Egmont, Warszawa 2020.
Wzory z liści
To na pewno nie będzie jeden dzień – wbrew tytułowi. „Dzień z przyrodą” jest oryginalną propozycją zestawu zabaw i działań kreatywnych dla dzieci (oraz zbiorem podpowiedzi dla animatorów czy wychowawców). W takim tomiku trzeba wykorzystywać rozmaite techniki twórcze, a także przedmioty i „skarby” znajdowane i zbierane podczas spacerów. Debbie Powell nie tylko wyczula odbiorców na piękno natury, ale jeszcze przekonuje, że da się połączyć zajęcia plastyczne i ogólnorozwojowe z aktywnym wypoczynkiem. Zaprasza do realizowania kolejnych ćwiczeń, a przy okazji do odkrywania tego, co ciekawe w najbliższym otoczeniu. Przy takiej pozycji nie ponosi się żadnych wydatków, wystarczą narzędzia, których dzieci i tak używają na co dzień w szkole: kredki, farby, klej i nożyczki. Co zatem sprawia, że odbiorcy mogą poczuć się wyjątkowo? Podpowiedzi dotyczące pracy zakładają rozpoczęcie procesu tworzenia na długo przed zasiadaniem nad książką. Kolaż z liści, strona na leśne skarby czy budowanie gniazda z materiałów znalezionych w ogrodzie – Debbie Powell ma sporo pomysłów na to, jak zachęcić maluchy i do spędzania czasu na świeżym powietrzu, i do uruchomienia kreatywności. Ale jeśli ktoś ma daleko do lasu czy parku, a potrzebuje rozrywki na przykład na deszczowy dzień – nie będzie się z książką nudzić. Debbie Powell proponuje bardzo dużo wycinanek i prac, w efekcie których dzieci zyskają różne ozdoby. Można zrobić koszyk albo pudełko, kwiatowe zawieszki, maski karnawałowe, lilie wodne do zabawy w kąpieli… Wiele tu rozwiązań, które dla dzieci będą odkrywcze. Żeby je realizować, trzeba będzie czasami wycinać odpowiednie elementy ze stron tomiku – automatycznie zamienia go to w zeszyt ćwiczeń. Nie zabraknie testów na spostrzegawczość, tradycyjnych rozrywek – albo wiadomości do przyswojenia przez dzieci (w zabawnie można na przykład poznać budowę liścia). A Debbie Powell stara się również zachęcić do niebanalnego wykorzystywania farb: tu maluje się palcami kwiaty albo owady. Dzieci pobrudzą się przy tym i rozwiną wyobraźnię – nie zawsze prosto jest narysować owada, jeśli zasadniczą jego część zyskuje się przez odciśnięcie palca. Dzięki takim zadaniom sporo zyskają mali odbiorcy. „Dzień z przyrodą. 101 zadań inspirowanych naturą” to książka bardzo kolorowa, przyciągająca wzrok – duża i zachęcająca do aktywności twórczej. Zadania przedstawiane tutaj są bardzo absorbujące, zabierają mnóstwo czasu – ale zasugerują maluchom sposoby zabaw i spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Debbie Powell zapewnia kilkulatkom szereg wyzwań, z kolei każde wyzwanie to obietnica przygody, ale i lekcja. Najlepiej poznawać świat przyrody przez tego typu drobne wiadomości, które inspirują i rozbudzają ciekawość, a także zapraszają do dalszych podróży – im bardziej kilkulatki przejmą się zadaniami do wykonania, tym łatwiej będzie im zapamiętywać dane i później mierzyć się z lekcjami.
W tomie „Dzień z przyrodą” Debbie Powell ucieka od rutyny. Zarówno przez różnicowanie stopnia trudności, jak i przez kształt poleceń: odejście od tego, co można znaleźć wszędzie, już gwarantuje dzieciom lepszą zabawę – a przy okazji stanowi też niezłą reklamę. Nie trzeba będzie przekonywać odbiorców do pracy – sami chętnie będą realizować kolejne polecenia, bo to coś, czego do tej pory nie znali. A przy tym nie odstraszy kilkulatków nadmiar szczegółów na ilustracjach – królują tu proste kształty, duże figury i ograniczenie detali. „Dzień z przyrodą” zwraca uwagę na otoczenie, wyczula najmłodszych na piękno natury. I to znakomity pomysł na zapewnienie dzieciom rozrywek klasycznych, a przy tym – intrygujących.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 6 czerwca 2020
piątek, 5 czerwca 2020
Marcin Kącki: Oświęcim. Czarna zima
Znak, Kraków 2020.
Normalność
Jeżeli ktoś ma już przesyt rynkowymi nowościami dotyczącymi koszmaru obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej, może sięgnąć po spojrzenie aktualne, chociaż w przeszłości zakorzenione. „Oświęcim. Czarna zima” to zestaw reportaży Marcina Kąckiego, który sprawdza, jak żyje się ludziom w sąsiedztwie muzeum – i z jakimi problemami mierzą się na co dzień mieszkańcy Oświęcimia. Tom składa się z ośmiu rozdziałów (jeden złożony został z listów dzieci i młodzieży, zdradzających wyzwania z perspektywy tych, którzy dzięki niewiedzy mogą dostrzegać więcej). Niektóre z części tomu nie mają charakterystycznego podziału na wstęp, rozwinięcie i zakończenie, za to składają się z rozmaitych migawek, kolejnych portretów i prezentacji ludzi oraz ich bolączek.
Gdzieś powracają echa dawnych przekonań, że Oświęcim to wyłącznie obóz – przede wszystkim w docinkach wobec rówieśników z Oświęcimia w szkołach. Autora o wiele bardziej interesuje jednak, jak wygląda codzienność w willi Hössa albo… w kamienicach na terenie obozu, między krematorium, drutami kolczastymi i szubienicą. Tu wyzwań jest sporo. Niektórzy w willi boją się rzekomych duchów, tajemniczego prochu pod podłogą, zakamarków, do których nigdy nie wchodzą. Cieszą się, że ona są umieszczone wysoko nad podłogą, by nie dało się z nich zobaczyć muzeum. Inni, w kamienicach, bez sprzeciwu akceptują wytyczne od administracji: że nie wolno wywieszać prania ani wytrzepywać pościeli, o poważniejszych ingerencjach w elewację mowy być nie może. Tu najważniejsi są turyści, ciągłe wycieczki pod oknami i brak możliwości opuszczenia domu w niektóre święta – to tylko część problemów, zestawu utrudnień, do których trzeba przywyknąć. To zaledwie jeden z tematów. Marcin Kącki sprawdza też motyw odbudowywania domów z obozowych baraków, podąża za poszukiwaczami „skarbów” – przedmiotów z Auschwitz, które znajdują się na strychach i w starych domach. Czasami wręcz trudno sobie wyobrazić, że można używać jakiejś rzeczy ze świadomością jej dawnego przeznaczenia. Zresztą – historia emocjonalna to nie wszystko. Dalej Marcin Kącki zajmuje się między innymi narodowościowym tyglem – tematem Żydów oraz Romów w Oświęcimiu. Stąd kłatwo przejść do kwestii nietolerancji, konfliktów na tle pochodzenia. Do utarczek społecznych obecnych tutaj w ogromnym stężeniu dochodzą jeszcze motywy historyczne, zupełnie jakby stereotypowe oceny Oświęcimia miały stać się kompleksem tych mieszkańców, którzy łatwo dają się uwieść radykalizmowi (albo nie stronią od alkoholu). Tu wszystko wybrzmiewa mocniej, zresztą przekonuje się o tym nawet autor przeczulony na punkcie dodatkowych znaczeń haseł reklamowych. Niebezpiecznych i grząskich zagadnień jest tu wiele.
