Czarne, Wołowiec 2021.
Z nieba
Na rynku pojawia się coraz więcej książek związanych z lataniem: reportaży i zwierzeń dotyczących przestworzy, zestawów szkiców biograficznych albo opowieści z lotów. Jan Pelczar w tomie "Lecę. Piloci mi to powiedzieli" nie szuka zatem oryginalności, za to jest bardzo konkretny i stara się dostarczyć czytelnikom wiele tematów do przemyśleń. Proponuje obszerną lekturę, która zwłaszcza w przypadku lockdownów i braku możliwości realizowania marzeń staje się wymowna. "Lecę" to książka rozłożysta i wypełniona atrakcyjnymi także dla zwykłych odbiorców treściami. Nie trzeba koniecznie marzyć o lataniu, żeby czerpać przyjemność z tej publikacji. Pelczar pozwala rozwiewać mity i zrozumieć specyfikę pracy pilotów, zestawia ją z aktualną wiedzą i stanem maszyn, od czasu do czasu zagląda też na stronę pasażerów. Interesuje go jednak bardziej odkrywanie tajemnic zawodu pilota - do tego czytelników dopuszcza.
Przechodzi autor standardową drogę: sprawdza, jak wygląda szkolenie na pilotów i z czym się wiąże, czego powinni się spodziewać kandydaci na takie stanowisko - i jak poradzili sobie ci, którzy dzisiaj mają wylatane tysiące godzin. Pyta, co wpłynęło na życiowe wybory i jakie są mankamenty takiej kariery, poda też informację o zarobkach - wprawdzie nie jako sensację, ale temat powróci przy okazji zastanawiania się nad znaczeniem zawodu i odpowiedzialnością w porównaniu z medykami. Adrenalinę zapewnią czytelnikom sceny z podniebnych problemów i awaryjnych lądowań, ryzyka, które ponosi się w tym zawodzie i pułapek. Nieprzypadkowo Jan Pelczar wypytuje o procedury i ich przestrzeganie: uświadamia czytelnikom, że podejście służbisty jest jedynym sposobem na ograniczenie możliwości wypadku lub katastrofy. Nawet jeśli coś wydaje się przesadzone, ma swoje uzasadnienie i wiąże się z zapewnieniem bezpieczeństwa załodze i pasażerom. Na końcu książki zresztą zastanawia się autor nad przyszłością lotów i nad pracami nad lotami bezzałogowymi: wielu jego rozmówców przyznaje, że czynnik ludzki jest odpowiedzialny za sporo problemów i automatyzacja dużo by w tym wypadku ułatwiła. Jednak nie zależy autorowi na tym, by przekonać do takich tez odbiorców - podsuwa to jako tematy do przemyślenia.
"Lecę. Piloci mi to powiedzieli" to świat, do jakiego zwykli czytelnicy normalnie wstępu nie mają. Niezależnie od prób uogólniania i stworzenia jednego obrazu pilotów, każdy ma swoje podejście do tematu i własne wypracowane metody działania. Jan Pelczar skupia się na tym, co dzisiaj dzieje się w lotnictwie, pokazuje zmiany, jakie zaszły wśród pilotów i ich dróg zawodowego rozwoju. Pisze książkę reportażową, bazującą na wielu rozmowach. Umiejętnie wychwytuje ciekawostki, anegdoty i to, co unikalne. Konstruuje z tego spójną opowieść, która zrobi duże wrażenie na odbiorcach. Dzięki docieraniu do informacji niedostępnych powszechnie ma szansę na zaistnienie na rynku - ale to za sprawą świetnej realizacji, narracji, która wciąga i pokazuje odbiorcom wady oraz zalety zawodu może do siebie najbardziej przekonać.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 18 sierpnia 2021
wtorek, 17 sierpnia 2021
Gabriel Garcia Marquez, Mario Vargas Llosa: Dwie samotności. Dialog mistrzów
Muza SA, Warszawa 2021.
Spotkanie
Ten tom jest publikacją w sam raz dla wszystkich moli książkowych, znakomitym dopowiedzeniem dla fanów twórczości Marqueza i Llosy, przypadnie do gustu również ludziom zainteresowanym autotematyzmem i warsztatem wielkich twórców. Jest to książka, która została rozbudowana do swoich rozmiarów za sprawą różnych dodatków: sedno, czyli jej serce, nadawałoby się na broszurę. Sporą część zajmują bowiem recenzje, komentarze i własne wspomnienia świadków wielkiego spotkania - nie ma tu zacięcia dziennikarskiego ani fachowości pióra, nie ma też większych sensacji: ot, zdawanie relacji z czegoś, co samo w sobie dopowiedzenia ani reklamy nie potrzebuje. "Dwie samotności" jednak mają być także przygotowaniem do cennego dialogu i do głosu, którego w literaturze - nie tylko iberoamerykańskiej - zabraknąć nie może.
