Feeria, Poznań 2019.
Targowisko próżności
Bohaterka i narratorka tej opowieści, freida (imiona wszystkich jałówek – nastoletnich dziewczyn hodowanych dla przyjemności Dziedziców pisze się małymi literami) przekonuje się, jak okrutny i bezduszny jest świat, w którym panuje kult idealnie pięknych ciał. Dziewczyny, które wylęgają się tego samego dnia, przebywają we własnym towarzystwie non stop, dopóki nie będą gotowe, by wpaść w ręce nastoletnich chłopców. Kiedy zaczynają rywalizować o ich względy, stają się okrutne. Żadna nie zastanawia się nad sensem takich działań: ich przeznaczenie to bycie przykładną żoną, ognistą kochanką albo kompletnie nudną guwernantką. Ta pierwsza ma rodzić synów – przyszłych Dziedziców. Ta druga – dostarczać radości z seksu. Ta trzecia będzie wychowywać kolejne pokolenia jałówek. Jeśli któraś z dziewczyn nie nadaje się do żadnej roli, trafi do Podziemia, skąd nie ma ucieczki. Chociaż jednej z jałówek wybacza się znacznie więcej niż pozostałym. Korzysta na tym freida, bo to jej najlepsza przyjaciółka zdobywa specjalne względy. Tyle tylko, że freida znajduje się w punkcie przełomowym: jej przyjaźń przestaje istnieć, koleżanki coraz bardziej dokuczają, a sama bohaterka zakochuje się w jednym z Dziedziców (oczywiście tym najprzystojniejszym). Teraz reguły funkcjonowania w tej rzeczywistości okazują się trudne do przejścia.
Louise O’Neill uświadamia nastoletnim odbiorczyniom, do czego prowadzi ciągła pogoń za pięknem i poprawianie urody za wszelką cenę. Tutaj dziewczyny – połączone wspólnym niewesołym w końcu losem – potrafią zgotować sobie nawzajem piekło. Wystarczy, że któraś odrobinę wyłamie się z kanonu, wyzna, że lubi słodycze albo pozwoli sobie na smutek – a już traci punkty w wyścigu. Nie ma miejsca na współczucie ani na ludzkie odruchy, promowane są za to samolubność czy wytykanie innym wad. Prowadzi to do gigantycznych kompleksów i do samotności, nic dziwnego, że freida chce szukać ocalenia w ramionach chłopaka – i decyduje się na bardzo desperackie rozwiązania. Jest tom „Lepsza niż ja” ponurym wieszczeniem, pokazaniem, co może się stać, jeśli nastolatki się nie opamiętają. Niby rzeczywistość po katastrofie wydaje się przesadzona i niewiarygodna, a jednak daje się wyczytać w tekście ostrą satyrę na znaną odbiorczyniom codzienność – i na mechanizmy funkcjonujące w grupach młodzieżowych. Autorka zmusza czytelniczki do refleksji i pokazuje, że nie zawsze warto poświęcać własne ideały.
Wszystko byłoby świetnie, bo i akcja układa się ciekawie, i charaktery odnoszą się do możliwych do zaobserwowania we własnym otoczeniu – a jednak Louise O’Neill przegrywa na ostatniej prostej, bo nie ma pomysłu na przekonujące rozwiązanie intrygi. To, co wybiera, wydaje się ucieczką przy zbytnim zagmatwaniu opowieści. Owszem, jest nietypowe, bo czytelniczki na pewno spodziewają się innego zwrotu akcji – ale z konstrukcyjnego punktu widzenia to pójście na łatwiznę. Nie pasuje do konwencji, a poza tym – nie przynosi odpowiedzi na pytania, jakie pojawią się na pewno podczas lektury. O’Neill zachowuje się tak, jakby przerwała nagle rozmowę z odbiorczyniami i zostawiła je z niewesołymi refleksjami po lekturze.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 13 lipca 2019
piątek, 12 lipca 2019
Michał P. Garapich: Dzieci Kazimierza
Czarne, Wołowiec 2019.