Istnieje też problem aktualny i dotykający nawet tych, którzy potrafią się zdystansować od mrocznej przeszłości – zatrucie powietrza. Mieszkańcy nie mogą wytrzymać z powodu wszechobecnego fetoru, politycy odwracają się od nich. Nie ma sposobu ani na sąsiadów palących w piecach śmieciami ani na fabryki i trujące chemikalia. Reportaż związany z tym koszmarem wielu czytelników do Oświęcimia zniechęci – znacznie skuteczniej niż mroki przeszłości. Marcin Kącki pokazuje bowiem jasno, że niewielka jest szansa na poprawę sytuacji i na zmianę mentalności miejscowych, nawet tych, którzy powinni szerzyć informacje o ekologii i dawać dobry przykład. Można się zastanawiać, czy to dobre miejsce do życia, ale „Oświęcim. Czarna zima” rozwiewa wszelkie wątpliwości. To książka, która budzi przerażenie i z każdym kolejnym tekstem jeszcze bardziej odbiera nadzieję.
Normalność
Jeżeli ktoś ma już przesyt rynkowymi nowościami dotyczącymi koszmaru obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej, może sięgnąć po spojrzenie aktualne, chociaż w przeszłości zakorzenione. „Oświęcim. Czarna zima” to zestaw reportaży Marcina Kąckiego, który sprawdza, jak żyje się ludziom w sąsiedztwie muzeum – i z jakimi problemami mierzą się na co dzień mieszkańcy Oświęcimia. Tom składa się z ośmiu rozdziałów (jeden złożony został z listów dzieci i młodzieży, zdradzających wyzwania z perspektywy tych, którzy dzięki niewiedzy mogą dostrzegać więcej). Niektóre z części tomu nie mają charakterystycznego podziału na wstęp, rozwinięcie i zakończenie, za to składają się z rozmaitych migawek, kolejnych portretów i prezentacji ludzi oraz ich bolączek.
Gdzieś powracają echa dawnych przekonań, że Oświęcim to wyłącznie obóz – przede wszystkim w docinkach wobec rówieśników z Oświęcimia w szkołach. Autora o wiele bardziej interesuje jednak, jak wygląda codzienność w willi Hössa albo… w kamienicach na terenie obozu, między krematorium, drutami kolczastymi i szubienicą. Tu wyzwań jest sporo. Niektórzy w willi boją się rzekomych duchów, tajemniczego prochu pod podłogą, zakamarków, do których nigdy nie wchodzą. Cieszą się, że ona są umieszczone wysoko nad podłogą, by nie dało się z nich zobaczyć muzeum. Inni, w kamienicach, bez sprzeciwu akceptują wytyczne od administracji: że nie wolno wywieszać prania ani wytrzepywać pościeli, o poważniejszych ingerencjach w elewację mowy być nie może. Tu najważniejsi są turyści, ciągłe wycieczki pod oknami i brak możliwości opuszczenia domu w niektóre święta – to tylko część problemów, zestawu utrudnień, do których trzeba przywyknąć. To zaledwie jeden z tematów. Marcin Kącki sprawdza też motyw odbudowywania domów z obozowych baraków, podąża za poszukiwaczami „skarbów” – przedmiotów z Auschwitz, które znajdują się na strychach i w starych domach. Czasami wręcz trudno sobie wyobrazić, że można używać jakiejś rzeczy ze świadomością jej dawnego przeznaczenia. Zresztą – historia emocjonalna to nie wszystko. Dalej Marcin Kącki zajmuje się między innymi narodowościowym tyglem – tematem Żydów oraz Romów w Oświęcimiu. Stąd kłatwo przejść do kwestii nietolerancji, konfliktów na tle pochodzenia. Do utarczek społecznych obecnych tutaj w ogromnym stężeniu dochodzą jeszcze motywy historyczne, zupełnie jakby stereotypowe oceny Oświęcimia miały stać się kompleksem tych mieszkańców, którzy łatwo dają się uwieść radykalizmowi (albo nie stronią od alkoholu). Tu wszystko wybrzmiewa mocniej, zresztą przekonuje się o tym nawet autor przeczulony na punkcie dodatkowych znaczeń haseł reklamowych. Niebezpiecznych i grząskich zagadnień jest tu wiele.
Istnieje też problem aktualny i dotykający nawet tych, którzy potrafią się zdystansować od mrocznej przeszłości – zatrucie powietrza. Mieszkańcy nie mogą wytrzymać z powodu wszechobecnego fetoru, politycy odwracają się od nich. Nie ma sposobu ani na sąsiadów palących w piecach śmieciami ani na fabryki i trujące chemikalia. Reportaż związany z tym koszmarem wielu czytelników do Oświęcimia zniechęci – znacznie skuteczniej niż mroki przeszłości. Marcin Kącki pokazuje bowiem jasno, że niewielka jest szansa na poprawę sytuacji i na zmianę mentalności miejscowych, nawet tych, którzy powinni szerzyć informacje o ekologii i dawać dobry przykład. Można się zastanawiać, czy to dobre miejsce do życia, ale „Oświęcim. Czarna zima” rozwiewa wszelkie wątpliwości. To książka, która budzi przerażenie i z każdym kolejnym tekstem jeszcze bardziej odbiera nadzieję.
czwartek, 4 czerwca 2020
Łukasz Najder: Moja osoba. Eseje i przygody
Czarne, Wołowiec 2020.
