Harperkids, Warszawa 2020.
Pomysł na siebie
Ta książeczka na rynku pojawiła się dwadzieścia lat temu, co znaczy, że jej bohaterka dawno jest już dorosła. Jednak Hania Humorek tak bardzo trafiła w przekonania najmłodszych, że powraca na rynek. Megan McDonald zaproponowała tu typową dla dzieci historyjkę związaną z zazdrością i chęcią wygrywania. Wszystko zaczyna się od zwycięstwa Julki Wróbel w konkursie ortograficznym. Hania też chciałaby odnieść sukces, ale zdaje sobie sprawę, że nie potrafi literować tak dobrze, jak Julka – i nie umie się tego nauczyć. Poza tym prym w tej akurat dyscyplinie wiedzie już koleżanka, więc Hania nie dokona niczego nowego, nawet jeśli ją przegoni. Problem w tym, że Smrodek, młodszy brat Hani, trafił do gazet w dniu swoich narodzin (za sprawą porodu w samochodzie). On też może zatem poszczycić się obecnością w mediach i byciem sławnym. W domu pojawia się galeria sław, do której Hania Humorek bardzo chciałaby dołączyć – ale nie wie, z jakiego powodu. I tak zaczynają się poszukiwania dziedziny, w której bohaterka mogłaby się sprawdzić.
Chociaż tomik „Hania Humorek zostaje gwiazdą” zapowiada trochę podbijanie społeczności w stylu pop, Megan McDonald ucieka od prostych zabaw i rozrywek kilkulatków. Nawet jeżeli inni bohaterowie osiągają sukcesy w nauce czy w sztuczkach magicznych, Hania musi dokonać czegoś wyjątkowego, żeby na pewno zapisać się w świadomości innych i żeby nie czuła się gorsza. I tutaj autorka zaskakuje czymś, co później w serii rzadko ma szansę dojść do głosu – proponuje postaci zaangażowanie się w wartościową akcję. Hania… kradnie zepsute lalki ze szpitalnego pokoju zabaw. Chce zająć się nimi w tajemnicy, bo nie wie, czy inni poparliby jej pomysł. Klinika lalek to świetne rozwiązanie, kiedy nie ma się wystarczająco dużo umiejętności, by pokazać geniusz w nauce, a chce się zrobić coś dobrego. „Hania Humorek zostaje gwiazdą” to tomik, w którym mała bohaterka w pełni zapracowuje na swój tytuł i zyskuje sławę, o jakiej marzyła, a także uznanie innych – zasłużone, a nie wynikające z tytułów czy zainteresowania prasy.
Megan McDonald dobrze odczytuje emocje dzieci i przedstawia je w prostej historyjce. Bardzo często bawi się słowami, wie, że podobne brzmienia rozśmieszają maluchy i zachęcają do lektury. Wprowadza też bardzo życiowe scenki, pokazuje relacje między Hanią Humorek, jej bratem i szkolnymi kolegami, dba o to, żeby w każdym rozdziale pojawiało się coś interesującego. „Hania Humorek zostaje gwiazdą” to książka, w której mali odbiorcy mogą się przeglądać – zapewne zresztą będą to robić. Skoro tomik wraca na rynek, to dobry sposób na uzupełnienie biblioteczek – przygody Hani Humorek czyta się dla rozrywki. Jest to metoda, by przekonać dzieci do tego, że w wolnym czasie można siedzieć nad książką dla przyjemności.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 11 października 2020
sobota, 10 października 2020
Malcolm XD: Edukacja
W.A.B., Warszawa 2020.
Stażysta
Malcolm XD nie zawodzi. Nie zawodzi, a do tego stara się trochę pomieszać w polskim piekiełku, trochę poirytować przywiązanych do konserwatywnych poglądów albo do mitów społecznych. Trochę poprowokować, ale nie za dużo, bo przede wszystkim lubi rozśmieszać. Nawet zatem jeśli stawia diagnozy dotyczące pokolenia czy możliwości funkcjonowania w dzisiejszych realiach, to robi to z humorem. A takiej satyry społecznej przed Malcolmem XD jeszcze nie było. Trochę się ten narrator odsłania – z każdym tomem – tym razem jako zagadnienie w temacie kreacji autora podaje w przybliżeniu kierunek podjętych studiów oraz motyw własnej introwertyczności (stąd niechęć do bliższego przedstawiania się). Skupia się jednak na swoim bezpłatnym (wartym 1500 złotych na miesiąc) stażu w firmie Prezesa. Zanim do tego dojdzie, uda mu się przyciągnąć czytelników motywem sprzedaży Polski Żydom. Od takiego bowiem motywu zaczyna się trzeci tom Malcolma XD, zatytułowany „Edukacja”. Od razu widać, że będzie bezkompromisowo i zabawnie – a ci, których kpiny ze stereotypów (również narodowościowych) nie bawią, nie będą zagłębiać się w dalszą lekturę. Całą resztę – oby jak największą – czeka sporo dobrej zabawy. Oto bowiem Malcolm XD, który zaczyna od trzęsienia ziemi – brawurowej sprzedaży najważniejszych obiektów w Warszawie przerwanej przez potyczkę z chamami – musi odbiorcom wytłumaczyć, skąd wziął się razem z Prezesem w Pałacu Kultury i jak wdał się w aferę – nie pierwszą przecież – na skalę międzynarodową. Motyw edukacji w sensie studiów zostanie tu przedstawiony w kilku akapitach, bo też i znacznie ciekawsza staje się otoczka: dyskrecja pań z dziekanatu i tajemnicza przypadłość, która dopada bohatera podczas zmierzania na uczelnię. Wszystko jest tu ze sobą zgrabnie powiązane, tak, że staż w firmie Prezesa nawet największych sceptyków może przestać dziwić. A później już pojawi się nieskrępowana radość, czarny humor i absurd w stanie czystym – czyli to, co u Malcolma XD najlepsze.
