Luna, Warszawa 2024.
Zdrada
Anna H. Niemczynow proponuje czytelnikom powieść psychologiczną będącą studium zdrady i jej wpływu na rodziny, pokazuje też desperacką walkę o dziecko – w którym ofiara może być tylko jedna. „Należy do mnie” to obszerna książka, w której autorka próbuje temat przedstawić z różnych stron. Jest tu Helena – żona idealna (i bardzo infantylna). Zajmuje się prowadzeniem domu, nie ma zawodowych aspiracji, dba o to, żeby mąż był dobrze nakarmiony i żeby nie miał na co narzekać w sypialni. Troszczy się o rodzinę, na siebie bierze wszystkie obowiązki związane z wychowywaniem kilkuletniej córki, Fausti. Wiktor jest wziętym i cenionym prawnikiem, który w takim domu zwyczajnie się nudzi – szuka zatem przygód poza rodziną. Atrakcyjna koleżanka z pracy, Klara, nie chce żadnej poważnej relacji, wystarcza jej seks. Helena nie podejrzewa niczego nawet wtedy, gdy znajduje oczywiste dowody zdrady – sytuacja wymarzona dla każdego, kto chciałby prowadzić podwójne życie. Jednak wszystko zmienia się wtedy, gdy Klara zaczyna pragnąć czegoś więcej niż niezobowiązującego układu.
Autorka pokazuje tu kilka perspektyw. Z jednej strony – prezentuje rzeczywistość oczami Heleny. Pozwala też jednak zajrzeć do świata Klary, a czasami zaznacza, co o wszystkim sądzi pogubiony Wiktor. Jednak dla odbiorców cenne będzie refrenowe powracanie do gabinetu terapeutki, która próbuje dotrzeć do zamkniętej w sobie nieszczęśliwej jedenastoletniej Fausti. To dorośli doprowadzili ją do takiego stanu – a co się między nimi wydarzyło, to już za chwilę stanie się jasne dla odbiorców. Na razie czytelnicy oglądają różne emocje w wykonaniu postaci. Zwłaszcza Wiktor przechodzi między skrajnościami: raz wydaje mu się, że ma dość swojego domu i żony, by za chwilę uznawać, że związek z Klarą nie ma sensu i warto by się z niego wymiksować. Jak to przeważnie bywa, decyduje przypadek: a kiedy prawda wychodzi na jaw, rozpoczyna się gra.
„Należy do mnie” to przerażająca wizja świata, w którym misterne plany da się zrealizować na zimno i bez cienia empatii. Anna H. Niemczynow wykorzystuje postawy swoich bohaterów, żeby pouczać odbiorców na temat zdrady – czasami ją wyjaśniać, czasami sugerować, że nie jest to dobre rozwiązanie dla nikogo. Moralizuje, chociaż dba o to, żeby nie wprowadzać jednoznacznych ocen – to zakrawałoby na hipokryzję. Nie tłumaczy tylko jednego: jak Helenie udaje się iść przez życie z całkowitym pominięciem własnych potrzeb. Nie ma to jednak znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę rozwój akcji. Autorka wyostrza krzywdę dzieci – przez pomysł na fabułę. Owszem, przerysowuje, doprowadza jedną z postaci do szaleństwa, żeby zniszczyć wszystko i żeby uzasadnić wielkie krzywdy dziecka. Przygotowuje sobie także grunt na kolejną historię, chociaż dramat psychologiczny to coś innego niż przyjemna obyczajówka – odbiorcy, którzy raz zanurzą się w tym świecie, poznają jego koszmar i niekoniecznie znajdą wytchnienie. W idealnym świecie nie byłoby rozstań ani rozwodów, nie byłoby zdrad i budowania sobie nowych rodzin – nie byłoby też kłamstw, które krzywdzą innych. Anna H. Niemczynow chce, żeby odbiorcy zastanowili się nad swoimi wyborami i potrzebami. Przedstawia historię bolesną – ale ważną.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 6 czerwca 2024
środa, 5 czerwca 2024
Maciej Falkowski: Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza
Czarne, Wołowiec 2024.
Widoki
Maciej Falkowski chce zrozumieć historię rodziny i poznawać ją dogłębnie. Bazuje na opowieściach bliskich i na zachowanych prywatnych relacjach, z rzadka kiedy wypuszczając się dalej – przecież do stworzenia opowieści wystarczy mozolnie poskładać to, co gotowe, znane przodkom, względnie sąsiadom – nie trzeba porywać się ani na wielką historię, ani na nieznane charaktery. „Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza” to zatem narracja mocno prywatna, osobista, chociaż z aspiracjami do uchwycenia rzeczywistości pozadomowej. Autor pozostaje wśród swoich, na ziemiach, które zna równie dobrze z własnego doświadczenia, jak i z wyobraźni – bo ożywały w opowieściach babci. Odkrywa je na nowo, nie tylko dla siebie. Musi to zrobić, jeśli chce ocalać przeszłość w wymiarze mikro. A ponieważ coraz więcej jest wątków, coraz więcej ludzi i przypadków – trzeba zabrać się za ich spisywanie, żeby znów nie stracić tego, co udało się odnaleźć. „Ślachta” to kolejny tom w serii Sulina – i kolejne rozliczenie z dziejami. Małe ojczyzny w takim ujęciu wypadają najszczerzej, najbardziej przekonująco i jednocześnie najbardziej magicznie – bo ludzie w nie wpatrzeni są w stanie wyliczyć zalety i ogrom wad życia „tutaj”. Jeśli czegoś zapomną, odtworzą natychmiast za sprawą rozmów i spotkań. Ale to właśnie oni mogą najlepiej zrozumieć potrzeby i bolączki miejscowych, a wręcz wykreować na kartach książki region do ocalenia. Maciej Falkowski z geografią i topografią radzi sobie na samym początku, jednak nie jest to kluczowe dla zrozumienia jego narracji. „Ślachta” to to, co ludzie mają w głowach i w sercach. Przeważnie nie potrafią tego opisać ani przekazać dalej, po prostu żyją i czerpią z codzienności tyle, ile się da – aż pojawi się ktoś, kto jest w stanie przełożyć przeżycia na język literacki. Wydaje się, że ta książka mniej jest reportażem a bardziej baśnią, do tego stopnia liczą się tu ulotne wrażenia i wspomnienia składane później w sugestywne obrazy. Maciej Falkowski owszem, gromadzi indywidualne historie i skojarzenia – ale po to, żeby spleść z nich wymowną całość, pokazać świat, który poznawał jako dziecko i który chce uchronić przed rozpadem. Podąża śladami dziadków, utrwala ich świat i robi to niezwykle wyraziście. „Ślachta” nie jest tomem, który miałby uczyć historii regionu: wiedza podręcznikowa przegrywa z osobistymi wyznaniami, z relacjami ważnymi w wymiarze mikro. Tutaj najważniejsze dzieje się tuż za progiem, nie ma aspiracji do stawania się jeszcze większym – skoro stanowi wszechświat dla rodzin. Autor nie szuka przepisów na mentalność miejscowych ani na zwyczaje, które mogą zamienić się w cepeliowskie popisy. Stawia na zestaw wspomnień, które mogą pojawić się w atmosferze bliskości i wzajemnej wyrozumiałości. Dzięki temu tworzy książkę inną niż wszystkie, chociaż pozornie oddalającą się od białej serii – to jednak stanowiącą jej kwintesencję. „Ślachta” to komentarz do zwykłego życia, które toczy się niezależnie od obecności lub nieobecności obserwatorów.