Ci pisarze są już uznawani za mistrzów, są w stanie też zapełnić salę słuchaczami i zaprosić ich do pełnej refleksji, ale i konkretów z zakresu tworzenia literatury rozmowy. Nic dziwnego, że zapis takiego spotkania może i po latach stanowić ważną i wartościową wskazówkę w procesie interpretacji, ale też w próbach zrozumienia podejścia do literatury obu autorów. W "Dwóch samotnościach" najbardziej liczy się możliwość dotarcia do głębi, sprawdzenia, jak dwa wielkie umysły prowadziły dialog na temat bliski tym, którzy literaturę kochają. Nie ma tu mowy o prostych pytaniach, które uniemożliwiają zastanowienie się nad dziełem - istotne jest natomiast wciąż analizowanie struktur i procesów myślowych, inspiracji oraz problemów zakodowanych w książkach. Jeden pisarz wciela się w rolę uważnego czytelnika, drugi odpowiada na jego wątpliwości czy spostrzeżenia, obaj wzajemnie szanują się, cenią i przyjaźnią. Ale gdy w grę wchodzi literatura, zamieniają się w badaczy. Unikają oceniania, próbują za to zrozumieć. Prowadzą dyskusję nie na poziomie konkretnych wydarzeń z powieści: jeśli nawiązują do jakiegoś wątku, to po to, żeby pokazać jego znaczenie i sposób myślenia twórczego, źródła pomysłów i przesiąkanie literaturą w domu rodzinnym. Zastanawiają się nad powinnościami pisarza i nad tym, czy literatura może przenosić znaczenia społeczne i polityczne. Zdradzają od czasu do czasu tajniki pisania, pokazując, jak docierali do pewnych informacji i po co im one były. Nie będzie zatem wzniosłych słów o tworzeniu - raczej podejście rzemieślnicze. Ale Marquez i Llosa ze zrozumiałych względów rezygnują też z fałszywej skromności: są przekonani, że ich proza ma wielkie znaczenie, wiedzą, że nie powinni się krygować i udawać, że jest inaczej - dzięki czemu mogą zabrać słuchaczy w podróż po własnym świecie. Czytelnicy tego tomu dowiedzą się między innymi, jak narodziła się ta przyjaźń między dwoma geniuszami literatury i jakie wydarzenia doprowadziły do spotkania. To publikacja dla czytelników znających arcydzieła literatury i szukających dodatkowych komentarzy do nich - samodzielnie może jednak zaistnieć za sprawą refleksji na temat pisania i na temat roli literatury - to, co odkrywają pisarze w kontekście powieści w Ameryce Łacińskiej spokojnie da się rozszerzyć na inne środowiska. Mimo nawiązań do wydarzeń historycznych ważne są tu kwestie uniwersalne.
Spotkanie
Ten tom jest publikacją w sam raz dla wszystkich moli książkowych, znakomitym dopowiedzeniem dla fanów twórczości Marqueza i Llosy, przypadnie do gustu również ludziom zainteresowanym autotematyzmem i warsztatem wielkich twórców. Jest to książka, która została rozbudowana do swoich rozmiarów za sprawą różnych dodatków: sedno, czyli jej serce, nadawałoby się na broszurę. Sporą część zajmują bowiem recenzje, komentarze i własne wspomnienia świadków wielkiego spotkania - nie ma tu zacięcia dziennikarskiego ani fachowości pióra, nie ma też większych sensacji: ot, zdawanie relacji z czegoś, co samo w sobie dopowiedzenia ani reklamy nie potrzebuje. "Dwie samotności" jednak mają być także przygotowaniem do cennego dialogu i do głosu, którego w literaturze - nie tylko iberoamerykańskiej - zabraknąć nie może.
Ci pisarze są już uznawani za mistrzów, są w stanie też zapełnić salę słuchaczami i zaprosić ich do pełnej refleksji, ale i konkretów z zakresu tworzenia literatury rozmowy. Nic dziwnego, że zapis takiego spotkania może i po latach stanowić ważną i wartościową wskazówkę w procesie interpretacji, ale też w próbach zrozumienia podejścia do literatury obu autorów. W "Dwóch samotnościach" najbardziej liczy się możliwość dotarcia do głębi, sprawdzenia, jak dwa wielkie umysły prowadziły dialog na temat bliski tym, którzy literaturę kochają. Nie ma tu mowy o prostych pytaniach, które uniemożliwiają zastanowienie się nad dziełem - istotne jest natomiast wciąż analizowanie struktur i procesów myślowych, inspiracji oraz problemów zakodowanych w książkach. Jeden pisarz wciela się w rolę uważnego czytelnika, drugi odpowiada na jego wątpliwości czy spostrzeżenia, obaj wzajemnie szanują się, cenią i przyjaźnią. Ale gdy w grę wchodzi literatura, zamieniają się w badaczy. Unikają oceniania, próbują za to zrozumieć. Prowadzą dyskusję nie na poziomie konkretnych wydarzeń z powieści: jeśli nawiązują do jakiegoś wątku, to po to, żeby pokazać jego znaczenie i sposób myślenia twórczego, źródła pomysłów i przesiąkanie literaturą w domu rodzinnym. Zastanawiają się nad powinnościami pisarza i nad tym, czy literatura może przenosić znaczenia społeczne i polityczne. Zdradzają od czasu do czasu tajniki pisania, pokazując, jak docierali do pewnych informacji i po co im one były. Nie będzie zatem wzniosłych słów o tworzeniu - raczej podejście rzemieślnicze. Ale Marquez i Llosa ze zrozumiałych względów rezygnują też z fałszywej skromności: są przekonani, że ich proza ma wielkie znaczenie, wiedzą, że nie powinni się krygować i udawać, że jest inaczej - dzięki czemu mogą zabrać słuchaczy w podróż po własnym świecie. Czytelnicy tego tomu dowiedzą się między innymi, jak narodziła się ta przyjaźń między dwoma geniuszami literatury i jakie wydarzenia doprowadziły do spotkania. To publikacja dla czytelników znających arcydzieła literatury i szukających dodatkowych komentarzy do nich - samodzielnie może jednak zaistnieć za sprawą refleksji na temat pisania i na temat roli literatury - to, co odkrywają pisarze w kontekście powieści w Ameryce Łacińskiej spokojnie da się rozszerzyć na inne środowiska. Mimo nawiązań do wydarzeń historycznych ważne są tu kwestie uniwersalne.
poniedziałek, 16 sierpnia 2021
dr n. med. Aleksandra Rutkowska, dr n. o zdr. Aleksandra Olsson: Żyj bez toksyn
Chilli Zdrowie, Znak, Kraków 2021.
