Egmont, Warszawa 2018.
Archeolog
W cyklu Poczytaj ze mną autorzy przedstawiają dzieciom nie tylko ciekawe fabułki dopasowane do wieku i zainteresowań odbiorców, ale także różne gatunki, obszary tematyczno-formalne, z jakich można potem wybierać swoje ulubione. "Tropem jeźdźca na słoniu" Justyny Bednarek ma już intrygujący tytuł. Jeśli do tego dodać dziennik jako wskazówkę genologiczną - motyw rzadko spotykany w literaturze czwartej - widać już, czym autorka próbuje zachęcić odbiorców do czytania. Jeździec na słoniu ma prowadzić do etruskiego grobowca, rzecz bowiem dotyczy prac archeologicznych. Dziennik prowadzi badacz zmuszony do opiekowania się potomstwem i jednocześnie poświęcający się pracy. Pan Witold, jak przystało na naukowca, jest roztargniony, nieobce są mu też dziecięce niemal sprzeczki i niesnaski. Nie przepada za doktorem Śmietaną, rywalem i intrygantem w pracy. Ale to ze Śmietaną ma wybrać się do Tarkwinii. Tam znajduje grobowiec z tajemniczym malowidłem przedstawiającym jeźdźca na słoniu. Już pierwszego dnia bohater wpada w dół wykopany przez Śmietanę, łamie nogę i wraca pod czułą opiekę żony. Na szczęście może liczyć na swoje dzieci. Bo w tej opowieści dzieci, Franek i Myszka, odgrywają ważną rolę. Chłopiec owija sobie ojca wokół palca, wmawia mu, że wszystkie problemy w szkole to efekt działań złośliwego kolegi, a on sam jest całkowicie niewinny. Myszka jest mała i jeszcze niewiele rozumie, ale przyda się w akcji – nie można jej tu zignorować.
Justyna Bednarek dba o to, by z dorosłego bohatera zrobić postać komiczną. Nie dość, że uczony śmieszy wyglądem (gdy w pośpiechu ubiera się rano, wloką się za nim kalesony), to jeszcze bezradnością. To ona wie, jak o niego zadbać, opiekuje się nim jak kolejnym dzieckiem. Także brak autorytetu u pociech składa się na ten portret-karykaturę. "Tropem jeźdźca na słoniu" to historia operująca odwróconymi stereotypami rodziny – i potwierdzanymi, jeśli chodzi o sylwetkę badacza. Operuje autorka zabawnymi schematami, wyostrza problemy i zamienia je w dziecięce konflikty zupełnie naturalnie. Tu dzieci są bardziej sprytne niż dorośli, autorka ucieszy maluchy kreacjami, a humor sytuacyjny zachęci jeszcze do czytania. Ale ta opowieść ma jeszcze jeden aspekt: Badacz zaangażowany w swoją pracę nawet we własnym dzienniku popisuje się wiedzą. Oczywiście chodzi o to, żeby trochę wyedukować najmłodszych, pokazać im ciekawostki związane z pracą archeologów. Momentami rozbudowuje wiadomości o Etruskach – trudne dla początkujących czytelników, a też i niekoniecznie działające na wyobraźnię dzieci: można było trochę uważniej przygotować zestaw informacji do przekazania kilkulatkom. Justyna Bednarek stawia jednak w tym wypadku na fachowość i pewne jest, że lekcja historii stanie się najsłabszym elementem publikacji. Bardziej cenna w opowieści jest forma: dzieci przekonają się, czym jest dziennik i tu Justyna Bednarek błędów nie popełnia. Może zmieniać motywy i nastroje w kolejnych zapiskach, a także pozwala dzieciom uczestniczyć w wydarzeniach. Katarzyna Trzeszczkowska, która zajmuje się ilustracjami, próbuje połączyć motywy "starożytne" ze współczesnymi - bawi się stylistyką i komiksowością w wizerunkach dzieci. Stawia na zgaszone kolory i dyskretny humor, lubi wykorzystywać motywy sugerujące erudycję, pasujące do świata uczonych. Pojawiają się tu desenie ze starych map, rzeźby, księgi, postacie przenoszone z dawnych czasów i funkcjonujące tu jako ozdobniki. "Tropem jeźdźca na słoniu" to publikacja, która tytułem przyciągnie, ale realizacją sugeruje nastawienie na małych bardzo ambitnych odbiorców. Justyna Bednarek w budowaniu akcji myśli o najmłodszych, ale już przy częstowaniu ich skomplikowanymi opisami przeszłości - niekoniecznie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poczytaj ze mną. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poczytaj ze mną. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 czerwca 2018
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Zofia Stanecka: Gdy pada deszcz. Wizyta goblinów
Egmont, Warszawa 2018.
Bitwa
Coś dziwnego dzieje się podczas deszczu w londyńskim parku. Ale tak to już jest, że kiedy pada deszcz, to w książkach dla dzieci nuda chowa się w kąt. Wszystkie maluchy już chyba wiedzą, że nie powinno się narzekać na złą pogodę. Ta – jak kiedyś moment pójścia spać – przynosi najwspanialsze przygody. Przynajmniej w świecie fantazji. Do fantasy należy tomik „Gdy pada deszcz. Wizyta goblinów”, książeczka przygotowana w serii Poczytaj ze mną przez Zofię Stanecką. To historia, która dzieci skusi przede wszystkim niespodzianką. Gobliny nie należą do specjalnie wykorzystywanych postaci w literaturze czwartej na rynku pop – można więc zastanawiać się najpierw, kim one są i do czego są zdolne – w drugiej kolejności za to zająć się ich doświadczeniami. Tutaj autorka nawiązuje do poprzedniej publikacji w tej serii, „Gdy pada deszcz. Przejście”. Wtedy to przedstawiała małą Gaję i jej spotkanie z goblinami. Teraz powraca do Gai.
W domu dziewczynki mieszka aktualnie jeden goblin, Korzonek, którym Gaja i Feliks się zaopiekowali, zyskując nowego nietypowego przyjaciela. Ich mama nie zdziwiła się przybyszem ze świata baśni, przeciwnie – zaopiekowała się nim, wyposażając w ubrania na złą londyńską pogodę. Mamy już takie są, przekonuje Stanecka. Czasami narzekają, ale zawsze można na nie liczyć i nie zostawią nikogo w potrzebie. Tyle że teraz dom Gai, nawet z egzotycznym stworem, nie jest najważniejszy. Na pierwszy plan wybija się to, co obserwuje Ben Chapman, operator koparki podczas budowy stawu. Nagle ziemia pod jego maszyną zaczyna drżeć. Nie wygląda to na „zwykłe” trzęsienie ziemi (bardziej charakterystyczne jednak dla Japonii niż dla Anglii), ale robotnik woli zaalarmować pracodawców. Już wkrótce nad ziemią na terenie przyszłego stawu zaczyna się unosić mgła. Zbiegają się do dołu wszystkie psy z okolicy. Nie może zabraknąć też Korzonka, a gdzie wyrusza Korzonek, tam podążają i jego przyjaciele. Gdzieś w tle opowieści i nad dołem ze wzburzoną ziemią pobrzmiewają echa tematów tolerancji i przyjmowania przybyszy z zewnątrz – ale to nie zdominuje narracji, Zofia Stanecka wybiera tym razem dynamikę i zaskoczenia dla małych odbiorców.