Widoki
Maciej Falkowski chce zrozumieć historię rodziny i poznawać ją dogłębnie. Bazuje na opowieściach bliskich i na zachowanych prywatnych relacjach, z rzadka kiedy wypuszczając się dalej – przecież do stworzenia opowieści wystarczy mozolnie poskładać to, co gotowe, znane przodkom, względnie sąsiadom – nie trzeba porywać się ani na wielką historię, ani na nieznane charaktery. „Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza” to zatem narracja mocno prywatna, osobista, chociaż z aspiracjami do uchwycenia rzeczywistości pozadomowej. Autor pozostaje wśród swoich, na ziemiach, które zna równie dobrze z własnego doświadczenia, jak i z wyobraźni – bo ożywały w opowieściach babci. Odkrywa je na nowo, nie tylko dla siebie. Musi to zrobić, jeśli chce ocalać przeszłość w wymiarze mikro. A ponieważ coraz więcej jest wątków, coraz więcej ludzi i przypadków – trzeba zabrać się za ich spisywanie, żeby znów nie stracić tego, co udało się odnaleźć. „Ślachta” to kolejny tom w serii Sulina – i kolejne rozliczenie z dziejami. Małe ojczyzny w takim ujęciu wypadają najszczerzej, najbardziej przekonująco i jednocześnie najbardziej magicznie – bo ludzie w nie wpatrzeni są w stanie wyliczyć zalety i ogrom wad życia „tutaj”. Jeśli czegoś zapomną, odtworzą natychmiast za sprawą rozmów i spotkań. Ale to właśnie oni mogą najlepiej zrozumieć potrzeby i bolączki miejscowych, a wręcz wykreować na kartach książki region do ocalenia. Maciej Falkowski z geografią i topografią radzi sobie na samym początku, jednak nie jest to kluczowe dla zrozumienia jego narracji. „Ślachta” to to, co ludzie mają w głowach i w sercach. Przeważnie nie potrafią tego opisać ani przekazać dalej, po prostu żyją i czerpią z codzienności tyle, ile się da – aż pojawi się ktoś, kto jest w stanie przełożyć przeżycia na język literacki. Wydaje się, że ta książka mniej jest reportażem a bardziej baśnią, do tego stopnia liczą się tu ulotne wrażenia i wspomnienia składane później w sugestywne obrazy. Maciej Falkowski owszem, gromadzi indywidualne historie i skojarzenia – ale po to, żeby spleść z nich wymowną całość, pokazać świat, który poznawał jako dziecko i który chce uchronić przed rozpadem. Podąża śladami dziadków, utrwala ich świat i robi to niezwykle wyraziście. „Ślachta” nie jest tomem, który miałby uczyć historii regionu: wiedza podręcznikowa przegrywa z osobistymi wyznaniami, z relacjami ważnymi w wymiarze mikro. Tutaj najważniejsze dzieje się tuż za progiem, nie ma aspiracji do stawania się jeszcze większym – skoro stanowi wszechświat dla rodzin. Autor nie szuka przepisów na mentalność miejscowych ani na zwyczaje, które mogą zamienić się w cepeliowskie popisy. Stawia na zestaw wspomnień, które mogą pojawić się w atmosferze bliskości i wzajemnej wyrozumiałości. Dzięki temu tworzy książkę inną niż wszystkie, chociaż pozornie oddalającą się od białej serii – to jednak stanowiącą jej kwintesencję. „Ślachta” to komentarz do zwykłego życia, które toczy się niezależnie od obecności lub nieobecności obserwatorów.
wtorek, 4 czerwca 2024
Krystyna Mirek: Kiedy cię spotkałam
Luna, Warszawa 2024.
Ucieczka
Dwie kobiety uciekają z domu, ukrywając się przed sobą nawzajem. Obie trafiają do tej samej sąsiadki i przyjaciółki - przynajmniej na chwilę, zanim wyruszą dalej. Muszą pogodzić się z tym, co je spotkało, muszą przemyśleć sobie pewne sprawy i zastanowić się nad tym, co robić dalej - a do tego nie chcą oceniającego towarzystwa, choćby i najbardziej bliskiego. Zresztą bliskim najtrudniej się czasami przyznać do popełnionych błędów i do życiowych rozczarowań. Magda to nauczycielka języka polskiego. Nie odniosła żadnego wielkiego sukcesu w życiu, jest osobą, za którą nikt się nie obejrzy na ulicy. Samotnie wychowała córkę - rezygnując dla niej z kolejnych możliwych romansów i związków. Wszystko dla dobra dziecka i zapominanie o własnych potrzebach - to strategia, która w pewnym momencie musi zaowocować katastrofą. Magda zaufała niewłaściwemu mężczyźnie, a koszty są znacznie wyższe niż złamane serce. Straci na tym przecież dziecko... Zuza jest owym dzieckiem. Dorasta otoczona miłością, chociaż nie zna ojca. Odnosi sukcesy w pływaniu, wygrywa kolejne konkursy. Podczas treningów poznaje Samuela, ciemnoskórego i bardzo przystojnego chłopaka, który wykazuje zainteresowanie nią. Jednak po początkowych próbach flirtu i po interwencji przyjaciółki Samuel znika - a Zuza nie wie, co się stało. Potrzebuje czasu, żeby uporządkować własne uczucia i pogodzić się z nieszczęśliwą miłością. Znika, żeby nie musieć konfrontować się z matką - która w ostatnich tygodniach zaczęła się zachowywać zupełnie inaczej, najprawdopodobniej jak zakochana.
