zależności. Intensywne doznania przenosił na sztukę, rysując między innymi fraktale lub siatki linii tak gęste, na ile pozwalała grubość grafitu w ołówku. Zainteresował się również matematyką – zwłaszcza geometrią – na poziomie akademickim, chociaż wcześniej nie przejawiał w tym kierunku nadmiernych zdolności. Swoją historię opisuje dzięki Maureen Seaberg w tomie „Rażony geniuszem”, co daje czytelnikom możliwość poznania potencjału ludzkiego mózgu – a i przyjrzenia się tej „jedynej na świecie” historii, co zapewne przyciągnie większą liczbę zaciekawionych odbiorców.

Nie będzie tu fabularnych fajerwerków: Padgett jako narrator skrótowo przedstawia swoje życie sprzed pobicia – i moment, gdy przed ciosami w czaszkę nie obronią go znajomi. Później zajmuje się fascynującymi przemianami w postrzeganiu rzeczywistości – a przeplata je z trudnymi do zaakceptowania następstwami traumy. Z jednej strony ukazuje siebie jako geniusza (choć sam tak tego nie ocenia), z drugiej – dziwaka i odludka z rozmaitymi fobiami. Dąży przy tym do uzyskania odpowiedzi na szereg ważnych pytań – przede wszystkim to, czy widzi coś, co istnieje naprawdę, czy uszkodzony mózg karmi go fałszywymi obrazami. Większa część tomu dotyczy takich właśnie autoanaliz oraz prób jak najdokładniejszego opisania nowej perspektywy. Padgett szuka podobnych sobie, wyjaśnia, czym charakteryzuje się synestezja i kreśli rysunki złożone z prostych linii. Przekonuje się, że koła nie istnieją, oczywista staje się dla niego liczba pi. Z czasem dziwne nawyki i zdolności uczy się przekuwać na codzienność, wyczulony na emocje innych, dba o to, by czuli się dobrze w jego towarzystwie, empatię i wyostrzony zmysł obserwacji wykorzystuje w pracy – łatwo obmyśla strategie marketingowe w stosunku do kolejnych klientów. Pokazuje przy tym, jak wielką rolę w życiu odgrywa matematyka. Zyskuje nową perspektywę, nie tylko dotyczącą struktur materii, ale również kwestii filozoficznych. Staje się „Rażony geniuszem” hołdem złożonym naukom ścisłym. Odbiorców przyciąga obietnicą inności, tajemnicą, która sprawia, że dar zazębia się z przekleństwem.

Jason Padgett nie narzeka na swój los. Życie osobiste prezentuje w umiarkowanym kształcie – na tyle, by odbiorcy wiedzieli, z kim mają do czynienia i co przeżywa człowiek, z którym trudno się skontaktować. Tom skupia się bardziej na niezwykłościach w umyśle Padgetta – bohater książki szczegółowo objaśnia, jak widzi rzeczywistość. Ponieważ jego umiejętności są nabyte – i to w wyniku urazu – ma porównanie z tym, co postrzegają zwykli ludzie. Z kolei Maureen Seaberg interesuje się sawantami, jest więc w stanie przełożyć przemyślenia Padgetta w przystępnej dla czytelników formie. Publikacja nie ostała napisana językiem hermetycznym, chociaż wiele tu tłumaczeń fachowych – i spore fragmenty dotyczące matematyki wydadzą się skomplikowane – nawet mimo starań autorów, by były zrozumiałe. „Rażony geniuszem” to jednak nie lekcja matematyki, a dowód na istnienie wielkich zagadek ludzkiego umysłu. Prywatna historia, jakich mało – świadectwo oryginalnego przeżycia. Padgett i Seaberg chcą walczyć o zrozumienie dla sawantów – i dawać nadzieję ludziom, którzy czują się wykluczeni ze społeczeństwa. To publikacja niezwykła ze względu na stawianie kolejnych pytań w nauce nad mózgiem człowieka.

Iginio Straffi: Winx. Przygoda w magicznym parku

Wilga, Warszawa 2017.