Skarby
Michał P. Garapich jako literat debiutuje książką rodzinną. Zafascynowany genealogią i opowieściami poprzednich pokoleń, szuka dla siebie miejsca jako kronikarz, zbiera losy potomków Kazimierza i sprawdza, gdzie trafiły poszczególne części rodziny. W dokumentach, które z zapałem czyta, odnajduje kilka zagadek do rozwiązania – jeśli uda mu się znaleźć odpowiedzi na pytania, ocali nie tylko pamięć o przodkach, ale coś więcej. „Dzieci Kazimierza” to książka, która teoretycznie nie miała szans zainteresować szerokiego grona odbiorców, jednak autor zamienia się tu w gawędziarza, a jego entuzjazm do pracy archiwistycznej udzieli się odbiorcom. Zresztą – Michał P. Garapich sam przeżywa całkiem sporo przygód, kiedy wybiera się w dalekie podróże – w odwiedziny do krewnych, którzy nie mieli pojęcia o jego istnieniu – wymienia się informacjami i spisuje rodzinne historie. To zadanie, którego może się podjąć każdy amator, zapewnia bowiem nie ślęczenie nad dokumentami, a akcję niemal rodem z filmu sensacyjnego. Garapich inspiruje i podpowiada, dlaczego warto zadbać o przeszłość w skali mikro. Sam ma zresztą wiele powodów, żeby zabrać się ochoczo do działania – wystarczy, że zechce upamiętnić barwne charaktery. Rejestruje rodzinne anegdoty, ale też kolejne etapy działań „detektywistycznych”. Długa rozbiegówka sugeruje, że nie będzie ten autor szukać emocji dla czytelników, jednak książka w pewnym momencie się rozkręci – a odbiorcy dadzą się uwieść wizji rozrastającego się rodu.
Garapich bardzo dba o literacką formę tekstu, można by nawet zaryzykować, że nieco przesadnie jak na dzisiejsze czasy szlifuje każde zdanie opowieści, więc przekona do siebie w pierwszej kolejności tych, którzy tęsknią za narracją w starym stylu. Zwraca uwagę i na dobór słów, i na melodyjność samych fraz, nie ma tu miejsca na pośpiech i na przekazywanie czytelnikom od razu wszystkich odkryć. Stara się autor przedstawiać po kolei bohaterów opowieści, nakreślać kontekst dla ich funkcjonowania, ale też – własną rolę w odtwarzaniu historii. Będzie więc skłaniał się ku reportażowym rozwiązaniom, zanurzonym w literaturze – żeby czasami całkowicie poświęcić się opisom obyczajowym i analizom kultury. To podejście ucieszy szczególnie poszukiwaczy ciekawostek z życia. Tworzywem książki okazują się również jednostkowe anegdoty, albo odwołania do – niekoniecznie pozytywnych – portretów i tajemnic poliszynela (zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę dzieci z nieprawego łoża), zarejestrowane w pamiętnikach czy listach zwroty. Autor jest wyczulony na komizm, potrafi utrwalać w tekście puenty i w ogóle rejestrować humorystyczne scenki. Nie stanowi to celu jego poszukiwań, ale w ładny sposób ubarwia książkę. Cenne dla odbiorców będą wiadomości z dawnych lat – prawdziwe albo przynajmniej dobrze umotywowane znajomością zwyczajów – ale też sam fakt poszukiwania krewnych. Michał P. Garapich porywa się na rzecz wielką, a spotyka z życzliwością i gotowością do dzielenia się wiedzą. Jego odkrycia będą ważne nie tylko dla bezpośrednio zaangażowanych: udowadnia autor czytelnikom, że warto zająć się losami przodków.
Skarby
Michał P. Garapich jako literat debiutuje książką rodzinną. Zafascynowany genealogią i opowieściami poprzednich pokoleń, szuka dla siebie miejsca jako kronikarz, zbiera losy potomków Kazimierza i sprawdza, gdzie trafiły poszczególne części rodziny. W dokumentach, które z zapałem czyta, odnajduje kilka zagadek do rozwiązania – jeśli uda mu się znaleźć odpowiedzi na pytania, ocali nie tylko pamięć o przodkach, ale coś więcej. „Dzieci Kazimierza” to książka, która teoretycznie nie miała szans zainteresować szerokiego grona odbiorców, jednak autor zamienia się tu w gawędziarza, a jego entuzjazm do pracy archiwistycznej udzieli się odbiorcom. Zresztą – Michał P. Garapich sam przeżywa całkiem sporo przygód, kiedy wybiera się w dalekie podróże – w odwiedziny do krewnych, którzy nie mieli pojęcia o jego istnieniu – wymienia się informacjami i spisuje rodzinne historie. To zadanie, którego może się podjąć każdy amator, zapewnia bowiem nie ślęczenie nad dokumentami, a akcję niemal rodem z filmu sensacyjnego. Garapich inspiruje i podpowiada, dlaczego warto zadbać o przeszłość w skali mikro. Sam ma zresztą wiele powodów, żeby zabrać się ochoczo do działania – wystarczy, że zechce upamiętnić barwne charaktery. Rejestruje rodzinne anegdoty, ale też kolejne etapy działań „detektywistycznych”. Długa rozbiegówka sugeruje, że nie będzie ten autor szukać emocji dla czytelników, jednak książka w pewnym momencie się rozkręci – a odbiorcy dadzą się uwieść wizji rozrastającego się rodu.