"Kiedy cię spotkałam" to pogodna obyczajówka Krystyny Mirek, niezbyt skomplikowana, ale ciekawa i pokazująca z różnych perspektyw życiowe dylematy. Dwie kobiety poruszają się w różnych środowiskach - a osoby zaangażowane w ich problemy także mają swoje życiorysy i swoje sprawy - w nie Krystyna Mirek potrafi zaangażować czytelniczki. Dzieje się tu bardzo dużo nie tylko w warstwie emocjonalnej. Owszem, najbardziej autorka akcentuje właśnie ją - ale bez skazywania się na jeden rodzaj uczuć. Nie liczy się wyłącznie nieszczęśliwa miłość, rozczarowanie i cierpienie - każdy musi znaleźć własny sposób na drogę do szczęścia, każdy też musi swoje przeżyć, żeby móc zacząć nowe życie. Cenne w tomie są azyle różnego rodzaju - jeden znajduje się u Amelii, pierwszego przystanku na drodze do ratunku. Inny u Basi - nowej znajomej Magdy. I naprawdę warto pochylić się nad miejscami, które zapewniają ukojenie - bo Krystyna Mirek bardzo umiejętnie je kreuje i przekona do nich odbiorczynie błyskawicznie. W chwilach najgorszego strachu, dramatów i nieszczęść można gdzieś funkcjonować w oderwaniu od trosk - i na tym polegać będzie powodzenie tej książki. "Kiedy cię spotkałam" nie jest opowieścią o relacji matki i córki ani o zawodach miłosnych - to historia o poszukiwaniu szczęścia dla siebie i o zaufaniu. Bardzo kobieca, otwierająca nowy cykl, atrakcyjna dla szerokiego grona czytelniczek. Ta książka przyda się dla wytchnienia i nadziei, to opowieść, która pokazuje, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście - trzeba tylko działać i wierzyć zamiast ucieczki. Ale nawet jeśli ktoś potrzebuje właśnie ucieczki - to i tak nie przekreśla szans na pozytywne rozwiązanie problemów.
Ucieczka
Dwie kobiety uciekają z domu, ukrywając się przed sobą nawzajem. Obie trafiają do tej samej sąsiadki i przyjaciółki - przynajmniej na chwilę, zanim wyruszą dalej. Muszą pogodzić się z tym, co je spotkało, muszą przemyśleć sobie pewne sprawy i zastanowić się nad tym, co robić dalej - a do tego nie chcą oceniającego towarzystwa, choćby i najbardziej bliskiego. Zresztą bliskim najtrudniej się czasami przyznać do popełnionych błędów i do życiowych rozczarowań. Magda to nauczycielka języka polskiego. Nie odniosła żadnego wielkiego sukcesu w życiu, jest osobą, za którą nikt się nie obejrzy na ulicy. Samotnie wychowała córkę - rezygnując dla niej z kolejnych możliwych romansów i związków. Wszystko dla dobra dziecka i zapominanie o własnych potrzebach - to strategia, która w pewnym momencie musi zaowocować katastrofą. Magda zaufała niewłaściwemu mężczyźnie, a koszty są znacznie wyższe niż złamane serce. Straci na tym przecież dziecko... Zuza jest owym dzieckiem. Dorasta otoczona miłością, chociaż nie zna ojca. Odnosi sukcesy w pływaniu, wygrywa kolejne konkursy. Podczas treningów poznaje Samuela, ciemnoskórego i bardzo przystojnego chłopaka, który wykazuje zainteresowanie nią. Jednak po początkowych próbach flirtu i po interwencji przyjaciółki Samuel znika - a Zuza nie wie, co się stało. Potrzebuje czasu, żeby uporządkować własne uczucia i pogodzić się z nieszczęśliwą miłością. Znika, żeby nie musieć konfrontować się z matką - która w ostatnich tygodniach zaczęła się zachowywać zupełnie inaczej, najprawdopodobniej jak zakochana.
"Kiedy cię spotkałam" to pogodna obyczajówka Krystyny Mirek, niezbyt skomplikowana, ale ciekawa i pokazująca z różnych perspektyw życiowe dylematy. Dwie kobiety poruszają się w różnych środowiskach - a osoby zaangażowane w ich problemy także mają swoje życiorysy i swoje sprawy - w nie Krystyna Mirek potrafi zaangażować czytelniczki. Dzieje się tu bardzo dużo nie tylko w warstwie emocjonalnej. Owszem, najbardziej autorka akcentuje właśnie ją - ale bez skazywania się na jeden rodzaj uczuć. Nie liczy się wyłącznie nieszczęśliwa miłość, rozczarowanie i cierpienie - każdy musi znaleźć własny sposób na drogę do szczęścia, każdy też musi swoje przeżyć, żeby móc zacząć nowe życie. Cenne w tomie są azyle różnego rodzaju - jeden znajduje się u Amelii, pierwszego przystanku na drodze do ratunku. Inny u Basi - nowej znajomej Magdy. I naprawdę warto pochylić się nad miejscami, które zapewniają ukojenie - bo Krystyna Mirek bardzo umiejętnie je kreuje i przekona do nich odbiorczynie błyskawicznie. W chwilach najgorszego strachu, dramatów i nieszczęść można gdzieś funkcjonować w oderwaniu od trosk - i na tym polegać będzie powodzenie tej książki. "Kiedy cię spotkałam" nie jest opowieścią o relacji matki i córki ani o zawodach miłosnych - to historia o poszukiwaniu szczęścia dla siebie i o zaufaniu. Bardzo kobieca, otwierająca nowy cykl, atrakcyjna dla szerokiego grona czytelniczek. Ta książka przyda się dla wytchnienia i nadziei, to opowieść, która pokazuje, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście - trzeba tylko działać i wierzyć zamiast ucieczki. Ale nawet jeśli ktoś potrzebuje właśnie ucieczki - to i tak nie przekreśla szans na pozytywne rozwiązanie problemów.