Starcie ze smokiem

Dzieci lubią zwierzęta, więc wśród lektur dla maluchów szczególnym powodzeniem cieszą się historyjki z rozmaitymi stworzeniami – sprawdzają się tu równie dobrze koty i psy, jak i bardziej egzotyczne czworonogi, ale i istoty baśniowe. Zwierzęta to od dawna wykorzystywany lekturowy wabik na dzieci. W ostatnich latach drugim tematem tworzącym całą modę w literaturze czwartej jest motyw magii i czarów. Autorzy często więc łączą te możliwości, wymyślając schematy na książeczki dla dzieci. W tomiku „Przygoda w magicznym parku” czarodziejskie bohaterki podejmują się opieki nad zwierzętami w parku przyrody. Praca wcale nie wydaje się przyjemna, przynajmniej z punktu widzenia dorosłych, znających już zawodowy kierat i związane z nim ograniczenia: bohaterki – przedstawicielki świata wróżek – mają… znaleźć i opisać baśniowe zwierzęta z parku i założyć im specjalne karty. To oczywiście zadanie odpowiedzialne i cieszy magiczne postacie tak samo, jak ucieszyłoby małych odbiorców – dzieci zyskują szansę dość dokładnego zwiedzenia krainy. Nie ma tu motywów wywołujących lęk, raczej – kojąca wizja, obraz harmonii i stabilizacji. Części odbiorczyń rozmiłowanych w czarodziejskich światach to wystarczy jako kreatywna lektura przed snem – pobudzenie wyobraźni bez wywoływania adrenaliny.

Ale część małych czytelniczek docenia przygody i dla tych przygotowana została druga partia historii (czy może – właściwa bajka po niezwykle długiej rozbiegówce-wstępie). W jednej z jaskiń mieszka mama niedźwiedziosmok z trójką maluchów. Jedno z jej dzieci podąża za artefaktem wróżki i… gubi się w lesie. To podwójny lęk i stres – dla mamy, która z przyjaznego stwora (w typie disneyowskiej księżniczki, a jakże) staje się agresywną dziką bestią – zionie ogniem i zamierza zaatakować każdego, kto zbyt blisko podejdzie – ale i dla małego niedźwiedziosmoka – dziecka, które nie wie, gdzie jest i nie umie wrócić w bezpieczne miejsce, a do tego bardzo tęskni za mamą. Rozterki bohatera są zrozumiałe dla odbiorczyń – temat dziecka odłączonego od matki (nawet za sprawą jego własnej niefrasobliwości, a może szczególnie wtedy) to jeden z podstawowych strachów nawet samodzielnych kilkulatków. Tutaj sytuacja jest szczególna i wymaga szczególnych środków. Żeby poskromić zionącą ogniem matkę i sprowadzić do niej bezpiecznie pociechę, trzeba użyć magii. Czarodziejek jest wiele – bo każda specjalizuje się w innym rodzaju czarów i włada innymi przedmiotami. Funkcjonują trochę jak członkinie girlsbandu – każdy może sobie wybrać ulubioną postać, utożsamiać się z nią i śledzić jej losy na ilustracjach. Do odniesienia sukcesu konieczne jest współdziałanie – żadna z bohaterek w pojedynkę nie poradzi sobie z wyzwaniami, przyjaźń i wzajemne zaufanie to mocno podkreślane wartości.

Winx są bohaterkami spopularyzowanymi przez kreskówkę – książeczki to produkt uboczny marketingowej machiny, ale i one nadają się do przyzwyczajania dzieci do lektury. Małe fanki czarodziejek potraktują tomik jako rozrywkę i przyjemny sposób na spędzanie czasu. Mogą uczyć się czytać (lub słuchać historyjki czytanej przez dorosłych), nie znajdą tu zaporowych, zbyt skomplikowanych fraz. Oczywiście tomik nie należy do arcydzieł literatury, to prosta relacja oparta na emocjach postaci, pojawia się tu streszczana (to jest pozbawiona rozbudowanych opisów) akcja, bohaterki znane dzieciom wstrzelone w odpowiedni kontekst i drobna przygoda. Całą resztę dodadzą ilustracje. Wróżki mają mangowe wielkie oczy, wszystkie są wybitnymi pięknościami i tylko zagłębienie się w opowieść (albo w ich charakterystyki) pomoże zorientować się, czym właściwie się różnią. Do tego są dzielne i dobre – pomagają potrzebującym, nie wahają się przed podjęciem ryzykownych działań. To bohaterki skrojone na miarę twórczości pop, idealnie wpasowujące się w pewien szablon. Nie uwiodą starszych odbiorców, kilkulatki za to będą zachwycone ich poczynaniami w zaczarowanym wyobraźniowym świecie. To bajkowe przejście od kreskówki do książki.