Garapich bardzo dba o literacką formę tekstu, można by nawet zaryzykować, że nieco przesadnie jak na dzisiejsze czasy szlifuje każde zdanie opowieści, więc przekona do siebie w pierwszej kolejności tych, którzy tęsknią za narracją w starym stylu. Zwraca uwagę i na dobór słów, i na melodyjność samych fraz, nie ma tu miejsca na pośpiech i na przekazywanie czytelnikom od razu wszystkich odkryć. Stara się autor przedstawiać po kolei bohaterów opowieści, nakreślać kontekst dla ich funkcjonowania, ale też – własną rolę w odtwarzaniu historii. Będzie więc skłaniał się ku reportażowym rozwiązaniom, zanurzonym w literaturze – żeby czasami całkowicie poświęcić się opisom obyczajowym i analizom kultury. To podejście ucieszy szczególnie poszukiwaczy ciekawostek z życia. Tworzywem książki okazują się również jednostkowe anegdoty, albo odwołania do – niekoniecznie pozytywnych – portretów i tajemnic poliszynela (zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę dzieci z nieprawego łoża), zarejestrowane w pamiętnikach czy listach zwroty. Autor jest wyczulony na komizm, potrafi utrwalać w tekście puenty i w ogóle rejestrować humorystyczne scenki. Nie stanowi to celu jego poszukiwań, ale w ładny sposób ubarwia książkę. Cenne dla odbiorców będą wiadomości z dawnych lat – prawdziwe albo przynajmniej dobrze umotywowane znajomością zwyczajów – ale też sam fakt poszukiwania krewnych. Michał P. Garapich porywa się na rzecz wielką, a spotyka z życzliwością i gotowością do dzielenia się wiedzą. Jego odkrycia będą ważne nie tylko dla bezpośrednio zaangażowanych: udowadnia autor czytelnikom, że warto zająć się losami przodków.
czwartek, 11 lipca 2019
Sara Holland: Everless
Jaguar, Warszawa 2019.
Cena krwi
Jules kończy siedemnaście lat, a to moment, w którym może zgodnie z prawem zacząć wykrwawiać czas. Ta niezwykła waluta jest jednocześnie szansą i przekleństwem dla mieszkańców świata stworzonego przez Sarę Holland. Szansą – bo można znaleźć alternatywę wobec ciężkiej pracy i zwyczajnie oddać trochę swojego czasu w zamian za potrzebne monety godzinowe (czy znacznie cenniejsze). Przekleństwem – bo z upływem krwi przerabianej na monety, traci się część życia. A kto w dążeniu do „bogactwa” (albo w zapędzie spłacania długów) pójdzie zbyt daleko, straci życie. Ojciec Jules ma poważny problem: traci zdrowie i przypisany mu czas, ale nie chce pozwolić, żeby córka zaczęła zarabiać. Everless to przekleństwo – od czasu, kiedy oboje zostali stamtąd wygnani, tułają się po okolicy i nie mogą zaznać spokoju. Ale Jules może jeszcze spróbować dostać się na dwór. Traf chce, że spotyka tam swojego dawnego prześladowcę. Jakby tego było mało, jego brat – dawny przyjaciel Jules, przystojny Roan, szykuje się do ślubu z przybraną córką królowej. Od pierwszych stron Sara Holland sugeruje, że Jules i Roan będą mieć się ku sobie, i to mimo przeznaczenia: pierwszej nie wolno zawalczyć o prawdziwą miłość, drugi zna już własny los i nie protestuje specjalnie przeciwko niemu. Wszystko po to, żeby zaintrygować odbiorczynie. Jules na dworze przekonuje się, że może być potrzebna ze względu na piękne i młode ciało – nie jest to kariera, jaką wybrałby dla niej ojciec – ale szybko staje się jasne, że będzie musiała podjąć każde wyzwanie. Na razie – dzięki wstawiennictwu Roana – znajduje posadę przy przyszłej królowej. Traktowana jako przyjaciółka i powiernica, może odkrywać kolejne tajemnice Everless.