poniedziałek, 3 czerwca 2024
Colleen AF Venable: Kati kocia opiekunka. (Nie)najlepsze przyjaciółki
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Akcje
Myszycielka to superbohaterka, jakiej świat potrzebuje. Nocami przebiera się w obcisły kostium i na własną rękę wymierza sprawiedliwość, walczy samotnie z tymi, którzy zanieczyszczają środowisko. O jej działalności głośno jest w mediach - ale nikt nie zna tożsamości Myszycielki. Nikt poza Kati, dziewczyną, która pomaga swojej sąsiadce w opiece nad ogromnym stadem kotów. Nastolatka stopniowo przekonuje się, że tropy prowadzą do jednej osoby - w końcu jest w stanie zdemaskować superbohaterkę i stać się jej pomocnicą. Przynajmniej do czasu, bo aktualnie Myszycielka przeżywa poważny kryzys. Nie podejmuje żadnych działań poza wysyłaniem maili (łatwo się domyślić, jak wielka jest skuteczność takich pseudoakcji) i jedynie zapowiada, że w przyszłości zajmie się bardziej konkretnymi protestami. Nie chce tłumaczyć się ze swoich decyzji, ale Kati nie zamierza czekać biernie. Zwłaszcza że ktoś podszywa się pod Myszycielkę i wykorzystuje jej image do działań niezgodnych z prawem - ale też sprzecznych z ideami prezentowanymi przez superbohaterkę. Fałszywa Myszycielka czyni wiele zła, ale nawet to nie jest w stanie nakłonić do działania sąsiadki Kati. Problem wydaje się głęboki - i nie pomoże nawet armia utalentowanych kotów, tu trzeba czegoś więcej. Gwiazdą mediów jest obecnie Syczoń Krzykliwy (chociaż po piętach depcze mu Nierdzewna Stal). Dotychczasowa strażniczka dobra - Myszycielka - zajmuje się oglądaniem programu kulinarnego - i to takiego, który promuje wyłącznie pozytywne nastawienie, komentarze pozbawione złośliwości oraz pyszne wypieki (nietrudno wskazać tutaj źródło inspiracji). W świecie superbohaterów dzieje się sporo - a Kati obserwuje wszystko, gotowa włączyć się do działania.
Ale nastolatka poza zmartwieniami superbohaterów ma też własne wyzwania, znacznie bliższe odbiorcom. Przede wszystkim nie radzi sobie w relacjach z dotychczasowymi przyjaciółkami. Owszem, znalazła nową grupę, w której może się sprawdzić - dziewczyny jeżdżące na deskorolkach i ćwiczące rozmaite sztuczki są dobrymi kandydatkami na przyjaciółki. Żal jednak rozstawać się z dotychczasowymi - a trzeba będzie, skoro na przykład Beth, do tej pory nieodłączna, znalazła sobie chłopaka i to jemu poświęca całą uwagę. Kati czuje się nierozumiana w swoim środowisku, nie ma komu się wyżalić ani zwierzyć, nikogo też nie interesują jej zmartwienia - a to sprawia, że nastolatka czuje się wyobcowana. Świat wariuje na punkcie gadżetów z superbohaterami, a dla Kati nie mają one żadnego znaczenia. Normalność - przynajmniej w pewnym zakresie - przywracają koty, które, chociaż nie mówią, są bardzo uzdolnione i radzą sobie z każdym wyzwaniem, zwłaszcza z nowoczesnymi technologiami - to wątek komiczny, który bardzo dobrze przyciąga do lektury i pozwala na wytchnienie od zmartwień. "Kati kocia opiekunka. (Nie)najlepsze przyjaciółki" to druga powieść komiksowa w cyklu - Colleen AF Venable i Stephanie Yue tworzą historię wielowątkową, komiks, którym - ze względu na emocje i problemy bohaterek - zainteresują się przede wszystkim dziewczyny. To trochę parodia komiksów o superbohaterach, trochę - powieść o dojrzewaniu i o typowych dla nastolatek zmartwieniach, trochę - satyra na konsumpcjonizm. Ciekawe podejście do formy. A przy okazji sporo wymownych kadrów z kotami w wersji humorystycznej.
Akcje
Myszycielka to superbohaterka, jakiej świat potrzebuje. Nocami przebiera się w obcisły kostium i na własną rękę wymierza sprawiedliwość, walczy samotnie z tymi, którzy zanieczyszczają środowisko. O jej działalności głośno jest w mediach - ale nikt nie zna tożsamości Myszycielki. Nikt poza Kati, dziewczyną, która pomaga swojej sąsiadce w opiece nad ogromnym stadem kotów. Nastolatka stopniowo przekonuje się, że tropy prowadzą do jednej osoby - w końcu jest w stanie zdemaskować superbohaterkę i stać się jej pomocnicą. Przynajmniej do czasu, bo aktualnie Myszycielka przeżywa poważny kryzys. Nie podejmuje żadnych działań poza wysyłaniem maili (łatwo się domyślić, jak wielka jest skuteczność takich pseudoakcji) i jedynie zapowiada, że w przyszłości zajmie się bardziej konkretnymi protestami. Nie chce tłumaczyć się ze swoich decyzji, ale Kati nie zamierza czekać biernie. Zwłaszcza że ktoś podszywa się pod Myszycielkę i wykorzystuje jej image do działań niezgodnych z prawem - ale też sprzecznych z ideami prezentowanymi przez superbohaterkę. Fałszywa Myszycielka czyni wiele zła, ale nawet to nie jest w stanie nakłonić do działania sąsiadki Kati. Problem wydaje się głęboki - i nie pomoże nawet armia utalentowanych kotów, tu trzeba czegoś więcej. Gwiazdą mediów jest obecnie Syczoń Krzykliwy (chociaż po piętach depcze mu Nierdzewna Stal). Dotychczasowa strażniczka dobra - Myszycielka - zajmuje się oglądaniem programu kulinarnego - i to takiego, który promuje wyłącznie pozytywne nastawienie, komentarze pozbawione złośliwości oraz pyszne wypieki (nietrudno wskazać tutaj źródło inspiracji). W świecie superbohaterów dzieje się sporo - a Kati obserwuje wszystko, gotowa włączyć się do działania.