Bohater, który zupełnie nie radzi sobie z własną codziennością, za to bez trudu dostrzega mankamenty i wyzwania w relacjach międzyludzkich i w upodobaniu do ulegania mitom, przedstawia wydarzenia w sposób, który zapada w pamięć. Sięga po język komentatorów internetowych i nasyca go wulgaryzmami uplasowanymi idealnie tak, by podkreślały puenty w opowieści. Efekt jest niezwykły i warty uwagi – wybranym przez siebie stylem (podkoloryzowanym, ale też oczyszczonym z niepotrzebnych elementów) operuje Malcolm XD fantastycznie. Proponuje narrację melodyjną, chociaż fanów literatury klasycznej na pewno w pierwszym momencie odstraszy. Pokazuje, jak wyglądałby świat młodego pokolenia przeniesiony na literaturę – i bawi się kolejnymi motywami. Ubarwia przygody stażysty: sprzedawanie Polski Żydom to zaledwie wstęp do wielkich akcji w rodzaju oszczędzania na pogrzebie cudzej babki. Ta proza jest błyskotliwa, wyjątkowa i komiczna. Malcolm XD nie przejmuje się modami w powieściach rozrywkowych – ma własny pomysł na przedstawianie przygód – i radzi sobie z tym bezbłędnie. A że przy okazji bezlitośnie punktuje słabości charakterologiczne – tym bardziej kusi ta lektura.
Stażysta
Malcolm XD nie zawodzi. Nie zawodzi, a do tego stara się trochę pomieszać w polskim piekiełku, trochę poirytować przywiązanych do konserwatywnych poglądów albo do mitów społecznych. Trochę poprowokować, ale nie za dużo, bo przede wszystkim lubi rozśmieszać. Nawet zatem jeśli stawia diagnozy dotyczące pokolenia czy możliwości funkcjonowania w dzisiejszych realiach, to robi to z humorem. A takiej satyry społecznej przed Malcolmem XD jeszcze nie było. Trochę się ten narrator odsłania – z każdym tomem – tym razem jako zagadnienie w temacie kreacji autora podaje w przybliżeniu kierunek podjętych studiów oraz motyw własnej introwertyczności (stąd niechęć do bliższego przedstawiania się). Skupia się jednak na swoim bezpłatnym (wartym 1500 złotych na miesiąc) stażu w firmie Prezesa. Zanim do tego dojdzie, uda mu się przyciągnąć czytelników motywem sprzedaży Polski Żydom. Od takiego bowiem motywu zaczyna się trzeci tom Malcolma XD, zatytułowany „Edukacja”. Od razu widać, że będzie bezkompromisowo i zabawnie – a ci, których kpiny ze stereotypów (również narodowościowych) nie bawią, nie będą zagłębiać się w dalszą lekturę. Całą resztę – oby jak największą – czeka sporo dobrej zabawy. Oto bowiem Malcolm XD, który zaczyna od trzęsienia ziemi – brawurowej sprzedaży najważniejszych obiektów w Warszawie przerwanej przez potyczkę z chamami – musi odbiorcom wytłumaczyć, skąd wziął się razem z Prezesem w Pałacu Kultury i jak wdał się w aferę – nie pierwszą przecież – na skalę międzynarodową. Motyw edukacji w sensie studiów zostanie tu przedstawiony w kilku akapitach, bo też i znacznie ciekawsza staje się otoczka: dyskrecja pań z dziekanatu i tajemnicza przypadłość, która dopada bohatera podczas zmierzania na uczelnię. Wszystko jest tu ze sobą zgrabnie powiązane, tak, że staż w firmie Prezesa nawet największych sceptyków może przestać dziwić. A później już pojawi się nieskrępowana radość, czarny humor i absurd w stanie czystym – czyli to, co u Malcolma XD najlepsze.
Bohater, który zupełnie nie radzi sobie z własną codziennością, za to bez trudu dostrzega mankamenty i wyzwania w relacjach międzyludzkich i w upodobaniu do ulegania mitom, przedstawia wydarzenia w sposób, który zapada w pamięć. Sięga po język komentatorów internetowych i nasyca go wulgaryzmami uplasowanymi idealnie tak, by podkreślały puenty w opowieści. Efekt jest niezwykły i warty uwagi – wybranym przez siebie stylem (podkoloryzowanym, ale też oczyszczonym z niepotrzebnych elementów) operuje Malcolm XD fantastycznie. Proponuje narrację melodyjną, chociaż fanów literatury klasycznej na pewno w pierwszym momencie odstraszy. Pokazuje, jak wyglądałby świat młodego pokolenia przeniesiony na literaturę – i bawi się kolejnymi motywami. Ubarwia przygody stażysty: sprzedawanie Polski Żydom to zaledwie wstęp do wielkich akcji w rodzaju oszczędzania na pogrzebie cudzej babki. Ta proza jest błyskotliwa, wyjątkowa i komiczna. Malcolm XD nie przejmuje się modami w powieściach rozrywkowych – ma własny pomysł na przedstawianie przygód – i radzi sobie z tym bezbłędnie. A że przy okazji bezlitośnie punktuje słabości charakterologiczne – tym bardziej kusi ta lektura.
Zofia Stanecka: Jeżyk z parku
Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.
Przewodnik po jeżach
Tuli Tuli to opiekuńczy duszek, postać, która spaja serię kartonowych opowieści edukacyjnych przygotowywanych przez Zofię Stanecką. Tuli Tuli może trafić wszędzie – mieszka na Ziemi, ale nie jest mu obce żadne środowisko: bywa w powietrzu, na lądzie i pod wodą. Wszystko po to, żeby przedstawiać tamtejszych mieszkańców, zwierzęta (i inne żywe istoty), które powinny budzić zainteresowanie dzieci, a przy tym wywoływać troskę o przyrodę. Tuli Tuli jako narrator książek całkiem dobrze się sprawdza – jest wszędzie, ale pozostaje dyskretny i nie narzuca swojej obecności, powraca na kartach, w ilustracjach, jednak sam w sobie ucieka z pola widzenia czytelników.