Ilustracje do tego tomiku przygotowała Aleksandra Krzanowska. Udaje jej się złamanymi kolorami odwrócić uwagę dzieci od agresywnych zachowań bohaterów: w kolorystyce to wciąż książeczka przyjazna i pełna ciepła, nawet mimo tego, że otwarcie przejścia do świata goblinów, przypadkowe, wywołuje szereg konfliktów. Gobliny w jej ujęciu są sympatyczne i niegroźne, nie przypominają strasznych potworów czy bohaterów koszmarów, nikomu tu nie chodzi o straszenie odbiorców, a o pokazanie możliwości wyobraźni. Zofia Stanecka buduje historię w odcinkach – dla tych, którzy polubią fantastykę, przygotowuje kolejne przygody Gai. Gobliny są w takim wypadku wabikiem na maluchy – okazją do zastanowienia się nad rolą fantazji w wymyślaniu historii. Tomik może wskazywać odbiorcom cechy charakterystyczne dla gatunku, służy rozrywce, a nie edukowaniu kilkulatków: Zofia Stanecka wie, co zrobić, by wciągnąć dzieci w opowieść i przekonać je do samodzielnego śledzenia tekstu – Aleksandra Krzanowska to samo zyskuje barwnymi ilustracjami. Dyskretny humor przewija się przez relację i sprawia, że najmłodsi chętnie będą śledzić doświadczenia Gai i Feliksa oraz Korzonka. A przy okazji sami zaczną wymyślać, co ciekawego zdarzyć się może podczas zwykłego deszczu.
Bitwa
Coś dziwnego dzieje się podczas deszczu w londyńskim parku. Ale tak to już jest, że kiedy pada deszcz, to w książkach dla dzieci nuda chowa się w kąt. Wszystkie maluchy już chyba wiedzą, że nie powinno się narzekać na złą pogodę. Ta – jak kiedyś moment pójścia spać – przynosi najwspanialsze przygody. Przynajmniej w świecie fantazji. Do fantasy należy tomik „Gdy pada deszcz. Wizyta goblinów”, książeczka przygotowana w serii Poczytaj ze mną przez Zofię Stanecką. To historia, która dzieci skusi przede wszystkim niespodzianką. Gobliny nie należą do specjalnie wykorzystywanych postaci w literaturze czwartej na rynku pop – można więc zastanawiać się najpierw, kim one są i do czego są zdolne – w drugiej kolejności za to zająć się ich doświadczeniami. Tutaj autorka nawiązuje do poprzedniej publikacji w tej serii, „Gdy pada deszcz. Przejście”. Wtedy to przedstawiała małą Gaję i jej spotkanie z goblinami. Teraz powraca do Gai.
W domu dziewczynki mieszka aktualnie jeden goblin, Korzonek, którym Gaja i Feliks się zaopiekowali, zyskując nowego nietypowego przyjaciela. Ich mama nie zdziwiła się przybyszem ze świata baśni, przeciwnie – zaopiekowała się nim, wyposażając w ubrania na złą londyńską pogodę. Mamy już takie są, przekonuje Stanecka. Czasami narzekają, ale zawsze można na nie liczyć i nie zostawią nikogo w potrzebie. Tyle że teraz dom Gai, nawet z egzotycznym stworem, nie jest najważniejszy. Na pierwszy plan wybija się to, co obserwuje Ben Chapman, operator koparki podczas budowy stawu. Nagle ziemia pod jego maszyną zaczyna drżeć. Nie wygląda to na „zwykłe” trzęsienie ziemi (bardziej charakterystyczne jednak dla Japonii niż dla Anglii), ale robotnik woli zaalarmować pracodawców. Już wkrótce nad ziemią na terenie przyszłego stawu zaczyna się unosić mgła. Zbiegają się do dołu wszystkie psy z okolicy. Nie może zabraknąć też Korzonka, a gdzie wyrusza Korzonek, tam podążają i jego przyjaciele. Gdzieś w tle opowieści i nad dołem ze wzburzoną ziemią pobrzmiewają echa tematów tolerancji i przyjmowania przybyszy z zewnątrz – ale to nie zdominuje narracji, Zofia Stanecka wybiera tym razem dynamikę i zaskoczenia dla małych odbiorców.
Ilustracje do tego tomiku przygotowała Aleksandra Krzanowska. Udaje jej się złamanymi kolorami odwrócić uwagę dzieci od agresywnych zachowań bohaterów: w kolorystyce to wciąż książeczka przyjazna i pełna ciepła, nawet mimo tego, że otwarcie przejścia do świata goblinów, przypadkowe, wywołuje szereg konfliktów. Gobliny w jej ujęciu są sympatyczne i niegroźne, nie przypominają strasznych potworów czy bohaterów koszmarów, nikomu tu nie chodzi o straszenie odbiorców, a o pokazanie możliwości wyobraźni. Zofia Stanecka buduje historię w odcinkach – dla tych, którzy polubią fantastykę, przygotowuje kolejne przygody Gai. Gobliny są w takim wypadku wabikiem na maluchy – okazją do zastanowienia się nad rolą fantazji w wymyślaniu historii. Tomik może wskazywać odbiorcom cechy charakterystyczne dla gatunku, służy rozrywce, a nie edukowaniu kilkulatków: Zofia Stanecka wie, co zrobić, by wciągnąć dzieci w opowieść i przekonać je do samodzielnego śledzenia tekstu – Aleksandra Krzanowska to samo zyskuje barwnymi ilustracjami. Dyskretny humor przewija się przez relację i sprawia, że najmłodsi chętnie będą śledzić doświadczenia Gai i Feliksa oraz Korzonka. A przy okazji sami zaczną wymyślać, co ciekawego zdarzyć się może podczas zwykłego deszczu.
niedziela, 11 marca 2018
Marcin Wicha: Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka
Egmont, Warszawa 2018.
Zamiast straszyć
Sebastian Van Pirek jest bohaterem stworzonym dla śmiechu, podobnie zresztą jak większość postaci, które Marcin Wicha przedstawia najmłodszym w swoich książkach. „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” to nie tylko popis komizmotwórczy, ale też wskazanie cech gatunkowych w cyklu Poczytaj ze mną. Dzięki etykietom, jakimi oznaczone są kolejne tomiki, maluchy mogą świadomie wybierać sobie lektury zgodnie z zainteresowaniami bądź aktualnymi potrzebami, wiedzione ciekawością albo dobrymi doświadczeniami. Egyzstencja Van Pirka opatrzona została tagiem „biografia” i chociaż mowa tu o fikcyjnej postaci, Marcin Wicha do gatunku się odwołuje – tworzy z zasad genologicznych ramę kompozycyjną, a do tego czasami podpowiada dzieciom, na czym polegają opowieści o czyimś życiu. Wprowadza zatem oprócz śmiechu czynnik edukacyjny, a to spodoba się dorosłym kupującym książkę swoim pociechom.