Ale nastolatka poza zmartwieniami superbohaterów ma też własne wyzwania, znacznie bliższe odbiorcom. Przede wszystkim nie radzi sobie w relacjach z dotychczasowymi przyjaciółkami. Owszem, znalazła nową grupę, w której może się sprawdzić - dziewczyny jeżdżące na deskorolkach i ćwiczące rozmaite sztuczki są dobrymi kandydatkami na przyjaciółki. Żal jednak rozstawać się z dotychczasowymi - a trzeba będzie, skoro na przykład Beth, do tej pory nieodłączna, znalazła sobie chłopaka i to jemu poświęca całą uwagę. Kati czuje się nierozumiana w swoim środowisku, nie ma komu się wyżalić ani zwierzyć, nikogo też nie interesują jej zmartwienia - a to sprawia, że nastolatka czuje się wyobcowana. Świat wariuje na punkcie gadżetów z superbohaterami, a dla Kati nie mają one żadnego znaczenia. Normalność - przynajmniej w pewnym zakresie - przywracają koty, które, chociaż nie mówią, są bardzo uzdolnione i radzą sobie z każdym wyzwaniem, zwłaszcza z nowoczesnymi technologiami - to wątek komiczny, który bardzo dobrze przyciąga do lektury i pozwala na wytchnienie od zmartwień. "Kati kocia opiekunka. (Nie)najlepsze przyjaciółki" to druga powieść komiksowa w cyklu - Colleen AF Venable i Stephanie Yue tworzą historię wielowątkową, komiks, którym - ze względu na emocje i problemy bohaterek - zainteresują się przede wszystkim dziewczyny. To trochę parodia komiksów o superbohaterach, trochę - powieść o dojrzewaniu i o typowych dla nastolatek zmartwieniach, trochę - satyra na konsumpcjonizm. Ciekawe podejście do formy. A przy okazji sporo wymownych kadrów z kotami w wersji humorystycznej.
niedziela, 2 czerwca 2024
Cazenove, Bloz: Zoo wymarłych zwierząt. Tom I
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2024.
Opieka
Debora skończyła studia weterynaryjne i trafia na staż do ogrodu zoologicznego. Jest młoda, pełna energii i zapału do pracy, a ponadto ma poczucie humoru, więc doskonale wpasuje się w ekipę pracowników zoo. Ale Cazenove i Bloz stawiają tu na edukowanie odbiorców przy jednoczesnym ich rozbawianiu - pierwszy tom nowej serii zachwyci nie tylko miłośników zwierząt, ale i tych, którzy cenią sobie kąśliwy dowcip. "Zoo wymarłych zwierząt" wytrąca argumenty przeciwnikom trzymania żywych stworzeń w klatkach. Tu zresztą klatki są umowne, a wszelkiego rodzaju wybiegi i zamknięcia służą wygodzie zwierząt, a nie odwiedzających. Jedną z funkcji ogrodów zoologicznych, o której nie chcą pamiętać pseudoekolodzy - jest ochrona ginących gatunków. W tym wypadku ochrona doprowadzona jest do skrajności, bo w nowym miejscu pracy Debory znajdują się tylko gatunki już wymarłe. Tu żyją, cieszą się świetną kondycją i są zadowolone ze swojej egzystencji - ludzie mogą oglądać takie stworzenia, których na wolności już nie zobaczą - ale mają też poczucie, że udało się je ocalić. Razem z Deborą odbiorcy będą odkrywać kolejne stworzenia - znane i mniej znane, dowiadywać się czegoś o nich i stopniowo przyzwyczajać do myśli, że to ludzie przyczynili się do ich wyginięcia.
Tom składa się z krótkich komiksów (z rzadka stronicowych, przeważnie trochę dłuższych) - każdorazowo historyjki są rozpisane na kilkanaście kadrów z obowiązkową wyrazistą puentą komiczną - to rozwiązanie w sam raz dla młodych odbiorców, ale i dla tych starszych czytelników, którzy mają ochotę na rozrywkę w klasycznym stylu (zresztą już sam Cazenove jest gwarancją jakości żartów i magnesem dla odbiorców). Przygody Debory oraz innych pracowników zoo to źródło niekończących się dowcipów - bohaterka obserwuje nie tylko zwierzęta, ale i wpadki swoich nowych kolegów, sama również często staje się obiektem śmiechu, ale nie zamierza się o to obrażać. Nie ma zresztą czasu, bo przy wymarłych stworzeniach trzeba się sporo napracować - żeby utrzymać je w dobrym zdrowiu i zapewnić im wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Komiks ma też charakter edukacyjny: pokazuje czytelnikom, jakie gatunki czym się charakteryzowały - to właśnie wiedza przedstawiona w pierwszych kadrach często staje się czynnikiem wyzwalającym śmiech w klauzuli opowieści. To sprzyja zapamiętywaniu treści i dobrej zabawie. Edukacyjny charakter mieści się także w promowaniu proekologicznych postaw: dla odbiorców, którym mało perswazji, pojawia się jeszcze kilka stron z dodatkowym komentarzem na temat ginących gatunków i szkodliwej działalności człowieka - to już dość toporne wyjaśnienia (chociaż dla młodszych pokoleń wręcz niezbędne). Odbiorcy muszą zrozumieć, jak wiele od nich zależy i dlaczego nie mogą pozostać bierni - zwłaszcza że kolejne historyjki komiksowe pokazały im, jak ogromne straty ponosi środowisko, rozstając się z różnymi stworzeniami. Szóste masowe wymieranie gatunków to fakt, można jedynie próbować zminimalizować straty. Jednak żeby nadmiernie nie straszyć dzieci Cazenove decyduje się na formę rozrywkową, zestaw dowcipów i ciekawych pomysłów. Jest to książka zabawna i ciekawa - ale z ważnym przesłaniem.
