Karakter, Kraków 2024.
Kształty
Pandemia zatrzymała świat i zmusiła do refleksji nad tym, co w codziennym pędzie niezauważane. Do zastanowienia nad tym, co na wyciągnięcie ręki, nieuchwytne przeważnie albo niedoceniane, nad tym, co powinno być obiektem naturalnych wręcz rozważań – a nie jest, bo szkoda poświęcać czas na medytacje. Marcin Wicha, który zawodowo zajmuje się projektowaniem, poświęca kolejne szkice ze swojego tomu „Gościnne występy. Kawałki o projektowaniu” różnym aspektom zwyczajnego życia. Analizuje miejskie projekty, które narzucają odbiór i reakcje przechodniów, ale znacznie bardziej cieszy go przyglądanie się drobiazgom. Nieprzypadkowo z czasem coraz bardziej przybliża się do niewielkich akcentów – śladów działań projektantów, interesują go kroje pisma czy… wykrzyknik, ratujący źle zaprojektowane płaszczyzny tekstu. Zmusza wręcz czytelników do zastanowienia nad tekstem jako takim – nad jego warstwą graficzną, kształtem a nie sensem. Uczy uważności, wyczulenia na to, co nieistotne z pozoru – a co składa się na wygodę lub niewygodę codzienności. Przypomina o tym, że projektant powinien myśleć o konsekwencjach jego działań – także tych dalekosiężnych, dla środowiska (w końcu łatwo jest wykorzystać plastik dla szybkiego efektu, ale już niekoniecznie – dla zdrowia planety. Niby nie ma tu ekologicznych dydaktyzmów, a jednak nie da się przejść obojętnie obok refleksji tego rodzaju). Zwykłym odbiorcom z kolei uświadamia, jak istotna jest rola projektanta w kształtowaniu najbliższej przestrzeni.
Każdy tekst w tej książce jest inny i nie oznacza to wyłącznie zabawy formą, chociaż autor funduje swoim odbiorcom i reportaż, i stenogram (podsłuch z firmowego dnia), i poetyckie eksperymenty, piosenkowe refreny i wspomnienia. Za każdym razem otwiera na coś nowego – ma do opowiedzenia historię, którą ubiera w konkretną, pasującą do niej szatę – tylko po to, żeby wybić czytelników ze schematu odczytywania tekstu linearnie. Zatrzymuje uwagę, przeszkadza, albo, wprost przeciwnie, podaje myśli, które łączą pokolenia: każdy w tej książce może odnaleźć siebie, ale z zupełnie niespodziewanej perspektywy.
Marcin Wicha zamienia się w przewodnika, który nie zapomniał, jak to jest być artystą w swoim fachu. Prowadzi odbiorców przez meandry designu – nie tego z rozmachem, wymagającego kierunkowego wykształcenia, ale tego, który poddaje się najprostszym, nawet naiwnym analizom: daje narzędzia do oglądania ze zrozumieniem tego, co powstało dla wygody człowieka. Przy okazji tworzy – bo ta publikacja nie jest zwyczajną lekturą, otwiera przed czytelnikami możliwości interpretacyjne i subtelnie nakierowuje na obserwowanie efektów pracy anonimowych przeważnie (dla szerokiego grona odbiorców) projektantów. Design jest wszędzie – a tutaj obejmuje także formę narracji. Umie Marcin Wicha eksponować ciekawe spostrzeżenia, serwuje na marginesie dawkę ciekawostek, która pozwala łatwiej uchwycić istotę projektowania. To nie jest pozycja, która ma porządkować wiedzę na temat projektowania – ale pokazuje sens zawodu projektanta w refleksjach odbiorców i użytkowników. W takim ujęciu schematy zastąpione zostają sztuką, a rodzaje odczytań zamieniają się w rozrywkowe analizy – swobodne i pozbawione nadęcia. Marcin Wicha wprowadza w świat, który warto odkrywać w różnych jego przejawach i detalach, uczy wrażliwości na piękno drobiazgów i na ciekawostki, które wymykają się pierwszemu poznaniu. I dlatego, chociaż drobna i sylwiczna, jest ta książka bardzo ważna.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Wicha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Wicha. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 marca 2024
niedziela, 11 marca 2018
Marcin Wicha: Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka
Egmont, Warszawa 2018.