Sebastian Van Pirek nie wyróżniałby się niczym szczególnym, gdyby nie to, że jest wampirem. Wprawdzie nikt już od dawna nie boi się wampirów (a tomik nie został opatrzony etykietą „horror”, więc Wicha straszyć czytelników nie zamierza), ale nie na wampirowatości polega charakterystyka postaci. Zresztą tu wszyscy są wampirami, nikt nie robi z tego sensacji. Problem tkwi gdzie indziej. Sebastianowi nie rosną kły. Na początku rodzice bagatelizują sprawę, zwłaszcza mama dobrotliwie objaśnia, że ten atrybut wampira pojawi się z czasem – ale Van Pirek dorasta, a wciąż nie może straszyć ogromnymi zębami. Szuka więc swojego przeznaczenia, ale przez brak kłów nie radzi sobie nawet w Wieczorowo-Nocnej Szkole Strachów i Upiorów. To już zaczyna być niepokojące. Sebastian próbuje więc innych ról, aż w końcu odkryje swoje przeznaczenie.
Marcin Wicha prowadzi tę historię z komicznym zacięciem. Przez większość akcji Van Pirek opowiada wymyślane przez siebie kawały. Nie są to dowcipy najwyższych lotów, mało który dorosły by się przy nich uśmiechnął – ale takie właśnie pomysły najbardziej rozbawiają docelowych odbiorców, więc „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” spotka się z ogromnym uznaniem maluchów. Tu właściwie nie ma odpoczynku od żartów, bo to one definiują bohatera naprawdę. To, co dla wszystkich jest jasne od początku – że Sebastian Van Pirek zamiast straszyć, powinien rozśmieszać – stanowić będzie punkt docelowy opowieści. Dzięki temu maluchy przekonają się, że każdy powinien być sobą, a nie dostosowywać się do stereotypowych czy ogólnych stwierdzeń. Van Pirek nie czułby się szczęśliwy w rolach, w których spełniają się inni (nie ma znaczenia – wampiry czy ludzie) – nie może przejmować cudzych marzeń, musi odkryć, czego naprawdę pragnie – i tego się trzymać. To cenna lekcja, która przysłonięta jest ciągłymi wygłupami. Dzieci nie będą miały problemu z odkryciem prawdy, którą przekazuje im Van Pirek – a przy okazji otrzymają zabawną lekturę. Na takiej książce mogą same próbować ćwiczyć czytanie – wciągnie je akcja i zestaw wywrotowych pomysłów autora. Marcin Wicha nie pozwala się nudzić, nawet mało pociągający tytuł nie będzie tu przeszkodą. Dzieci szybko złapią konwencję, w której tworzy ten autor – i zaangażują się w problemy Van Pirka. Ucieczka w świat wyobraźni w połączeniu z gatunkiem znanym z literatury faktu to w tym wypadku ciekawa opowieść, fikcyjna biografia pełna anegdot i nastawiona na najmłodszych odbiorców. Marcin Wicha pokazał już nieraz, że w literaturze dla dzieci stawia na śmiech i na absurdy – a to skutecznie przyciągnie do niego kilkulatki. Przygody wampira (i innych stworów, które z różnych powodów nie mogą straszyć) to pomysł nie do przecenienia.
Zamiast straszyć
Sebastian Van Pirek jest bohaterem stworzonym dla śmiechu, podobnie zresztą jak większość postaci, które Marcin Wicha przedstawia najmłodszym w swoich książkach. „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” to nie tylko popis komizmotwórczy, ale też wskazanie cech gatunkowych w cyklu Poczytaj ze mną. Dzięki etykietom, jakimi oznaczone są kolejne tomiki, maluchy mogą świadomie wybierać sobie lektury zgodnie z zainteresowaniami bądź aktualnymi potrzebami, wiedzione ciekawością albo dobrymi doświadczeniami. Egyzstencja Van Pirka opatrzona została tagiem „biografia” i chociaż mowa tu o fikcyjnej postaci, Marcin Wicha do gatunku się odwołuje – tworzy z zasad genologicznych ramę kompozycyjną, a do tego czasami podpowiada dzieciom, na czym polegają opowieści o czyimś życiu. Wprowadza zatem oprócz śmiechu czynnik edukacyjny, a to spodoba się dorosłym kupującym książkę swoim pociechom.
Sebastian Van Pirek nie wyróżniałby się niczym szczególnym, gdyby nie to, że jest wampirem. Wprawdzie nikt już od dawna nie boi się wampirów (a tomik nie został opatrzony etykietą „horror”, więc Wicha straszyć czytelników nie zamierza), ale nie na wampirowatości polega charakterystyka postaci. Zresztą tu wszyscy są wampirami, nikt nie robi z tego sensacji. Problem tkwi gdzie indziej. Sebastianowi nie rosną kły. Na początku rodzice bagatelizują sprawę, zwłaszcza mama dobrotliwie objaśnia, że ten atrybut wampira pojawi się z czasem – ale Van Pirek dorasta, a wciąż nie może straszyć ogromnymi zębami. Szuka więc swojego przeznaczenia, ale przez brak kłów nie radzi sobie nawet w Wieczorowo-Nocnej Szkole Strachów i Upiorów. To już zaczyna być niepokojące. Sebastian próbuje więc innych ról, aż w końcu odkryje swoje przeznaczenie.
Marcin Wicha prowadzi tę historię z komicznym zacięciem. Przez większość akcji Van Pirek opowiada wymyślane przez siebie kawały. Nie są to dowcipy najwyższych lotów, mało który dorosły by się przy nich uśmiechnął – ale takie właśnie pomysły najbardziej rozbawiają docelowych odbiorców, więc „Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka” spotka się z ogromnym uznaniem maluchów. Tu właściwie nie ma odpoczynku od żartów, bo to one definiują bohatera naprawdę. To, co dla wszystkich jest jasne od początku – że Sebastian Van Pirek zamiast straszyć, powinien rozśmieszać – stanowić będzie punkt docelowy opowieści. Dzięki temu maluchy przekonają się, że każdy powinien być sobą, a nie dostosowywać się do stereotypowych czy ogólnych stwierdzeń. Van Pirek nie czułby się szczęśliwy w rolach, w których spełniają się inni (nie ma znaczenia – wampiry czy ludzie) – nie może przejmować cudzych marzeń, musi odkryć, czego naprawdę pragnie – i tego się trzymać. To cenna lekcja, która przysłonięta jest ciągłymi wygłupami. Dzieci nie będą miały problemu z odkryciem prawdy, którą przekazuje im Van Pirek – a przy okazji otrzymają zabawną lekturę. Na takiej książce mogą same próbować ćwiczyć czytanie – wciągnie je akcja i zestaw wywrotowych pomysłów autora. Marcin Wicha nie pozwala się nudzić, nawet mało pociągający tytuł nie będzie tu przeszkodą. Dzieci szybko złapią konwencję, w której tworzy ten autor – i zaangażują się w problemy Van Pirka. Ucieczka w świat wyobraźni w połączeniu z gatunkiem znanym z literatury faktu to w tym wypadku ciekawa opowieść, fikcyjna biografia pełna anegdot i nastawiona na najmłodszych odbiorców. Marcin Wicha pokazał już nieraz, że w literaturze dla dzieci stawia na śmiech i na absurdy – a to skutecznie przyciągnie do niego kilkulatki. Przygody wampira (i innych stworów, które z różnych powodów nie mogą straszyć) to pomysł nie do przecenienia.
czwartek, 1 marca 2018
Ewa Nowak: Strażak Lulek
Egmont, Warszawa 2018.