Opieka
Debora skończyła studia weterynaryjne i trafia na staż do ogrodu zoologicznego. Jest młoda, pełna energii i zapału do pracy, a ponadto ma poczucie humoru, więc doskonale wpasuje się w ekipę pracowników zoo. Ale Cazenove i Bloz stawiają tu na edukowanie odbiorców przy jednoczesnym ich rozbawianiu - pierwszy tom nowej serii zachwyci nie tylko miłośników zwierząt, ale i tych, którzy cenią sobie kąśliwy dowcip. "Zoo wymarłych zwierząt" wytrąca argumenty przeciwnikom trzymania żywych stworzeń w klatkach. Tu zresztą klatki są umowne, a wszelkiego rodzaju wybiegi i zamknięcia służą wygodzie zwierząt, a nie odwiedzających. Jedną z funkcji ogrodów zoologicznych, o której nie chcą pamiętać pseudoekolodzy - jest ochrona ginących gatunków. W tym wypadku ochrona doprowadzona jest do skrajności, bo w nowym miejscu pracy Debory znajdują się tylko gatunki już wymarłe. Tu żyją, cieszą się świetną kondycją i są zadowolone ze swojej egzystencji - ludzie mogą oglądać takie stworzenia, których na wolności już nie zobaczą - ale mają też poczucie, że udało się je ocalić. Razem z Deborą odbiorcy będą odkrywać kolejne stworzenia - znane i mniej znane, dowiadywać się czegoś o nich i stopniowo przyzwyczajać do myśli, że to ludzie przyczynili się do ich wyginięcia.
Tom składa się z krótkich komiksów (z rzadka stronicowych, przeważnie trochę dłuższych) - każdorazowo historyjki są rozpisane na kilkanaście kadrów z obowiązkową wyrazistą puentą komiczną - to rozwiązanie w sam raz dla młodych odbiorców, ale i dla tych starszych czytelników, którzy mają ochotę na rozrywkę w klasycznym stylu (zresztą już sam Cazenove jest gwarancją jakości żartów i magnesem dla odbiorców). Przygody Debory oraz innych pracowników zoo to źródło niekończących się dowcipów - bohaterka obserwuje nie tylko zwierzęta, ale i wpadki swoich nowych kolegów, sama również często staje się obiektem śmiechu, ale nie zamierza się o to obrażać. Nie ma zresztą czasu, bo przy wymarłych stworzeniach trzeba się sporo napracować - żeby utrzymać je w dobrym zdrowiu i zapewnić im wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Komiks ma też charakter edukacyjny: pokazuje czytelnikom, jakie gatunki czym się charakteryzowały - to właśnie wiedza przedstawiona w pierwszych kadrach często staje się czynnikiem wyzwalającym śmiech w klauzuli opowieści. To sprzyja zapamiętywaniu treści i dobrej zabawie. Edukacyjny charakter mieści się także w promowaniu proekologicznych postaw: dla odbiorców, którym mało perswazji, pojawia się jeszcze kilka stron z dodatkowym komentarzem na temat ginących gatunków i szkodliwej działalności człowieka - to już dość toporne wyjaśnienia (chociaż dla młodszych pokoleń wręcz niezbędne). Odbiorcy muszą zrozumieć, jak wiele od nich zależy i dlaczego nie mogą pozostać bierni - zwłaszcza że kolejne historyjki komiksowe pokazały im, jak ogromne straty ponosi środowisko, rozstając się z różnymi stworzeniami. Szóste masowe wymieranie gatunków to fakt, można jedynie próbować zminimalizować straty. Jednak żeby nadmiernie nie straszyć dzieci Cazenove decyduje się na formę rozrywkową, zestaw dowcipów i ciekawych pomysłów. Jest to książka zabawna i ciekawa - ale z ważnym przesłaniem.
Pojazdy. Moja książeczka z okienkami
Harperkids, Warszawa 2024.
Wyjaśnienia
Bardzo łatwo zachęcić malucha do sięgania po książki – wystarczy zaproponować mu atrakcyjny temat, a przy okazji też trochę zabawy. Tak jest w interaktywnych tomikach kartonowych z otwieranymi okienkami i przesuwanymi częściami stron. „Pojazdy” realizują oba te założenia i zapewniają dzieciom rozrywkę. Na każdej rozkładówce znajduje się pytanie kierowane do małych odbiorców i zestaw obrazków nadrukowanych przeważnie na otwieranych okienkach. Co ciekawe, tym razem większość narracji skrywa się pod klapkami z tektury – otwierane okienka ujawniają nie tylko ilustracyjne komentarze, ale też jedno- lub dwuzdaniowe wyjaśnienia. Dzięki temu można przedłużyć czytanie i uzupełniać słownictwo najmłodszych. Czasami okienka skrywają jasną odpowiedź na pytanie zadane na górze strony. Czasami jednak dopełniają coś, czego w narracji nie ma – na przykład pokazują wnętrze ciężarówki albo rozrywki osób podróżujących liniowcem. Pojawiają się tutaj pojazdy z różnych tras – nie tylko do znalezienia na szosach czy torach, ale i na morzach lub oceanach albo w powietrzu. Chodzi o to, żeby jak najwięcej nowych słów dzieci przyswoiły przy okazji zabawy.
Zabawa polega na otwieraniu kolejnych okienek, co wcale nie musi należeć do prostych zadań, mimo odpowiednich wycięć – to ćwiczenie sprawności manualnej. Dzieci mogą udzielać odpowiedzi najpierw, zanim jeszcze poznają te zasugerowane w tomiku – wtedy mogą sprawdzać swoje umiejętności lub dawać się zaskakiwać – ale mogą też kontynuować lekturę przez zaglądanie pod okienka i zdobywanie kolejnych wiadomości w ten sposób. Tu liczy się też czynnik niespodzianki, nie wiadomo, co skrywać się może pod kolejnymi klapkami – za to można się domyślić, że koła zamieszczone w książeczce pozwalają na stworzenie złudzenia ruchu – pomogą w wyłanianiu się poszczególnych pojazdów, co powinno ucieszyć dzieci.