W części „Jeżyk z parku” Tuli Tuli prezentuje historię dwóch małych jeży, rodzeństwa – Tuptusia i Tyciej. Najpierw narrator obserwuje mamę, panią jeżową, która szuka miejsca na gniazdo. Chodzi o to, żeby dzieci mogły przywiązać się do bohaterów od momentu ich narodzin – Tuptuś i Tycia to jeżowe dzieci, więc jako takie mają szansę trafić do przekonania najmłodszym. Na początku jeże interesują się wyłącznie ssaniem mleka mamy – wiedzą, że muszą się najeść na zapas, przed zimą. Nie mają pojęcia, czym jest zima i co oznacza, jednak wierzą swojej rodzicielce, nie podejmują dyskusji. Zresztą – i tak ciągle są głodne. O ile jeżom wystarcza mleko mamy, o tyle mama ze smakiem pałaszuje dżdżownice – jeże nie powinny jeść ludzkiego jedzenia, jest dla nich niezdrowe, o czym w pewnym momencie bohaterowie się przekonają. Za to dżdżownice należą do przysmaków (i to może być element narracji, który rozśmieszy maluchy). Jeże podrastają i przekonują się, co może budzić ich strach, co w otoczeniu jest niezrozumiałe, a co bardzo się przydaje. I tak przeżyją swoje pierwsze spotkanie z psem czy dźwięki kosiarki. Dowiedzą się także, że dobrze jest zagrzebać się w suchych liściach. Niby Zofia Stanecka prowadzi narrację z perspektywy małego duszka, ale włącza do niej wskazówki dla odbiorców: dotyczące domków dla jeży, wystawiania dla nich spodeczków z wodą latem czy zostawiania opadłych liści jesienią. Jeśli ktoś chce pomagać zwierzętom, może to robić z głową i tak, by nie zaszkodzić. Na końcu tomiku pojawiają się zresztą adresy miejsc, które ratują jeże.
Można dzięki lekturze poczuć sympatię do tych zwierząt. Zofia Stanecka dodatkowo prowadzi opowieść tak, żeby wyciszyć dzieci i zapewnić im mniej wrażeń przed snem. Bardzo często narracja skupia się na motywie odpoczynku, jedzenia i zasypiania z pełnym brzuchem. Podobną rolę co tematyczne wyciszenia pełnią tu zdrobnienia, których – niestety – mnóstwo jest w opowieści. Zofia Stanecka tym razem ulega pokusie „dziubdziania” w relacji dotyczącej maluchów – „spanko”, „jedzonko” czy „brzuszek” pojawiają się tu jakby mimochodem, ale nie wydają się specjalnie potrzebne – równie dobrze książka sprawdziłaby się bez tego typu ozdobników. Do tekstu dodane są drobne dopowiedzenia na marginesach tomiku – można z nich wyczytać to, czego nie ma w bajce. Magdalena Kozieł-Nowak dba o stronę graficzną i sprawia, że świat jeży wypada magicznie. Dobrze gra ta ilustratorka światłem, ale też humorem. Tworzy piękne rozkładówki, które przyciągają wzrok.
Przewodnik po jeżach
Tuli Tuli to opiekuńczy duszek, postać, która spaja serię kartonowych opowieści edukacyjnych przygotowywanych przez Zofię Stanecką. Tuli Tuli może trafić wszędzie – mieszka na Ziemi, ale nie jest mu obce żadne środowisko: bywa w powietrzu, na lądzie i pod wodą. Wszystko po to, żeby przedstawiać tamtejszych mieszkańców, zwierzęta (i inne żywe istoty), które powinny budzić zainteresowanie dzieci, a przy tym wywoływać troskę o przyrodę. Tuli Tuli jako narrator książek całkiem dobrze się sprawdza – jest wszędzie, ale pozostaje dyskretny i nie narzuca swojej obecności, powraca na kartach, w ilustracjach, jednak sam w sobie ucieka z pola widzenia czytelników.
W części „Jeżyk z parku” Tuli Tuli prezentuje historię dwóch małych jeży, rodzeństwa – Tuptusia i Tyciej. Najpierw narrator obserwuje mamę, panią jeżową, która szuka miejsca na gniazdo. Chodzi o to, żeby dzieci mogły przywiązać się do bohaterów od momentu ich narodzin – Tuptuś i Tycia to jeżowe dzieci, więc jako takie mają szansę trafić do przekonania najmłodszym. Na początku jeże interesują się wyłącznie ssaniem mleka mamy – wiedzą, że muszą się najeść na zapas, przed zimą. Nie mają pojęcia, czym jest zima i co oznacza, jednak wierzą swojej rodzicielce, nie podejmują dyskusji. Zresztą – i tak ciągle są głodne. O ile jeżom wystarcza mleko mamy, o tyle mama ze smakiem pałaszuje dżdżownice – jeże nie powinny jeść ludzkiego jedzenia, jest dla nich niezdrowe, o czym w pewnym momencie bohaterowie się przekonają. Za to dżdżownice należą do przysmaków (i to może być element narracji, który rozśmieszy maluchy). Jeże podrastają i przekonują się, co może budzić ich strach, co w otoczeniu jest niezrozumiałe, a co bardzo się przydaje. I tak przeżyją swoje pierwsze spotkanie z psem czy dźwięki kosiarki. Dowiedzą się także, że dobrze jest zagrzebać się w suchych liściach. Niby Zofia Stanecka prowadzi narrację z perspektywy małego duszka, ale włącza do niej wskazówki dla odbiorców: dotyczące domków dla jeży, wystawiania dla nich spodeczków z wodą latem czy zostawiania opadłych liści jesienią. Jeśli ktoś chce pomagać zwierzętom, może to robić z głową i tak, by nie zaszkodzić. Na końcu tomiku pojawiają się zresztą adresy miejsc, które ratują jeże.