Przestrogi
Aleksandra Rutkowska i Aleksandra Olsson to dwie autorki, które eksponują tytuły naukowe na okładce popularyzatorskiego tomu "Żyj bez toksyn". Piszą książkę o tym, dlaczego należy unikać plastiku, a hasło "plastyfikatory" jest ich ulubionym straszakiem, który powraca co kilka stron w kolejnych ostrzeżeniach. Książka ma formę poradnika i została przygotowana tak, by zapewnić odbiorcom wsparcie zawsze wtedy, gdy chcą usunąć jakieś plastikowe elementy ze swojej codzienności. Dzielą codzienność na przejrzyste części, żeby ułatwić nawigację po książce. Opowiadają o tym, jak unikać plastiku w domu, w kuchni i posiłkach, w sprzątaniu i kosmetykach, w wychowywaniu dzieci, w pracy czy na zakupach. I w zasadzie trudno odmówić im racji, tyle tylko, że tony okołohisteryczne trochę psują wrażenie całości. Obie autorki starają się pisać rzetelnie i utrzymać styl poradnika. Stosują wyliczenia, przedstawiają kolejne motywy, które mogą odbiorców zainteresować - ale co jakiś czas wpadają w katastroficzne tony i wtedy rujnują starannie wypracowany efekt. "Żyj bez toksyn" to zbiór porad, trzeba nauczyć się odpowiednio korzystać z tej publikacji, nie dać się zwariować (kilkukrotne użycie plastikowej butelki raczej nie zabije użytkownika, który się na to odważy, tymczasem z narracji tak właśnie można wywnioskować). Jeśli ktoś chce żyć w zgodzie z ideami zero waste, może tu znaleźć sporo inspiracji i przydatnych podpowiedzi. Jeśli ktoś uważa, że ludzkość produkuje zbyt dużo plastiku i warto to ograniczyć - zyska wskazówki, jak to zrobić. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, jakie certyfikaty i oznaczenia na produktach zasługują na uwagę - tu otrzyma odpowiednie wiadomości. Autorki zajmują się nie tylko tym, czego nie używać (i tłumaczeniem, dość pobieżnym, z jakiego powodu). Są w stanie wyjaśnić, jakie zastępniki stosować. Będzie to oczywiście wymagało od odbiorców większych nakładów finansowych, a także więcej wysiłku (nikt nie zastanawia się nad tym, że noszenie wody w plastikowej butelce oznacza zredukowanie ciężaru samego opakowania, noszenie wody w butelce szklanej nie musi być już tak wygodne) - jednak to publikacja dla zdeterminowanych i dla potrzebujących przewodnika w świecie zasypywanym przez plastik. Autorki nie namawiają do rezygnowania z ulubionych elementów dnia albo rozrywek, zdają sobie sprawę, że niektóre nawyki trudno zmienić - więc w procesie wprowadzania zmian starają się po prostu zmodyfikować określone zachowania odbiorców, a nie przekonywać ich do radykalnego odrzucenia trybu życia. "Żyj bez toksyn" to poradnik dość ciekawy, ale też miejscami mocno przerysowany. Jest na rynku wiele podobnych książek, ale rzadko spotyka się aż tak radykalne podejście i narrację opartą na straszeniu czytelników. Można jednak przymknąć oko na stronę perswazyjną i skorzystać z samych fachowych porad.
Przestrogi
Aleksandra Rutkowska i Aleksandra Olsson to dwie autorki, które eksponują tytuły naukowe na okładce popularyzatorskiego tomu "Żyj bez toksyn". Piszą książkę o tym, dlaczego należy unikać plastiku, a hasło "plastyfikatory" jest ich ulubionym straszakiem, który powraca co kilka stron w kolejnych ostrzeżeniach. Książka ma formę poradnika i została przygotowana tak, by zapewnić odbiorcom wsparcie zawsze wtedy, gdy chcą usunąć jakieś plastikowe elementy ze swojej codzienności. Dzielą codzienność na przejrzyste części, żeby ułatwić nawigację po książce. Opowiadają o tym, jak unikać plastiku w domu, w kuchni i posiłkach, w sprzątaniu i kosmetykach, w wychowywaniu dzieci, w pracy czy na zakupach. I w zasadzie trudno odmówić im racji, tyle tylko, że tony okołohisteryczne trochę psują wrażenie całości. Obie autorki starają się pisać rzetelnie i utrzymać styl poradnika. Stosują wyliczenia, przedstawiają kolejne motywy, które mogą odbiorców zainteresować - ale co jakiś czas wpadają w katastroficzne tony i wtedy rujnują starannie wypracowany efekt. "Żyj bez toksyn" to zbiór porad, trzeba nauczyć się odpowiednio korzystać z tej publikacji, nie dać się zwariować (kilkukrotne użycie plastikowej butelki raczej nie zabije użytkownika, który się na to odważy, tymczasem z narracji tak właśnie można wywnioskować). Jeśli ktoś chce żyć w zgodzie z ideami zero waste, może tu znaleźć sporo inspiracji i przydatnych podpowiedzi. Jeśli ktoś uważa, że ludzkość produkuje zbyt dużo plastiku i warto to ograniczyć - zyska wskazówki, jak to zrobić. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, jakie certyfikaty i oznaczenia na produktach zasługują na uwagę - tu otrzyma odpowiednie wiadomości. Autorki zajmują się nie tylko tym, czego nie używać (i tłumaczeniem, dość pobieżnym, z jakiego powodu). Są w stanie wyjaśnić, jakie zastępniki stosować. Będzie to oczywiście wymagało od odbiorców większych nakładów finansowych, a także więcej wysiłku (nikt nie zastanawia się nad tym, że noszenie wody w plastikowej butelce oznacza zredukowanie ciężaru samego opakowania, noszenie wody w butelce szklanej nie musi być już tak wygodne) - jednak to publikacja dla zdeterminowanych i dla potrzebujących przewodnika w świecie zasypywanym przez plastik. Autorki nie namawiają do rezygnowania z ulubionych elementów dnia albo rozrywek, zdają sobie sprawę, że niektóre nawyki trudno zmienić - więc w procesie wprowadzania zmian starają się po prostu zmodyfikować określone zachowania odbiorców, a nie przekonywać ich do radykalnego odrzucenia trybu życia. "Żyj bez toksyn" to poradnik dość ciekawy, ale też miejscami mocno przerysowany. Jest na rynku wiele podobnych książek, ale rzadko spotyka się aż tak radykalne podejście i narrację opartą na straszeniu czytelników. Można jednak przymknąć oko na stronę perswazyjną i skorzystać z samych fachowych porad.
niedziela, 15 sierpnia 2021
Marta Obuch: Dama ciężkich obyczajów
Filia, Poznań 2021.