sobota, 8 kwietnia 2017

Agnieszka Nabrdalik: Dzisiaj rozmawiamy o Pani

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Głos z kulis

Zwykle uwaga odbiorców skupia się na artystach – ich rodziny pozostają w cieniu. Agnieszka Nabrdalik za cel stawia sobie porozmawianie z żonami sławnych ludzi – o nich samych. Nie zawsze jest to możliwe, czasami wywiady niemal samoistnie zbaczają z przeżyć żony na… jej męża znanego wszystkim. Niektóre panie po prostu wolą opisywać małżonka – lub siebie, ale przez pryzmat relacji z nim. Zaprzeczają więc idei nakreślonej w tytule – „Dzisiaj rozmawiamy o Pani”, zapowiada Nabrdalik, ale nie zawsze udaje jej się ten zamiar zrealizować.

Rozmowy z żonami sław z konieczności (czy z założenia) są nieformalne. Autorka pozwala więc, by to rozmówczynie nadawały ton wywiadom, by same decydowały o kierunku opowieści. Nie naciska, nie wymusza „zeznań”. Dba o to, by żony czuły się komfortowo – jeśli chcą, mogą przedstawiać własne zainteresowania, poglądy lub osiągnięcia, jeśli nie – pokażą kulisy małżeństwa, podpowiedzą, jak radzić sobie z drobnymi kryzysami lub wielkimi wyzwaniami. Każda ma swój patent na ukochanego – i też każda zna go na tyle dobrze, żeby nie generalizować. „Dzisiaj rozmawiamy o Pani” to siedem wywiadów: z Moniką Gawlińską, Alicją Kapuścińską, Wacławą Myśliwską, Karoliną Niedenthal, Jolantą Pawlik, Anną Religą i Wiesławą Starską. Oznacza to sporą rozpiętość artystycznych i nie tylko zawodów. Wszystkich nieobecnych z pozoru mężów łączy ogromna liczba fanów, wszystkie żony – umiejętność dostosowywania się do przejawów popularności. Agnieszka Nabrdalik sprawdza, co stanie się, gdy oboje chcą pracować twórczo, a ćwiczenia lub nawyki jednego z małżonków przeszkadzają drugiemu, jak na związek wpływa przeprowadzka za pracą, pyta, czy żony uczestniczą w pracy mężów, czy raczej muszą trzymać się z daleka. Jednym słowem – szuka normalności.

W rozmowach o „Pani” pojawiają się romantyczne wspomnienia z początków związku, ale i dowody przywiązania oraz szczerej miłości po latach. Nabrdalik daleka jest od sentymentalizmu, ale wyczuwa, co może być ważne dla rozmówczyń i umiejętnie do tego nawiązuje. Chce uzyskać inne oblicze sław – swojskie i udomowione. Podobnie zwraca uwagę na organizowanie czasu pracy – chce wiedzieć, czy żona kompozytora słucha utworów męża, a żona pisarza jest jego pierwszą czytelniczką. Niby to oczywistości, a jednak nie zawsze, zdarza się, że wyjaśnienia rodzą kolejne wątpliwości. Znalazło się w tomiku kilka pań, które dziennikarzom (już) nie ufają i zwyczajnie nie chcą się zwierzać – wtedy pomaga serdeczna atmosfera, jaką autorka wytwarza. Nikt nie posługuje się ogólnikami czy oczywistościami, nikt nikogo nie ocenia (chociaż odbiorczyniom tomu czasami będzie trudno powstrzymać się od odruchowej krytyki). Z jednej strony książka funkcjonuje jako dopowiedzenie do biografii sław, z drugiej – jako sposób na autoprezentację postaci z cienia, a mimo to ważnych. Agnieszka Nabrdalik nie sięga po gotowe schematy czy odgórne założenia, łagodnie dostosowuje rozmowę do potrzeb interlokutorek. Dyskrecja albo babskie ploteczki, lekki dystans albo pełna szczerość – Nabrdalik zapewnia sobie różnorodność. Nie jest to książka niezbędna – raczej dla ciekawych (lub dla osób, które śledzą twórczość czy postawy wymienionych tu pań), bardziej przypomina teksty rozrywkowe z kolorowych czasopism niż przypisy do biografii. Brak napięć owocuje lekturą relaksującą, nawet jeśli żony stawiają na pełną szczerość i pozwalają sobie na ujawnianie wad mężów (bo i takie się tu pojawią).

