* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 8 września 2014

Marcin Wicha: Bolek i Lolek. Genialni detektywi

Znak, Kraków 2014.

Przygody braci

Marcin Wicha ma poczucie humoru i pamięta, co bawiło go najbardziej w dziecięcych lekturach. To daje się zauważyć w tomie „Bolek i Lolek. Genialni detektywi. Tym razem bohaterowie bajki powracają w wakacyjnej historii quasi-śledczej i będą rozśmieszać małych odbiorców co chwilę. Bolek i Lolek nieźle rozrabiają. Najlepszy dowód, że z obozu zostali wyrzuceni już pierwszego dnia. To powód, dla którego wakacje spędzić mają w cichym i spokojnym miejscu, u cioci Ali. Jedynym urozmaiceniem mieszkania tutaj jest oryginalny jadłospis. Ciocia Ala stale eksperymentuje ze smakami konfitur i propozycje, jakie podsuwa dzieciom, dorosłych czytelników doprowadziłyby do mdłości. Małym spodoba się natomiast nonsens podobnych zestawień.

Bolek i Lolek zakładają biuro śledcze i reklamują swoje usługi wśród mieszkańców miasteczka. Przy okazji pomagają wyjaśnić część zagadek, zyskują mapę skarbów, stają oko w oko z wielkim dzikiem i spotykają panią Komarellę Ops, która zajmuje się spowalnianiem akcji i odpowiada za opisy przyrody w książkach. Zyskują też sojuszniczkę w przygodach, niejaką Polę Smok, zbieraczkę kapsli. Nie da się ukryć, w „Genialnych detektywach” akcji jest wiele. W odróżnieniu choćby od Martina Widmarka, Marcin Wicha nie koncentruje się na schematach śledztw kryminalnych. Nie idzie też w ślady Grzegorza Kasdepke – wyzwania detektywistyczne służą u niego rozrywce a nie pouczaniu dzieci. Zamiast więc analizować przesłanki i zastanawiać się nad rozwiązaniami, mali czytelnicy Wichy będą cieszyć się lekturą – wartką i pomysłową.

Wicha wykorzystuje istnienie znanych postaci, nie musi więc ich przedstawiać ani odmalowywać charakterów, od razu może przejść do sedna, czyli do szeregu zabawnych ciekawych wydarzeń. Rozbudza ciekawość od pierwszej strony, kiedy nie chce zdradzić przyczyny usunięcia chłopców z obozu. Potem wszystko dzieje się coraz szybciej i coraz intensywniej. Wicha zwraca się czasem bezpośrednio do czytelników, tworzy bardzo krótkie i dynamiczne rozdziały, a po każdym zapowiada, co będzie w następnym odcinku (a zapowiada ze śmiechem, tak, że każdy chce to sprawdzić). Drwi sobie z formy, bawi się słowami (Wielka Kapiąca Klątwa Hydrauliczna!) i ogólnie bez przerwy dostarcza powodów do śmiechu. Dba o to, by za każdą scenką stało kolejne istotne dla fabuły wydarzenie. Lekko kpi sobie z bohaterów, dla których skarbem jest poklejony lodami o smaku „Nowość” strzępek mapy – ale traktuje też Bolka i Lolka z sympatią i zrozumieniem dla chłopięcego głodu przygody. Bolek i Lolek mają swoje wady oraz bogatą wyobraźnię. Są uosobieniem dziecięcych wybryków i szalonych wakacyjnych pomysłów. Na wakacjach mogą realizować marzenia o ciekawych przeżyciach, nie wiedzą, czym jest nuda. Wicha potrafi budować napięcie, a do tego jeszcze rozśmieszać. Cały czas angażuje dzieci tak, by nie zauważały nawet czasu spędzonego nad książką.