Odwaga to nie wszystko. Tej Jules potrzebuje na start, żeby w ogóle wyruszyć po przygodę, która zmieni jej życie. Dziewczyna udowadnia między innymi przywiązanie do ojca i gotowość na rozmaite metamorfozy. Nie unika wyzwań, nawet jeśli wiążą się one z wymyślnymi karami – niepokorna bohaterka wpada ciągle w tarapaty za sprawą swojego charakteru. Ale celem wyprawy staje się również samopoznanie w stopniu wyższym niż zwykle dostępne. Jules przez zgłębianie sekretów Everless dowiaduje się czegoś o porzucanych dzieciach – zdążyła już zrozumieć podejście dorosłych, teraz powinna sprawdzić, jakie są konsekwencje takich postaw. I to nie tylko, żeby zaspokoić własną ciekawość – również córce królowej przyda się wiedza o tym, kim jest. Sara Holland trochę nawiązuje tą powieścią do bestsellerowego cyklu Kiery Cass, ale też zbyt dużo energii poświęca na omawianie metod pozyskiwania czasu, wykrwawianie jako motyw przewodni niekoniecznie przyciągnie czytelniczki spragnione obyczajówki podlanej jedynie polityką czy konstrukcją świata. Trochę za dużo tu w proporcjach zagrożeń i okrucieństw, a za mało wątków towarzyskich – autorka kieruje się wyraźnie do czytelniczek, którym przejadły się opowieści o miłości, odrobinę przełamuje konwencję, szuka nowych wyzwań, a jednocześnie pozostaje wierna sprawdzonym rozwiązaniom. Jest „Everless” książką nieco dziwną, ale może momentami zaangażować odbiorczynie i dostarczyć im silnych emocji.
Cena krwi
Jules kończy siedemnaście lat, a to moment, w którym może zgodnie z prawem zacząć wykrwawiać czas. Ta niezwykła waluta jest jednocześnie szansą i przekleństwem dla mieszkańców świata stworzonego przez Sarę Holland. Szansą – bo można znaleźć alternatywę wobec ciężkiej pracy i zwyczajnie oddać trochę swojego czasu w zamian za potrzebne monety godzinowe (czy znacznie cenniejsze). Przekleństwem – bo z upływem krwi przerabianej na monety, traci się część życia. A kto w dążeniu do „bogactwa” (albo w zapędzie spłacania długów) pójdzie zbyt daleko, straci życie. Ojciec Jules ma poważny problem: traci zdrowie i przypisany mu czas, ale nie chce pozwolić, żeby córka zaczęła zarabiać. Everless to przekleństwo – od czasu, kiedy oboje zostali stamtąd wygnani, tułają się po okolicy i nie mogą zaznać spokoju. Ale Jules może jeszcze spróbować dostać się na dwór. Traf chce, że spotyka tam swojego dawnego prześladowcę. Jakby tego było mało, jego brat – dawny przyjaciel Jules, przystojny Roan, szykuje się do ślubu z przybraną córką królowej. Od pierwszych stron Sara Holland sugeruje, że Jules i Roan będą mieć się ku sobie, i to mimo przeznaczenia: pierwszej nie wolno zawalczyć o prawdziwą miłość, drugi zna już własny los i nie protestuje specjalnie przeciwko niemu. Wszystko po to, żeby zaintrygować odbiorczynie. Jules na dworze przekonuje się, że może być potrzebna ze względu na piękne i młode ciało – nie jest to kariera, jaką wybrałby dla niej ojciec – ale szybko staje się jasne, że będzie musiała podjąć każde wyzwanie. Na razie – dzięki wstawiennictwu Roana – znajduje posadę przy przyszłej królowej. Traktowana jako przyjaciółka i powiernica, może odkrywać kolejne tajemnice Everless.