Można dzięki lekturze poczuć sympatię do tych zwierząt. Zofia Stanecka dodatkowo prowadzi opowieść tak, żeby wyciszyć dzieci i zapewnić im mniej wrażeń przed snem. Bardzo często narracja skupia się na motywie odpoczynku, jedzenia i zasypiania z pełnym brzuchem. Podobną rolę co tematyczne wyciszenia pełnią tu zdrobnienia, których – niestety – mnóstwo jest w opowieści. Zofia Stanecka tym razem ulega pokusie „dziubdziania” w relacji dotyczącej maluchów – „spanko”, „jedzonko” czy „brzuszek” pojawiają się tu jakby mimochodem, ale nie wydają się specjalnie potrzebne – równie dobrze książka sprawdziłaby się bez tego typu ozdobników. Do tekstu dodane są drobne dopowiedzenia na marginesach tomiku – można z nich wyczytać to, czego nie ma w bajce. Magdalena Kozieł-Nowak dba o stronę graficzną i sprawia, że świat jeży wypada magicznie. Dobrze gra ta ilustratorka światłem, ale też humorem. Tworzy piękne rozkładówki, które przyciągają wzrok.
piątek, 9 października 2020
Quino: Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 2
Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.
Świat
W zasadzie to akcję promocyjną drugiego tomu „Mafalda. Wszystkie komiksy” zmieniła śmierć Quino, rysownika, który stworzył postać małej argentyńskiej dziewczynki, niemającej w sobie nic z dziecka. Drugi tom komiksowych stripów w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego w zasadzie nie wymaga dopowiedzeń ani uzupełnień – mimo odległości i upływu czasu. Jedyne, co zmieniło się diametralnie – to pomysły na wychowywanie dzieci. U Quino te niepokorne najczęściej dostają lanie (chociaż sama Mafalda wielu może rozdrażnić traktowaniem własnej matki, za co żadnej kary nie ponosi), bywają też wykorzystywane jako tania siła robocza. Niespecjalnie dba się o ich psychikę, kilkulatki wiadomości na tematy ogólne czerpią zwykle z radia, telewizji i plotek. Prym w zdobywaniu informacji wiedzie Mafalda – zresztą ona najbardziej troszczy się o losy świata i niepokoi doniesieniami o kolejnych konfliktach zbrojnych. Mafalda właściwie nie zna dziecięcych rozrywek – cały czas musi zastanawiać się nad przyszłością. Bardzo rzadko pojawiają się tu stripy, w których dziewczynka zajmuje się dziecięcymi rozrywkami. Mafalda jest też najmniej ufna, jeśli chodzi o telewizję. Potrafi zadawać rodzicom niewygodne pytania. Jedną z jej cech charakterystycznych jest nienawiść do zupy – i chyba tylko w tym motywie Quino stara się przenieść bohaterkę do rzeczywistości dzieci. Każdy z bohaterów cyklu ma swoje własne problemy i cechy charakterystyczne wyostrzone aż do przesady – Susanita marzy o byciu szczęśliwą żoną i matką, a czas najchętniej spędza na nieznaczących plotkach, co zresztą podejrzała u swojej rodzicielki. Także Manolito jest małą kopią ojca: źle się uczy, ale już robi karierę w handlu, wie, jak zadbać o klientów i zareklamować im swój – niekoniecznie najlepszy – towar. Felippe tym razem przeżywa kryzys z powodu zauroczenia pewną pięknością, do której podejść nie potrafi. Mafalda opiekuje się małym braciszkiem i próbuje wytłumaczyć mu codzienność. Quino czasami konfrontuje ze sobą te postacie z różnych przestrzeni mentalnych, żeby pokazać, kto i czego nie może zrozumieć. Przedstawia również dorosłych – zwłaszcza rodziców Mafaldy, ale pojawia się też Manolo, właściciel sklepu – czy mama Susanity. Wtedy widać wyraźnie, skąd dzieci czerpią inspiracje i jak powstają ich poglądy.
Autor sięga po problematykę społeczną i tematy polityczne, ale – ponadczasowe, pozbawione wyraźnych odnośników do rzeczywistości pozakomiksowej, dzięki czemu po dekadach można „Mafaldę” czytać i odkrywać jako ważną satyryczną lekturę. Quino mniej próbuje rozśmieszać, bardziej – skłaniać do refleksji nad tym, co dzieje się na świecie i jaka czeka go przyszłość. Mafalda jako głos pokolenia ma wiedzę, której nie posiadają zwykłe kilkulatki, ale kreacja dziecka pozwoliła autorowi zrezygnować z dyplomatycznych zabiegów i póz charakterystycznych dla dorosłych. Stąd sukces komiksu. Wprawdzie z „Fistaszkami” „Mafalda” wygrać nie może – bo jest znacznie cięższą lekturą – ale cieszy fakt, że pojawiła się na rynku. Nad wieloma z tych stripów odbiorcy zechcą się poważnie zastanowić, więc cała książka powinna być jako lektura rozłożona w czasie - dostarczy mnóstwa wrażeń i spostrzeżeń wysokiej jakości.
Świat
W zasadzie to akcję promocyjną drugiego tomu „Mafalda. Wszystkie komiksy” zmieniła śmierć Quino, rysownika, który stworzył postać małej argentyńskiej dziewczynki, niemającej w sobie nic z dziecka. Drugi tom komiksowych stripów w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego w zasadzie nie wymaga dopowiedzeń ani uzupełnień – mimo odległości i upływu czasu. Jedyne, co zmieniło się diametralnie – to pomysły na wychowywanie dzieci. U Quino te niepokorne najczęściej dostają lanie (chociaż sama Mafalda wielu może rozdrażnić traktowaniem własnej matki, za co żadnej kary nie ponosi), bywają też wykorzystywane jako tania siła robocza. Niespecjalnie dba się o ich psychikę, kilkulatki wiadomości na tematy ogólne czerpią zwykle z radia, telewizji i plotek. Prym w zdobywaniu informacji wiedzie Mafalda – zresztą ona najbardziej troszczy się o losy świata i niepokoi doniesieniami o kolejnych konfliktach zbrojnych. Mafalda właściwie nie zna dziecięcych rozrywek – cały czas musi zastanawiać się nad przyszłością. Bardzo rzadko pojawiają się tu stripy, w których dziewczynka zajmuje się dziecięcymi rozrywkami. Mafalda jest też najmniej ufna, jeśli chodzi o telewizję. Potrafi zadawać rodzicom niewygodne pytania. Jedną z jej cech charakterystycznych jest nienawiść do zupy – i chyba tylko w tym motywie Quino stara się przenieść bohaterkę do rzeczywistości dzieci. Każdy z bohaterów cyklu ma swoje własne problemy i cechy charakterystyczne wyostrzone aż do przesady – Susanita marzy o byciu szczęśliwą żoną i matką, a czas najchętniej spędza na nieznaczących plotkach, co zresztą podejrzała u swojej rodzicielki. Także Manolito jest małą kopią ojca: źle się uczy, ale już robi karierę w handlu, wie, jak zadbać o klientów i zareklamować im swój – niekoniecznie najlepszy – towar. Felippe tym razem przeżywa kryzys z powodu zauroczenia pewną pięknością, do której podejść nie potrafi. Mafalda opiekuje się małym braciszkiem i próbuje wytłumaczyć mu codzienność. Quino czasami konfrontuje ze sobą te postacie z różnych przestrzeni mentalnych, żeby pokazać, kto i czego nie może zrozumieć. Przedstawia również dorosłych – zwłaszcza rodziców Mafaldy, ale pojawia się też Manolo, właściciel sklepu – czy mama Susanity. Wtedy widać wyraźnie, skąd dzieci czerpią inspiracje i jak powstają ich poglądy.