Nie trzeba nikogo przekonywać do wartości podobnych lektur rozrywkowych z literatury czwartej. Marcin Wicha wie, jak przyciągnąć maluchy do czytania i nie zniechęcać ich dydaktycznymi wstawkami. Proponuje im bajkę utrzymaną w rytmie kreskówek, ale też mocno nastawioną na autotematyzm. W ten sposób zyskuje dwie możliwości zainteresowania dzieci tekstem. Istnieje jako autor, ale nie przyćmiewa znanych bohaterów. Nie ingeruje też w przesłania „Bolków i Lolków” tak, że nie wzbudzi sprzeciwu ceniących sobie urok dawnych dobranocek. Przy tej książce uśmieją się i dzieci, i ich rodzice. „Bolek i Lolek. Genialni detektywi” to mistrzowska kontynuacja przygód sławnych braci. A dla Wichy też kolejna okazja do popisania się nieprzeciętnym poczuciem humoru.

niedziela, 7 września 2014

Grzegorz Wagner, Krzysztof Mecner: Kat. Biografia Huberta Wagnera

Agora, Warszawa 2014.

Legenda

Na tę publikację fani siatkówki rzucą się natychmiast. „Kat. Biografia Huberta Wagnera” to długo wyczekiwana opowieść o legendarnym trenerze, napisana przez jego syna, Grzegorza Wagnera i redaktora sportowego Krzysztofa Mecnera. Taki duet autorski gwarantuje, że w książce znajdą się przede wszystkim sportowe emocje i informacje, które przeciętnym czytelnikom wydadzą się bardzo szczegółowe. Dla tych, którzy kochają siatkówkę, wiadomości będzie wciąż mało. Ale po kolei…

„Kat” typową biografią jest tylko na początku, w tym obowiązkowym i gatunkowo powtarzalnym elemencie o rodzicach (i wcześniejszych pokoleniach) oraz przyjściu na świat bohatera tomu. W tym fragmencie autorzy podążają przez chwilę encyklopedycznymi ścieżkami, dość szczegółowo i bez większych emocji. Żeby nieco ożywić narrację przy tej opowieści, korzystają ze wspomnień członków rodziny. Wplatają je w tekst i uzyskują dzięki temu walor prywatności. Wprowadzenie do biografii Huberta Wagnera ociepla się i szybko zaczyna wciągać. Kiedy tylko bohater tomu styka się z siatkówką, relacja nabiera tempa. Odtąd już ani jeden fragment nie pozostawi czytelników obojętnymi.

Książka jest tak naprawdę zapisem roli siatkówki w życiu Huberta Wagnera. W jego najlepszych latach, w czasie gry i trenowania, nie ma prawie miejsca na prywatność. Grzegorz Wagner dołącza do wspomnień portret swojej mamy, ale ma się wrażenie, że przede wszystkim ze względu na podobieństwo zainteresowań: to w końcu znakomita siatkarka. Później autorzy odnotowują kolejne życiowe związki Huberta Wagnera, ale na zagłębianie się w jego sprawy osobiste nie ma czasu. Odbiorcy będą odnosić wrażenie, że siatkówka jest całym życiem Jurka, że poza nią nic wartego uwagi się nie dzieje. Ta sytuacja zmienia się dopiero pod koniec tomu, kiedy rozwojem wydarzeń rządzi już choroba alkoholowa. Ale i tutaj odskocznią od tematu staje się siatkówka.

Ci, którzy kochają siatkówkę, otrzymają tu przegląd siatkarskich emocji. Autorzy rozpisują się na temat kolejnych ważnych spotkań, metod treningowych, decyzji trenerskich podczas rozgrywek, atmosfery w zespole… To wszystko, co składało się na legendę Wagnera, tu zostaje jeszcze raz zilustrowane konkretnymi sytuacjami. Z tym, że nie chodzi już o ocenę działań ani o utrwalanie myśli selekcjonera, a o stworzenie najbardziej bliskiego prawdy obrazu. Grzegorz Wagner i Krzysztof Mecner dobrze radzą sobie z prowadzeniem opowieści. Pozasiatkarskie emocje tonują, te związane ze sportem podbijają. Sięgają do zapisków trenera, wywiadów i źródeł pisanych, ale przeprowadzają też własne rozmowy z kolegami i wychowankami Huberta Wagnera – proszą o komentarze do często kontrowersyjnych zajść, nie tuszują afer i nie starają się wybielać sylwetki Kata. Odwołują się też do filmu o nim, ale książka nie jest bezpośrednim przełożeniem owej produkcji. Tom zawiera wiele zdjęć z archiwum Wagnera, a i dwa ciekawe aneksy z notatkami trenera dotyczącymi gry.