Odwaga to nie wszystko. Tej Jules potrzebuje na start, żeby w ogóle wyruszyć po przygodę, która zmieni jej życie. Dziewczyna udowadnia między innymi przywiązanie do ojca i gotowość na rozmaite metamorfozy. Nie unika wyzwań, nawet jeśli wiążą się one z wymyślnymi karami – niepokorna bohaterka wpada ciągle w tarapaty za sprawą swojego charakteru. Ale celem wyprawy staje się również samopoznanie w stopniu wyższym niż zwykle dostępne. Jules przez zgłębianie sekretów Everless dowiaduje się czegoś o porzucanych dzieciach – zdążyła już zrozumieć podejście dorosłych, teraz powinna sprawdzić, jakie są konsekwencje takich postaw. I to nie tylko, żeby zaspokoić własną ciekawość – również córce królowej przyda się wiedza o tym, kim jest. Sara Holland trochę nawiązuje tą powieścią do bestsellerowego cyklu Kiery Cass, ale też zbyt dużo energii poświęca na omawianie metod pozyskiwania czasu, wykrwawianie jako motyw przewodni niekoniecznie przyciągnie czytelniczki spragnione obyczajówki podlanej jedynie polityką czy konstrukcją świata. Trochę za dużo tu w proporcjach zagrożeń i okrucieństw, a za mało wątków towarzyskich – autorka kieruje się wyraźnie do czytelniczek, którym przejadły się opowieści o miłości, odrobinę przełamuje konwencję, szuka nowych wyzwań, a jednocześnie pozostaje wierna sprawdzonym rozwiązaniom. Jest „Everless” książką nieco dziwną, ale może momentami zaangażować odbiorczynie i dostarczyć im silnych emocji.
środa, 10 lipca 2019
Anna J. Szepielak: Dworek pod Lipami
Filia, Poznań 2019.
Ratunek
Każdy czasami ma dość, Gabriela przekonuje się o tym boleśnie. Najpierw ma problemy z wydawcą: czytelniczki nie będą gotowe na koszmarny koniec, jaki autorka czytadeł szykuje swojej bohaterce. Z marketingowego punktu widzenia to oczywiście słuszna uwaga, jednak Gabriela ma trochę dość przygód Julii i chciałaby się jej pozbyć. Nie wie jeszcze, że to jej codzienne problemy rzutują na obraz postaci i mści się za to, czego nie może dokonać w zwykłym życiu. Małżeństwo z Markiem, chociaż wydawało się sielankowe, przechodzi kryzys: mężczyzna pielęgnuje pamięć o zmarłej żonie i niespecjalnie liczy się z uczuciami drugiej małżonki. Tak bardzo dba o to, żeby nie popełnić błędów, które przytrafiły mu się wcześniej, że nie bierze pod uwagę, czego Gabriela by chciała i co by ją uszczęśliwiło. Kobieta musi przemyśleć parę spraw, a już na pewno opracować plan działania i zastanowić się, jak na spokojnie opowiedzieć mężowi o swoich zastrzeżeniach. Przyda jej się trochę odpoczynku – choćby w pustym domu przyjaciółki.
A ponieważ Gabriela ucieka przed zmartwieniami w świat fantazji, bardzo chętnie zagłębia się w przygody kobiety z innej epoki. Cecylia podczas konnej eskapady przeżywa wypadek, w wyniku którego traci pamięć. Próbuje nie zdradzić się z tym przed najbliższymi, chociaż najwyraźniej siostra powierzyła jej jakąś tajemnicę, a mąż to człowiek, któremu można zaufać. I w codzienności Cecylii, i w codzienności Gabrieli zdarzają się faceci szukający prostych rozrywek i zagrażający opinii dam – ale to już smaczek fabuł. W ramach przygód Gabrieli Anna J. Szepielak przedstawia zagrożenia, jakie dzisiaj czyhać mogą na szukające wrażeń przedstawicielki płci pięknej: dochodzi do wniosku, że mimo zmiany czasów, wciąż jeszcze można uciekać się do szantażu. Gabriela z oczywistych względów chwilowo nie da rady porozmawiać z mężem o tym, co ją trapi. Cecylia ze swoim postępuje o wiele bardziej umiejętnie: wykorzystuje kobiece sztuczki i spryt, żeby postawić na swoim, a nie uchybiać męskiej dumie. Od wymyślonej przez siebie postaci Gabriela może się uczyć owijania sobie mężczyzn wokół palca.