Jeżeli założeniem Agnieszki Nabrdalik było skupienie uwagi na żonach sławnych mężów w oderwaniu od nich samych, to nie w pełni się ono powiodło. Ale przecież niektóre kobiety całkowicie uzależniają swoje życie i wybory od dokonań mężów – dbając o ich interesu lub o pamięć o nich. Tylko niektóre rozmówczynie są w stanie przedstawić własne pasje. W efekcie książka pokazuje też, jak bardzo różne drogi można wybrać w obliczu wielkich wyzwań. Ten tomik zaspokaja ciekawość, a czytelnikom podpowiada konsekwencje popularności.

Frank Littek: Pociągi, statki, samoloty

Media Rodzina, Poznań 2016.

W portach

W Mądrej Myszy tomiki układają się w osobne cykle. Są tu doświadczenia Zuzi i codzienne przygody małego Maksa, są opowieści o kolejnych zawodach – tu dorosły bohater, znajomy lub sąsiad, oprowadza dziecko po swoim miejscu pracy. Do tych sprawdzonych odgałęzień dochodzi kolejne: tomiki o pojazdach i maszynach. To oczywiste nawiązanie do lubianych przez najmłodszych tematów – każdy kilkulatek bez trudu da się uwieść opowieściom o pojazdach. „Pociągi, statki, samoloty” to naturalna kontynuacja tomiku „Koparki, traktory, samochody”. Frank Littek tym razem jednak nie skupia się na pojedynczych maszynach, a zaprasza małych odbiorców do miejsc, w których zwyczajnie nie mogliby się znaleźć – oprowadza po ogromnych portach, lotniskach i dworcach.

„Pociągi, statki, samoloty” to tomik edukacyjny i zbudowany na szeregu ciekawostek. W narracji nie ma miejsca ani na fabularyzowanie, ani na emocje – krótkie notatki na wybrane tematy cechują się wysokim nastawieniem na przekazywanie informacji. W beznamiętnym stylu nie spotka się również infantylizowania – Littek bardzo poważnie traktuje odbiorców i docenia ich ciekawość świata. W tomiku nie ma wyrazistych i personalizowanych bohaterów, żeby ni nie odwracało uwagi od wiadomości. Ale takie rozwiązania, stosunkowo rzadkie w dzisiejszych publikacjach z literatury czwartej (nawet tych edukacyjnych), nie zniechęcają czytelników. Dzieci otrzymają tu bowiem zestaw wartościowych danych, wciągną się w temat i nie będą potrzebować dodatkowych ozdobników. Frank Littek może skupić się na relacjonowaniu tego, o czym kilkulatki jeszcze nie wiedzą – a co stanowi fascynujący świat maszyn.