Ogródek gangstera
Marta Obuch pisze ostatnio swoje komedie kryminalne według jednego szablonu i to wcale nie musi być problemem dla czytelniczek. Bo łatwo dać się uwieść historiom romansowym z ogromną dozą humoru na pierwszym planie oraz z sensacjami (zwykle ze śląskich miast) w tle. Tym razem autorka powołuje do istnienia trzy niezwykle żywiołowe bohaterki. Wiolonczelistka Lidka zamierza zająć się swoim życiem uczuciowym i codziennie zagadywać do jednego nieznajomego mężczyzny, żeby dzięki temu zwiększyć szansę na miłość. Jej kuzynka, Iwonka, przeżywa właśnie kryzys: wieloletniemu narzeczonemu zaczęło przeszkadzać, że Iwonka niesamowicie się spasła. Poczciwy Misiek próbuje delikatnie (w swoim mniemaniu) dać Iwonce do zrozumienia, że powinna odrobinę o siebie zadbać, zyskuje jednak tyle, że narzeczona wyprowadza się z domu i postanawia zająć się rozpustą. Przynajmniej - w oczach nieświadomego Miśka. Jest jeszcze ciotka Czesława, energiczna starsza pani, która w wyniku kradzieży straciła oszczędności całego życia - i w efekcie szansę na spełnienie dość nietypowego marzenia. Kobieta wie, że nie powinna przesadnie liczyć na sukces policji w odzyskaniu majątku, chce zatem sama zwrócić się do gangsterów z prośbą o pomoc. Tyle tylko, że poznanie gangstera to nie taka prosta sprawa i warto byłoby najpierw wiedzieć, gdzie szukać.
O ile w charakterach i w sprawach kryminalnych wprowadza Marta Obuch urozmaicenia, na wszelki wypadek wciąż wpatrując się w powieści Joanny Chmielewskiej, o tyle wątek romansowy jest zwykle podobny: od początku wiadomo, między kim zaiskrzy, a sam rozwijający się temat miłości autorka wykorzystuje przede wszystkim po to, żeby pouczać czytelniczki w sprawach sercowych. Podpowiada im, jak się zachowywać, żeby zdobyć uznanie lub uwagę ukochanego, znaleźć receptę na kryzys w związku albo uciec od powszechnych problemów. Daje wskazówki wprost, wtapia je w narrację tak, by nikt nie miał wątpliwości, co zrobić, gdy uczucie gaśnie. Flirty, randki, wzajemne drobne kłamstewka i otwartość na nowe doświadczenia - to wszystko ma przynosić radość. Marta Obuch podpowiada, jak stworzyć satysfakcjonujący związek. Nie obiecuje miłości aż po grób, jej "żyli długo i szczęśliwie" zatrzymuje się na sprawach najbardziej aktualnych - a uczucie zdobywa się często przez żarty i komiczne sytuacje. Nie ma wielkich słów, nie ma łzawych historii ani sentymentów, dzięki czemu nawet realizowany w kolejnej książce schemat wcale nie będzie nudzić. Autorka dodatkowo puszcza wodze fantazji w kwestiach porachunków gangsterskich: nie ma tu żadnych ograniczeń, może wymyślić wszystko - nawet nie po to, żeby dostarczyć adrenaliny odbiorcom, a żeby ich ciągle rozśmieszać. Jest to rozwiązanie, które dobrze się sprawdzi. Charakterystyczne dla gatunku zderzenie naiwności zwykłych bohaterek z pozornie sprytnym i niebezpiecznym gangiem - to nie motyw, w który trzeba uwierzyć. Jednak sposób prowadzenia narracji i cenne porady dla odbiorczyń to powody, dla których po "Damę ciężkich obyczajów" sięgnąć dla rozrywki w wakacje można bez strachu.
Ogródek gangstera
Marta Obuch pisze ostatnio swoje komedie kryminalne według jednego szablonu i to wcale nie musi być problemem dla czytelniczek. Bo łatwo dać się uwieść historiom romansowym z ogromną dozą humoru na pierwszym planie oraz z sensacjami (zwykle ze śląskich miast) w tle. Tym razem autorka powołuje do istnienia trzy niezwykle żywiołowe bohaterki. Wiolonczelistka Lidka zamierza zająć się swoim życiem uczuciowym i codziennie zagadywać do jednego nieznajomego mężczyzny, żeby dzięki temu zwiększyć szansę na miłość. Jej kuzynka, Iwonka, przeżywa właśnie kryzys: wieloletniemu narzeczonemu zaczęło przeszkadzać, że Iwonka niesamowicie się spasła. Poczciwy Misiek próbuje delikatnie (w swoim mniemaniu) dać Iwonce do zrozumienia, że powinna odrobinę o siebie zadbać, zyskuje jednak tyle, że narzeczona wyprowadza się z domu i postanawia zająć się rozpustą. Przynajmniej - w oczach nieświadomego Miśka. Jest jeszcze ciotka Czesława, energiczna starsza pani, która w wyniku kradzieży straciła oszczędności całego życia - i w efekcie szansę na spełnienie dość nietypowego marzenia. Kobieta wie, że nie powinna przesadnie liczyć na sukces policji w odzyskaniu majątku, chce zatem sama zwrócić się do gangsterów z prośbą o pomoc. Tyle tylko, że poznanie gangstera to nie taka prosta sprawa i warto byłoby najpierw wiedzieć, gdzie szukać.