Prezentowane tutaj emocje, bez względu na czasowe oddalenie, kibicom siatkówki łatwo będzie przeżywać. Opisywane sytuacje, zagrania i rewolucyjne pomysły to w końcu żywioł odbiorców książki. Możliwość zajrzenia za kulisy sportowych sukcesów i porażek to sposób na przedłużenie i wzmocnienie adrenaliny, okazja do utrwalenia meczowych przeżyć. I nie ma znaczenia, które pokolenia kibiców po tę publikację sięgną: Hubert Wagner to siatkarski fenomen, a tom „Kat” nikogo nie rozczaruje. To dobrze napisana i bardzo ciekawa biografia sportowa.

sobota, 6 września 2014

Iwona Banach: Lokator do wynajęcia

WNK, Warszawa 2014.

Sąsiedztwo

Zgodnie ze stwierdzeniem, że nic tak nie ożywia akcji jak nieboszczyk, Iwona Banach swoją powieść „Lokator do wynajęcia” utrzymuje w konwencji dowcipnego kryminału. Zamieszanie w sferze charakterów pomaga jej w uwalnianiu komizmu i ubarwianiu fabuły – Banach nie przepada za ogranymi scenariuszami. Dlatego też swojej bohaterce wymyśla zawód nietypowy. Miśka jest lokatorką do wynajęcia, dba pod nieobecność gospodarzy o ich domy, mieszkając w nich. Wszędzie zabiera ze sobą Noldiego, znajomego, który posturą odstrasza ewentualnych bandytów (lub nieuczciwych zleceniodawców) i chociaż ma wygląd mięśniaka, to urodzony humanista. Teraz Miśka z Noldim przybywa do Zakopanego, żeby wypełnić dwie umowy naraz. Nie tylko ma zająć się domem, w którym według miejscowych straszy, ale jeszcze mieć oko na dwie sąsiadki, dość demoniczne staruszki. Dziwne wypadki zaczynają rozgrywać się coraz szybciej, kiedy bohaterowie znajdują… misia z Krupówek, najwyraźniej – zamordowanego.

Iwona Banach stawia na śmiech. W „Lokatorze do wynajęcia” mnoży zabawne scenki (chociaż trzeba przyznać, że kiedy odwołuje się do komizmu słownego, nie zawsze wychodzi jej to na dobre, bo przewidywalność kierunku dyskusji niweczy efekt puenty). Przede wszystkim wprowadza do książki całą galerię zabawnych postaci. Dwie staruszki, z pozoru bezbronne i dobroduszne, chcą się jakoś rozerwać i potrafią knuć nieprawdopodobne intrygi, policjanci wykazują się wyjątkową nieudolnością w śledztwach. Trwa stały konflikt między góralami i ceprami. Pojawia się karykaturalna matka rozpieszczonego dorosłego syna, Banach robi, co może, żeby akcja była dynamiczna – morderstwa, porwania, brawurowe ucieczki i wiszące w powietrzu romanse – „Lokator do wynajęcia” pozostaje obyczajówką, ale obyczajówką, w której bardzo dużo się dzieje. Autorka stawia na rozmaite nieporozumienia i konflikty między postaciami, nie boi się zjawisk pozornie niewytłumaczalnych. Bawi się tematem – nie opiekuje się przesadnie Miśką, daje jej możliwość poznania różnych wad poznanego zawodu. Cieniem Miśki jest poczciwy Noldi. Kiedy tylko Noldi pojawia się w kuchni, oznaczać to będzie katastrofę. Chłopak nie potrafi gotować, a to uwielbia jeść. W tej powieści bardzo często się przeżera i… równie często wymiotuje, co akurat niekoniecznie czytelniczki ucieszy.