Nie ma tu zbyt dużo detali na ilustracjach, bo książeczka przeznaczona jest dla najmłodszych dzieci, które i tak nie skupiłyby się wystarczająco, żeby przeanalizować skomplikowane obrazki. Komputerowe grafiki mają przede wszystkim zaznaczyć różnice między pojazdami, nauczyć dzieci, jak wyglądają maszyny do zaobserwowania w najbliższym otoczeniu. Rozbudzają ciekawość i przynoszą zestaw uporządkowanych wiadomości – w sam raz na pierwsze zetknięcie z lekturą. Zresztą zabawę wiążącą się z tą publikacją można dowolnie przedłużać przez wprowadzanie własnych opowieści i opisywanie tego, co istnieje na ilustracjach, a niekoniecznie w tekście. Tak da się podtrzymywać kontakt z dzieckiem i uczyć go sztuki narracji. Ale przecież nie tylko o to chodzi: czytanie jest tu sprawą drugorzędną, ważniejsze staje się korzystanie z publikacji jak z gadżetu, zabawki rozwijającej sprawność. Warto podkreślić tematykę – jednoznacznie przyciągającą zwłaszcza małych chłopców do tomiku. „Pojazdy” to niespisana opowieść o tym, jak się przemieszczać i jakie środki transportu przydadzą się w różnych okolicznościach. Publikacja nie zmęczy dzieci, za to będzie im przynosić sporo radości.
Wyjaśnienia
Bardzo łatwo zachęcić malucha do sięgania po książki – wystarczy zaproponować mu atrakcyjny temat, a przy okazji też trochę zabawy. Tak jest w interaktywnych tomikach kartonowych z otwieranymi okienkami i przesuwanymi częściami stron. „Pojazdy” realizują oba te założenia i zapewniają dzieciom rozrywkę. Na każdej rozkładówce znajduje się pytanie kierowane do małych odbiorców i zestaw obrazków nadrukowanych przeważnie na otwieranych okienkach. Co ciekawe, tym razem większość narracji skrywa się pod klapkami z tektury – otwierane okienka ujawniają nie tylko ilustracyjne komentarze, ale też jedno- lub dwuzdaniowe wyjaśnienia. Dzięki temu można przedłużyć czytanie i uzupełniać słownictwo najmłodszych. Czasami okienka skrywają jasną odpowiedź na pytanie zadane na górze strony. Czasami jednak dopełniają coś, czego w narracji nie ma – na przykład pokazują wnętrze ciężarówki albo rozrywki osób podróżujących liniowcem. Pojawiają się tutaj pojazdy z różnych tras – nie tylko do znalezienia na szosach czy torach, ale i na morzach lub oceanach albo w powietrzu. Chodzi o to, żeby jak najwięcej nowych słów dzieci przyswoiły przy okazji zabawy.
Zabawa polega na otwieraniu kolejnych okienek, co wcale nie musi należeć do prostych zadań, mimo odpowiednich wycięć – to ćwiczenie sprawności manualnej. Dzieci mogą udzielać odpowiedzi najpierw, zanim jeszcze poznają te zasugerowane w tomiku – wtedy mogą sprawdzać swoje umiejętności lub dawać się zaskakiwać – ale mogą też kontynuować lekturę przez zaglądanie pod okienka i zdobywanie kolejnych wiadomości w ten sposób. Tu liczy się też czynnik niespodzianki, nie wiadomo, co skrywać się może pod kolejnymi klapkami – za to można się domyślić, że koła zamieszczone w książeczce pozwalają na stworzenie złudzenia ruchu – pomogą w wyłanianiu się poszczególnych pojazdów, co powinno ucieszyć dzieci.
Nie ma tu zbyt dużo detali na ilustracjach, bo książeczka przeznaczona jest dla najmłodszych dzieci, które i tak nie skupiłyby się wystarczająco, żeby przeanalizować skomplikowane obrazki. Komputerowe grafiki mają przede wszystkim zaznaczyć różnice między pojazdami, nauczyć dzieci, jak wyglądają maszyny do zaobserwowania w najbliższym otoczeniu. Rozbudzają ciekawość i przynoszą zestaw uporządkowanych wiadomości – w sam raz na pierwsze zetknięcie z lekturą. Zresztą zabawę wiążącą się z tą publikacją można dowolnie przedłużać przez wprowadzanie własnych opowieści i opisywanie tego, co istnieje na ilustracjach, a niekoniecznie w tekście. Tak da się podtrzymywać kontakt z dzieckiem i uczyć go sztuki narracji. Ale przecież nie tylko o to chodzi: czytanie jest tu sprawą drugorzędną, ważniejsze staje się korzystanie z publikacji jak z gadżetu, zabawki rozwijającej sprawność. Warto podkreślić tematykę – jednoznacznie przyciągającą zwłaszcza małych chłopców do tomiku. „Pojazdy” to niespisana opowieść o tym, jak się przemieszczać i jakie środki transportu przydadzą się w różnych okolicznościach. Publikacja nie zmęczy dzieci, za to będzie im przynosić sporo radości.
sobota, 1 czerwca 2024
Roblox. Nieoficjalny przewodnik
Harperkids, Warszawa 2024.
Podpowiedzi
Nie po raz pierwszy publikacje powiązane z uniwersum Roblox pojawiają się na rynku: za każdym razem to zestaw podpowiedzi dla odbiorców, którzy albo już należą do środowiska graczy i potrzebują tylko uporządkowania lub wskazówek, co wybrać z gąszczu propozycji – albo chcieliby zasilić szeregi fanów rozgrywek, ale nie poradzą sobie w samodzielnym rozgryzaniu oferty. „Roblox. Nieoficjalny przewodnik” to książka, która jest zbiorem omówieni gier dostępnych w świecie Roblox – i jednocześnie reklamą platformy. Pozwala na błyskawiczne rozeznanie się w nowościach i wybranie rozrywki w zależności od własnych preferencji. Twórcy przewodnika startują z pozycji fanów – nieoficjalność (czy też brak autoryzacji) jest tu mocno podkreślana, co oznacza, że wprawdzie wybór jest subiektywny, ale niesterowany przez bezpośrednio zaangażowanych. Co ciekawe, wiele razy jednak autorzy przewodnika odwołują się do sytuacji, w których artefakty lub rozszerzone opcje można będzie w grach wykupić dzięki mikropłatnościom. Żeby mieć czyste sumienie, decydują się na dodanie jednostronicowego poradnika dla rodziców: na końcu tomu znajduje się zestaw uwag dotyczących tego, jak sprawdzić aktywność swojej pociechy w grze, jak kontrolować jej znajomości i rozmowy, a także wytwory na platformie Roblox – nie ma tu raczej nastawienia na wzajemne zaufanie i na ustalane wspólnie zasady, liczy się pilnowanie dziecka.