Zamiast straszyć
Sebastian Van Pirek jest bohaterem stworzonym dla śmiechu, podobnie zresztą jak większość postaci, które Marcin Wicha przedstawia najmłodszym w swoich książkach. „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” to nie tylko popis komizmotwórczy, ale też wskazanie cech gatunkowych w cyklu Poczytaj ze mną. Dzięki etykietom, jakimi oznaczone są kolejne tomiki, maluchy mogą świadomie wybierać sobie lektury zgodnie z zainteresowaniami bądź aktualnymi potrzebami, wiedzione ciekawością albo dobrymi doświadczeniami. Egyzstencja Van Pirka opatrzona została tagiem „biografia” i chociaż mowa tu o fikcyjnej postaci, Marcin Wicha do gatunku się odwołuje – tworzy z zasad genologicznych ramę kompozycyjną, a do tego czasami podpowiada dzieciom, na czym polegają opowieści o czyimś życiu. Wprowadza zatem oprócz śmiechu czynnik edukacyjny, a to spodoba się dorosłym kupującym książkę swoim pociechom.
Sebastian Van Pirek nie wyróżniałby się niczym szczególnym, gdyby nie to, że jest wampirem. Wprawdzie nikt już od dawna nie boi się wampirów (a tomik nie został opatrzony etykietą „horror”, więc Wicha straszyć czytelników nie zamierza), ale nie na wampirowatości polega charakterystyka postaci. Zresztą tu wszyscy są wampirami, nikt nie robi z tego sensacji. Problem tkwi gdzie indziej. Sebastianowi nie rosną kły. Na początku rodzice bagatelizują sprawę, zwłaszcza mama dobrotliwie objaśnia, że ten atrybut wampira pojawi się z czasem – ale Van Pirek dorasta, a wciąż nie może straszyć ogromnymi zębami. Szuka więc swojego przeznaczenia, ale przez brak kłów nie radzi sobie nawet w Wieczorowo-Nocnej Szkole Strachów i Upiorów. To już zaczyna być niepokojące. Sebastian próbuje więc innych ról, aż w końcu odkryje swoje przeznaczenie.
Marcin Wicha prowadzi tę historię z komicznym zacięciem. Przez większość akcji Van Pirek opowiada wymyślane przez siebie kawały. Nie są to dowcipy najwyższych lotów, mało który dorosły by się przy nich uśmiechnął – ale takie właśnie pomysły najbardziej rozbawiają docelowych odbiorców, więc „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” spotka się z ogromnym uznaniem maluchów. Tu właściwie nie ma odpoczynku od żartów, bo to one definiują bohatera naprawdę. To, co dla wszystkich jest jasne od początku – że Sebastian Van Pirek zamiast straszyć, powinien rozśmieszać – stanowić będzie punkt docelowy opowieści. Dzięki temu maluchy przekonają się, że każdy powinien być sobą, a nie dostosowywać się do stereotypowych czy ogólnych stwierdzeń. Van Pirek nie czułby się szczęśliwy w rolach, w których spełniają się inni (nie ma znaczenia – wampiry czy ludzie) – nie może przejmować cudzych marzeń, musi odkryć, czego naprawdę pragnie – i tego się trzymać. To cenna lekcja, która przysłonięta jest ciągłymi wygłupami. Dzieci nie będą miały problemu z odkryciem prawdy, którą przekazuje im Van Pirek – a przy okazji otrzymają zabawną lekturę. Na takiej książce mogą same próbować ćwiczyć czytanie – wciągnie je akcja i zestaw wywrotowych pomysłów autora. Marcin Wicha nie pozwala się nudzić, nawet mało pociągający tytuł nie będzie tu przeszkodą. Dzieci szybko złapią konwencję, w której tworzy ten autor – i zaangażują się w problemy Van Pirka. Ucieczka w świat wyobraźni w połączeniu z gatunkiem znanym z literatury faktu to w tym wypadku ciekawa opowieść, fikcyjna biografia pełna anegdot i nastawiona na najmłodszych odbiorców. Marcin Wicha pokazał już nieraz, że w literaturze dla dzieci stawia na śmiech i na absurdy – a to skutecznie przyciągnie do niego kilkulatki. Przygody wampira (i innych stworów, które z różnych powodów nie mogą straszyć) to pomysł nie do przecenienia.