Wielka przygoda
Ewa Nowak wie, jak zachęcić dzieci do czytania – a także jak wpleść do niewielkich historyjek mnóstwo wartościowych dla młodych odbiorców informacji. W „Strażaku Lulku” zachęcać do czytania będzie długowłosy chomik albinos, Śnieżynka. Chomik należy do Edytki, ale już pierwszego dnia w nowym domu znika z klatki i udaje się do sąsiada. Dalekie wędrówki Śnieżynki na razie są zagadką dla dzieci, ale w końcu okaże się, dlaczego stanowić mogą siłę napędową książki. Strażak Lulek z kolei, tytułowy bohater bajki-niebajki, prezentowany jest przez Ewę Nowak dość stereotypowo, przynajmniej od pewnego momentu: kiedy rusza do walki z ogniem i ocala wszystko przed płomieniami. Na co dzień zwykle odsypia dyżury i wyczerpujące akcje, odbiorcy obejrzą go więc w piżamie i rozleniwionego – ale i tak sympatycznego oraz budzącego zaufanie. Do tego zaufania przyczynia się też fakt, że strażak Lulek został właścicielem smoliście czarnego królika, potrafi też zaopiekować się Śnieżynką.
Akcja w tym tomiku toczy się za sprawą małej Edytki. Dziewczynka po przeprowadzce do nowego domu nie może znaleźć sobie koleżanek (Ewa Nowak tego nie mówi, ale być może dzieci odtrącają ją za sprawą powierzchowności, co z kolei sugeruje ilustracjami Daria Solak). Edytka jest miła i dobra, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, nie zawaha się ani przez chwilę – w ten sposób sama może wpakować się w poważne tarapaty. Nie trzeba przecież wiele, żeby zaprószyć ogień: po kilku dniach upału wystarczy niedopałek papierosa rzucony w trawę, butelka, na którą padają promienie słońca… a wyschnięta na wiór szopa może stać się straszną pułapką, gdy w pobliżu rozszaleje się ogień. Ewa Nowak nie zastanawia się długo nad rozmiarami dramatu, proponuje dzieciom naprawdę mocne wrażenia, nieprzypadkowo tomik ukazuje się z etykietką „przygoda” na okładce. Wiadomo, że nie będzie tu koszmaru, wszystko musi skończyć się dobrze – ale zanim dojdzie do szczęśliwego finału, autorka dostarcza adrenaliny. Żeby uciec od stereotypów, w roli bohatera na pierwszy plan wysuwa się jednak nie strażak Lulek (to nikogo by nie zdziwiło), a malutka Śnieżynka, która potrafi poinformować sąsiada o niebezpieczeństwie grożącym dziewczynce.
„Strażak Lulek” to zatem lektura wartka i pełna ciekawych z punktu widzenia dzieci sytuacji. Jedni odbiorcy będą zachwycać się mądrością zwierząt, siłą miłości i przywiązania, inni zajmą się raczej emocjami związanymi z zagrożeniem. Chłopców do tomiku przyciągnie zawód strażaka – już sklasyczniały w literaturze czwartej. Dziewczynki – chomiczka Śnieżynka oraz postać Edytki. Ewa Nowak chce zatem zaangażować obie płcie w lekturę. Przy okazji przemyca rozmaite pouczenia i wskazówki dla dzieci (trudno o lepsze wyjaśnienie, dlaczego nie wolno śmiecić i wyrzucać niedopałków), pokazuje, że czasami trzeba poczekać na akceptację w grupie, że niektóre maluchy są złośliwe bez względu na dobre intencje rówieśników. Szkoda jedynie, że w przygodzie Edytki tak dużo jest zdrobnień – ma się wrażenie, że Ewa Nowak czasami aż ćwierka do dzieci, a to w przypadku tak doświadczonej autorki dziwi i trochę męczy. Kilkulatki naturalnie nie przekreślą tomiku z tego powodu – ale warto by w przyszłości ograniczyć nieco liczbę zdrobnień, żeby do dzieci mówić poważnie. Daria Solak w tej książeczce stawia na ilustracje wyraziste i kolorowe, a do tego dziecięce. Rezygnuje z przedstawiania postaci idealnych (wszyscy mają nadwagę), skupia się na wyodrębnianiu detali. Sprawia, że maluchy chcą śledzić historię i zapamiętują ją przez silne odczucia.
Wielka przygoda
Ewa Nowak wie, jak zachęcić dzieci do czytania – a także jak wpleść do niewielkich historyjek mnóstwo wartościowych dla młodych odbiorców informacji. W „Strażaku Lulku” zachęcać do czytania będzie długowłosy chomik albinos, Śnieżynka. Chomik należy do Edytki, ale już pierwszego dnia w nowym domu znika z klatki i udaje się do sąsiada. Dalekie wędrówki Śnieżynki na razie są zagadką dla dzieci, ale w końcu okaże się, dlaczego stanowić mogą siłę napędową książki. Strażak Lulek z kolei, tytułowy bohater bajki-niebajki, prezentowany jest przez Ewę Nowak dość stereotypowo, przynajmniej od pewnego momentu: kiedy rusza do walki z ogniem i ocala wszystko przed płomieniami. Na co dzień zwykle odsypia dyżury i wyczerpujące akcje, odbiorcy obejrzą go więc w piżamie i rozleniwionego – ale i tak sympatycznego oraz budzącego zaufanie. Do tego zaufania przyczynia się też fakt, że strażak Lulek został właścicielem smoliście czarnego królika, potrafi też zaopiekować się Śnieżynką.
Akcja w tym tomiku toczy się za sprawą małej Edytki. Dziewczynka po przeprowadzce do nowego domu nie może znaleźć sobie koleżanek (Ewa Nowak tego nie mówi, ale być może dzieci odtrącają ją za sprawą powierzchowności, co z kolei sugeruje ilustracjami Daria Solak). Edytka jest miła i dobra, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, nie zawaha się ani przez chwilę – w ten sposób sama może wpakować się w poważne tarapaty. Nie trzeba przecież wiele, żeby zaprószyć ogień: po kilku dniach upału wystarczy niedopałek papierosa rzucony w trawę, butelka, na którą padają promienie słońca… a wyschnięta na wiór szopa może stać się straszną pułapką, gdy w pobliżu rozszaleje się ogień. Ewa Nowak nie zastanawia się długo nad rozmiarami dramatu, proponuje dzieciom naprawdę mocne wrażenia, nieprzypadkowo tomik ukazuje się z etykietką „przygoda” na okładce. Wiadomo, że nie będzie tu koszmaru, wszystko musi skończyć się dobrze – ale zanim dojdzie do szczęśliwego finału, autorka dostarcza adrenaliny. Żeby uciec od stereotypów, w roli bohatera na pierwszy plan wysuwa się jednak nie strażak Lulek (to nikogo by nie zdziwiło), a malutka Śnieżynka, która potrafi poinformować sąsiada o niebezpieczeństwie grożącym dziewczynce.