O ile w charakterach i w sprawach kryminalnych wprowadza Marta Obuch urozmaicenia, na wszelki wypadek wciąż wpatrując się w powieści Joanny Chmielewskiej, o tyle wątek romansowy jest zwykle podobny: od początku wiadomo, między kim zaiskrzy, a sam rozwijający się temat miłości autorka wykorzystuje przede wszystkim po to, żeby pouczać czytelniczki w sprawach sercowych. Podpowiada im, jak się zachowywać, żeby zdobyć uznanie lub uwagę ukochanego, znaleźć receptę na kryzys w związku albo uciec od powszechnych problemów. Daje wskazówki wprost, wtapia je w narrację tak, by nikt nie miał wątpliwości, co zrobić, gdy uczucie gaśnie. Flirty, randki, wzajemne drobne kłamstewka i otwartość na nowe doświadczenia - to wszystko ma przynosić radość. Marta Obuch podpowiada, jak stworzyć satysfakcjonujący związek. Nie obiecuje miłości aż po grób, jej "żyli długo i szczęśliwie" zatrzymuje się na sprawach najbardziej aktualnych - a uczucie zdobywa się często przez żarty i komiczne sytuacje. Nie ma wielkich słów, nie ma łzawych historii ani sentymentów, dzięki czemu nawet realizowany w kolejnej książce schemat wcale nie będzie nudzić. Autorka dodatkowo puszcza wodze fantazji w kwestiach porachunków gangsterskich: nie ma tu żadnych ograniczeń, może wymyślić wszystko - nawet nie po to, żeby dostarczyć adrenaliny odbiorcom, a żeby ich ciągle rozśmieszać. Jest to rozwiązanie, które dobrze się sprawdzi. Charakterystyczne dla gatunku zderzenie naiwności zwykłych bohaterek z pozornie sprytnym i niebezpiecznym gangiem - to nie motyw, w który trzeba uwierzyć. Jednak sposób prowadzenia narracji i cenne porady dla odbiorczyń to powody, dla których po "Damę ciężkich obyczajów" sięgnąć dla rozrywki w wakacje można bez strachu.
Andrzej Żak: Samuraj i anioł stróż
Wydawnictwo BIS, Warszawa 2017.
Walka
Jest to książka, w której istotne stały się dwa tematy: wiara (na drugim planie) i walka z ciężką chorobą (na pierwszym. Andrzej Żak w „Samuraju i aniele stróżu” wysyła odbiorców do szpitala, na oddział, na którym przebywają ciężko chore dzieci. Są tu sale, z których się długo nie wraca, jest sporo strachu i cierpienia. Przygotowania do operacji ratujących życie, ksywki (bo jakoś trzeba zachować normalność) i brak szkolnych obowiązków, może poza lekcjami katechezy, które z nudów można przetrwać. Teo też znajduje się w szpitalu. Dba o niego starszy brat, jednak Teo trochę zaczyna już tracić nadzieję na to, że kiedyś wyzdrowieje. Nie chce słuchać zapewnień innych, ma dość leżenia. Z pomocą przychodzi mu Jasny, wysłannik nieba, krótko mówiąc: anioł stróż. Przychodzi we śnie, ale nie po to, żeby prawić chłopakowi kazania. Wplątuje się w całą ekipę dzieciaków, które przecież chciałyby funkcjonować normalnie i potrzebują możliwości wyszalenia się. Zabiera Teo na trening karate i zmusza do wielkiego wysiłku. W dzień chłopiec leży w szpitalnym łóżku, nocami stacza ciężkie pojedynki z trudnymi przeciwnikami. Jasny nie zamierza niczego ułatwiać, co najwyżej zagrzewa do boju i komentuje z dystansu. Gdzieś w tym wszystkim pozostaje Bóg (tajemniczy tatuaż na ramieniu ochroniarza jest wiele mówiącym znakiem), ale nie chodzi o nawracanie. Przynajmniej – nie do końca. W pewnym momencie Andrzej Żak przejdzie na pocieszanie i wprowadzanie kaznodziejskich tonów (na szczęście – na krótko), bardziej zależy mu jednak na dodawaniu otuchy chorym dzieciom i pokazanie im oraz ich otoczeniu, że chorobę można potraktować jako walkę, w której wsparciem będzie także wiara. Teo potrzebuje autorytetu, ale nie znajdzie go w osobie szpitalnego kapelana – ksiądz nie wierzy chłopakom w ich rewelacje i w ich wizję nieba, nie ma zamiaru jednak odbierać im zabawy. Tylko Jasny wie, że czasami trzeba być trochę szorstkim, żeby dogadać się z dzieciakami. „Samuraj i anioł stróż” to opowieść, która na początku może wciągnąć przez nietypowy kontekst: rzadko kiedy tłem wydarzeń – i to dosłownym tłem – staje się szpital i onkologia dziecięca. Tutaj jednak mali bohaterowie nie mają problemów z zaakceptowaniem swojego stanu: jeśli dziewczynka ma stracić pierś, wie już, że dzięki chirurgii plastycznej zrobi sobie jeszcze ładniejszą. Zmiany na twarzy dodają charakteru – a jeśli już nie da się znaleźć pocieszenia w prostych hasłach, można się przenieść w świat wyobraźni. Andrzej Żak wykorzystuje dość prostą analogię: to proces wracania do zdrowia ma być walką, ćwiczenia karate, które wykonuje Teo każdej nocy, uczą go wysiłku i niepoddawania się. Problemem bywają od czasu do czasu nieodpowiednie dobory słów, niektórych może też zniechęcić motyw modlitwy i wiary jako sposobu rozwiązywania problemów. Ale Andrzej Żak zwraca się do ściśle określonej grupy odbiorców, tych, którzy właśnie takiego rodzaju pocieszenia potrzebują.