„Lokator do wynajęcia” to powieść nastawiona na rozrywkę. Zwyczajne i przyziemne problemy tutaj znikają, a ich miejsce zajmują quasi-kryminalne scenariusze. Banach pozwala bohaterom dziwić się miejscowym zwyczajom, wtrąca ich w nowy kontekst i zapewnia wiele do odkrycia. Miśka i Noldi na normalną egzystencję nie mają tutaj szans. Iwona Banach nie chce kopiować typowych obyczajówkowych fabuł, szuka własnego pomysłu na ożywienie akcji – i nawet jeśli nieraz w tym ożywianiu mocno przesadza, to przecież robi to wszystko dla zabawy. „Lokatora do wynajęcia” traktować poważnie się nie da. W tej historii znajdzie się za to bardzo dużo miejsca na dowcipne kontrasty, niespotykane wynalazki, wyrafinowane zemsty i potyczki oraz nieoczekiwane znajomości. Iwona Banach po raz drugi daje się poznać jako autorka, która ceni sobie dobry żart. Pomysłami oryginalnymi i pozbawionymi stereotypowych naleciałości nasyca fabułę, żeby wciąż w życiu bohaterów mieszać. Tak wymyślona powieść dostarcza rozrywki i sprawdza się jako lekkie czytadło – autorka nie zapomina bowiem o ciepłej i naturalnej narracji. W „Lokatorze do wynajęcia” miesza gatunki i udziwnia rzeczywistość, ale przez cały czas pamięta o swoich odbiorczyniach, którym pozwala na odkrywanie kolejnych niezwykłości.

piątek, 5 września 2014

Darien Gee: Uśmiech Madeline

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Pomoc sąsiedzka

Atmosfera jak u Fannie Flagg, tyle że bez krwawej tajemnicy w tle. Małe miasteczko, w którym wszyscy się znają, zwyczajne codzienne problemy i mnóstwo kobiet. Taki jest „Uśmiech Madeline” – literacki przegląd trosk i marzeń zwykłych bohaterów. Darien Gee zaprasza czytelniczki do zamkniętego środowiska, w którym wiele postaci ma swoje drobne dziwactwa, ale wszyscy wzajemnie się akceptują i szanują. W tym raju na ziemi, do którego odbiorczynie szybko zatęsknią, będzie też miejsce na małe dramaty – nie wszyscy wiodą bowiem spokojne życie. Bettie, która prowadzi kursy tworzenia albumów, ma zaniki pamięci i zachowuje się coraz dziwniej. Yvonne staje się niebezpieczną konkurencją dla miejscowej firmy hydraulicznej, Ava samotnie wychowuje syna, a jedyną osobą, na którą może liczyć, jest… żona ukochanego (nieżyjącego już zresztą). Connie znajduje zagubioną kozę i opiekuje się nią z wielkim oddaniem. Frances marzy o córeczce i chce zaadoptować dziecko z Chin. Bohaterek przewija się tu wiele, a każda wnosi do powieści coś nowego i ciekawego. Każda też na swój sposób pokazuje, jak mierzyć się z wyzwaniami, które bez przerwy niesie los.

U Darien Gee wszyscy mogą na siebie liczyć. Nawet jeśli sąsiedzka pomoc wydaje się przykrym obowiązkiem, nikogo nie zostawia się tutaj w potrzebie. I dzięki wzajemnej choć często szorstkiej pomocy Avalon okazuje się azylem także dla czytelniczek. Ekstremalnie silne wzruszenia zdarzają się tutaj stosunkowo rzadko, ale każda z postaci ma inną – i równie ważną – historię do zaprezentowania. Mieszkanki Avalon nie dokonują wielkich czynów, ale bardzo chciałoby się je poznać. Tu wszystkie zmartwienia wydają się od razu mniejsze i łatwiejsze do rozwiązania. „Uśmiech Madeline” to powieść krzepiąca, a do tego ciepła i serdeczna.