Książka jest przeglądem różnych dostępnych gier w świecie Roblox. Autorzy starają się przedstawiać różne rodzaje rozrywek – strzelanki, wyścigi czy symulatory, stawiają na różnorodność, bo wiedzą, że odbiorcy różnych treści będą tu poszukiwać i też różne rodzaje atrakcji wybierać. Każda gra ma swoją metryczkę (między innymi z nickiem twórcy, żeby nie zapomnieć o tych, dzięki którym można się bawić). Opis zawiera się w serii jednoakapitowych komentarzy i uwag – najpierw dzieci dowiedzą się, jaki gatunek prezentuje dana gra, później – co się w niej robi i jakie rozwiązania pomagają w osiągnięciu celu. Jest tu całkiem sporo wskazówek, które warto wykorzystać, przydatnych dodatków do całości. Zamiast streszczania fabuł czy rozgrywek autorzy zajmują się aspektem praktycznym – w ten sposób także zachęcą odbiorców do sprawdzania, czy gra spełnia ich oczekiwania i czy warto się za nią zabrać. Nie brakuje tu nawet bardzo ogólnikowych komentarzy dotyczących choćby cierpliwości czy zaczynania od najłatwiejszych poziomów, żeby można było doskonalić umiejętności, a nie rezygnować przed czasem. To w tych dopowiedzeniach można znaleźć zalecenia, by posłużyć się Robloxową walutą. Cały tom wypełniony jest screenami z gier – powiększane kadry i bohaterowie to najlepsza metoda na przyciągnięcie uwagi odbiorców. Kolorowe grafiki podkreślają specyfikę tego uniwersum – świat w Robloxie jest dość toporny, kwadratowy i celowo przerysowywany (co jednak nie uchroni przed niebezpiecznymi treściami, o czym dowiadują się rodzice). Na obrazkach to przede wszystkim sceny, które wymagają działania: udoskonalenia, uzupełnienia i akcji użytkowników – tak, żeby odbiorcy szybko nabrali ochoty na samodzielne realizowanie misji. Jest to tomik użytkowy, nie typowa lektura.
Podpowiedzi
Nie po raz pierwszy publikacje powiązane z uniwersum Roblox pojawiają się na rynku: za każdym razem to zestaw podpowiedzi dla odbiorców, którzy albo już należą do środowiska graczy i potrzebują tylko uporządkowania lub wskazówek, co wybrać z gąszczu propozycji – albo chcieliby zasilić szeregi fanów rozgrywek, ale nie poradzą sobie w samodzielnym rozgryzaniu oferty. „Roblox. Nieoficjalny przewodnik” to książka, która jest zbiorem omówieni gier dostępnych w świecie Roblox – i jednocześnie reklamą platformy. Pozwala na błyskawiczne rozeznanie się w nowościach i wybranie rozrywki w zależności od własnych preferencji. Twórcy przewodnika startują z pozycji fanów – nieoficjalność (czy też brak autoryzacji) jest tu mocno podkreślana, co oznacza, że wprawdzie wybór jest subiektywny, ale niesterowany przez bezpośrednio zaangażowanych. Co ciekawe, wiele razy jednak autorzy przewodnika odwołują się do sytuacji, w których artefakty lub rozszerzone opcje można będzie w grach wykupić dzięki mikropłatnościom. Żeby mieć czyste sumienie, decydują się na dodanie jednostronicowego poradnika dla rodziców: na końcu tomu znajduje się zestaw uwag dotyczących tego, jak sprawdzić aktywność swojej pociechy w grze, jak kontrolować jej znajomości i rozmowy, a także wytwory na platformie Roblox – nie ma tu raczej nastawienia na wzajemne zaufanie i na ustalane wspólnie zasady, liczy się pilnowanie dziecka.
Książka jest przeglądem różnych dostępnych gier w świecie Roblox. Autorzy starają się przedstawiać różne rodzaje rozrywek – strzelanki, wyścigi czy symulatory, stawiają na różnorodność, bo wiedzą, że odbiorcy różnych treści będą tu poszukiwać i też różne rodzaje atrakcji wybierać. Każda gra ma swoją metryczkę (między innymi z nickiem twórcy, żeby nie zapomnieć o tych, dzięki którym można się bawić). Opis zawiera się w serii jednoakapitowych komentarzy i uwag – najpierw dzieci dowiedzą się, jaki gatunek prezentuje dana gra, później – co się w niej robi i jakie rozwiązania pomagają w osiągnięciu celu. Jest tu całkiem sporo wskazówek, które warto wykorzystać, przydatnych dodatków do całości. Zamiast streszczania fabuł czy rozgrywek autorzy zajmują się aspektem praktycznym – w ten sposób także zachęcą odbiorców do sprawdzania, czy gra spełnia ich oczekiwania i czy warto się za nią zabrać. Nie brakuje tu nawet bardzo ogólnikowych komentarzy dotyczących choćby cierpliwości czy zaczynania od najłatwiejszych poziomów, żeby można było doskonalić umiejętności, a nie rezygnować przed czasem. To w tych dopowiedzeniach można znaleźć zalecenia, by posłużyć się Robloxową walutą. Cały tom wypełniony jest screenami z gier – powiększane kadry i bohaterowie to najlepsza metoda na przyciągnięcie uwagi odbiorców. Kolorowe grafiki podkreślają specyfikę tego uniwersum – świat w Robloxie jest dość toporny, kwadratowy i celowo przerysowywany (co jednak nie uchroni przed niebezpiecznymi treściami, o czym dowiadują się rodzice). Na obrazkach to przede wszystkim sceny, które wymagają działania: udoskonalenia, uzupełnienia i akcji użytkowników – tak, żeby odbiorcy szybko nabrali ochoty na samodzielne realizowanie misji. Jest to tomik użytkowy, nie typowa lektura.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