Wyznania
Na dwa sposoby Łukasz Najder próbuje zaangażować czytelników. „Moja osoba” to zbiór esejów, w których autor albo przedstawia wybrane szczegóły ze swojego życia – mocno koloryzowane – albo analizy świata fikcyjnego: lektur i filmów, sięga też czasami do wątków z życia autorów. Układa dzięki temu teksty rozbudowane narracyjnie, ale takie, z których czytelnicy wydobędą ciekawe analizy kulturoznawcze lub społeczne. Prezentuje odbiorcom bardzo urozmaicone tematycznie szkice, zmieniające nastrój i charakter relacji, ale też dotykające różnych obszarów egzystencji. Najder między innymi stawia na bardzo intensywny pod kątem emocji tekst o ojcu i ojcostwie – co sugeruje, że zacznie podążać utartymi szlakami i sięgnie po tony konwencjonalne. Na szczęście to tylko rozbiegówka (zgrabna, ale tendencyjna). W esejach o osobistym wydźwięku znajdzie się jeszcze na przykład mierzenie się z nerwicą – chorobą psychiczną, która pojawiła się na skutek długiej bezczynności i bezrobocia, a pogłębiała przez niechęć przed wizytą u specjalisty. Uspokajanie płaczącego dziecka w samolocie staje się pretekstem do opowieści o ciszy. Autor sięga też po motywy pokoleniowe, wspomnienia z PRL-u, specyfikę pracy zdalnej (niespodziewanie ten tekst zyskuje nowe znaczenie w czasie pandemii), pobyt w Ikei albo… uczestniczenie w kampaniach politycznych. Zdarza mu się również przeprowadzanie analiz charakterystycznych dla czasów zjawisk – przygląda się tu telewizyjnemu show oraz samej karierze Kuby Wojewódzkiego. Przy tego typu komentarzach znacznie mniejsze wrażenie robi przejście od świata bohaterów literackich czy filmowych, choćby byli wyznacznikami pokolenia albo czasów – chociaż Najder udowadnia, że potrafi posługiwać się narzędziami filologa, trudniej mu będzie zaangażować zwykłych czytelników w takie laboratoryjne analizy. Nawet jeśli precyzyjne i ciekawe – brakuje w nich tonów poufnych, tego, co przyciąga do pozostałych szkiców. „Moja osoba” to zbiór esejów literata – nastawionych na popisy warsztatowe. Łukasz Najder czasami wpada w logoreiczne rytmy, równocześnie jednak potrafi zainteresować odbiorców celnymi puentami albo spostrzeżeniami rodzącymi komizm. Sięga po ironię, kiedy chce zaskakiwać czytelników lub odchodzić od stereotypowych komentarzy – dba o to, żeby nikt nie mógł odrzucić książki ze względu na przewidywalność. Elementem, który wyróżnia tę publikację, jest specyficzny styl, nieprzezroczysty, przypominający o znaczeniu kreacji językowej w samym procesie tworzenia – dla Najdera ważne jest nie tylko to, co pisze, ale również – jak pisze. Wykorzystuje efektowne chwyty, na szczęście nie lubi ich powtarzać. Do czytelników dociera między innymi za sprawą konfesyjności. Co ważne, chociaż teksty sprawiają wrażenie felietonowych i lekkich, mają całkiem rozbudowane jak na swoje rozmiary bibliografie. Można więc znaleźć literackie fundamenty propozycji Najdera. „Moja osoba” to książka ambitniejsza niż typowe zbiory felietonów, ale równie przyjemna w lekturze. Łukasz Najder swoje opowieści prowadzi bardzo pewnie. „Moja osoba” przynosi szereg tematów, które nie są obojętne dla czytelników, bez względu na ich osobiste doświadczenia. Autor standardowe zagadnienia przeobraża tak, by funkcjonowały jako wyjątkowe powody do stworzenia intrygujących literacko esejów. Nie musi się martwić, że zajmuje się sprawami już rozczytanymi – bo znajduje dla nich oryginalną formę. To jest tom przygotowany z tekstów, które częściowo były już w różnych miejscach publikowane – ale nie sprawia wrażenia przypadkowego zbioru. Najder wie, jak przekonać do siebie czytelników – nawet wtedy, kiedy przybiera malkontenckie pozy.
Wyznania
Na dwa sposoby Łukasz Najder próbuje zaangażować czytelników. „Moja osoba” to zbiór esejów, w których autor albo przedstawia wybrane szczegóły ze swojego życia – mocno koloryzowane – albo analizy świata fikcyjnego: lektur i filmów, sięga też czasami do wątków z życia autorów. Układa dzięki temu teksty rozbudowane narracyjnie, ale takie, z których czytelnicy wydobędą ciekawe analizy kulturoznawcze lub społeczne. Prezentuje odbiorcom bardzo urozmaicone tematycznie szkice, zmieniające nastrój i charakter relacji, ale też dotykające różnych obszarów egzystencji. Najder między innymi stawia na bardzo intensywny pod kątem emocji tekst o ojcu i ojcostwie – co sugeruje, że zacznie podążać utartymi szlakami i sięgnie po tony konwencjonalne. Na szczęście to tylko rozbiegówka (zgrabna, ale tendencyjna). W esejach o osobistym wydźwięku znajdzie się jeszcze na przykład mierzenie się z nerwicą – chorobą psychiczną, która pojawiła się na skutek długiej bezczynności i bezrobocia, a pogłębiała przez niechęć przed wizytą u specjalisty. Uspokajanie płaczącego dziecka w samolocie staje się pretekstem do opowieści o ciszy. Autor sięga też po motywy pokoleniowe, wspomnienia z PRL-u, specyfikę pracy zdalnej (niespodziewanie ten tekst zyskuje nowe znaczenie w czasie pandemii), pobyt w Ikei albo… uczestniczenie w kampaniach politycznych. Zdarza mu się również przeprowadzanie analiz charakterystycznych dla czasów zjawisk – przygląda się tu telewizyjnemu show oraz samej karierze Kuby Wojewódzkiego. Przy tego typu komentarzach znacznie mniejsze wrażenie robi przejście od świata bohaterów literackich czy filmowych, choćby byli wyznacznikami pokolenia albo czasów – chociaż Najder udowadnia, że potrafi posługiwać się narzędziami filologa, trudniej mu będzie zaangażować zwykłych czytelników w takie laboratoryjne analizy. Nawet jeśli precyzyjne i ciekawe – brakuje w nich tonów poufnych, tego, co przyciąga do pozostałych szkiców. „Moja osoba” to zbiór esejów literata – nastawionych na popisy warsztatowe. Łukasz Najder czasami wpada w logoreiczne rytmy, równocześnie jednak potrafi zainteresować odbiorców celnymi puentami albo spostrzeżeniami rodzącymi komizm. Sięga po ironię, kiedy chce zaskakiwać czytelników lub odchodzić od stereotypowych komentarzy – dba o to, żeby nikt nie mógł odrzucić książki ze względu na przewidywalność. Elementem, który wyróżnia tę publikację, jest specyficzny styl, nieprzezroczysty, przypominający o znaczeniu kreacji językowej w samym procesie tworzenia – dla Najdera ważne jest nie tylko to, co pisze, ale również – jak pisze. Wykorzystuje efektowne chwyty, na szczęście nie lubi ich powtarzać. Do czytelników dociera między innymi za sprawą konfesyjności. Co ważne, chociaż teksty sprawiają wrażenie felietonowych i lekkich, mają całkiem rozbudowane jak na swoje rozmiary bibliografie. Można więc znaleźć literackie fundamenty propozycji Najdera. „Moja osoba” to książka ambitniejsza niż typowe zbiory felietonów, ale równie przyjemna w lekturze. Łukasz Najder swoje opowieści prowadzi bardzo pewnie. „Moja osoba” przynosi szereg tematów, które nie są obojętne dla czytelników, bez względu na ich osobiste doświadczenia. Autor standardowe zagadnienia przeobraża tak, by funkcjonowały jako wyjątkowe powody do stworzenia intrygujących literacko esejów. Nie musi się martwić, że zajmuje się sprawami już rozczytanymi – bo znajduje dla nich oryginalną formę. To jest tom przygotowany z tekstów, które częściowo były już w różnych miejscach publikowane – ale nie sprawia wrażenia przypadkowego zbioru. Najder wie, jak przekonać do siebie czytelników – nawet wtedy, kiedy przybiera malkontenckie pozy.