Autorka sięga po motywy mniej obecnie w literaturze rozrywkowej eksploatowane. Nieszczęścia nie wiążą się u niej z chorobami cywilizacyjnymi, Gee stawia na bardziej uniwersalne uczucia. Lubi prowokować i rozbawiać odejściem od schematów: piękna Yvonne jest fachowcem od kanalizacji i rur, a żona i kochanka zaczynają ze sobą współpracować dla dobra dziecka tej drugiej. Wszystkim smutkom można zaradzić, projektując albumy na zdjęcia (według Bettie ma to mieć działanie terapeutyczne). Akcja w „Uśmiechu Madeline” toczy się powoli, ale dzięki sporej liczbie bohaterów i ich drobnych spraw wydaje się mknąć do przodu. Autorka przez sam sposób opisywania wydarzeń przywiązuje do siebie czytelniczki. Nie muszą one już angażować się w egzystencję i uczucia postaci – wystarczy, że porwie je rytm narracji. Sympatia do mieszkanek Avalon przyjdzie z czasem.

„Uśmiech Madeline” jest powieścią dla pań – apetyczną i gęstą od życiowych przełomów. Na odbiorczynie rozmiłowane w gotowaniu czeka tu garść przepisów, także do ozdabiania albumów łatwo się przy lekturze przekonać. Ale najważniejsza jest tu nadzieja płynąca z międzyludzkich więzi. Bohaterki nie muszą być zawsze wobec siebie serdeczne i troskliwe – ale nigdy nie pozostawią potrzebujących i pokrzywdzonych. W tej powieści nie ma miejsca na triumf złą – wszelkie zalążki przykrości zostają szybko stłamszone, a dobroć wolna od litości wygrywa. „Uśmiech Madeline” jest powieścią rozgrzewającą – dodaje otuchy i zapewnia czytelniczkom prosty relaks, nie odwołując się przy tym do męczących i wciąż powtarzanych fabuł czy rozwiązań z obyczajówek. W Avalon wszystko toczy się swoim trybem, odbiorczynie zyskują szansę zajrzenia do tego niemal baśniowego miejsca. To pozycja dla pań, które cenią w książkach kojące tony, serdeczność i brak poważnych zmartwień (lub poważnego traktowania dużych zmartwień), nie do przezwyciężenia. „Uśmiech Madeline” to odpoczynek.

czwartek, 4 września 2014

Nicolas Bouvier: Kronika japońska. Pustka i pełnia

Noir sur Blanc, Warszawa 2014.

Sposób na piękno

Z tą książką można spróbować zrozumieć istotę Japonii bez wychodzenia z domu. Nicolas Bouvier obserwacje z podróży po Japonii zamknął w udanym tomie „Kronika japońska”. Na „Pustkę i pełnię” składają się z kolei pozostawione przez niego notatki, fragmentaryczne spostrzeżenia, pojedyncze akapity i krótkie zapiski dla pamięci – zalążki kolejnej publikacji. Teraz obie japońskie opowieści połączone zostały w jednym tomie i zapewniają czytelnikom moc rozmaitych doznań.

Chociaż Bouvier pracuje jak reporter, nie dostarcza odbiorcom prostego reportażu ani przełożenia podróżnych doświadczeń na język dziennika wyprawy. Widać w lekturze olbrzymi kontrast między dziełem tego autora a dzisiejszymi relacjami podróżników i obieżyświatów. Bouvier swoją fascynację Japonią przekłada na piękną literaturę. Wzbogaca własne doznania o malowniczy styl, w rytmie prozy oddaje tętno swoich przeżyć. Językowy obraz Japonii zasługuje na taką samą uwagę co kraj z całą historią i narodem. Zwłaszcza w „Kronice japońskiej” łatwo dać się powieść samej narracji: tu język urzeka, okazuje się zniewalająco piękny, liryczny, a przy tym i bardzo trafny. Bouvier nie boi się rozbudowanych zmysłowych opisów, stara się precyzyjnie oddawać istotę życia w Japonii – kraju, którego języka dobrze nawet nie poznał. Być może właśnie rola przybysza z zewnątrz, obcego, umożliwia mu takie otwarcie się na nowe wrażenia. Językowe ograniczenia z kolei prowadzą do chłonięcia otoczenia na różne sposoby. Wszystko razem spotyka się potem w tej prozie, prozie, która pochłania czytelników, nie dając im ani chwili odpoczynku.