„Strażak Lulek” to zatem lektura wartka i pełna ciekawych z punktu widzenia dzieci sytuacji. Jedni odbiorcy będą zachwycać się mądrością zwierząt, siłą miłości i przywiązania, inni zajmą się raczej emocjami związanymi z zagrożeniem. Chłopców do tomiku przyciągnie zawód strażaka – już sklasyczniały w literaturze czwartej. Dziewczynki – chomiczka Śnieżynka oraz postać Edytki. Ewa Nowak chce zatem zaangażować obie płcie w lekturę. Przy okazji przemyca rozmaite pouczenia i wskazówki dla dzieci (trudno o lepsze wyjaśnienie, dlaczego nie wolno śmiecić i wyrzucać niedopałków), pokazuje, że czasami trzeba poczekać na akceptację w grupie, że niektóre maluchy są złośliwe bez względu na dobre intencje rówieśników. Szkoda jedynie, że w przygodzie Edytki tak dużo jest zdrobnień – ma się wrażenie, że Ewa Nowak czasami aż ćwierka do dzieci, a to w przypadku tak doświadczonej autorki dziwi i trochę męczy. Kilkulatki naturalnie nie przekreślą tomiku z tego powodu – ale warto by w przyszłości ograniczyć nieco liczbę zdrobnień, żeby do dzieci mówić poważnie. Daria Solak w tej książeczce stawia na ilustracje wyraziste i kolorowe, a do tego dziecięce. Rezygnuje z przedstawiania postaci idealnych (wszyscy mają nadwagę), skupia się na wyodrębnianiu detali. Sprawia, że maluchy chcą śledzić historię i zapamiętują ją przez silne odczucia.
sobota, 10 września 2016
Zofia Stanecka: Gdy pada deszcz. Przejście
Egmont, Warszawa 2016.
Świat goblinów
Czasami miło jest pomarzyć o ucieczce do innego świata, każdy od czasu do czasu tego potrzebuje. Przekonuje się o tym mała Gaja, bohaterka tomiku „Gdy pada deszcz. Przejście” autorstwa Zofii Staneckiej. Dziewczynka strasznie się nudzi – gdy pada deszcz, mama każe jej sprzątać. Na domiar złego w nocy nie przychodzi sen. Tak Gaja odkrywa sekret staruszki, pani Smith. Na trawniku przed domem pani Smith zamienia się w elfią królową i tworzy magiczne przejście do miejsca pełnego nieprzyjaznych goblinów. Tu spotyka też wspaniałego psa, na którego grzbiecie może nawet jeździć. Jest więc na przemian i strasznie, i bardzo ciekawie. Gaja poznaje tajemnicę pani Smith i przekonuje się, że istnieją tuż obok fantastyczne krainy. Od tej pory będzie z utęsknieniem czekać na deszcz, bo tylko wtedy da się odwiedzać alternatywną rzeczywistość.
W serii Poczytaj ze mną wydawnictwa Egmont pojawiają się książki dość krótkie, za to będące realizacjami określonych gatunków. W ten sposób maluchy mogą świadomie wskazywać własne lekturowe upodobania i, co za tym idzie, znacznie chętniej odnosić się do czytania. „Przejście” to tomik opatrzony etykietką „fantasy”, a krótką charakterystykę tego rodzaju historii znaleźć można w środku. To sposób na edukowanie kilkulatków i dyskusję o indywidualnych upodobaniach: dzięki takiemu podejściu czytanie może szybciej stać się rozrywką i przyjemnością. A Zofia Stanecka bardzo dobrze radzi sobie z nowym wyzwaniem. Pisze historię, w której wiele jest magii i fantastycznych istot. Dzieci mogą nawet szukać w fabule wyznaczników gatunku, żeby lepiej je zapamiętać i rozpoznawać w przyszłości.
Historia ma dostarczać przyjemności. Zofia Stanecka wykorzystuje zatem aurę tajemniczości, do tego świata nie mają dostępu dorośli – bo sąsiadka-staruszka nie zalicza się do tego grona, jest przecież elfią królową. Poza bramą zamku może być groźnie, ale ucieczka przed niebezpieczeństwami i stawianie czoła wyzwaniom to dodatkowy smaczek pobytu w alternatywnej krainie: nawet tłum goblinów jest lepszy niż nuda, deszcz i sprzątanie. Stanecka tworzy historyjkę pełną pościgów i walk – ale to, o dziwo, uszczęśliwia małą bohaterkę i zamienia jej egzystencję w przygodę. Autorka też nie przedstawia cukierkowej wersji elfów, to nie popserial, a rzetelna fantastyka. W odejściu od realizmu jest Stanecka także przekonująca, a to ważne, bo może uprzytomnić dzieciom, ile znaczy wyobraźnia.
Aleksandra Krzanowska stara się w warstwie graficznej utrzymać oniryczno-baśniowy klimat, ale i sekret nocy. Często decyduje się na ciemne tła, odrobinę groźne, gra drobnymi akcentami światła. Noc rozmywa kontury i sprawia, że wszystko staje się jeszcze bardziej tajemnicze. W takiej scenerii nie musi już troszczyć się o przerażający wygląd postaci – fantastyczne istoty wyglądają jak stworki z kreskówek i nikogo nie będą w stanie przestraszyć. To dobre rozwiązanie, skoro nie wszystkie dzieci lubią się bać.
„Gdy pada deszcz. Przejście” to krótka historyjka, na której maluchy mogą ćwiczyć czytanie. Powoli doświadczona autorka wprowadza odbiorców w świat możliwości, jakie zapewniają prawdziwe lektury, przypomina im, co znaczy fantazja i jak najłatwiej zabić nudę. W tym tomiku Gaja przekonuje się, że rzeczy nie zawsze są takie, na jakie wyglądają: po takiej przygodzie może zacząć inaczej spoglądać na otoczenie. A kiedy uwierzy raz w magiczny świat, znajdzie tam swój azyl.
Świat goblinów
Czasami miło jest pomarzyć o ucieczce do innego świata, każdy od czasu do czasu tego potrzebuje. Przekonuje się o tym mała Gaja, bohaterka tomiku „Gdy pada deszcz. Przejście” autorstwa Zofii Staneckiej. Dziewczynka strasznie się nudzi – gdy pada deszcz, mama każe jej sprzątać. Na domiar złego w nocy nie przychodzi sen. Tak Gaja odkrywa sekret staruszki, pani Smith. Na trawniku przed domem pani Smith zamienia się w elfią królową i tworzy magiczne przejście do miejsca pełnego nieprzyjaznych goblinów. Tu spotyka też wspaniałego psa, na którego grzbiecie może nawet jeździć. Jest więc na przemian i strasznie, i bardzo ciekawie. Gaja poznaje tajemnicę pani Smith i przekonuje się, że istnieją tuż obok fantastyczne krainy. Od tej pory będzie z utęsknieniem czekać na deszcz, bo tylko wtedy da się odwiedzać alternatywną rzeczywistość.