środa, 3 czerwca 2020
Katarzyna Fazan: Kantor. Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020.
Odsłanianie
Ta olbrzymia publikacja ucieszy fanów Tadeusza Kantora, ale też pozwoli się zorientować w jego twórczości tym wszystkim, którzy teatr Cricot 2 znać mogą jedynie z opowieści, więc i zapożyczeń. Katarzyna Fazan decyduje się na zgromadzenie wielu wnikliwych esejów poświęconych zarówno spuściznie Kantora, jak i jego poszukiwaniom artystycznym. Unika biografizowania czy szkolnego omawiania kolejnych dzieł, zwraca uwagę starannie przemyślana i przejrzysta konstrukcja tomu. Zamiast konwencjonalnego wstępu opowiada Katarzyna Fazan o tym, co zostało – o koncepcji Cricoteki i o perypetiach związanych z wyszukiwaniem miejsca na siedzibę Kantorowskiego „muzeum”. Bardzo ważne w tej opowieści jest rozerwanie między chęcią przywrócenia Kantora do centrum Krakowa, a opcją zaadaptowania budynków poprzemysłowych i architektonicznego palimpsestu – wyjątkowo trudne zadanie, ścieranie się interesów różnych stron. Cricoteka na początek to znakomite rozwiązanie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że kolejne rozdziały lub części tematyczne przedzielane są albumowymi wkładkami z zestawem kolorowych (przeważnie) fotografii na kredowym papierze. Tu pojawiają się przede wszystkim zdjęcia z wystaw, ale także prace Kantora, wnętrza siedziby, Izba Pamięci Tadeusza Kantora w Wielopolu Skrzyńskim, zdjęcia dokumentacyjne – materiały, które mogą wzbogacać wiedzę odbiorców, ale też pasują do koncepcji monografii. W tomie znajdują się też „Manifestacje” – charakterystyczne dla twórczości Kantora motywy i podejmowane zabiegi, czasem – rzadziej – komentarze do konkretnych spektakli, zwłaszcza kiedy mają one znaczenie przełomowe lub z jakiegoś względu różnią się od typowych decyzji artystycznych. Ta część książki wydaje się najważniejsza, umożliwia bowiem wskazanie specyfiki Kantorowskich pomysłów, bez przedzierania się przez teorie i objaśnienia. „Manifestacje” przede wszystkim pomagają w definiowaniu tego teatru. Katarzyna Fazan jest w swoich poszukiwaniach precyzyjna, nie zajmuje się przypadkowymi lub pobocznymi tropami. Ma zestaw kluczy interpretacyjnych dobranych do pomysłów Kantora i może odpowiednio kierować odbiorców. To miejsce na wskazywanie znaczeń oraz konsekwencji autorskich decyzji. Wykazuje się Katarzyna Fazan znawstwem, ale i talentami narracyjnymi. Wprawdzie naukowa publikacja nie nadaje się dla przypadkowych czytelników (ale też inni niż wyznawcy Kantora raczej na nią nie trafią), jednak jest sycąca i wypełniona danymi. Autorka nie traci czasu na tekstowe wypełniacze, przechodzi do sedna, wyczerpując kolejne tematy. Skoncentrowana wyłącznie na Kantorze – odczytuje sensy zakodowane w twórczości. Kiedy już odbiorcy poczują się pewnie jako potencjalni interpretatorzy, Katarzyna Fazan przechodzi do omawiania wpływów i zależności. Zestawia Kantora w duetach z twórcami z różnych obszarów – inspiracjami i dostarczycielami treści (tu znajduje się i Jaremianka, i Wyspiański, Grzegorzewski czy Bereś). Kolejna część tomu to przegląd „pozaspektaklowych” przestrzeni – lalek, mechanizmów, scenografii, projektów, dzieł plastycznych, manekinów i fotografii. Tutaj również pojawia się miejsce na refleksje o filmie poświęconym Kantorowi. To, co dopełnia obraz Kantora, może trafić do tej właśnie partii tomu.
Katarzyna Fazan dzięki rozdziałom tematycznym, odpowiedniej metodologii i dokładnemu rozeznaniu w pracach Kantora i traktowaniu jego dorobku jest w stanie zaproponować czytelnikom tom satysfakcjonujący. Potężny, ale nie przegadany, rzeczowy, przybliżający dorobek Kantora oraz drogi interpretacji. Cieszy bardzo dobre rozplanowanie zawartości, nie ma tutaj przypadkowości ani powielania informacji, Kantor przedstawiany z różnych perspektyw staje się mniej odległy. Łatwiej przy takiej lekturze poznać fenomen tego twórcy. I chociaż Katarzyna Fazan czasami posługuje się terminami fachowymi i wpada w hermetyczny styl – nie odstraszy tym zainteresowanych czytelników. „Kantor” nie przypomina tomów stopniowo układanych z różnych esejów tworzonych w kolejnych latach. Lektura nie będzie zatem stratą czasu.