Autor sięga po problematykę społeczną i tematy polityczne, ale – ponadczasowe, pozbawione wyraźnych odnośników do rzeczywistości pozakomiksowej, dzięki czemu po dekadach można „Mafaldę” czytać i odkrywać jako ważną satyryczną lekturę. Quino mniej próbuje rozśmieszać, bardziej – skłaniać do refleksji nad tym, co dzieje się na świecie i jaka czeka go przyszłość. Mafalda jako głos pokolenia ma wiedzę, której nie posiadają zwykłe kilkulatki, ale kreacja dziecka pozwoliła autorowi zrezygnować z dyplomatycznych zabiegów i póz charakterystycznych dla dorosłych. Stąd sukces komiksu. Wprawdzie z „Fistaszkami” „Mafalda” wygrać nie może – bo jest znacznie cięższą lekturą – ale cieszy fakt, że pojawiła się na rynku. Nad wieloma z tych stripów odbiorcy zechcą się poważnie zastanowić, więc cała książka powinna być jako lektura rozłożona w czasie - dostarczy mnóstwa wrażeń i spostrzeżeń wysokiej jakości.
czwartek, 8 października 2020
Zadie Todd: Rozmerdane. Naukowe podstawy psiego szczęścia
Rebis, Poznań 2020.
Dla psa
Zazie Todd to autorka, która zamierza przygotować odbiorców na powiększenie rodziny o psa. „Rozmerdane. Naukowe podstawy psiego szczęścia” to książka, która odpowiada na podstawowe pytania związane z opieką nad czworonogiem czy na kwestie związane z wychowaniem psiaka. Uwzględnia przy tym dobro psa, a nie samopoczucie właścicieli. Autorka naprawdę rzetelnie przygotowuje się do tematu, śledzi pilnie literaturę przedmiotu, a efekty badań przedstawia w bardzo przystępny sposób. Przede wszystkim w narrację włącza własne wyznania związane z psami w jej domu – co automatycznie przekona do niej psiarzy. Stawia na rzetelność i uporządkowanie wskazówek. Podsuwa czytelnikom rozwiązania i zagadnienia warte rozpatrzenia, podaje im też jeszcze zestawy informacji i porad zebrane w wyliczeniach, żeby łatwiej było zapamiętać ich przesłania.
Najpierw mały szczeniak – pies, który pojawia się w domu i wymaga opieki oraz uwagi. Szczeniak może być rasowy, co oznacza zwykle choroby charakterystyczne dla konkretnych ras – ale najbardziej liczy się to, do czego go przyuczać i przyzwyczajać, a czego unikać. Autorka podpowiada między innymi, czy pozwalać psu spać w łóżku właściciela. Podsuwa zestawy zabaw dla psób bardzo aktywnych i potrzebujących wyzwań, tłumaczy, jak w prosty sposób zapewnić im rozrywki. Rozwiewa wątpliwości na temat długich spacerów i wybiegania się, informuje też, że nawet jeśli pies ma być sposobem na przyzwyczajanie dzieci do obowiązków, większość zadań i tak spadnie na dorosłych (to na wypadek, gdyby ktoś był idealistą). O ile jednak motyw przygarnięcia małego psiaka został już w wielu miejscach omówiony, o tyle „Rozmerdane” ma większe znaczenie w przypadku komentowania postępowania z psami starszymi albo wręcz starymi. Tutaj Zazie Todd przypomina, że pies jest członkiem rodziny nawet wtedy, gdy jest schorowany i szybko się męczy – nie wolno go odrzucać ani gorzej traktować, kiedy przestanie być towarzyszem zabaw. Psy mogą być szczęśliwe nawet po poważnych operacjach, z problemami zdrowotnymi albo wtedy, kiedy brakuje im sił na zabawę. Jeśli trudno im chodzić na spacery, można zapewnić im transport, żeby wciąż mogły cieszyć się bodźcami zapachowymi. O takich drobiazgach, nie dla wszystkich oczywistych, autorka przypomina. Ważnym punktem książki stają się również relacje psa i dziecka, zwłaszcza kiedy jeden członek rodziny zostaje zaskoczony pojawieniem się innego. Todd wyjaśnia nie tylko, jak dzieci mają traktować psy, ale też – co zapewnić psom, żeby mogły odpocząć od wyjątkowo męczących kilkulatków. Zwraca uwagę na temat podchodzenia do obcych psów. Wszystko po to, by czworonogom zapewnić komfort bytowania – i żeby ludzie brali pod uwagę nie tylko własne upodobania. „Rozmerdane” to opowieść, która bardzo się przydaje wszystkim fanom czworonogów – ma pomóc w mądrym wychowywaniu zwierząt i w zapewnieniu im dobrych warunków.