Japońska historia – a przynajmniej te jej elementy, które ukształtowały kulturę, japońskie obyczaje, religia i sztuka – wszystko, co autor chciałby ocalić, przedstawia w tej opowieści. Dba o to, żeby odbiorcy otrzymali nie zestaw nudnych i podręcznikowo analizowanych faktów, a historię pasjonującą i z wyraźnymi konsekwencjami w codzienności Japończyków. Nie zajmuje się pojedynczymi ludźmi – skupia się za to na zjawiskach i ich roli dla społeczeństwa. Bouvier nie może zrezygnować z łatki przybysza – ale zależy mu na tym, żeby zrozumieć egzotyczny kraj. Dla przyjemności czytelników odwołuje się do poezji i do lokalnych tradycji, cały czas ma w pamięci literaturę i teatr. Nie jest ani poszukiwaczem sensacji ani miłośnikiem absurdów, nie chce też się dziwić temu wszystkiemu, co zastał – przygląda się bez zdumienia, unika także ocen, bo doskonale wie, że ze swojej perspektywy nie dałby rady odczytać wszystkich przesłanek. Odnotowuje jednak elementy różnic kulturowych.

„Kronika japońska. Pustka i pełnia” to tytuł, który dzisiaj pokazuje, jak można chłonąć kulturę tego kraju, by unikać przy tym banału i płytkich obserwacji. Nicolas Bouvier tworzy literaturę podróżniczą w najlepszym gatunku, z nastawieniem na literackość języka, precyzję myśli i melodyjność stylu. Ukrywa w tej książce siebie i nie posługuje się listą koniecznych do zobaczenia miejsc czy zwyczajów do przetestowania. W żaden sposób nie próbuje usystematyzować swoich doświadczeń z Japonii, a to sprawia, że na każdej niemal stronie można odkryć coś niespodziewanego i ciekawego, co niekiedy nawet da początek nowym studiom. Japonia oddalona w czasie jawi się tutaj jako kraj egzotycznych przyzwyczajeń. Bouvier próbuje odczytywać wpisane w kulturę gesty i tłumaczyć podstawy wiedzy. Nie chce być przewodnikiem po Japonii, usiłuje za to znaleźć sposób na przedstawienie jej niezwykłego piękna.

środa, 3 września 2014

Aleksandra Szarłat: Celebryci z tamtych lat. Prywatne życie wielkich gwiazd PRL-u

Znak, Kraków 2014.

Czar anegdot

Wspomnienia znanych ludzi z czasów PRL są prawdziwą kopalnią anegdot i doskonale wiedzą o tym nie tylko badacze czy publicyści. Wiele z tych anegdot funkcjonuje wciąż w obiegu, wiele pojawia się w kolejnych książkach prezentujących bohaterów z przeszłości. Aleksandra Szarłat, która niedawno dała się poznać jako autorka ciekawego tomu „Prezenterki” znów sięga do barwnych ciekawostek z życia sław, odnosząc się do szlachetniejszych niż dziś „ekscesów” i wydarzeń rozbudzających wyobraźnię przeciętnych czytelników. Tom „Celebryci z tamtych lat. Prywatne życie wielkich gwiazd PRL-u” jest po pierwsze odpowiedzią na niesłabnące zainteresowanie odbiorców tym, czego nie widać, zakulisowymi plotkami oraz humorem, po drugie – próbą odpowiedzi na wszechobecny dzisiaj celebrytyzm, znacznie uboższy w treści (choć bogatszy w formie), po trzecie – przeglądem najbardziej atrakcyjnych krótkich opowiastek o ludziach filmu, teatru czy piosenki.