W serii Poczytaj ze mną wydawnictwa Egmont pojawiają się książki dość krótkie, za to będące realizacjami określonych gatunków. W ten sposób maluchy mogą świadomie wskazywać własne lekturowe upodobania i, co za tym idzie, znacznie chętniej odnosić się do czytania. „Przejście” to tomik opatrzony etykietką „fantasy”, a krótką charakterystykę tego rodzaju historii znaleźć można w środku. To sposób na edukowanie kilkulatków i dyskusję o indywidualnych upodobaniach: dzięki takiemu podejściu czytanie może szybciej stać się rozrywką i przyjemnością. A Zofia Stanecka bardzo dobrze radzi sobie z nowym wyzwaniem. Pisze historię, w której wiele jest magii i fantastycznych istot. Dzieci mogą nawet szukać w fabule wyznaczników gatunku, żeby lepiej je zapamiętać i rozpoznawać w przyszłości.
Historia ma dostarczać przyjemności. Zofia Stanecka wykorzystuje zatem aurę tajemniczości, do tego świata nie mają dostępu dorośli – bo sąsiadka-staruszka nie zalicza się do tego grona, jest przecież elfią królową. Poza bramą zamku może być groźnie, ale ucieczka przed niebezpieczeństwami i stawianie czoła wyzwaniom to dodatkowy smaczek pobytu w alternatywnej krainie: nawet tłum goblinów jest lepszy niż nuda, deszcz i sprzątanie. Stanecka tworzy historyjkę pełną pościgów i walk – ale to, o dziwo, uszczęśliwia małą bohaterkę i zamienia jej egzystencję w przygodę. Autorka też nie przedstawia cukierkowej wersji elfów, to nie popserial, a rzetelna fantastyka. W odejściu od realizmu jest Stanecka także przekonująca, a to ważne, bo może uprzytomnić dzieciom, ile znaczy wyobraźnia.
Aleksandra Krzanowska stara się w warstwie graficznej utrzymać oniryczno-baśniowy klimat, ale i sekret nocy. Często decyduje się na ciemne tła, odrobinę groźne, gra drobnymi akcentami światła. Noc rozmywa kontury i sprawia, że wszystko staje się jeszcze bardziej tajemnicze. W takiej scenerii nie musi już troszczyć się o przerażający wygląd postaci – fantastyczne istoty wyglądają jak stworki z kreskówek i nikogo nie będą w stanie przestraszyć. To dobre rozwiązanie, skoro nie wszystkie dzieci lubią się bać.
„Gdy pada deszcz. Przejście” to krótka historyjka, na której maluchy mogą ćwiczyć czytanie. Powoli doświadczona autorka wprowadza odbiorców w świat możliwości, jakie zapewniają prawdziwe lektury, przypomina im, co znaczy fantazja i jak najłatwiej zabić nudę. W tym tomiku Gaja przekonuje się, że rzeczy nie zawsze są takie, na jakie wyglądają: po takiej przygodzie może zacząć inaczej spoglądać na otoczenie. A kiedy uwierzy raz w magiczny świat, znajdzie tam swój azyl.
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Agnieszka Frączek: Po co komu mamut?
Egmont, Warszawa 2016.
Ucieczka z jaskini
Od dobrze zadanego pytania może się zacząć cała komiczna historyjka. Agnieszka Frączek pytania zadawać potrafi. Jej tomik „Po co komu mamut” to bajka w starym stylu (nie tylko ze względu na mamuta) – rozbudowana rymowanka z wartką akcją i nietuzinkowym bohaterem. Mały mamutek, który zlazł z naskalnego malowidła w jaskini, rusza w świat. Jako jedyny przedstawiciel gatunku wzbudza zrozumiałą sensację – już wkrótce za mamutem podążać będzie całe grono ludzi i zwierząt, żywo zainteresowanych tematem zaakcentowanym w tytule książeczki. Po co komu mamut, to oczywiście się wyjaśni na samym końcu. Najpierw trzeba będzie trochę pobiegać za bohaterem.
Agnieszka Frączek posługuje się typowym dla bajki sylabotonikiem opartym na ośmiozgłoskowcu, rytm pozwala jej utrzymać tempo opowieści i atmosferę zabawy. Rytm też zapewnia o kojącej wymowie lektury – chociaż za mamutkiem biegnie wielu, bohaterowi nic złego nie może się stać. Autorka zresztą od dawna przyzwyczaja odbiorców do uwielbienia dla śmiechu, lub żarty i chętnie po nie sięga. Z żartu przecież bierze się absurdalny temat jej historyjki. Humor przesyca całą rymowankę stopniowo, gdy autorka dodaje kolejne postacie do pościgu – wszystkie są podporządkowane dowcipowi. Wiele tu różnorakich emocji, które potęgują jeszcze komizm podczas odbioru. Niełatwo przecież dzieciom byłoby wymyślić rozwścieczonego wróbla czy język mamucki – takich niespodzianek autorka wrzuca do tekstu sporo. Podchwytuje je także Joanna Rusinek, której wystarczy zasugerowanie wyznacznika świata przedstawionego do tworzenia własnych żartów. W kwestii warsztatu: Agnieszka Frączek jest już specjalistką od rymowania i dobrze czuje się w mowie wiązanek. Owszem, od czasu do czasu stosuje rymy gramatyczne – ale w tak obszernym tekście to właściwie nieuniknione, a poza tym dobrze się tłumaczy, nie ma w tych zabiegach grafomańskich zapędów. Uwaga dzieci skupiać się będzie na mamutku, a dorośli nie mają powodu, żeby narzekać na jakość współbrzmień – to dosyć rzadkie w wierszykach dla dzieci, tym bardziej zasługuje na docenienie. „Po co komu mamut” to książeczka niemal wzorcowa pod względem warsztatowym, autorka nie idzie na kompromisy w kwestii opowiadania historii. Panuje nad słowami, co warto odnotować. Dzieciom proponuje tekst absurdalny i wolny od pouczeń. Chociaż najczęściej Agnieszka Frączek pisze bajki użytkowe, to jest – w różny sposób edukujące małych odbiorców – dopiero teraz pokazuje, co potrafi naprawdę w dziedzinie bajkowości.
O Joannie Rusinek pisać można wyłącznie w samych superlatywach. Ilustratorka idealnie wstrzeliła się w klimat opowiastki i dodaje do niej własne komiczne pomysły. Operuje różnymi technikami, a i różnymi sposobami wzbudzania śmiechu, sadza hipopotama na drzewie, a mamutka w salonie piękności, bawi mimiką postaci, a i krajobrazami, zarzuca odbiorców różnymi liściastymi deseniami, każdą rozkładówkę stara się przygotowywać inaczej niż poprzednią, żeby jak najbardziej urozmaicić dzieciom lekturę. Mały mamut z tej książeczki trochę w wyglądzie przypomina słonia Pomelo, więc do lektury przekonają się fani tych tomików obrazkowych. W serii Poczytaj ze mną pojawia się zatem książeczka dla tych, którzy lubią historie bajkowe, z przymrużeniem oka. Frączek i Rusinek zachęcają do samodzielnego czytania: tomik w starym stylu może stać się ulubioną bajką wielu maluchów – może też im udowodnić, że warto sięgać po książki dla rozrywki. Mały mamutek to obietnica całkiem dobrej zabawy – odbiorcy nie zawiodą się na tej postaci i mogą chętniej przystępować do ćwiczenia czytania. Zwłaszcza że Agnieszka Frączek nie nudzi ani nie poucza.