Zamiast straszyć
Sebastian Van Pirek jest bohaterem stworzonym dla śmiechu, podobnie zresztą jak większość postaci, które Marcin Wicha przedstawia najmłodszym w swoich książkach. „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” to nie tylko popis komizmotwórczy, ale też wskazanie cech gatunkowych w cyklu Poczytaj ze mną. Dzięki etykietom, jakimi oznaczone są kolejne tomiki, maluchy mogą świadomie wybierać sobie lektury zgodnie z zainteresowaniami bądź aktualnymi potrzebami, wiedzione ciekawością albo dobrymi doświadczeniami. Egyzstencja Van Pirka opatrzona została tagiem „biografia” i chociaż mowa tu o fikcyjnej postaci, Marcin Wicha do gatunku się odwołuje – tworzy z zasad genologicznych ramę kompozycyjną, a do tego czasami podpowiada dzieciom, na czym polegają opowieści o czyimś życiu. Wprowadza zatem oprócz śmiechu czynnik edukacyjny, a to spodoba się dorosłym kupującym książkę swoim pociechom.
Sebastian Van Pirek nie wyróżniałby się niczym szczególnym, gdyby nie to, że jest wampirem. Wprawdzie nikt już od dawna nie boi się wampirów (a tomik nie został opatrzony etykietą „horror”, więc Wicha straszyć czytelników nie zamierza), ale nie na wampirowatości polega charakterystyka postaci. Zresztą tu wszyscy są wampirami, nikt nie robi z tego sensacji. Problem tkwi gdzie indziej. Sebastianowi nie rosną kły. Na początku rodzice bagatelizują sprawę, zwłaszcza mama dobrotliwie objaśnia, że ten atrybut wampira pojawi się z czasem – ale Van Pirek dorasta, a wciąż nie może straszyć ogromnymi zębami. Szuka więc swojego przeznaczenia, ale przez brak kłów nie radzi sobie nawet w Wieczorowo-Nocnej Szkole Strachów i Upiorów. To już zaczyna być niepokojące. Sebastian próbuje więc innych ról, aż w końcu odkryje swoje przeznaczenie.