Odsłanianie
Ta olbrzymia publikacja ucieszy fanów Tadeusza Kantora, ale też pozwoli się zorientować w jego twórczości tym wszystkim, którzy teatr Cricot 2 znać mogą jedynie z opowieści, więc i zapożyczeń. Katarzyna Fazan decyduje się na zgromadzenie wielu wnikliwych esejów poświęconych zarówno spuściznie Kantora, jak i jego poszukiwaniom artystycznym. Unika biografizowania czy szkolnego omawiania kolejnych dzieł, zwraca uwagę starannie przemyślana i przejrzysta konstrukcja tomu. Zamiast konwencjonalnego wstępu opowiada Katarzyna Fazan o tym, co zostało – o koncepcji Cricoteki i o perypetiach związanych z wyszukiwaniem miejsca na siedzibę Kantorowskiego „muzeum”. Bardzo ważne w tej opowieści jest rozerwanie między chęcią przywrócenia Kantora do centrum Krakowa, a opcją zaadaptowania budynków poprzemysłowych i architektonicznego palimpsestu – wyjątkowo trudne zadanie, ścieranie się interesów różnych stron. Cricoteka na początek to znakomite rozwiązanie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że kolejne rozdziały lub części tematyczne przedzielane są albumowymi wkładkami z zestawem kolorowych (przeważnie) fotografii na kredowym papierze. Tu pojawiają się przede wszystkim zdjęcia z wystaw, ale także prace Kantora, wnętrza siedziby, Izba Pamięci Tadeusza Kantora w Wielopolu Skrzyńskim, zdjęcia dokumentacyjne – materiały, które mogą wzbogacać wiedzę odbiorców, ale też pasują do koncepcji monografii. W tomie znajdują się też „Manifestacje” – charakterystyczne dla twórczości Kantora motywy i podejmowane zabiegi, czasem – rzadziej – komentarze do konkretnych spektakli, zwłaszcza kiedy mają one znaczenie przełomowe lub z jakiegoś względu różnią się od typowych decyzji artystycznych. Ta część książki wydaje się najważniejsza, umożliwia bowiem wskazanie specyfiki Kantorowskich pomysłów, bez przedzierania się przez teorie i objaśnienia. „Manifestacje” przede wszystkim pomagają w definiowaniu tego teatru. Katarzyna Fazan jest w swoich poszukiwaniach precyzyjna, nie zajmuje się przypadkowymi lub pobocznymi tropami. Ma zestaw kluczy interpretacyjnych dobranych do pomysłów Kantora i może odpowiednio kierować odbiorców. To miejsce na wskazywanie znaczeń oraz konsekwencji autorskich decyzji. Wykazuje się Katarzyna Fazan znawstwem, ale i talentami narracyjnymi. Wprawdzie naukowa publikacja nie nadaje się dla przypadkowych czytelników (ale też inni niż wyznawcy Kantora raczej na nią nie trafią), jednak jest sycąca i wypełniona danymi. Autorka nie traci czasu na tekstowe wypełniacze, przechodzi do sedna, wyczerpując kolejne tematy. Skoncentrowana wyłącznie na Kantorze – odczytuje sensy zakodowane w twórczości. Kiedy już odbiorcy poczują się pewnie jako potencjalni interpretatorzy, Katarzyna Fazan przechodzi do omawiania wpływów i zależności. Zestawia Kantora w duetach z twórcami z różnych obszarów – inspiracjami i dostarczycielami treści (tu znajduje się i Jaremianka, i Wyspiański, Grzegorzewski czy Bereś). Kolejna część tomu to przegląd „pozaspektaklowych” przestrzeni – lalek, mechanizmów, scenografii, projektów, dzieł plastycznych, manekinów i fotografii. Tutaj również pojawia się miejsce na refleksje o filmie poświęconym Kantorowi. To, co dopełnia obraz Kantora, może trafić do tej właśnie partii tomu.
Katarzyna Fazan dzięki rozdziałom tematycznym, odpowiedniej metodologii i dokładnemu rozeznaniu w pracach Kantora i traktowaniu jego dorobku jest w stanie zaproponować czytelnikom tom satysfakcjonujący. Potężny, ale nie przegadany, rzeczowy, przybliżający dorobek Kantora oraz drogi interpretacji. Cieszy bardzo dobre rozplanowanie zawartości, nie ma tutaj przypadkowości ani powielania informacji, Kantor przedstawiany z różnych perspektyw staje się mniej odległy. Łatwiej przy takiej lekturze poznać fenomen tego twórcy. I chociaż Katarzyna Fazan czasami posługuje się terminami fachowymi i wpada w hermetyczny styl – nie odstraszy tym zainteresowanych czytelników. „Kantor” nie przypomina tomów stopniowo układanych z różnych esejów tworzonych w kolejnych latach. Lektura nie będzie zatem stratą czasu.
wtorek, 2 czerwca 2020
Tomasz Orłowski: Nasz zakochany przewodnik po Francji, czyli dyplomatyczna ratatouille
Rebis, Poznań 2020.
Życie gdzie indziej
Tomasz Orłowski Francję zna doskonale- nie tylko z pracy w roli ambasadora Polski. Dla czytelników jednak ważniejsze będzie uczucie, jakim darzy ten kraj. Na wzór osobistych opowieści o życiu w różnych miejscach – i w odniesieniu do literackich przewodników – tworzy tom „Nasz zakochany przewodnik po Francji, czyli dyplomatyczna ratatuille”. Nasz – bo opiera się na doświadczeniach i obserwacjach swoich oraz żony. Każdy człon tego tytułu znajduje odzwierciedlenie w zawartości. Na początku tomu wydaje się, że Orłowski przyciągnie wyłącznie turystów i podróżników – zajmuje się prezentowaniem wybranych regionów, szlaków do przejścia, miejsc wartych zobaczenia. Nie dlatego, że to obowiązkowe punkty z każdego przewodnika – ale dlatego, że sam autor bardzo je ceni. Ta książka, chociaż dość duża pod względem objętości, nie ma gromadzić informacji o wszystkich miejscach. Orłowski proponuje relację subiektywną. Często pokrywającą się w zagadnieniach z typowymi przewodnikami, jednak nieroszczącą sobie praw do prezentowania wszystkiego. Kiedy Tomasz Orłowski opowiada o Francji, stara się nie tylko operować wiadomościami z topografii, sięga do historii, żeby przedstawiać znaczenia poszczególnych miejsc i zaintrygować czytelników ciekawostkami z przeszłości. Dzięki temu jest mu też łatwiej poszerzyć grono odbiorców o pasjonatów dawnych wieków. Automatycznie znajduje i motywacje do poznawania kolejnych terenów czy budowli. Bardzo pogłębia wiedzę na temat odwiedzanych miejsc.
Na początku mocno akcentuje autor właśnie przewodnikowe aspekty. Z czasem coraz częściej jednak się otwiera, zaczyna wplatać do tomu również anegdoty dyplomatyczne – i to pierwsze uzasadnienie, dlaczego sięgnąć akurat po ten tom, kiedy nie ma się w planach dalekich podróży. Tomasz Orłowski nie błaznuje i nie podpiera się banalnymi żartami, ale wykazuje się w opowieściach poczuciem humoru i dyskretną ironią. Cechuje te prezentacje wysoka kultura słowa, co przekłada się na literackość tomu. Kiedy już otwiera się na miejsce na historie nieco bardziej osobiste, wprowadza Orłowski do książki jeszcze jeden ważny aspekt życia we Francji: kulinaria, ze szczególnym uwzględnieniem tych „niecodziennych”. Opowiada między innymi o swoim upodobaniu do ostryg, o serach pleśniowych czy o żabich udkach. W tym wypadku nie chodzi tylko o przedstawianie własnych wyborów smakowych ani o sposób przyrządzania – autor pisze także o różnych podejściach do eksperymentowania ze smakami, tak, by pokazać czytelnikom także komiczne momenty związane z posiłkami.
Do tego typu publikacji sięgną raczej ci, którzy liczą na osobiste wyznania, a nie szukający tras i atrakcji turystycznych. Kiedy przystąpi do lektury ktoś nastawiony wyłącznie na wspomnienia i osobiste opowieści, może uznać, że za dużo tu wiadomości przewodnikowych, zanim Tomasz Orłowski zdecyduje się wpuścić innych do swojego świata (a później ich liczba nie będzie maleć, jednak autor zdecyduje się na rozrzedzenie przewodnika doświadczeniami z własnego życia – więc będzie bardziej przyciągać do czytania). „Nasz zakochany przewodnik po Francji” to metoda na nietypowe prezentowanie życia w innym kraju. Można wziąć tę książkę i podążać śladami autora, poznawać Francję z jego perspektywy – i na pewno będzie to wyprawa bogata w doznania. Ta publikacja została też ozdobiona licznymi zdjęciami, które udowadniają odbiorcom, dlaczego warto podróżować oraz poznawać inne kraje.