Na początek wprowadza odbiorców na wielkie lotnisko. Wymienia ważne jego części, miejsca, które każdy podróżujący poznać musi. Krótki tekst jest przesycony informacjami – a do tego pojawia się tu przekrojowa ilustracja z zestawem podpisów (również dotyczących miejsc i maszyn, których w tekście nie ma). Kiedy już autor zyska pewność, że dzieci znają podstawowe terminy, przechodzi do omawiania lotniczych potęg. Rozpracowuje Airbusa A380 jako giganta wśród samolotów – nie zabraknie tu obrazowych porównań. Autor pokusi się o przedstawienie szczegółów konstrukcyjnych (opisuje działanie silnika i wysuwanego podwozia), zabierze odbiorców do kabiny pilotów. Następny temat to lotnictwo sportowe – i znów zaczyna się od widoku przykładowego lotniska, na którym, tym razem, zaprezentowane są różne maszyny (z podpisami). Autor wyjaśni też, dlaczego szybowiec lata. Podobnymi rozwiązaniami będzie się posługiwać w przypadku portu i dworca – najpierw ogólne i duże ujęcie miejsca, z zestawem ciekawych maszyn podpisanych na ilustracji Jörga Hartmanna, później – prezentowanie szczegółów wybranego motywu (kontenerowiec i ekspres intercity). Za każdym razem autor stara się przedstawiać różnice między dawnymi i obecnymi środkami transportu, lub podawać drobne wiadomości „z kontekstu”. Zawsze dba o to, by fakty były ciekawe dla dzieci – ta troska o małych odbiorców przejawia się między innymi w umiejętnym doborze tematów. Po raz kolejny Mądra Mysz udowadnia prymat na rynku wydawniczym – fachowość autorów i świadomość celów są tu bardzo ważne.

„Pociągi, statki, samoloty” to drobny tomik, w którym dzieci znajdą odpowiedzi na całkiem sporo pytań. Dowiedzą się nie tylko, co wprawia w ruch pojazdy (i to na długo przed lekcjami fizyki), ale też – gdzie można je zaobserwować, w końcu tu nie ma obrazków z typowych ulic. Narracja prowadzona jest przystępnie, ale bez niepotrzebnych uproszczeń, co kilkulatki niekoniecznie dostrzegą teraz – za to docenią w przyszłości. Mądra Mysz to dobre rozwiązanie dla tych rodziców, którzy szukają alternatywy dla prostych publikacji spod znaku pop. Tutaj dzieci traktuje się poważnie i wyprzedza ich uwagi czy wątpliwości. To najlepszy sposób na wprowadzanie wiadomości. Frank Littek proponuje tomik bogaty w dane i przez to – a także przez temat – atrakcyjny.

piątek, 7 kwietnia 2017

Magdalena Niedźwiedzka: Maria Skłodowska-Curie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Powieść o porażce

Kiedy myśli się o kobietach, które zrewolucjonizowały naukę, Maria Skłodowska-Curie wysuwa się na pierwszy plan. Na jej temat powstają kolejne książki i szkice – teraz również film biograficzny. Magdalena Niedźwiedzka jednak prawie wcale nie interesuje się zawodowymi dokonaniami uczonej i proponuje czytelnikom (zwłaszcza paniom) tom o perypetiach sercowych i emocjach badaczki. W tym obrazku nie ma miejsca na pracę i poświęcenie – Skłodowska-Curie jawi się jako słaba kobieta, która nie potrafi panować nad sobą w relacjach z płcią przeciwną, samotna, pozbawiona szansy na normalność. Uczona, która za swoje sukcesy zapłacić musiała olbrzymią cenę.

Równolegle – za sprawą achronologii – pojawia się tu kilka Marii, kilka motywów sercowych z różnych lat. Jest bohaterka jako młoda guwernantka zakochana w synu chlebodawców, jest ta, która po śmierci Piotra wikła się w romans z żonatym mężczyzną, jest Maria, która nie chce odpowiadać na umizgi Einsteina. Maria Skłodowska-Curie w tym ujęciu nie prezentuje niemal żadnej wartości jako uczona – wprawdzie zdobyła prestiż wśród fizyków, ale i tak wszyscy interesują się nią za sprawą skandali obyczajowych. Do tego bohaterka nie zamierza wspierać sufrażystek, traci więc możliwość wsparcia kolejnego środowiska. Zdradzana żona knuje intrygi prowadzące do usunięcia Marii z Francji, miłość do Piotra wydaje się dziwna i pozbawiona namiętności, bohaterka tomu wyraźnie dąży do autodestrukcji. W każdym momencie życia Marii Niedźwiedzka uwypukla ciemne strony – słabości i pułapki. Pokazuje bohaterkę, która ciężko choruje i nie dojada, która nie dba o modne stroje czy ładnie urządzone wnętrza, ale zazdrości siostrze bycia idealną panią domu. Maria nigdy nie walczy – o siebie, o dzieci ani o kochanków, pozwala, żeby inni podejmowali dotyczące jej decyzje – a to nie wychodzi jej na dobre. Autorka przenosi się czasem z otoczenia Marii do domu jej siostry Bronki, albo do mieszkania kochanka, z którym powinna się rozstać. Nigdy za to nie zagląda do pracowni czy na sale wykładowe – wzmianki o nowych sukcesach, udział w konferencjach fizyków, nagroda Nobla – to wszystko tematy na jedno zdanie, bez szansy na rozszerzenie. Widać, że Magdalena Niedźwiedzka znacznie pewniej czuje się w temacie uczuć – te rozpracowuje z prawdziwą pasją, zamieniając Skłodowską-Curie w kobietę fatalną.