Marcin Wicha prowadzi tę historię z komicznym zacięciem. Przez większość akcji Van Pirek opowiada wymyślane przez siebie kawały. Nie są to dowcipy najwyższych lotów, mało który dorosły by się przy nich uśmiechnął – ale takie właśnie pomysły najbardziej rozbawiają docelowych odbiorców, więc „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” spotka się z ogromnym uznaniem maluchów. Tu właściwie nie ma odpoczynku od żartów, bo to one definiują bohatera naprawdę. To, co dla wszystkich jest jasne od początku – że Sebastian Van Pirek zamiast straszyć, powinien rozśmieszać – stanowić będzie punkt docelowy opowieści. Dzięki temu maluchy przekonają się, że każdy powinien być sobą, a nie dostosowywać się do stereotypowych czy ogólnych stwierdzeń. Van Pirek nie czułby się szczęśliwy w rolach, w których spełniają się inni (nie ma znaczenia – wampiry czy ludzie) – nie może przejmować cudzych marzeń, musi odkryć, czego naprawdę pragnie – i tego się trzymać. To cenna lekcja, która przysłonięta jest ciągłymi wygłupami. Dzieci nie będą miały problemu z odkryciem prawdy, którą przekazuje im Van Pirek – a przy okazji otrzymają zabawną lekturę. Na takiej książce mogą same próbować ćwiczyć czytanie – wciągnie je akcja i zestaw wywrotowych pomysłów autora. Marcin Wicha nie pozwala się nudzić, nawet mało pociągający tytuł nie będzie tu przeszkodą. Dzieci szybko złapią konwencję, w której tworzy ten autor – i zaangażują się w problemy Van Pirka. Ucieczka w świat wyobraźni w połączeniu z gatunkiem znanym z literatury faktu to w tym wypadku ciekawa opowieść, fikcyjna biografia pełna anegdot i nastawiona na najmłodszych odbiorców. Marcin Wicha pokazał już nieraz, że w literaturze dla dzieci stawia na śmiech i na absurdy – a to skutecznie przyciągnie do niego kilkulatki. Przygody wampira (i innych stworów, które z różnych powodów nie mogą straszyć) to pomysł nie do przecenienia.
poniedziałek, 8 września 2014
Marcin Wicha: Bolek i Lolek. Genialni detektywi
Znak, Kraków 2014.
Przygody braci
Marcin Wicha ma poczucie humoru i pamięta, co bawiło go najbardziej w dziecięcych lekturach. To daje się zauważyć w tomie „Bolek i Lolek. Genialni detektywi. Tym razem bohaterowie bajki powracają w wakacyjnej historii quasi-śledczej i będą rozśmieszać małych odbiorców co chwilę. Bolek i Lolek nieźle rozrabiają. Najlepszy dowód, że z obozu zostali wyrzuceni już pierwszego dnia. To powód, dla którego wakacje spędzić mają w cichym i spokojnym miejscu, u cioci Ali. Jedynym urozmaiceniem mieszkania tutaj jest oryginalny jadłospis. Ciocia Ala stale eksperymentuje ze smakami konfitur i propozycje, jakie podsuwa dzieciom, dorosłych czytelników doprowadziłyby do mdłości. Małym spodoba się natomiast nonsens podobnych zestawień.
Bolek i Lolek zakładają biuro śledcze i reklamują swoje usługi wśród mieszkańców miasteczka. Przy okazji pomagają wyjaśnić część zagadek, zyskują mapę skarbów, stają oko w oko z wielkim dzikiem i spotykają panią Komarellę Ops, która zajmuje się spowalnianiem akcji i odpowiada za opisy przyrody w książkach. Zyskują też sojuszniczkę w przygodach, niejaką Polę Smok, zbieraczkę kapsli. Nie da się ukryć, w „Genialnych detektywach” akcji jest wiele. W odróżnieniu choćby od Martina Widmarka, Marcin Wicha nie koncentruje się na schematach śledztw kryminalnych. Nie idzie też w ślady Grzegorza Kasdepke – wyzwania detektywistyczne służą u niego rozrywce a nie pouczaniu dzieci. Zamiast więc analizować przesłanki i zastanawiać się nad rozwiązaniami, mali czytelnicy Wichy będą cieszyć się lekturą – wartką i pomysłową.