Życie gdzie indziej
Tomasz Orłowski Francję zna doskonale- nie tylko z pracy w roli ambasadora Polski. Dla czytelników jednak ważniejsze będzie uczucie, jakim darzy ten kraj. Na wzór osobistych opowieści o życiu w różnych miejscach – i w odniesieniu do literackich przewodników – tworzy tom „Nasz zakochany przewodnik po Francji, czyli dyplomatyczna ratatuille”. Nasz – bo opiera się na doświadczeniach i obserwacjach swoich oraz żony. Każdy człon tego tytułu znajduje odzwierciedlenie w zawartości. Na początku tomu wydaje się, że Orłowski przyciągnie wyłącznie turystów i podróżników – zajmuje się prezentowaniem wybranych regionów, szlaków do przejścia, miejsc wartych zobaczenia. Nie dlatego, że to obowiązkowe punkty z każdego przewodnika – ale dlatego, że sam autor bardzo je ceni. Ta książka, chociaż dość duża pod względem objętości, nie ma gromadzić informacji o wszystkich miejscach. Orłowski proponuje relację subiektywną. Często pokrywającą się w zagadnieniach z typowymi przewodnikami, jednak nieroszczącą sobie praw do prezentowania wszystkiego. Kiedy Tomasz Orłowski opowiada o Francji, stara się nie tylko operować wiadomościami z topografii, sięga do historii, żeby przedstawiać znaczenia poszczególnych miejsc i zaintrygować czytelników ciekawostkami z przeszłości. Dzięki temu jest mu też łatwiej poszerzyć grono odbiorców o pasjonatów dawnych wieków. Automatycznie znajduje i motywacje do poznawania kolejnych terenów czy budowli. Bardzo pogłębia wiedzę na temat odwiedzanych miejsc.
Na początku mocno akcentuje autor właśnie przewodnikowe aspekty. Z czasem coraz częściej jednak się otwiera, zaczyna wplatać do tomu również anegdoty dyplomatyczne – i to pierwsze uzasadnienie, dlaczego sięgnąć akurat po ten tom, kiedy nie ma się w planach dalekich podróży. Tomasz Orłowski nie błaznuje i nie podpiera się banalnymi żartami, ale wykazuje się w opowieściach poczuciem humoru i dyskretną ironią. Cechuje te prezentacje wysoka kultura słowa, co przekłada się na literackość tomu. Kiedy już otwiera się na miejsce na historie nieco bardziej osobiste, wprowadza Orłowski do książki jeszcze jeden ważny aspekt życia we Francji: kulinaria, ze szczególnym uwzględnieniem tych „niecodziennych”. Opowiada między innymi o swoim upodobaniu do ostryg, o serach pleśniowych czy o żabich udkach. W tym wypadku nie chodzi tylko o przedstawianie własnych wyborów smakowych ani o sposób przyrządzania – autor pisze także o różnych podejściach do eksperymentowania ze smakami, tak, by pokazać czytelnikom także komiczne momenty związane z posiłkami.
Do tego typu publikacji sięgną raczej ci, którzy liczą na osobiste wyznania, a nie szukający tras i atrakcji turystycznych. Kiedy przystąpi do lektury ktoś nastawiony wyłącznie na wspomnienia i osobiste opowieści, może uznać, że za dużo tu wiadomości przewodnikowych, zanim Tomasz Orłowski zdecyduje się wpuścić innych do swojego świata (a później ich liczba nie będzie maleć, jednak autor zdecyduje się na rozrzedzenie przewodnika doświadczeniami z własnego życia – więc będzie bardziej przyciągać do czytania). „Nasz zakochany przewodnik po Francji” to metoda na nietypowe prezentowanie życia w innym kraju. Można wziąć tę książkę i podążać śladami autora, poznawać Francję z jego perspektywy – i na pewno będzie to wyprawa bogata w doznania. Ta publikacja została też ozdobiona licznymi zdjęciami, które udowadniają odbiorcom, dlaczego warto podróżować oraz poznawać inne kraje.
poniedziałek, 1 czerwca 2020
André Aciman: Pięć zauroczeń
W.A.B., Warszawa 2020.
Mężczyzna na celowniku
Ta książka to studium tęsknoty i pożądania. André Aciman prowadzi bohatera przez kilka związków – lub fantazji na temat związków. Wraz z dojrzewaniem postaci czy ze zmianami kręgów znajomych przychodzą kolejni kochankowie – czasem partnerzy, a czasem obiekty marzeń. Bywa, że obecność kogoś nie wpisywała się w plany postaci i nakazuje zrezygnować z oswojonej już relacji, bywa też, że zauroczenie staje się świetnym tematem zastępczym albo metodą na poprawienie komuś nastroju czy odegranie się na kimś. Motywacji jest naprawdę sporo, jednak Aciman zawsze dąży do jednego – do pokazania siły przyciągania między ludźmi. W zasadzie autorowi może być wszystko jedno, kogo wybierze bohater, Paul, jak pokieruje swoimi losami i czy uda mu się odnaleźć szczęście. To, co standardowo zaprząta uwagę odbiorców w fabułach, tu nie ma w ogóle racji bytu. Opowieść przenosi się na uczucia, pozwala wniknąć w psychikę postaci, ale – co ważniejsze – zrozumieć motywacje i kibicować bohaterowi. Paul wcale nie marzy o baśniowym finale – wie jednak, że o szczęście warto zawalczyć. Najpierw jest nastolatkiem, który fascynuje się starszym mężczyzną, chociaż w żaden sposób nie może zrealizować swoich fantazji. Dociera też do rodzinnej tajemnicy. Miewa związki z kobietami, ale najbardziej przejmujące może być dla odbiorców przyglądanie się narodzinom nieoczekiwanej miłości. Paul spotyka obiekt swoich westchnień przy okazji treningów. Długo boi się zagadać i buduje swój obraz jako wyjątkowo towarzyskiego wesołka, który zaczepia wszystkich z wyjątkiem potencjalnego ukochanego. Spędza czas na jałowych rozmyślaniach, odsuwa od siebie chęć podjęcia ryzyka. Nawet nawiązanie pierwszego kontaktu wydaje się nie zmieniać nic w sytuacji między mężczyznami. To w całym tomie najbardziej spowolniona – ale też najlepsza historia. Przekonuje każdym gestem onieśmielonego Paula i każdą interpretacją, jaką ten proponuje we własnych wyobrażeniach. Czytelnicy mogą mieć pewność, że nie przegapią żądnego gestu ani refleksji towarzyszącej związkowi in spe. W „Pięciu zauroczeniach” każdy – bez względu na orientację seksualną – może znaleźć treści, które definiują jego relacje z innymi. Nie zawsze chodzi tu bowiem o podziwianie ciała, chociaż i tu Aciman unika wulgarności, za to stara się przedstawić tok myślenia zakochanego i elementy przyciągające jego uwagę – autor nigdy natomiast nie ucieka od pisania o psychice. Tutaj potrafi zdziałać bardzo wiele. Nie ma większego znaczenia zajęcie bohatera ani kierunek jego egzystencji, nawet wyizolowane od rzeczywistości analizy jego emocji byłyby dla odbiorców przekonujące. Aciman szuka w tym szansy na stworzenie porozumienia z odbiorcami. Uczy wrażliwości i pokazuje całe piękno zauroczeń. Bez sentymentalizmu, dzięki przejściu do homoseksualnych (lub biseksualnych) postaw – również bez schematów. Mimo że Paul sporo rozmyśla nad własnym życiem uczuciowym i nad interpretacjami zachowań wybranków – ta powieść po prostu nie może się dłużyć. „Pięć zauroczeń” to opowieść, która w pierwszej kolejności poruszy poetyckością i zrozumieniem istoty uczuć. Rzadko trafiają się publikacje oddalone od „komercyjnych” gatunków i banału, a jednocześnie tak precyzyjne. Aciman lubi konkrety – a przecież historię tka bardzo misternie, dba o jej prawdopodobieństwo. W „Pięciu zauroczeniach” króluje intensywność – i to na każdym etapie tworzenia związku. Przy okazji autor oswaja też odbiorców z niestereotypowym obrazkiem miłości.