Specjalizuje się Niedźwiedzka w scenkach pozbawionych kontekstu. Kiedy już styka ze sobą dwie postacie, w dowolnych i wyzutych ze znaczeń okolicznościach, oddaje im głos i roztapia sytuacje w niekończących się rozmowach. Nie ma miejsca na działanie – wszystko jest po prostu słownym analizowaniem wydarzeń i rozpamiętywaniem ich konsekwencji. Maria Skłodowska-Curie wypada na najmniej zdecydowaną z bohaterek, jest bierna, a rytm jej życiu nadają inni – ale samymi dialogami trudno tę postawę uwiarygodnić. Niedźwiedzka odmalowuje pewien typ – ale nie przekonuje odbiorców do takiego a nie innego wyboru, oddala pozory prawdziwości. Dzieje się tak nie tylko ze względu na rozwiązania formalne, ale i na ograniczenia tematyczne: wiadomo, kim była Skłodowska-Curie, jej biografii przytaczać nikomu nie trzeba – a jednak wymazanie powszechnie znanych informacji z codzienności uczonej, a ukazanie jej wyłącznie przez pryzmat niepowodzeń sercowych, to spore ryzyko. Niedźwiedzka podjęła je i nie mogła wygrać. „Maria Skłodowska-Curie” to tom jednowymiarowy i mało przekonujący, nawet mimo intensywności uczuć i nastawienia na „ludzką” stronę wielkiej uczonej.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Lucy Letherland, Rachel Williams, Emily Hawkins: Atlas przygód zwierząt. Ciekawostki ze świata przyrody, wielkie migracje i inne niezwykłe zachowania zwierząt

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Na kontynentach

„Atlas przygód zwierząt” trochę jest wzorowany na „Atlasie miast” (chociaż w formacie nawet odrobinę większy!): pozwala najmłodszym poszerzać zainteresowania związane z przedstawicielami różnych gatunków zwierząt. Nie jest to typowy dla kioskowych publikacji popularnonaukowych zestaw ciekawostek, a przegląd najbardziej niezwykłych z punktu widzenia kilkulatka stworzeń z różnych kontynentów.

To właśnie kontynenty wprowadzają podział książki na części. Za każdym razem „mapka” z ogólnym podziałem na kraje przedstawia dominujące w danym miejscu, typowe lub warte poznania zwierzę. I, jak w „Atlasie miast”, w podpisie zakodowane zostaje polecenie dla malucha. Tyle że w przypadku podróży po obszarach zabudowanych łatwo było dostosować się do poleceń i je realizować. Tutaj mają one brzmienie mocno abstrakcyjne – dziecko potraktowane zostaje jako członek konkretnego stada i „może” robić to samo, co zwierzęta („powiś na drzewie z rudawkami”, „przyłącz się do tańca godowego żurawi mandżurskich”). Przy każdym z takich poleceń pojawia się jeszcze kraj (dzieci poćwiczą geografię) – i rysunek przedstawiający zwierzę – to ważne, bo czasem w ogóle trudno po nazwie wyobrazić sobie, co się za nią kryje. Mapki pełnią rolę spisów treści poszczególnych rozdziałów – lub ich poszerzenia – bo zawierają więcej gatunków niż później zyska rozszerzenie w opisach na rozkładówkach. To zachęta do zabawy – dzieci będą szukać informacji samodzielnie i tropić wskazane zwierzęta poza tą lekturą. Najpierw jednak przekonają się, jakie sekrety zostaną rozszyfrowane. Niby polecenie to hasło wywoławcze, pretekst do zaprezentowania wybranego gatunku. I to tematy kolejnych rozkładówek.