Wicha wykorzystuje istnienie znanych postaci, nie musi więc ich przedstawiać ani odmalowywać charakterów, od razu może przejść do sedna, czyli do szeregu zabawnych ciekawych wydarzeń. Rozbudza ciekawość od pierwszej strony, kiedy nie chce zdradzić przyczyny usunięcia chłopców z obozu. Potem wszystko dzieje się coraz szybciej i coraz intensywniej. Wicha zwraca się czasem bezpośrednio do czytelników, tworzy bardzo krótkie i dynamiczne rozdziały, a po każdym zapowiada, co będzie w następnym odcinku (a zapowiada ze śmiechem, tak, że każdy chce to sprawdzić). Drwi sobie z formy, bawi się słowami (Wielka Kapiąca Klątwa Hydrauliczna!) i ogólnie bez przerwy dostarcza powodów do śmiechu. Dba o to, by za każdą scenką stało kolejne istotne dla fabuły wydarzenie. Lekko kpi sobie z bohaterów, dla których skarbem jest poklejony lodami o smaku „Nowość” strzępek mapy – ale traktuje też Bolka i Lolka z sympatią i zrozumieniem dla chłopięcego głodu przygody. Bolek i Lolek mają swoje wady oraz bogatą wyobraźnię. Są uosobieniem dziecięcych wybryków i szalonych wakacyjnych pomysłów. Na wakacjach mogą realizować marzenia o ciekawych przeżyciach, nie wiedzą, czym jest nuda. Wicha potrafi budować napięcie, a do tego jeszcze rozśmieszać. Cały czas angażuje dzieci tak, by nie zauważały nawet czasu spędzonego nad książką.
Nie trzeba nikogo przekonywać do wartości podobnych lektur rozrywkowych z literatury czwartej. Marcin Wicha wie, jak przyciągnąć maluchy do czytania i nie zniechęcać ich dydaktycznymi wstawkami. Proponuje im bajkę utrzymaną w rytmie kreskówek, ale też mocno nastawioną na autotematyzm. W ten sposób zyskuje dwie możliwości zainteresowania dzieci tekstem. Istnieje jako autor, ale nie przyćmiewa znanych bohaterów. Nie ingeruje też w przesłania „Bolków i Lolków” tak, że nie wzbudzi sprzeciwu ceniących sobie urok dawnych dobranocek. Przy tej książce uśmieją się i dzieci, i ich rodzice. „Bolek i Lolek. Genialni detektywi” to mistrzowska kontynuacja przygód sławnych braci. A dla Wichy też kolejna okazja do popisania się nieprzeciętnym poczuciem humoru.
Przygody braci
Marcin Wicha ma poczucie humoru i pamięta, co bawiło go najbardziej w dziecięcych lekturach. To daje się zauważyć w tomie „Bolek i Lolek. Genialni detektywi. Tym razem bohaterowie bajki powracają w wakacyjnej historii quasi-śledczej i będą rozśmieszać małych odbiorców co chwilę. Bolek i Lolek nieźle rozrabiają. Najlepszy dowód, że z obozu zostali wyrzuceni już pierwszego dnia. To powód, dla którego wakacje spędzić mają w cichym i spokojnym miejscu, u cioci Ali. Jedynym urozmaiceniem mieszkania tutaj jest oryginalny jadłospis. Ciocia Ala stale eksperymentuje ze smakami konfitur i propozycje, jakie podsuwa dzieciom, dorosłych czytelników doprowadziłyby do mdłości. Małym spodoba się natomiast nonsens podobnych zestawień.
Bolek i Lolek zakładają biuro śledcze i reklamują swoje usługi wśród mieszkańców miasteczka. Przy okazji pomagają wyjaśnić część zagadek, zyskują mapę skarbów, stają oko w oko z wielkim dzikiem i spotykają panią Komarellę Ops, która zajmuje się spowalnianiem akcji i odpowiada za opisy przyrody w książkach. Zyskują też sojuszniczkę w przygodach, niejaką Polę Smok, zbieraczkę kapsli. Nie da się ukryć, w „Genialnych detektywach” akcji jest wiele. W odróżnieniu choćby od Martina Widmarka, Marcin Wicha nie koncentruje się na schematach śledztw kryminalnych. Nie idzie też w ślady Grzegorza Kasdepke – wyzwania detektywistyczne służą u niego rozrywce a nie pouczaniu dzieci. Zamiast więc analizować przesłanki i zastanawiać się nad rozwiązaniami, mali czytelnicy Wichy będą cieszyć się lekturą – wartką i pomysłową.