Dla psa
Zazie Todd to autorka, która zamierza przygotować odbiorców na powiększenie rodziny o psa. „Rozmerdane. Naukowe podstawy psiego szczęścia” to książka, która odpowiada na podstawowe pytania związane z opieką nad czworonogiem czy na kwestie związane z wychowaniem psiaka. Uwzględnia przy tym dobro psa, a nie samopoczucie właścicieli. Autorka naprawdę rzetelnie przygotowuje się do tematu, śledzi pilnie literaturę przedmiotu, a efekty badań przedstawia w bardzo przystępny sposób. Przede wszystkim w narrację włącza własne wyznania związane z psami w jej domu – co automatycznie przekona do niej psiarzy. Stawia na rzetelność i uporządkowanie wskazówek. Podsuwa czytelnikom rozwiązania i zagadnienia warte rozpatrzenia, podaje im też jeszcze zestawy informacji i porad zebrane w wyliczeniach, żeby łatwiej było zapamiętać ich przesłania.
Najpierw mały szczeniak – pies, który pojawia się w domu i wymaga opieki oraz uwagi. Szczeniak może być rasowy, co oznacza zwykle choroby charakterystyczne dla konkretnych ras – ale najbardziej liczy się to, do czego go przyuczać i przyzwyczajać, a czego unikać. Autorka podpowiada między innymi, czy pozwalać psu spać w łóżku właściciela. Podsuwa zestawy zabaw dla psób bardzo aktywnych i potrzebujących wyzwań, tłumaczy, jak w prosty sposób zapewnić im rozrywki. Rozwiewa wątpliwości na temat długich spacerów i wybiegania się, informuje też, że nawet jeśli pies ma być sposobem na przyzwyczajanie dzieci do obowiązków, większość zadań i tak spadnie na dorosłych (to na wypadek, gdyby ktoś był idealistą). O ile jednak motyw przygarnięcia małego psiaka został już w wielu miejscach omówiony, o tyle „Rozmerdane” ma większe znaczenie w przypadku komentowania postępowania z psami starszymi albo wręcz starymi. Tutaj Zazie Todd przypomina, że pies jest członkiem rodziny nawet wtedy, gdy jest schorowany i szybko się męczy – nie wolno go odrzucać ani gorzej traktować, kiedy przestanie być towarzyszem zabaw. Psy mogą być szczęśliwe nawet po poważnych operacjach, z problemami zdrowotnymi albo wtedy, kiedy brakuje im sił na zabawę. Jeśli trudno im chodzić na spacery, można zapewnić im transport, żeby wciąż mogły cieszyć się bodźcami zapachowymi. O takich drobiazgach, nie dla wszystkich oczywistych, autorka przypomina. Ważnym punktem książki stają się również relacje psa i dziecka, zwłaszcza kiedy jeden członek rodziny zostaje zaskoczony pojawieniem się innego. Todd wyjaśnia nie tylko, jak dzieci mają traktować psy, ale też – co zapewnić psom, żeby mogły odpocząć od wyjątkowo męczących kilkulatków. Zwraca uwagę na temat podchodzenia do obcych psów. Wszystko po to, by czworonogom zapewnić komfort bytowania – i żeby ludzie brali pod uwagę nie tylko własne upodobania. „Rozmerdane” to opowieść, która bardzo się przydaje wszystkim fanom czworonogów – ma pomóc w mądrym wychowywaniu zwierząt i w zapewnieniu im dobrych warunków.
środa, 7 października 2020
Judith Grisel: Nigdy dość. Mózg a uzależnienia
Rebis, Poznań 2020.
Nienasycenie
Judith Grisel może mówić o wielkim szczęściu – albo stanowić jedną z tajemnic medycyny i neurobiologii. Od młodości sięgała po rozmaite używki, alkoholu specjalnie nie lubiła, ale regularnie po niego sięgała, w marihuanie była zakochana, ale stało się to wstępem do zażywania twardych narkotyków. Przełom nastąpił, gdy jeden ze znajomych uświadomił jej, że nigdy nie osiągną stanu nasycenia, zawsze będą pragnąć kolejnej działki. To wystarczyło, żeby podjąć leczenie i żeby spróbować zrozumieć procesy zachodzące w mózgu. Autorka porzuciła dotychczasowe życie i... poszła na studia, a następnie – zrobiła doktorat z dziedziny, która wielu czytelników przerasta. Wszystko po to, żeby zrozumieć, dlaczego mózg podlega uzależnieniom i jak sobie z nimi radzić. Nie wszystkim przecież pomagają filozoficzne prawdy wygłaszane w stanie odurzenia. „Nigdy dość. Mózg a uzależnienia” to trochę zapis doświadczeń z przeszłości – które mają uwiarygodnić autorkę i sprawić, że odbiorcy nie będą mieli ochoty podważać jej spostrzeżeń – a trochę zestaw popularnonaukowych i naukowych wiadomości dotyczących mózgu oraz składu używek i ich działania na organizm. Nie jest to jednostajna opowieść utrzymana w jednym rodzaju narracji, momentami zamienia się w studencki skrypt, a czasem jest autobiograficzną pozycją spod znaku sensacji – ale Judith Grisel wie, jak podtrzymać uwagę czytelników. Daje im przede wszystkim odpowiedzi na najważniejsze pytania i już samo to sprawia, że książka może się przebić na rynku. A jednocześnie – zawiera barwną historię, to powinno przyciągnąć inną grupę czytelników.