Ucieczka z jaskini
Od dobrze zadanego pytania może się zacząć cała komiczna historyjka. Agnieszka Frączek pytania zadawać potrafi. Jej tomik „Po co komu mamut” to bajka w starym stylu (nie tylko ze względu na mamuta) – rozbudowana rymowanka z wartką akcją i nietuzinkowym bohaterem. Mały mamutek, który zlazł z naskalnego malowidła w jaskini, rusza w świat. Jako jedyny przedstawiciel gatunku wzbudza zrozumiałą sensację – już wkrótce za mamutem podążać będzie całe grono ludzi i zwierząt, żywo zainteresowanych tematem zaakcentowanym w tytule książeczki. Po co komu mamut, to oczywiście się wyjaśni na samym końcu. Najpierw trzeba będzie trochę pobiegać za bohaterem.
Agnieszka Frączek posługuje się typowym dla bajki sylabotonikiem opartym na ośmiozgłoskowcu, rytm pozwala jej utrzymać tempo opowieści i atmosferę zabawy. Rytm też zapewnia o kojącej wymowie lektury – chociaż za mamutkiem biegnie wielu, bohaterowi nic złego nie może się stać. Autorka zresztą od dawna przyzwyczaja odbiorców do uwielbienia dla śmiechu, lub żarty i chętnie po nie sięga. Z żartu przecież bierze się absurdalny temat jej historyjki. Humor przesyca całą rymowankę stopniowo, gdy autorka dodaje kolejne postacie do pościgu – wszystkie są podporządkowane dowcipowi. Wiele tu różnorakich emocji, które potęgują jeszcze komizm podczas odbioru. Niełatwo przecież dzieciom byłoby wymyślić rozwścieczonego wróbla czy język mamucki – takich niespodzianek autorka wrzuca do tekstu sporo. Podchwytuje je także Joanna Rusinek, której wystarczy zasugerowanie wyznacznika świata przedstawionego do tworzenia własnych żartów. W kwestii warsztatu: Agnieszka Frączek jest już specjalistką od rymowania i dobrze czuje się w mowie wiązanek. Owszem, od czasu do czasu stosuje rymy gramatyczne – ale w tak obszernym tekście to właściwie nieuniknione, a poza tym dobrze się tłumaczy, nie ma w tych zabiegach grafomańskich zapędów. Uwaga dzieci skupiać się będzie na mamutku, a dorośli nie mają powodu, żeby narzekać na jakość współbrzmień – to dosyć rzadkie w wierszykach dla dzieci, tym bardziej zasługuje na docenienie. „Po co komu mamut” to książeczka niemal wzorcowa pod względem warsztatowym, autorka nie idzie na kompromisy w kwestii opowiadania historii. Panuje nad słowami, co warto odnotować. Dzieciom proponuje tekst absurdalny i wolny od pouczeń. Chociaż najczęściej Agnieszka Frączek pisze bajki użytkowe, to jest – w różny sposób edukujące małych odbiorców – dopiero teraz pokazuje, co potrafi naprawdę w dziedzinie bajkowości.
O Joannie Rusinek pisać można wyłącznie w samych superlatywach. Ilustratorka idealnie wstrzeliła się w klimat opowiastki i dodaje do niej własne komiczne pomysły. Operuje różnymi technikami, a i różnymi sposobami wzbudzania śmiechu, sadza hipopotama na drzewie, a mamutka w salonie piękności, bawi mimiką postaci, a i krajobrazami, zarzuca odbiorców różnymi liściastymi deseniami, każdą rozkładówkę stara się przygotowywać inaczej niż poprzednią, żeby jak najbardziej urozmaicić dzieciom lekturę. Mały mamut z tej książeczki trochę w wyglądzie przypomina słonia Pomelo, więc do lektury przekonają się fani tych tomików obrazkowych. W serii Poczytaj ze mną pojawia się zatem książeczka dla tych, którzy lubią historie bajkowe, z przymrużeniem oka. Frączek i Rusinek zachęcają do samodzielnego czytania: tomik w starym stylu może stać się ulubioną bajką wielu maluchów – może też im udowodnić, że warto sięgać po książki dla rozrywki. Mały mamutek to obietnica całkiem dobrej zabawy – odbiorcy nie zawiodą się na tej postaci i mogą chętniej przystępować do ćwiczenia czytania. Zwłaszcza że Agnieszka Frączek nie nudzi ani nie poucza.
sobota, 23 lipca 2016
Ewa Nowak: Kot, który zgubił dom
Egmont, Warszawa 2016.
Uchodźcy
Seria Poczytaj ze mną wprowadzona na rynek przez Egmont jest bardzo cenna z kilku powodów. Dostarcza dzieciom lektur, które zastąpić mogą bajki opowiadane na dobranoc, ale też – które staną się materiałem do rozmów z rodzicami. To historyjki w starym stylu, z umiejętnie rozwijaną i niosącą ważne przesłania fabułą, ciekawe także z punktu widzenia dorosłych czytających maluchom. Ma też ta seria cały szereg etykietek gatunkowych i quasi-gatunkowych, zapowiadających treść, co oznacza, że dzieci mogą już zacząć świadomie wybierać ulubione formy, a do tego zapamiętają, czym charakteryzuje się określony gatunek.
Znakomicie widać to na przykładzie tomiku „Kot, który zgubił dom” Ewy Nowak, umieszczonym w dziale reportaży. Autorka nie powiela bowiem standardowego scenariusza ze zwierzęcych opowieści. Tu wcale nie tułaczka kota stanowi istotę zagadnienia. Wiele wyjaśnia już okładkowa ilustracja: do brzegu przybija ponton pełen ludzi o ciemniejszym kolorze skóry, nikt się nie uśmiecha, wszyscy są przerażeni i niepewni tego, co ich czeka. Ewa Nowak sięgnęła po temat uchodźców – i o ile w mediach najłatwiej wzbudzić współczucie dla uciekinierów z terenów ogarniętych wojną za sprawą krzywdy dzieci, o tyle w opowieści dla maluchów pokrzywdzone staje się bezbronne zwierzę, domowy pupil. Wiadomo, że dziecięcy bohaterowie są pod specjalnym parasolem ochronnym – ale i oni mogą przeżywać swój prywatny dramat, zrozumiały dla odbiorców.
Kot nazywa się Kunkush i mieszka w Iraku. Jego ludzką rodzinę stanowią mama, cztery córki i syn. Teraz wszyscy muszą uciekać, wolno im zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Do końca nie wiadomo, czy Kunkush powinien jechać – ale w końcu trafia do transportera. Wiele godzin spędza w pontonie z przerażonymi, ściśniętymi ludźmi, którzy nawet nie wiedzą, czy uda im się przeżyć podróż. Ginie już na lądzie: ucieka, żeby znaleźć bezpieczne miejsce – i niechcący odłącza się od swoich opiekunów.