Wicha wykorzystuje istnienie znanych postaci, nie musi więc ich przedstawiać ani odmalowywać charakterów, od razu może przejść do sedna, czyli do szeregu zabawnych ciekawych wydarzeń. Rozbudza ciekawość od pierwszej strony, kiedy nie chce zdradzić przyczyny usunięcia chłopców z obozu. Potem wszystko dzieje się coraz szybciej i coraz intensywniej. Wicha zwraca się czasem bezpośrednio do czytelników, tworzy bardzo krótkie i dynamiczne rozdziały, a po każdym zapowiada, co będzie w następnym odcinku (a zapowiada ze śmiechem, tak, że każdy chce to sprawdzić). Drwi sobie z formy, bawi się słowami (Wielka Kapiąca Klątwa Hydrauliczna!) i ogólnie bez przerwy dostarcza powodów do śmiechu. Dba o to, by za każdą scenką stało kolejne istotne dla fabuły wydarzenie. Lekko kpi sobie z bohaterów, dla których skarbem jest poklejony lodami o smaku „Nowość” strzępek mapy – ale traktuje też Bolka i Lolka z sympatią i zrozumieniem dla chłopięcego głodu przygody. Bolek i Lolek mają swoje wady oraz bogatą wyobraźnię. Są uosobieniem dziecięcych wybryków i szalonych wakacyjnych pomysłów. Na wakacjach mogą realizować marzenia o ciekawych przeżyciach, nie wiedzą, czym jest nuda. Wicha potrafi budować napięcie, a do tego jeszcze rozśmieszać. Cały czas angażuje dzieci tak, by nie zauważały nawet czasu spędzonego nad książką.
Nie trzeba nikogo przekonywać do wartości podobnych lektur rozrywkowych z literatury czwartej. Marcin Wicha wie, jak przyciągnąć maluchy do czytania i nie zniechęcać ich dydaktycznymi wstawkami. Proponuje im bajkę utrzymaną w rytmie kreskówek, ale też mocno nastawioną na autotematyzm. W ten sposób zyskuje dwie możliwości zainteresowania dzieci tekstem. Istnieje jako autor, ale nie przyćmiewa znanych bohaterów. Nie ingeruje też w przesłania „Bolków i Lolków” tak, że nie wzbudzi sprzeciwu ceniących sobie urok dawnych dobranocek. Przy tej książce uśmieją się i dzieci, i ich rodzice. „Bolek i Lolek. Genialni detektywi” to mistrzowska kontynuacja przygód sławnych braci. A dla Wichy też kolejna okazja do popisania się nieprzeciętnym poczuciem humoru.
piątek, 6 grudnia 2013
Marcin Wicha: Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności
Znak, Kraków 2013.
Przyjaciel
Takie publikacje jak „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” bardzo cieszą, pozwalają bowiem wierzyć w absurd w literaturze czwartej. Marcin Wicha daje popis dowcipu w najlepszym gatunku – w tekście i w grafice – i zachęca dzieci do śledzenia przygód niezwykłej pary przyjaciół. Dziewczynka, Strusia, to wcielenie grzeczności. Zawsze porządna, uprzejma i spokojna, budzi tylko niechęć rówieśników (i podziw dorosłych). Wie, jak się zachowywać i czego nie robić. Łysol z kolei któregoś dnia wkracza w życie Strusi i może nauczyć ją niegrzeczności – a właściwie postaw typowych dla każdego normalnego kilkulatka. Łysol jest wielkim, kudłatym i brzydko pachnącym psem, który potrafi mówić i lubi wyzwania. Dzięki niemu Strusia przeżyje kilka ciekawych przygód i przestanie być dzieckiem idealnym. Pozna za to smak radości, szczęścia czy strachu. Na zawsze za to rozstanie się z nudą. I oczywiście zyska w Łysolu prawdziwego przyjaciela, o czym też nie należy zapominać. Tyle że na początku książki Strusia otrzymuje od pani dyrektor grzecznomierz, przyrząd do mierzenia zachowania i przyznawania punktów za wzorowe postawy. Grzecznomierz odejmuje też punkty za niewłaściwe zachowanie, ale Strusia lubi towarzystwo Łysola, który ogłasza się jej trenerem niegrzeczności.