Mężczyzna na celowniku
Ta książka to studium tęsknoty i pożądania. André Aciman prowadzi bohatera przez kilka związków – lub fantazji na temat związków. Wraz z dojrzewaniem postaci czy ze zmianami kręgów znajomych przychodzą kolejni kochankowie – czasem partnerzy, a czasem obiekty marzeń. Bywa, że obecność kogoś nie wpisywała się w plany postaci i nakazuje zrezygnować z oswojonej już relacji, bywa też, że zauroczenie staje się świetnym tematem zastępczym albo metodą na poprawienie komuś nastroju czy odegranie się na kimś. Motywacji jest naprawdę sporo, jednak Aciman zawsze dąży do jednego – do pokazania siły przyciągania między ludźmi. W zasadzie autorowi może być wszystko jedno, kogo wybierze bohater, Paul, jak pokieruje swoimi losami i czy uda mu się odnaleźć szczęście. To, co standardowo zaprząta uwagę odbiorców w fabułach, tu nie ma w ogóle racji bytu. Opowieść przenosi się na uczucia, pozwala wniknąć w psychikę postaci, ale – co ważniejsze – zrozumieć motywacje i kibicować bohaterowi. Paul wcale nie marzy o baśniowym finale – wie jednak, że o szczęście warto zawalczyć. Najpierw jest nastolatkiem, który fascynuje się starszym mężczyzną, chociaż w żaden sposób nie może zrealizować swoich fantazji. Dociera też do rodzinnej tajemnicy. Miewa związki z kobietami, ale najbardziej przejmujące może być dla odbiorców przyglądanie się narodzinom nieoczekiwanej miłości. Paul spotyka obiekt swoich westchnień przy okazji treningów. Długo boi się zagadać i buduje swój obraz jako wyjątkowo towarzyskiego wesołka, który zaczepia wszystkich z wyjątkiem potencjalnego ukochanego. Spędza czas na jałowych rozmyślaniach, odsuwa od siebie chęć podjęcia ryzyka. Nawet nawiązanie pierwszego kontaktu wydaje się nie zmieniać nic w sytuacji między mężczyznami. To w całym tomie najbardziej spowolniona – ale też najlepsza historia. Przekonuje każdym gestem onieśmielonego Paula i każdą interpretacją, jaką ten proponuje we własnych wyobrażeniach. Czytelnicy mogą mieć pewność, że nie przegapią żądnego gestu ani refleksji towarzyszącej związkowi in spe. W „Pięciu zauroczeniach” każdy – bez względu na orientację seksualną – może znaleźć treści, które definiują jego relacje z innymi. Nie zawsze chodzi tu bowiem o podziwianie ciała, chociaż i tu Aciman unika wulgarności, za to stara się przedstawić tok myślenia zakochanego i elementy przyciągające jego uwagę – autor nigdy natomiast nie ucieka od pisania o psychice. Tutaj potrafi zdziałać bardzo wiele. Nie ma większego znaczenia zajęcie bohatera ani kierunek jego egzystencji, nawet wyizolowane od rzeczywistości analizy jego emocji byłyby dla odbiorców przekonujące. Aciman szuka w tym szansy na stworzenie porozumienia z odbiorcami. Uczy wrażliwości i pokazuje całe piękno zauroczeń. Bez sentymentalizmu, dzięki przejściu do homoseksualnych (lub biseksualnych) postaw – również bez schematów. Mimo że Paul sporo rozmyśla nad własnym życiem uczuciowym i nad interpretacjami zachowań wybranków – ta powieść po prostu nie może się dłużyć. „Pięć zauroczeń” to opowieść, która w pierwszej kolejności poruszy poetyckością i zrozumieniem istoty uczuć. Rzadko trafiają się publikacje oddalone od „komercyjnych” gatunków i banału, a jednocześnie tak precyzyjne. Aciman lubi konkrety – a przecież historię tka bardzo misternie, dba o jej prawdopodobieństwo. W „Pięciu zauroczeniach” króluje intensywność – i to na każdym etapie tworzenia związku. Przy okazji autor oswaja też odbiorców z niestereotypowym obrazkiem miłości.
Justyna Bednarek: Koperta z kotem
Egmont, Warszawa 2020.
Niespodzianka
Justyna Bednarek w tomiku „Koperta z kotem” przypomina dorosłym – a dzieciom uświadamia – ile przyjemności może dać wysłanie tradycyjnych kartek pocztowych lub listów – i otrzymywanie ich. Dwie kuzynki Janka, Iza i Jola, zbierają kartki ze zwierzętami (jedna – z kotami, druga z psami). Janek może kupić takie kartki u pana Ignacego. Wkłada je do kopert, adresuje i wysyła do kuzynek. Upewnia się jeszcze na poczcie, jakie ma możliwości – decyduje się na listy polecone. Ma nadzieję, że dotrą w tym samym dniu, żeby żadna z dziewczynek nie czuła się pokrzywdzona. Iza i Jola zresztą mogą się zrewanżować kartkami z tym, co najbardziej interesuje Janka. Justyna Bednarek w „Kopercie z kotem” próbuje zaintrygować odbiorców czymś, co dawniej było oczywiste i naturalne, a co teraz stanowi właściwie egzotyczną atrakcję. Nie podpowiada, jak pracować samodzielnie: tu nie ma mowy o wyżywaniu się w zajęciach plastycznych, dzieci kupują gotowe pocztówki, muszą też skorzystać z poczty – za zgodą rodziców, ale to łączy się z kolejną drobną kwotą do wydania. Jeśli jednak w ten sposób można sprawić komuś radość, warto wziąć takie rozwiązanie pod uwagę.