Walka
Jest to książka, w której istotne stały się dwa tematy: wiara (na drugim planie) i walka z ciężką chorobą (na pierwszym. Andrzej Żak w „Samuraju i aniele stróżu” wysyła odbiorców do szpitala, na oddział, na którym przebywają ciężko chore dzieci. Są tu sale, z których się długo nie wraca, jest sporo strachu i cierpienia. Przygotowania do operacji ratujących życie, ksywki (bo jakoś trzeba zachować normalność) i brak szkolnych obowiązków, może poza lekcjami katechezy, które z nudów można przetrwać. Teo też znajduje się w szpitalu. Dba o niego starszy brat, jednak Teo trochę zaczyna już tracić nadzieję na to, że kiedyś wyzdrowieje. Nie chce słuchać zapewnień innych, ma dość leżenia. Z pomocą przychodzi mu Jasny, wysłannik nieba, krótko mówiąc: anioł stróż. Przychodzi we śnie, ale nie po to, żeby prawić chłopakowi kazania. Wplątuje się w całą ekipę dzieciaków, które przecież chciałyby funkcjonować normalnie i potrzebują możliwości wyszalenia się. Zabiera Teo na trening karate i zmusza do wielkiego wysiłku. W dzień chłopiec leży w szpitalnym łóżku, nocami stacza ciężkie pojedynki z trudnymi przeciwnikami. Jasny nie zamierza niczego ułatwiać, co najwyżej zagrzewa do boju i komentuje z dystansu. Gdzieś w tym wszystkim pozostaje Bóg (tajemniczy tatuaż na ramieniu ochroniarza jest wiele mówiącym znakiem), ale nie chodzi o nawracanie. Przynajmniej – nie do końca. W pewnym momencie Andrzej Żak przejdzie na pocieszanie i wprowadzanie kaznodziejskich tonów (na szczęście – na krótko), bardziej zależy mu jednak na dodawaniu otuchy chorym dzieciom i pokazanie im oraz ich otoczeniu, że chorobę można potraktować jako walkę, w której wsparciem będzie także wiara. Teo potrzebuje autorytetu, ale nie znajdzie go w osobie szpitalnego kapelana – ksiądz nie wierzy chłopakom w ich rewelacje i w ich wizję nieba, nie ma zamiaru jednak odbierać im zabawy. Tylko Jasny wie, że czasami trzeba być trochę szorstkim, żeby dogadać się z dzieciakami. „Samuraj i anioł stróż” to opowieść, która na początku może wciągnąć przez nietypowy kontekst: rzadko kiedy tłem wydarzeń – i to dosłownym tłem – staje się szpital i onkologia dziecięca. Tutaj jednak mali bohaterowie nie mają problemów z zaakceptowaniem swojego stanu: jeśli dziewczynka ma stracić pierś, wie już, że dzięki chirurgii plastycznej zrobi sobie jeszcze ładniejszą. Zmiany na twarzy dodają charakteru – a jeśli już nie da się znaleźć pocieszenia w prostych hasłach, można się przenieść w świat wyobraźni. Andrzej Żak wykorzystuje dość prostą analogię: to proces wracania do zdrowia ma być walką, ćwiczenia karate, które wykonuje Teo każdej nocy, uczą go wysiłku i niepoddawania się. Problemem bywają od czasu do czasu nieodpowiednie dobory słów, niektórych może też zniechęcić motyw modlitwy i wiary jako sposobu rozwiązywania problemów. Ale Andrzej Żak zwraca się do ściśle określonej grupy odbiorców, tych, którzy właśnie takiego rodzaju pocieszenia potrzebują.
sobota, 14 sierpnia 2021
Natascha Lusenti: Wszystkie barwy marzeń
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021.
Przyjaźń
Natascha Lusenti zaczyna tę książkę bardzo ostrożnie i stopniowo się rozkręca. Ma pomysł na opowieść, ale pomysł bazuje na drobiazgu, który nie ma siły przebicia w dzisiejszym świecie. Jednak autorka się nie poddaje. Powoli wprowadza Emilię do świadomości czytelników oraz w życie małego chłopca, Nicoli. Emilia nie nadaje się na przebojową i podbijającą serca wszystkich bohaterkę - jest wycofana, zlękniona i samotna. Wprowadza się do mieszkania przyjaciółki na skutek zawirowań w jej własnym życiu. Prowadzi jako wolontariuszka kursy kreatywnego pisania dla dzieci i próbuje przetrwać w nieprzyjaznej rzeczywistości. Emilia jest raczej nieporadna i zagubiona niż przekonana o własnej wartości. Robi jednak coś, czego nikt inny nie próbował: pisze drobne opowiadania w formie listów do nieznajomych. Charakterystyczne kartki zapisuje tekstami zaczynanymi od słów "dzisiaj rano zbudziłam się i". Nie jest to może początek z fajerwerkami, ale ludzie z kamienicy mogą się ustosunkować do utworu i wyrażać swoje opinie przez dopiski albo inne reakcje. Stopniowo część mieszkańców przyzwyczaja się do tych wyznań i czeka na nie, a druga część - szuka sposobu na pozbycie się problemu w postaci niespełnionego literata. Emilia nie chce się przyznać, że to jej twórczość. Niewielu ludzi może się dowiedzieć o tym, jak dzieli się swoimi przemyśleniami - i dlaczego.
Jest jeszcze Nicola. Chłopiec, który po rozstaniu rodziców pozostał z tatą i nie potrafi się z nim zbyt dobrze dogadać. Nicola ucieka w świat książek - co może nie jest zbyt typowe dla małego chłopca, ale dla małego chłopca, który rozpaczliwie potrzebuje schronienia - idealne. Uwielbia też filmy, zwłaszcza "Gwiezdne Wojny" może oglądać wiele razy. Nicola nie znosi partnerek ojca. Stara się je przepłoszyć, uznaje je za źródło wszelkich nieszczęść i problemów (przede wszystkim - braku komunikacji z tatą). I kiedy taki chłopiec potrzebujący wsparcia i zrozumienia trafi na równie zagubioną młodą kobietę - będzie mógł zyskać ukojenie. Między Emilią i Nicolą nawiązuje się piękna przyjaźń. Tyle że kiedy wszystko zmierza w stronę oazy spokoju, odzywają się ci, którym przeszkadza cudze szczęście.
"Wszystkie barwy marzeń" to książka, która ucieka od schematów fabularnych. Bardziej istotne niż relacje między dorosłymi jest tutaj poszukiwanie wsparcia i bratniej duszy niezależnie od wieku. Lusenti trzyma się konsekwentnie detali: raz skupia uwagę czytelników na kotach bohaterki, by za moment nawiązać do specyfiki tworzenia tekstów (autotematyzm jest tu jednym z powracających motywów). Liczy się umiejętność postrzegania świata przez dziecko albo przez pryzmat wewnętrznego dziecka: to właśnie wyczulenie na drobiazgi, które mogą zmienić interpretację wydarzeń. W tej powieści nie ma pośpiechu ani chęci pouczania odbiorców. Autorka co najwyżej może zasugerować, gdzie znaleźć szczęście, podpowiedzieć, jak pozostać sobą mimo niesprzyjających okoliczności. To jednak nie ma przełożenia na wskazówki do natychmiastowego zastosowania, raczej wymusza na czytelniczkach refleksję nad sobą i nad wybieranymi w życiu rozwiązaniami.