Marzenie wielu rodziców i wychowawców o dziecku, które nie sprawia żadnych problemów, to mit, z którym Wicha szybko się rozprawia. Grzeczna Strusia to bohaterka, która sama skazuje się na społeczną izolację i nie może poznać uroków dzieciństwa. Zawsze pamięta o zasadach dobrego wychowania, co bardzo ją usztywnia. Dopiero Łysol stopniowo pozwala odzyskać Strusi normalność i zadowolenie z życia. Ale niegrzeczność nie oznacza w tej książce poważnych wykroczeń przeciwko zasadom wprowadzanym przez dorosłych. Codzienność z trenerem niegrzeczności oznacza przechytrzenie złośliwej nauczycielki i kosmiczną podróż, wizytę u niezwykłego fryzjera i przygotowanie jajecznicy z dziwnych składników. To po prostu rozwijanie wyobraźni i dopuszczanie bohaterki do świata bogatego w absurdy. Tu może zdarzyć się absolutnie wszystko, a Strusia jest młodszą siostrą Ali Betki Idy Pierelotkin. Śmiech budzi towarzysz jej zabaw, który z jednej strony nie zawsze orientuje się w zasadach rządzących światem ludzi, a z drugiej należy do bardzo kreatywnych istot.
Każdy rozdział (są bardzo krótkie i tematyzowane, przez co tom może być traktowany jak zbiór chronologicznie ułożonych opowiadań) zamykany jest komiksem. Marcin Wicha wykorzystuje w stripach pomysły, które najlepiej sprawdzają się w żartach rysunkowych i nie zmieściłyby się do tekstowych historyjek. Na pospiesznych rysunkach pojawiają się przeważnie gadające głowy i pojedyncze przedmioty, akcja jest ograniczana na rzecz słownego dowcipu i pojedynczych skojarzeń. Autor stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach (ile to jest 12 x 7?), lub wtrąca w nowe konteksty (radio Łysol czy restauracja U Łysola), stawia na absurd oraz na metatekst. Łysol i Strusia czasem zachowują się jak obrażone na siebie dzieci, zawsze natomiast będą bawić odbiorców. Wicha dokłada jeszcze rysunki ilustrujące wybrane sytuacje z rozdziałów, ale z racji szybkiej i zamaszystej kreski to komiksy powinny bardziej spodobać się czytelnikom.
Strusia i Łysol to para ciekawa i nakręcająca się wzajemnie do działania. Dla autora bardzo ważny jest żart – w prezentowaniu bohaterów nie ma miejsca na długie opisy (gdy są potrzebne, ujawnia się narrator), a wszystko opiera się na błyskawicznych dialogach. Nuda nie ma tu prawa wstępu, komizm przesyca narrację. Marcin Wicha to kolejny autor, który docenia potęgę absurdu w literaturze czwartej.