Na wielkoformatowym rysunku znajdują się zwielokrotnione sylwetki wybranych zwierząt (to łatwe do zaakceptowania w przypadku małp lub karibu, a nieco dziwne na przykład przy legwanach). W stadzie zwierzęta zachowują się różnie – Lucy Letherland dba o to, by dzieci nie nudziły się oglądaniem tomiku. Do tego przedstawiciele omawianego gatunku nie są jedynymi na stronach – w tle pojawiają się inne zwierzęta (ich odnalezienie to jedno z zadań na po lekturze). Na rysunkach pomiędzy zwierzętami widnieją drobne ciekawostki na ich temat – w takiej formie są łatwo przyswajalne, a nielinearna lektura ma znamiona odkryć. Do tego – krótka notatka o gatunku, tak, żeby dzieci zdobyły też nieco szerszą i mniej hasłową wiedzę. Dalej już oglądanie stron z kolorowymi ilustracjami. „Atlas przygód zwierząt” ma trochę z publikacji popularnonaukowych, trochę z artystycznych picture booków (to znaczy tych, w których infantylizm przekreślany jest przez pomysły grafików), to połączenie czytanek edukacyjno-przyrodniczych oraz… łamigłówek. Jak przebiegać będzie lektura – zależy od maluchów, każdy może wybrać swój rytm i zwierzęta, o których chce poczytać w pierwszej kolejności.

„Atlas przygód zwierząt” sprawdzi się jako tomik dla niecierpliwych dzieci, można na nim też poćwiczyć skupienie. Wykorzystuje to, czym maluchy się interesują, jako zachętę do lektury – a przez formę i mnogość kolorów oraz szczegółów na ilustracjach kojarzyć się będzie z nieprzerwaną zabawą przez długi czas. Nasza Księgarnia po raz kolejny pokazuje, jak zestawiać modne tomiki obrazkowe z kształceniem kilkulatków, a edukację uzależnia od rozrywki. „Atlas przygód zwierząt” rzuca się w oczy – i imponuje rozmachem. To również możliwość poznania zwyczajów wielu interesujących gatunków zwierząt, coś w sam raz dla ciekawych świata maluchów. Tomik można oglądać i czytać wspólnie, trenując spostrzegawczość oraz umiejętność opowiadania – na pewno będzie to dla kilkulatków ważna przygoda.

środa, 5 kwietnia 2017

Irvine Welsh: Niezła jazda

Burda, Warszawa 2017.

Ryzyko przejścia

„Niezła jazda” reklamowana w blurbie jako najzabawniejsza powieść Irvine’a Welsha jest w rzeczywistości powieścią specyficzną – zabawną w ujęciu amerykańskim, pod warunkiem, że ktoś ceni sobie żarty typu put-down, niezliczone aluzje do seksu, przekleństwa i przekraczanie granic dobrego smaku. To, co śmieszy często w sit-comach lub filmach sensacyjnych – wpadanie w nieoczekiwaną przez odbiorców wulgarność – tutaj zamienia się w stałe tworzywo minifabuły. Chociaż „Niezła jazda” pod względem objętościowym jest całkiem spora, treściowo – raczej miałka. Pomysł na całość opiera się na kontrowersyjnej formie, która zresztą w tłumaczeniu musi stracić. Irvine Welsh chce być kolejnym Charlesem Bukowskim, połączonym z Philipem Rothem – ale nie rozwija literackości, poprzestaje na przesyceniu tomu przekleństwami i tanim seksem (zresztą – w różnych konfiguracjach, włączając w to nekrofilię). Od czasu do czasu próbuje ubogacić tekst, dodając do niego filozoficzne i proste westchnienia, jakby chciał pokazać, że bohaterów stać na metafizykę. Nie pasuje to do nich, zwłaszcza przy pogoni za rubasznością.