Im dalej, tym lepiej. Autorka czuje się coraz swobodniej w narracji, nie potrzebuje już podpórek ani rozbiegówek. Pisze tak, by zaintrygować, ale też żeby przyciągnąć do lektury osoby wrażliwe i nastawione idealistycznie do świata. Emilia wynajduje sobie sposób na to, by nie dać się skrzywdzić - a przy okazji może też komuś pomóc. Nicola potrzebuje uwagi, ale znajduje ją w najlepszym możliwym momencie. Wszystko musi się udać, nawet jeśli po drodze bywa bardzo ciężko. Ta powieść może niepostrzeżenie wciągnąć.
Przyjaźń
Natascha Lusenti zaczyna tę książkę bardzo ostrożnie i stopniowo się rozkręca. Ma pomysł na opowieść, ale pomysł bazuje na drobiazgu, który nie ma siły przebicia w dzisiejszym świecie. Jednak autorka się nie poddaje. Powoli wprowadza Emilię do świadomości czytelników oraz w życie małego chłopca, Nicoli. Emilia nie nadaje się na przebojową i podbijającą serca wszystkich bohaterkę - jest wycofana, zlękniona i samotna. Wprowadza się do mieszkania przyjaciółki na skutek zawirowań w jej własnym życiu. Prowadzi jako wolontariuszka kursy kreatywnego pisania dla dzieci i próbuje przetrwać w nieprzyjaznej rzeczywistości. Emilia jest raczej nieporadna i zagubiona niż przekonana o własnej wartości. Robi jednak coś, czego nikt inny nie próbował: pisze drobne opowiadania w formie listów do nieznajomych. Charakterystyczne kartki zapisuje tekstami zaczynanymi od słów "dzisiaj rano zbudziłam się i". Nie jest to może początek z fajerwerkami, ale ludzie z kamienicy mogą się ustosunkować do utworu i wyrażać swoje opinie przez dopiski albo inne reakcje. Stopniowo część mieszkańców przyzwyczaja się do tych wyznań i czeka na nie, a druga część - szuka sposobu na pozbycie się problemu w postaci niespełnionego literata. Emilia nie chce się przyznać, że to jej twórczość. Niewielu ludzi może się dowiedzieć o tym, jak dzieli się swoimi przemyśleniami - i dlaczego.
Jest jeszcze Nicola. Chłopiec, który po rozstaniu rodziców pozostał z tatą i nie potrafi się z nim zbyt dobrze dogadać. Nicola ucieka w świat książek - co może nie jest zbyt typowe dla małego chłopca, ale dla małego chłopca, który rozpaczliwie potrzebuje schronienia - idealne. Uwielbia też filmy, zwłaszcza "Gwiezdne Wojny" może oglądać wiele razy. Nicola nie znosi partnerek ojca. Stara się je przepłoszyć, uznaje je za źródło wszelkich nieszczęść i problemów (przede wszystkim - braku komunikacji z tatą). I kiedy taki chłopiec potrzebujący wsparcia i zrozumienia trafi na równie zagubioną młodą kobietę - będzie mógł zyskać ukojenie. Między Emilią i Nicolą nawiązuje się piękna przyjaźń. Tyle że kiedy wszystko zmierza w stronę oazy spokoju, odzywają się ci, którym przeszkadza cudze szczęście.
"Wszystkie barwy marzeń" to książka, która ucieka od schematów fabularnych. Bardziej istotne niż relacje między dorosłymi jest tutaj poszukiwanie wsparcia i bratniej duszy niezależnie od wieku. Lusenti trzyma się konsekwentnie detali: raz skupia uwagę czytelników na kotach bohaterki, by za moment nawiązać do specyfiki tworzenia tekstów (autotematyzm jest tu jednym z powracających motywów). Liczy się umiejętność postrzegania świata przez dziecko albo przez pryzmat wewnętrznego dziecka: to właśnie wyczulenie na drobiazgi, które mogą zmienić interpretację wydarzeń. W tej powieści nie ma pośpiechu ani chęci pouczania odbiorców. Autorka co najwyżej może zasugerować, gdzie znaleźć szczęście, podpowiedzieć, jak pozostać sobą mimo niesprzyjających okoliczności. To jednak nie ma przełożenia na wskazówki do natychmiastowego zastosowania, raczej wymusza na czytelniczkach refleksję nad sobą i nad wybieranymi w życiu rozwiązaniami.
Im dalej, tym lepiej. Autorka czuje się coraz swobodniej w narracji, nie potrzebuje już podpórek ani rozbiegówek. Pisze tak, by zaintrygować, ale też żeby przyciągnąć do lektury osoby wrażliwe i nastawione idealistycznie do świata. Emilia wynajduje sobie sposób na to, by nie dać się skrzywdzić - a przy okazji może też komuś pomóc. Nicola potrzebuje uwagi, ale znajduje ją w najlepszym możliwym momencie. Wszystko musi się udać, nawet jeśli po drodze bywa bardzo ciężko. Ta powieść może niepostrzeżenie wciągnąć.