Przyjaciel
Takie publikacje jak „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” bardzo cieszą, pozwalają bowiem wierzyć w absurd w literaturze czwartej. Marcin Wicha daje popis dowcipu w najlepszym gatunku – w tekście i w grafice – i zachęca dzieci do śledzenia przygód niezwykłej pary przyjaciół. Dziewczynka, Strusia, to wcielenie grzeczności. Zawsze porządna, uprzejma i spokojna, budzi tylko niechęć rówieśników (i podziw dorosłych). Wie, jak się zachowywać i czego nie robić. Łysol z kolei któregoś dnia wkracza w życie Strusi i może nauczyć ją niegrzeczności – a właściwie postaw typowych dla każdego normalnego kilkulatka. Łysol jest wielkim, kudłatym i brzydko pachnącym psem, który potrafi mówić i lubi wyzwania. Dzięki niemu Strusia przeżyje kilka ciekawych przygód i przestanie być dzieckiem idealnym. Pozna za to smak radości, szczęścia czy strachu. Na zawsze za to rozstanie się z nudą. I oczywiście zyska w Łysolu prawdziwego przyjaciela, o czym też nie należy zapominać. Tyle że na początku książki Strusia otrzymuje od pani dyrektor grzecznomierz, przyrząd do mierzenia zachowania i przyznawania punktów za wzorowe postawy. Grzecznomierz odejmuje też punkty za niewłaściwe zachowanie, ale Strusia lubi towarzystwo Łysola, który ogłasza się jej trenerem niegrzeczności.
Marzenie wielu rodziców i wychowawców o dziecku, które nie sprawia żadnych problemów, to mit, z którym Wicha szybko się rozprawia. Grzeczna Strusia to bohaterka, która sama skazuje się na społeczną izolację i nie może poznać uroków dzieciństwa. Zawsze pamięta o zasadach dobrego wychowania, co bardzo ją usztywnia. Dopiero Łysol stopniowo pozwala odzyskać Strusi normalność i zadowolenie z życia. Ale niegrzeczność nie oznacza w tej książce poważnych wykroczeń przeciwko zasadom wprowadzanym przez dorosłych. Codzienność z trenerem niegrzeczności oznacza przechytrzenie złośliwej nauczycielki i kosmiczną podróż, wizytę u niezwykłego fryzjera i przygotowanie jajecznicy z dziwnych składników. To po prostu rozwijanie wyobraźni i dopuszczanie bohaterki do świata bogatego w absurdy. Tu może zdarzyć się absolutnie wszystko, a Strusia jest młodszą siostrą Ali Betki Idy Pierelotkin. Śmiech budzi towarzysz jej zabaw, który z jednej strony nie zawsze orientuje się w zasadach rządzących światem ludzi, a z drugiej należy do bardzo kreatywnych istot.
Każdy rozdział (są bardzo krótkie i tematyzowane, przez co tom może być traktowany jak zbiór chronologicznie ułożonych opowiadań) zamykany jest komiksem. Marcin Wicha wykorzystuje w stripach pomysły, które najlepiej sprawdzają się w żartach rysunkowych i nie zmieściłyby się do tekstowych historyjek. Na pospiesznych rysunkach pojawiają się przeważnie gadające głowy i pojedyncze przedmioty, akcja jest ograniczana na rzecz słownego dowcipu i pojedynczych skojarzeń. Autor stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach (ile to jest 12 x 7?), lub wtrąca w nowe konteksty (radio Łysol czy restauracja U Łysola), stawia na absurd oraz na metatekst. Łysol i Strusia czasem zachowują się jak obrażone na siebie dzieci, zawsze natomiast będą bawić odbiorców. Wicha dokłada jeszcze rysunki ilustrujące wybrane sytuacje z rozdziałów, ale z racji szybkiej i zamaszystej kreski to komiksy powinny bardziej spodobać się czytelnikom.
Strusia i Łysol to para ciekawa i nakręcająca się wzajemnie do działania. Dla autora bardzo ważny jest żart – w prezentowaniu bohaterów nie ma miejsca na długie opisy (gdy są potrzebne, ujawnia się narrator), a wszystko opiera się na błyskawicznych dialogach. Nuda nie ma tu prawa wstępu, komizm przesyca narrację. Marcin Wicha to kolejny autor, który docenia potęgę absurdu w literaturze czwartej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