Justyna Bednarek tym razem część wymogów pierwszego poziomu cyklu omija za sprawą podawania kodu w postaci zapisu cyframi. Proponuje dzieciom nieco inne wyzwanie, nieprzewidziane przez twórców serii. Wszystkie imiona bohaterów zaczynają się na I lub J, przez co mniej się od siebie odróżniają w oczach dzieci, które dopiero uczą się czytać. To zwiększa odrobinę poziom trudności – co akurat może wyjść czytelnikom na dobre. Tutaj Justyna Bednarek nie szuka wyjątkowej fabuły, opiera się na niespodziance, którą wzajemnie robią sobie dzieci – to również przyjemność dla czytelników, którzy mogą obmyślać podobne miłe upominki dla swoich koleżanek i kolegów. Do tego autorka wraca też do motywu, który kiedyś sprawiał satysfakcję maluchom – zbierania pocztówek ze zwierzętami. Wprawdzie w czasach internetu zdobycie ciekawych zdjęć zwierzęcych pupili nie wiąże się z żadnymi specjalnymi wyzwaniami, jednak autorka próbuje zachęcić odbiorców do sprawdzenia, jak przyjemnie jest coś kolekcjonować.
„Koperta z kotem” to zatem historyjka, która wiąże się z miłymi wspomnieniami dla rodziców czy dziadków. U dzieci – właściwych odbiorców tomiku – będzie przede wszystkim budzić ciekawość i chęć przetestowania podpowiedzi. Justyna Bednarek pisze tę drobną opowieść, żeby urozmaicić najmłodszym lekcje czytania i zasugerować sposób na spędzanie wolnego czasu. Rzadko się zdarza, żeby komentarze do czytania przez dzieci były na tym poziomie rozbudowane aż na dwa wersy na stronie, ale tutaj autorka wie, że maluchy w ferworze śledzenia zachowań Janka nie zwrócą uwagi na konieczność podejmowania wysiłku w czytaniu.
Ten tomik ilustruje Maja Barska – i ma bardzo ważne zadanie, bo przecież pierwszy poziom serii Czytam sobie to picture book. A że tu rzecz dotyczy kartek ze zwierzętami – odbiorcy tym bardziej zechcą obejrzeć rysunki dokładnie. Ilustratorka stawia na dowcipne obrazki, uśmiechniętych ludzi i zadowolone zwierzęta. Czasami też wprowadza dodatkowe wiadomości, jak przy adresowaniu kopert. przyjemnie ogląda się te obrazki, a Maja Barska dba o to, by były kolorowe i zapraszały do ćwiczenia czytania. Przy takim opracowaniu tomiku znacznie łatwiej będzie dzieciom przystąpić do lektury.
Niespodzianka
Justyna Bednarek w tomiku „Koperta z kotem” przypomina dorosłym – a dzieciom uświadamia – ile przyjemności może dać wysłanie tradycyjnych kartek pocztowych lub listów – i otrzymywanie ich. Dwie kuzynki Janka, Iza i Jola, zbierają kartki ze zwierzętami (jedna – z kotami, druga z psami). Janek może kupić takie kartki u pana Ignacego. Wkłada je do kopert, adresuje i wysyła do kuzynek. Upewnia się jeszcze na poczcie, jakie ma możliwości – decyduje się na listy polecone. Ma nadzieję, że dotrą w tym samym dniu, żeby żadna z dziewczynek nie czuła się pokrzywdzona. Iza i Jola zresztą mogą się zrewanżować kartkami z tym, co najbardziej interesuje Janka. Justyna Bednarek w „Kopercie z kotem” próbuje zaintrygować odbiorców czymś, co dawniej było oczywiste i naturalne, a co teraz stanowi właściwie egzotyczną atrakcję. Nie podpowiada, jak pracować samodzielnie: tu nie ma mowy o wyżywaniu się w zajęciach plastycznych, dzieci kupują gotowe pocztówki, muszą też skorzystać z poczty – za zgodą rodziców, ale to łączy się z kolejną drobną kwotą do wydania. Jeśli jednak w ten sposób można sprawić komuś radość, warto wziąć takie rozwiązanie pod uwagę.
Justyna Bednarek tym razem część wymogów pierwszego poziomu cyklu omija za sprawą podawania kodu w postaci zapisu cyframi. Proponuje dzieciom nieco inne wyzwanie, nieprzewidziane przez twórców serii. Wszystkie imiona bohaterów zaczynają się na I lub J, przez co mniej się od siebie odróżniają w oczach dzieci, które dopiero uczą się czytać. To zwiększa odrobinę poziom trudności – co akurat może wyjść czytelnikom na dobre. Tutaj Justyna Bednarek nie szuka wyjątkowej fabuły, opiera się na niespodziance, którą wzajemnie robią sobie dzieci – to również przyjemność dla czytelników, którzy mogą obmyślać podobne miłe upominki dla swoich koleżanek i kolegów. Do tego autorka wraca też do motywu, który kiedyś sprawiał satysfakcję maluchom – zbierania pocztówek ze zwierzętami. Wprawdzie w czasach internetu zdobycie ciekawych zdjęć zwierzęcych pupili nie wiąże się z żadnymi specjalnymi wyzwaniami, jednak autorka próbuje zachęcić odbiorców do sprawdzenia, jak przyjemnie jest coś kolekcjonować.
„Koperta z kotem” to zatem historyjka, która wiąże się z miłymi wspomnieniami dla rodziców czy dziadków. U dzieci – właściwych odbiorców tomiku – będzie przede wszystkim budzić ciekawość i chęć przetestowania podpowiedzi. Justyna Bednarek pisze tę drobną opowieść, żeby urozmaicić najmłodszym lekcje czytania i zasugerować sposób na spędzanie wolnego czasu. Rzadko się zdarza, żeby komentarze do czytania przez dzieci były na tym poziomie rozbudowane aż na dwa wersy na stronie, ale tutaj autorka wie, że maluchy w ferworze śledzenia zachowań Janka nie zwrócą uwagi na konieczność podejmowania wysiłku w czytaniu.
Ten tomik ilustruje Maja Barska – i ma bardzo ważne zadanie, bo przecież pierwszy poziom serii Czytam sobie to picture book. A że tu rzecz dotyczy kartek ze zwierzętami – odbiorcy tym bardziej zechcą obejrzeć rysunki dokładnie. Ilustratorka stawia na dowcipne obrazki, uśmiechniętych ludzi i zadowolone zwierzęta. Czasami też wprowadza dodatkowe wiadomości, jak przy adresowaniu kopert. przyjemnie ogląda się te obrazki, a Maja Barska dba o to, by były kolorowe i zapraszały do ćwiczenia czytania. Przy takim opracowaniu tomiku znacznie łatwiej będzie dzieciom przystąpić do lektury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