Judith Grisel często powraca do swojej przeszłości i do urozmaiconych używek. Wydaje się wręcz niemożliwe, że udało jej się wyjść bez szwanku z tak ekstremalnego testowania wytrzymałości organizmu – co automatycznie sprawia, że autorka wie, o czym pisze i może podzielić się dodatkowymi uwagami, których nie przedstawią „zwyczajni” uczeni. Burzliwa przeszłość i pełna narkotyków młodość tutaj stają się atutani uwiarygodniającymi opowieść – a jednak autorka sięga do języka naukowego, żeby przedstawić dokładniej sposoby działania poszczególnych substancji, ich wpływ na organizm i właściwości uzależniające. Przygląda się zarówno środkom dostępnym w aptekach, jak i zwykłej kawie – poza tym analizuje najbardziej popularne narkotyki. Nie zamierza prowadzić kaznodziejskich pouczeń, wie, że czytelnicy wyciągną z lektury właściwe wnioski. Dba o to, żeby po prostu przedstawić im jak najpełniejszą ocenę sytuacji i żeby mogli zastanowić się nad mechanizmami uzależniania się organizmu. Przeskakuje od autobiograficznych wyznań (często zadziwiająco szczerych) do analiz biochemicznych, próbuje także za sprawą ciekawych porównań a nawet rysunków utrwalić część wiadomości czytelnikom. „Nigdy dość. Mózg a uzależnienia” to publikacja, która przyda się wszystkim potrzebującym wskazówek w zakresie niebezpiecznych przyzwyczajeń do substancji psychoaktywnych. Ta relacja pozostawia nadzieję – chociaż i tak nie wyjaśnia, dlaczego właściwie autorce udało się wyjść z piekła.
Nienasycenie
Judith Grisel może mówić o wielkim szczęściu – albo stanowić jedną z tajemnic medycyny i neurobiologii. Od młodości sięgała po rozmaite używki, alkoholu specjalnie nie lubiła, ale regularnie po niego sięgała, w marihuanie była zakochana, ale stało się to wstępem do zażywania twardych narkotyków. Przełom nastąpił, gdy jeden ze znajomych uświadomił jej, że nigdy nie osiągną stanu nasycenia, zawsze będą pragnąć kolejnej działki. To wystarczyło, żeby podjąć leczenie i żeby spróbować zrozumieć procesy zachodzące w mózgu. Autorka porzuciła dotychczasowe życie i... poszła na studia, a następnie – zrobiła doktorat z dziedziny, która wielu czytelników przerasta. Wszystko po to, żeby zrozumieć, dlaczego mózg podlega uzależnieniom i jak sobie z nimi radzić. Nie wszystkim przecież pomagają filozoficzne prawdy wygłaszane w stanie odurzenia. „Nigdy dość. Mózg a uzależnienia” to trochę zapis doświadczeń z przeszłości – które mają uwiarygodnić autorkę i sprawić, że odbiorcy nie będą mieli ochoty podważać jej spostrzeżeń – a trochę zestaw popularnonaukowych i naukowych wiadomości dotyczących mózgu oraz składu używek i ich działania na organizm. Nie jest to jednostajna opowieść utrzymana w jednym rodzaju narracji, momentami zamienia się w studencki skrypt, a czasem jest autobiograficzną pozycją spod znaku sensacji – ale Judith Grisel wie, jak podtrzymać uwagę czytelników. Daje im przede wszystkim odpowiedzi na najważniejsze pytania i już samo to sprawia, że książka może się przebić na rynku. A jednocześnie – zawiera barwną historię, to powinno przyciągnąć inną grupę czytelników.
Judith Grisel często powraca do swojej przeszłości i do urozmaiconych używek. Wydaje się wręcz niemożliwe, że udało jej się wyjść bez szwanku z tak ekstremalnego testowania wytrzymałości organizmu – co automatycznie sprawia, że autorka wie, o czym pisze i może podzielić się dodatkowymi uwagami, których nie przedstawią „zwyczajni” uczeni. Burzliwa przeszłość i pełna narkotyków młodość tutaj stają się atutani uwiarygodniającymi opowieść – a jednak autorka sięga do języka naukowego, żeby przedstawić dokładniej sposoby działania poszczególnych substancji, ich wpływ na organizm i właściwości uzależniające. Przygląda się zarówno środkom dostępnym w aptekach, jak i zwykłej kawie – poza tym analizuje najbardziej popularne narkotyki. Nie zamierza prowadzić kaznodziejskich pouczeń, wie, że czytelnicy wyciągną z lektury właściwe wnioski. Dba o to, żeby po prostu przedstawić im jak najpełniejszą ocenę sytuacji i żeby mogli zastanowić się nad mechanizmami uzależniania się organizmu. Przeskakuje od autobiograficznych wyznań (często zadziwiająco szczerych) do analiz biochemicznych, próbuje także za sprawą ciekawych porównań a nawet rysunków utrwalić część wiadomości czytelnikom. „Nigdy dość. Mózg a uzależnienia” to publikacja, która przyda się wszystkim potrzebującym wskazówek w zakresie niebezpiecznych przyzwyczajeń do substancji psychoaktywnych. Ta relacja pozostawia nadzieję – chociaż i tak nie wyjaśnia, dlaczego właściwie autorce udało się wyjść z piekła.
wtorek, 6 października 2020
Katarzyna Kalista: Ostatni rozdział
Czarna Owca, Warszawa 2020.