Zachęta na okładce zapowiada „nigdy niepublikowane fakty”. Aleksandra Szarłat bowiem obok historyjek doskonale znanych i powtarzanych w wielu źródłach przeprowadza też rozmowy z bohaterami tomu lub z ich bliskimi, uzupełniając zestaw o brakujące komentarze. Autorka cytuje zapiski, wspomnienia, fragmenty wywiadów i pamiętników, czasem zestawiając je ze sobą w nowej konfiguracji, tak, żeby wzajemnie się dopełniały lub wchodziły ze sobą w dialog. Jednak i tak w stylu prowadzonej opowieści bliżej jej do dociekliwego i żywo zainteresowanego tematem badacza niż do dziennikarza, który chce w prosty i bezwysiłkowy sposób stworzyć książkę z mozaiki cytatów. W „Celebrytach z tamtych lat” nie niszczy Szarłat uroku anegdot i spostrzeżeń gwiazd, dba o to, by czytelnicy wciąż zestawiali smaczki z życia najbardziej znanych.

Szarłat koncentruje się najpierw na wyjaśnieniu różnic między dzisiejszymi celebrytami a dawną popualrnością – musi to zrobić, bo w końcu do odczytywania przeszłości używać chce nieistniejących w niej narzędzi. Zajmuje się opisem miejsc, w których bywały gwiazdy (z bogatą historią związanych z owymi miejscami „legend” i dowcipów), sprawdza słabości znanych (alkohol, hazard, uzależnienie od mody), pomysły na kreowanie życia prywatnego czy rolę festiwali w zdobywaniu popularności. Co pewien czas wywody pokazujące proces zyskiwania sławy czy otoczkę egzystencji gwiazd przerywa drobnymi portretami dawnych „celebrytów”. Nie chce jednak tworzyć życiorysowych nudnych notek: encyklopedyczne wiadomości odsuwa na dalszy plan. Portrety buduje z ciekawostek, gromadzi anegdoty tematyczne, powiązane z konkretną postacią. Przybliża w ten sposób sylwetki tych, o których wszyscy słyszeli.

Tom „Celebryci z tamtych lat” jest spójną i przemyślaną opowieścią o gwiazdach minionej epoki, a jednocześnie kolejną pozycją o tej tematyce, jaka w ostatnich latach ukazała się na rynku. Aleksandrę Szarłat wyróżnia po pierwsze sposób prowadzenia narracji, a po drugie – imponująca liczba zgromadzonych opowieści. Autorka nie dokonuje ostrej selekcji. Historie najbardziej znane służą jej sportretowaniu bohaterów, te mniej znane rozbudzają ciekawość. „Celebryci z tamtych lat” to książka nastawiona na rozrywkę – i tej rozrywki odbiorcom dostarcza w bardzo dobrym stylu.

To publikacja bardzo apetyczna, mimo że nie przynosi ani nowej tematyki, ani nowego ujęcia motywu gwiazd. Szarłat wie jednak, jak przedstawiać zabawne historie, żeby nie uronić ich komicznego potencjału, swobodnie operuje materiałami źródłowymi i potrafi dodawać do odkryć również interesujące komentarze. Wybiera popularnych bohaterów, a przy takich decyzjach nie da się uniknąć powtórzeń części życiorysowych przygód. Autorce udaje się jednak omijać pułapki schematyzmu: „Celebryci z tamtych lat” dostarczają przyjemnej lektury. To dobre uzupełnienie do tomów „Aktorki” i „Prezenterki”, Szarłat natomiast czerpie przyjemność z wyszukiwania co bardziej smakowitych anegdot i scenek. Zajmuje się najciekawszą częścią życia gwiazd, ale bez odwoływania się do męczącej poetyki plotki.