piątek, 13 sierpnia 2021
Lily King: Kochankowie i pisarze
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Bez próżni
Takie historie wciąż się zdarzają i nie ma w nich punktu zaczepienia. Zaczynają się zlewać ze sobą i mieszać z rzeczywistością, a powstają chyba w głównej mierze dlatego, że autorzy chcą pokazać czytelnikom niemoc w wielu wydaniach. "Kochankowie i pisarze" to książka, w której próżno szukać wyróżniającej się fabuły. Lily King nie zajmuje się tworzeniem akcji, biegu wydarzeń, jaki mógłby zaintrygować czytelników i przekonać ich do pozostania przy lekturze. Casey wydaje się być bierna. Nie może zrobić ze swoim życiem nic, co przekonałoby, że warto podejmować wysiłek i nie czekać na rozwój wydarzeń. To młoda kobieta, która ma poważne problemy finansowe (jednak nie spędzają jej one snu z powiek). Pracuje jako kelnerka, mieszka kątem w mieszkaniu, które nie spełnia żadnych standardów - i próbuje żyć marzeniami o stworzeniu wielkiej powieści. Casey wie, że jej znajomi literaci jeden po drugim odchodzili od młodzieńczych rojeń - stopniowo przenosili się do firm gwarantujących im stabilizację i regularną pensję. Jednak Casey zachowuje się tak, jakby nigdy nie dorosła. Wciąż liczy na to, że zdobędzie sławę i niezależność za sprawą własnych umiejętności. Ignoruje fakt, że informacja o tworzeniu powieści budzi raczej ironię w rozmówcach. I dziwi się, kiedy ktoś zwraca jej uwagę na inne możliwości działania. Casey koncentruje się bardziej na swoich podbojach miłosnych, czerpie przyjemność z seksu, kocha dwóch różnych mężczyzn - ale też Lily King nie chce zamieniać książki ani w czytadło, ani w erotyk: sceny łóżkowe są tylko dodatkiem do psychologizmów w wykonaniu bohaterki, bezemocjonalne i pozbawione detali służą do pokazania natury kobiety.
"Kochankowie i pisarze" to zatem powieść rozsnuta między niemożnością realizowania się w twórczym zawodzie i brakiem zdecydowania w kwestiach osobistych. Casey przekonuje się codziennie, że nie rozumie ludzi i przez nich jest niezrozumiana. Ale autorka nie znajduje tu miejsca na większe emocje. Nie wybija nawet procesu żałoby, a przecież niedawno Casey straciła matkę. Problem z tą książką polega na monotonii uczuć: nawet jeśli autorka dotyka spraw ekstremalnych (czy to bolesnych, czy - nastrajających entuzjastycznie), nie przekazuje tego jako chwil przełomowych dla bohaterki. Dba o jednostajność w narracji oraz w biegu wydarzeń, odsuwa się od chęci budzenia jakichkolwiek silniejszych uczuć u odbiorców. Zupełnie jakby każde drgnienie przenosiło ją automatycznie na półkę z literaturą rozrywkową. Jeśli do tego doda się dylematy literackie bohaterki - bo każdy niespełniony pisarz musi je w lekturach mieć - robi się naprawdę trudno. Trzeba gustować w tego typu literaturze, żeby docenić jej rozwiązania i zabiegi. "Kochankowie i pisarze" to propozycja dla części odbiorców. Raczej nie dla tych, którzy nie lubią ciągnących się w nieskończoność rozterek i przemyśleń.
Bez próżni
Takie historie wciąż się zdarzają i nie ma w nich punktu zaczepienia. Zaczynają się zlewać ze sobą i mieszać z rzeczywistością, a powstają chyba w głównej mierze dlatego, że autorzy chcą pokazać czytelnikom niemoc w wielu wydaniach. "Kochankowie i pisarze" to książka, w której próżno szukać wyróżniającej się fabuły. Lily King nie zajmuje się tworzeniem akcji, biegu wydarzeń, jaki mógłby zaintrygować czytelników i przekonać ich do pozostania przy lekturze. Casey wydaje się być bierna. Nie może zrobić ze swoim życiem nic, co przekonałoby, że warto podejmować wysiłek i nie czekać na rozwój wydarzeń. To młoda kobieta, która ma poważne problemy finansowe (jednak nie spędzają jej one snu z powiek). Pracuje jako kelnerka, mieszka kątem w mieszkaniu, które nie spełnia żadnych standardów - i próbuje żyć marzeniami o stworzeniu wielkiej powieści. Casey wie, że jej znajomi literaci jeden po drugim odchodzili od młodzieńczych rojeń - stopniowo przenosili się do firm gwarantujących im stabilizację i regularną pensję. Jednak Casey zachowuje się tak, jakby nigdy nie dorosła. Wciąż liczy na to, że zdobędzie sławę i niezależność za sprawą własnych umiejętności. Ignoruje fakt, że informacja o tworzeniu powieści budzi raczej ironię w rozmówcach. I dziwi się, kiedy ktoś zwraca jej uwagę na inne możliwości działania. Casey koncentruje się bardziej na swoich podbojach miłosnych, czerpie przyjemność z seksu, kocha dwóch różnych mężczyzn - ale też Lily King nie chce zamieniać książki ani w czytadło, ani w erotyk: sceny łóżkowe są tylko dodatkiem do psychologizmów w wykonaniu bohaterki, bezemocjonalne i pozbawione detali służą do pokazania natury kobiety.
"Kochankowie i pisarze" to zatem powieść rozsnuta między niemożnością realizowania się w twórczym zawodzie i brakiem zdecydowania w kwestiach osobistych. Casey przekonuje się codziennie, że nie rozumie ludzi i przez nich jest niezrozumiana. Ale autorka nie znajduje tu miejsca na większe emocje. Nie wybija nawet procesu żałoby, a przecież niedawno Casey straciła matkę. Problem z tą książką polega na monotonii uczuć: nawet jeśli autorka dotyka spraw ekstremalnych (czy to bolesnych, czy - nastrajających entuzjastycznie), nie przekazuje tego jako chwil przełomowych dla bohaterki. Dba o jednostajność w narracji oraz w biegu wydarzeń, odsuwa się od chęci budzenia jakichkolwiek silniejszych uczuć u odbiorców. Zupełnie jakby każde drgnienie przenosiło ją automatycznie na półkę z literaturą rozrywkową. Jeśli do tego doda się dylematy literackie bohaterki - bo każdy niespełniony pisarz musi je w lekturach mieć - robi się naprawdę trudno. Trzeba gustować w tego typu literaturze, żeby docenić jej rozwiązania i zabiegi. "Kochankowie i pisarze" to propozycja dla części odbiorców. Raczej nie dla tych, którzy nie lubią ciągnących się w nieskończoność rozterek i przemyśleń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