Ewa Nowak oparła tę historię na faktach, a odnosi się do zagadnienia, o którym dziś nawet najmłodsi mogą usłyszeć w mediach. Pokazuje trudny los uchodźców, ich strach, ryzyko, jakie podejmują – i dramat rozłączanych rodzin w sposób zrozumiały dla odbiorców. Nie zajmuje się tematem różnic kulturowych, tylko na obrazkach widać, że mama i starsza córka mają zakryte włosy, a wszyscy ciemniejszą karnację. Dla samej opowieści to nieistotne: liczą się uniwersalne emocje. Tu autorka wybrała dobrą drogę: rozłąkę z ukochanym zwierzęciem bez trudu pojmie każdy maluch. Zwłaszcza że Kunkush zachowuje się jak wiele kotów, jest precyzyjnie przedstawiany, „prawdziwy” już w warstwie opisów. To, czego doświadcza, daje się szybko przełożyć na sytuację uchodźców. Ewa Nowak wybiera uproszczenia, które pokaże maluchom, co przeżywają bohaterowie. Obudzi cały szereg empatycznych przemyśleń – podróż pontonem w nieznane nie brzmi jak bajka, tu rządzi strach. Wiele pytań spowoduje ta lektura: Ewa Nowak właściwie wszystko wyjaśnia, ale bez szczegółów, wprowadzenie do sytuacji kota ich przecież nie wymaga. Później natomiast zajmuje się już samą drogą Kunkusha – kiedy ludzie trafiają już do bezpiecznych miejsc, zagubiony kot też znajduje dach nad głową. Dalej akcja rozgrywa się wręcz bajkowo, co było odbiorcom potrzebne po potężnej dawce wstrząsów z początku tomiku. „Kot, który zgubił dom” to literacki sygnał czasu, reakcja na doniesienia ze świata i próba przybliżenia ich dzieciom. Ewa Nowak jest doświadczoną autorką, nie boi się pisarskich wyzwań. Umie pisać tak, by szybko przekazać cały zestaw ważnych informacji. Adam Pękalski z kolei sprawdził się jako niebanalny ilustrator – bezbłędnie oddaje atmosferę wydarzeń, buduje egzotykę i lepiej przedstawia samego kociego bohatera. Jest ten tomik nie tylko zwykłą czytanką dla dzieci – to próba wzbudzenia dyskusji na ważne społeczne tematy. Nowak trafia nie tylko w zagadnienie stale obecne dziś w mediach, ale i w styl odpowiedzi dla najmłodszych czytelników.
Uchodźcy
Seria Poczytaj ze mną wprowadzona na rynek przez Egmont jest bardzo cenna z kilku powodów. Dostarcza dzieciom lektur, które zastąpić mogą bajki opowiadane na dobranoc, ale też – które staną się materiałem do rozmów z rodzicami. To historyjki w starym stylu, z umiejętnie rozwijaną i niosącą ważne przesłania fabułą, ciekawe także z punktu widzenia dorosłych czytających maluchom. Ma też ta seria cały szereg etykietek gatunkowych i quasi-gatunkowych, zapowiadających treść, co oznacza, że dzieci mogą już zacząć świadomie wybierać ulubione formy, a do tego zapamiętają, czym charakteryzuje się określony gatunek.
Znakomicie widać to na przykładzie tomiku „Kot, który zgubił dom” Ewy Nowak, umieszczonym w dziale reportaży. Autorka nie powiela bowiem standardowego scenariusza ze zwierzęcych opowieści. Tu wcale nie tułaczka kota stanowi istotę zagadnienia. Wiele wyjaśnia już okładkowa ilustracja: do brzegu przybija ponton pełen ludzi o ciemniejszym kolorze skóry, nikt się nie uśmiecha, wszyscy są przerażeni i niepewni tego, co ich czeka. Ewa Nowak sięgnęła po temat uchodźców – i o ile w mediach najłatwiej wzbudzić współczucie dla uciekinierów z terenów ogarniętych wojną za sprawą krzywdy dzieci, o tyle w opowieści dla maluchów pokrzywdzone staje się bezbronne zwierzę, domowy pupil. Wiadomo, że dziecięcy bohaterowie są pod specjalnym parasolem ochronnym – ale i oni mogą przeżywać swój prywatny dramat, zrozumiały dla odbiorców.
Kot nazywa się Kunkush i mieszka w Iraku. Jego ludzką rodzinę stanowią mama, cztery córki i syn. Teraz wszyscy muszą uciekać, wolno im zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Do końca nie wiadomo, czy Kunkush powinien jechać – ale w końcu trafia do transportera. Wiele godzin spędza w pontonie z przerażonymi, ściśniętymi ludźmi, którzy nawet nie wiedzą, czy uda im się przeżyć podróż. Ginie już na lądzie: ucieka, żeby znaleźć bezpieczne miejsce – i niechcący odłącza się od swoich opiekunów.
Ewa Nowak oparła tę historię na faktach, a odnosi się do zagadnienia, o którym dziś nawet najmłodsi mogą usłyszeć w mediach. Pokazuje trudny los uchodźców, ich strach, ryzyko, jakie podejmują – i dramat rozłączanych rodzin w sposób zrozumiały dla odbiorców. Nie zajmuje się tematem różnic kulturowych, tylko na obrazkach widać, że mama i starsza córka mają zakryte włosy, a wszyscy ciemniejszą karnację. Dla samej opowieści to nieistotne: liczą się uniwersalne emocje. Tu autorka wybrała dobrą drogę: rozłąkę z ukochanym zwierzęciem bez trudu pojmie każdy maluch. Zwłaszcza że Kunkush zachowuje się jak wiele kotów, jest precyzyjnie przedstawiany, „prawdziwy” już w warstwie opisów. To, czego doświadcza, daje się szybko przełożyć na sytuację uchodźców. Ewa Nowak wybiera uproszczenia, które pokaże maluchom, co przeżywają bohaterowie. Obudzi cały szereg empatycznych przemyśleń – podróż pontonem w nieznane nie brzmi jak bajka, tu rządzi strach. Wiele pytań spowoduje ta lektura: Ewa Nowak właściwie wszystko wyjaśnia, ale bez szczegółów, wprowadzenie do sytuacji kota ich przecież nie wymaga. Później natomiast zajmuje się już samą drogą Kunkusha – kiedy ludzie trafiają już do bezpiecznych miejsc, zagubiony kot też znajduje dach nad głową. Dalej akcja rozgrywa się wręcz bajkowo, co było odbiorcom potrzebne po potężnej dawce wstrząsów z początku tomiku. „Kot, który zgubił dom” to literacki sygnał czasu, reakcja na doniesienia ze świata i próba przybliżenia ich dzieciom. Ewa Nowak jest doświadczoną autorką, nie boi się pisarskich wyzwań. Umie pisać tak, by szybko przekazać cały zestaw ważnych informacji. Adam Pękalski z kolei sprawdził się jako niebanalny ilustrator – bezbłędnie oddaje atmosferę wydarzeń, buduje egzotykę i lepiej przedstawia samego kociego bohatera. Jest ten tomik nie tylko zwykłą czytanką dla dzieci – to próba wzbudzenia dyskusji na ważne społeczne tematy. Nowak trafia nie tylko w zagadnienie stale obecne dziś w mediach, ale i w styl odpowiedzi dla najmłodszych czytelników.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