Bohaterami (i narratorami kolejnych rozdziałów) są tu ludzie z pozoru zwyczajni, na przykład taksówkarz, ale wkraczający w sferę półświatka: nie stronią od narkotyków (kokaina sypie się całymi workami, niemal na kilogramy), grywają w amatorskich pornosach i dyskutują o seksie, szukają partnerek (lub partnerów) w każdych okolicznościach, by sobie ulżyć. Ewentualnie przechwalają się własnymi możliwościami w tym zakresie i ostatnimi podbojami. Ta powieść to całkowity karnawał, wywlekanie na światło dzienne tego, co zwykle tabuizowane, wstydliwe lub niesmaczne. Faceci to wyłącznie erotomani, kobiety – tylko prostytutki. Owszem, czasem łączy ich coś na kształt rubasznej przyjaźni, przywiązania czy sympatii, ale dominują przelotne konflikty. Welsh chce też wykazać się zmysłem ironii (znów na poziomie amerykańskiego dowcipu put-down), obdarzając postacie znaczącymi (przeważnie po prostu dwuznacznymi, co się w przekładzie zaznacza) nazwiskami. Pojawia się tu nawet huragan o nazwie Jajwór (w przekładzie i kilku równorzędnych wariantach) – siła sprawcza dramatów. Nie jest to wysublimowany rodzaj humoru – wywoła raczej rechot (jeśli już, bo mimo masowości nie jest to typ, który łatwo odnajduje się w innych kulturach).

Podczas tego huraganu znika jedna z kobiet, mała Jinty. Znajomi nie mają od niej znaku życia, ale nie podejrzewają najgorszego: w ich świecie to całkiem normalne zjawisko. Poza tym ludzie z tej przestrzeni są wolni od typowych społecznych lęków (może tu kryje się rozrywkowość Welsha? Szansa na ucieczkę od rutyny?) – ich zmartwienia dotyczą raczej zaopatrzenia w prochy niż czegokolwiek innego. Jinty przewija się przez tła kolejnych wyznań, aż stanie się jasne, dlaczego nie odezwała się do nikogo. Ale nawet wtedy wpływać będzie na losy i decyzje innych. W tle przewija się też motyw niezrozumiałego kupowania (licytowania) drogich alkoholi czy silne leki ograniczające potencję najbardziej jurnego z bohaterów – określane jako graniczące z chemiczną kastracją. Dla bohaterów powieści z tego właśnie składa się normalność, nie można od nich oczekiwać więcej, ale i autor więcej nie chce.

Do odwróconych życiorysów dodaje autor odwrócony język. Tu nikt nie rozmawia zwyczajnie, w sposób powszechnie akceptowany, bez względu na to, czy to monologi wewnętrzne, dyskusje ze znajomymi lub obcymi, czy… wypowiedzi penisa (te przybierają odpowiedni kształt, co również ma być dla odbiorców czynnikiem humorystycznym. Tu pojawia się klasyczny już problem z przekładem: o ile jeszcze przekleństwa są dość uniwersalne, o tyle dołączanie do nich slangu czy kolokwializmów czasami wypada archaicznie (czy ktoś, kto wulgaryzmy traktuje jak przecinki, będzie mówić „ni chu chu”?) i sztucznie – nie wiadomo, na jakich zasadach to działa. O ile w kontrowersyjnej w swoich czasach prozie Bukowskiego miał znaczenie rytm, o tyle u Welsha całość sprawia wrażenie mocno przypadkowej, nawet szoku już nie wywoła, co najwyżej zniesmaczenie – ale też niekoniecznie. Większe jest prawdopodobieństwo, że autor znuży dość jednostajnym wykorzystywaniem (jednorodnym doborem) chwytów – to, co wywoła śmiech jako pojedyncze wykroczenie przeciwko konwencji, traci na wartości, gdy w tę konwencję się zamienia. Chociaż Welsh robi coś innego niż większość twórców, repertuar środków ma dość ograniczony i istnieje ryzyko, że nawet założona wywrotowość tekstu w pewnym momencie przestanie wystarczać. Jinty to zbyt mało, żeby utrzymać uwagę na przedzieraniu się przez szeregi bluzgów, nawet jeśli autor w tomie zamieści zakamuflowaną autorecenzję.