Przeszłość
To już zjawisko nie do naprawienia: w literaturze obyczajowej bohaterki najczęściej albo zajmują się dziennikarstwem, albo są początkującymi pisarkami, zupełnie jakby początkujące pisarki nie miały żadnego innego pomysłu na zawód postaci (co automatycznie każe zadawać sobie pytanie o ich kreatywność w kwestii całej fabuły). I u Katarzyny Kalisty motyw debiutantki na rynku powieściowym się pojawia, nawet w dwóch odsłonach. „Ostatni rozdział” to historia ckliwa, dość prosta (chociaż autorka próbuje ją modyfikować za sprawą kompozycji) i bazująca na emocjach jednej z postaci. Autorka sprawia wrażenie, jakby tęskniła za powieścią erotyczną, ale z jakiegoś powodu bała się przejść do takiego gatunku – wychodzi jej obyczajówka z zestawem autotematycznych motywów. Oto Olga, początkująca pisarka. Właśnie ukazała się jej powieść „Germanicus”, a były mąż i dawny kochanek podejrzewają, że mogą tam znaleźć coś na swój temat. Olga, która sama w sobie jest postacią dość bezbarwną – i nie zmieni tego ani tajemnica z przeszłości, ani wizyty u terapeutki – zanurza się w świecie Oli, wykreowanej przez siebie bohaterki. Doświadczenia Olgi stanowią ramę kompozycyjną dla znacznie bardziej burzliwego życia Oli – ta kobieta, przedstawiona w powieści „Germanicus”, przechodzi długą drogę, zanim zrozumie, co w życiu jest dla niej najważniejsze. To Ola ma brata, który wciąż sprawdza granice rozsądku i bez obaw wkracza w wir imprez. To Ola rzuca się w przygodne romanse, żeby zapomnieć o rozczarowaniach sercowych. To Ola wreszcie układa sobie życie w bardzo nietypowy – według dawnych wzorców – sposób. Stopniowo odbiorczynie mogą próbować przywiązać się do tej postaci – Ola popełnia w życiu mnóstwo błędów, ale jak każdy ma prawo do szczęścia i zamierza z niego skorzystać. To Ola służy Oldze do wyjaśniania zawiłości z dawnych lat i do sugerowania, jak mogło potoczyć się jej własne życie. Ola jest dla Olgi testerem, na własnej skórze musi przekonać się, jakie są konsekwencje podejmowanych wyborów. Nikt nie będzie początkującej pisarki rozliczał z minionych błędów czy z wad – od tego jest Ola, która zapłaci z nawiązką za wszelkie wybryki. A i tak najwięcej pytań wzbudzi postać Ralfa, od początku wprowadzonego jako kontrapunkt dla scenek z Olgą. Ralf znajduje wiadomość o książce „Germanicus” i chce poznać jej treść – nie pozostanie obojętny wobec wynurzeń dawnej kochanki. Musi ją znaleźć i porozmawiać na temat przeszłości. Podobnie zresztą dzieje się u Oli. Katarzyna Kalista celowo myli tropy, pokazuje, jak ulotny i złudny bywa biografizm – przypomina, że nie warto traktować serio wszystkiego, co trafia do fabuły, bo często to tylko zaciemnia obraz autora, lepiej po prostu zająć się śledzeniem wydarzeń i charakterów niż rozszyfrowywać opowieść. „Ostatni rozdział” to książka niby lekka, ale miejscami nie do końca dopracowana pod kątem rytmu (o „stróżkach” lecących z twarzy lepiej byłoby nie wspominać…). Katarzynie Kaliście przydałby się jednak surowy redaktor, który oceni sensowność niektórych pomysłów i poprowadzi historię bardziej dynamicznie.
Przeszłość
To już zjawisko nie do naprawienia: w literaturze obyczajowej bohaterki najczęściej albo zajmują się dziennikarstwem, albo są początkującymi pisarkami, zupełnie jakby początkujące pisarki nie miały żadnego innego pomysłu na zawód postaci (co automatycznie każe zadawać sobie pytanie o ich kreatywność w kwestii całej fabuły). I u Katarzyny Kalisty motyw debiutantki na rynku powieściowym się pojawia, nawet w dwóch odsłonach. „Ostatni rozdział” to historia ckliwa, dość prosta (chociaż autorka próbuje ją modyfikować za sprawą kompozycji) i bazująca na emocjach jednej z postaci. Autorka sprawia wrażenie, jakby tęskniła za powieścią erotyczną, ale z jakiegoś powodu bała się przejść do takiego gatunku – wychodzi jej obyczajówka z zestawem autotematycznych motywów. Oto Olga, początkująca pisarka. Właśnie ukazała się jej powieść „Germanicus”, a były mąż i dawny kochanek podejrzewają, że mogą tam znaleźć coś na swój temat. Olga, która sama w sobie jest postacią dość bezbarwną – i nie zmieni tego ani tajemnica z przeszłości, ani wizyty u terapeutki – zanurza się w świecie Oli, wykreowanej przez siebie bohaterki. Doświadczenia Olgi stanowią ramę kompozycyjną dla znacznie bardziej burzliwego życia Oli – ta kobieta, przedstawiona w powieści „Germanicus”, przechodzi długą drogę, zanim zrozumie, co w życiu jest dla niej najważniejsze. To Ola ma brata, który wciąż sprawdza granice rozsądku i bez obaw wkracza w wir imprez. To Ola rzuca się w przygodne romanse, żeby zapomnieć o rozczarowaniach sercowych. To Ola wreszcie układa sobie życie w bardzo nietypowy – według dawnych wzorców – sposób. Stopniowo odbiorczynie mogą próbować przywiązać się do tej postaci – Ola popełnia w życiu mnóstwo błędów, ale jak każdy ma prawo do szczęścia i zamierza z niego skorzystać. To Ola służy Oldze do wyjaśniania zawiłości z dawnych lat i do sugerowania, jak mogło potoczyć się jej własne życie. Ola jest dla Olgi testerem, na własnej skórze musi przekonać się, jakie są konsekwencje podejmowanych wyborów. Nikt nie będzie początkującej pisarki rozliczał z minionych błędów czy z wad – od tego jest Ola, która zapłaci z nawiązką za wszelkie wybryki. A i tak najwięcej pytań wzbudzi postać Ralfa, od początku wprowadzonego jako kontrapunkt dla scenek z Olgą. Ralf znajduje wiadomość o książce „Germanicus” i chce poznać jej treść – nie pozostanie obojętny wobec wynurzeń dawnej kochanki. Musi ją znaleźć i porozmawiać na temat przeszłości. Podobnie zresztą dzieje się u Oli. Katarzyna Kalista celowo myli tropy, pokazuje, jak ulotny i złudny bywa biografizm – przypomina, że nie warto traktować serio wszystkiego, co trafia do fabuły, bo często to tylko zaciemnia obraz autora, lepiej po prostu zająć się śledzeniem wydarzeń i charakterów niż rozszyfrowywać opowieść. „Ostatni rozdział” to książka niby lekka, ale miejscami nie do końca dopracowana pod kątem rytmu (o „stróżkach” lecących z twarzy lepiej byłoby nie wspominać…). Katarzynie Kaliście przydałby się jednak surowy redaktor, który oceni sensowność niektórych pomysłów i poprowadzi historię bardziej dynamicznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