wtorek, 2 września 2014

Dorota Suwalska: Piegowate niebo

Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

Zwierzę domowe

Inka wydaje się być modelową nastolatką z powieści dla młodzieży. Nie akceptuje swojego imienia, nie akceptuje kolegów z klasy (uparcie określając ich mianem debili – mimo takiego stosunku do nich bardzo liczy się z ich zdaniem), denerwuje ją młodsza siostra. Inka bardzo chciałaby mieć psa i już prawie udało jej się załatwić to z rodzicami, kiedy tata sprowadza do domu bociana ze złamanym skrzydłem. O psie na razie nie może więc być mowy. Inka coraz bardziej zamyka się w sobie. Nie za bardzo ma z kim dzielić się swoimi zmartwieniami. Wkracza przecież w czas dojrzewania, a jeszcze nie zaczęły rosnąć jej piersi i nie dostała okresu. Podoba jej się pewien chłopak, ale nie ma śmiałości, żeby do niego zagadać. Jakby tego było mało, odkrywa, że jej rodzice uprawiają seks – a wiadomo, że ta oczywistość w młodym wieku jest trudna do zaakceptowania. I tak w tonie buntu nastolatki, wyautowania i ogólnego niezrozumienia Inka prowadzi opowieść o swojej codzienności. Zwierza się pamiętnikowi w netbooku, świadoma, że tworzy dla Potomnych.

„Piegowate niebo” jest mocno nastawione na autotematyzm. Bohaterka wie, jakie są wymogi dobrego tekstu, rzadko posługuje się kolokwialnym słownictwem, dba o budowanie napięcia (często za sprawą przesuwania na później drobnych zagadek). Pamięta o swoich czytelnikach i stara się ciągle do nich zwracać: Dorota Suwalska może w ten sposób przemycić kilka zasad pisania, zupełnie mimochodem. Takie zwracanie uwagi na proces tworzenia służy też podkreśleniu samotności Inki: dziewczyna nie chce zbyt długo rozpamiętywać własnych problemów, napomyka zatem o nich, a emocje chowa za refleksjami o pisaniu. Do tych refleksji dochodzą jeszcze zabawy scenariuszowe – Inka próbuje część wydarzeń, których nie zna z autopsji, ubrać w formę minidramatu – tym samym autorka zachęca do eksperymentów pisarskich i do układania własnych opowieści w wersji przeznaczonej na scenę.

Z czasem Inka wychodzi do ludzi i przekonuje się, że nie są tacy straszni, a już na pewno nie życzą jej źle. „Piegowate niebo” ma w końcu odwzorowywać nie tylko psychikę nastolatek, ale i możliwości pozytywnych rozwiązań rozmaitych problemów. Bohaterka przeżywa wiele przykrości i upokorzeń, ale nie oznaczają one nigdy końca świata. W przewrotny sposób chce Dorota Suwalska dawać czytelnikom nadzieję.

Sporo jest w tej powieści informacji na temat bocianich zwyczajów. Tata zajmuje się ochroną tego gatunku i swoją pasją zaraża młodszą córkę. Zresztą trudno nie zainteresować się bocianimi tematami, gdy za oknem przechadza się już prawie oswojony przedstawiciel gatunku. Suwalska zyskuje dzięki temu płaszczyznę egzotyki: czytelnicy dowiedzą się czegoś o wypluwkach i o groźnych dla bocianów sznurkach pozostawianych na polach przez rolników. „Piegowate niebo” bocianie wiadomości przytacza mimochodem, ale dość szczegółowo. Dla odbiorców może to być atrakcja i szansa na zdobycie ciekawych informacji – a do tego dochodzi jeszcze niebanalny koloryt lokalny powieści. Nie da się zaprzeczyć, że bociany nadają barw prostej historii i mogą wskazać odbiorcom oryginalne zainteresowania.

„Piegowate niebo” nie zawiera męczącej dawki optymizmu, czym Suwalska do siebie przekona nastolatki. Znajdą one tutaj pełne zrozumienie dla swoich potrzeb i zwyczajów, w bohaterce odkryją ślady swoich tęsknot i lęków. To powieść lekka i w zasadzie pozbawiona tematów tabu, relacja bliskiej koleżanki, która potrafi dystansować się od wielu potencjalnych katastrof – i która najlepiej pojmie brak zrozumienia czy poczucie samotności. Dorota Suwalska zna uniwersalny świat swoich odbiorczyń.