Prowadzi Szepielak dwie narracje, normalną i stylizowaną na archaiczną (bardzo w duchu Joanny Chmielewskiej z jej historyczno-obyczajowych kryminałów). Byłoby idealnie, gdyby nie stawiała tak bardzo na metatekstowość: czytelniczki niekoniecznie będą chciały śledzić dylematy pisarskie i rozważania pseudorecenzenckie na temat powstającego tekstu. Chwyt polegający na przerywaniu relacji w ciekawym momencie i wprowadzaniu – do pracy Gabrieli – zastanowienia, co dalej zrobi bohaterka, wybrzmiewa bardzo naiwnie i psuje efekt. O wiele lepiej by było, gdyby autorka nie uciekała w świat fantazji na papierze, nie przyznawała się do budowania drugiej relacji, a w zamian obmyśliła bardziej prawdopodobne (chociaż i tak baśniowe) powiązanie obu wątków. Niezależnie jednak od tych zastrzeżeń, „Dworek pod Lipami” jest obyczajówką, którą bardzo przyjemnie się czyta. Anna J. Szepielak przemyca tu kilka podpowiedzi dla odbiorczyń, które przechodzą kryzysy w swoich związkach, sugeruje, że warto walczyć o szczęście wśród najbliższych i nie zadowalać się byle czym. Ta powieść przynosi rozrywkę i sprawdza się jako lektura krzepiąca. Na rynek wraca po kilku latach od premiery – i nic dziwnego, dalej będzie cieszyć się powodzeniem wśród odbiorczyń.
Ratunek
Każdy czasami ma dość, Gabriela przekonuje się o tym boleśnie. Najpierw ma problemy z wydawcą: czytelniczki nie będą gotowe na koszmarny koniec, jaki autorka czytadeł szykuje swojej bohaterce. Z marketingowego punktu widzenia to oczywiście słuszna uwaga, jednak Gabriela ma trochę dość przygód Julii i chciałaby się jej pozbyć. Nie wie jeszcze, że to jej codzienne problemy rzutują na obraz postaci i mści się za to, czego nie może dokonać w zwykłym życiu. Małżeństwo z Markiem, chociaż wydawało się sielankowe, przechodzi kryzys: mężczyzna pielęgnuje pamięć o zmarłej żonie i niespecjalnie liczy się z uczuciami drugiej małżonki. Tak bardzo dba o to, żeby nie popełnić błędów, które przytrafiły mu się wcześniej, że nie bierze pod uwagę, czego Gabriela by chciała i co by ją uszczęśliwiło. Kobieta musi przemyśleć parę spraw, a już na pewno opracować plan działania i zastanowić się, jak na spokojnie opowiedzieć mężowi o swoich zastrzeżeniach. Przyda jej się trochę odpoczynku – choćby w pustym domu przyjaciółki.
A ponieważ Gabriela ucieka przed zmartwieniami w świat fantazji, bardzo chętnie zagłębia się w przygody kobiety z innej epoki. Cecylia podczas konnej eskapady przeżywa wypadek, w wyniku którego traci pamięć. Próbuje nie zdradzić się z tym przed najbliższymi, chociaż najwyraźniej siostra powierzyła jej jakąś tajemnicę, a mąż to człowiek, któremu można zaufać. I w codzienności Cecylii, i w codzienności Gabrieli zdarzają się faceci szukający prostych rozrywek i zagrażający opinii dam – ale to już smaczek fabuł. W ramach przygód Gabrieli Anna J. Szepielak przedstawia zagrożenia, jakie dzisiaj czyhać mogą na szukające wrażeń przedstawicielki płci pięknej: dochodzi do wniosku, że mimo zmiany czasów, wciąż jeszcze można uciekać się do szantażu. Gabriela z oczywistych względów chwilowo nie da rady porozmawiać z mężem o tym, co ją trapi. Cecylia ze swoim postępuje o wiele bardziej umiejętnie: wykorzystuje kobiece sztuczki i spryt, żeby postawić na swoim, a nie uchybiać męskiej dumie. Od wymyślonej przez siebie postaci Gabriela może się uczyć owijania sobie mężczyzn wokół palca.
Prowadzi Szepielak dwie narracje, normalną i stylizowaną na archaiczną (bardzo w duchu Joanny Chmielewskiej z jej historyczno-obyczajowych kryminałów). Byłoby idealnie, gdyby nie stawiała tak bardzo na metatekstowość: czytelniczki niekoniecznie będą chciały śledzić dylematy pisarskie i rozważania pseudorecenzenckie na temat powstającego tekstu. Chwyt polegający na przerywaniu relacji w ciekawym momencie i wprowadzaniu – do pracy Gabrieli – zastanowienia, co dalej zrobi bohaterka, wybrzmiewa bardzo naiwnie i psuje efekt. O wiele lepiej by było, gdyby autorka nie uciekała w świat fantazji na papierze, nie przyznawała się do budowania drugiej relacji, a w zamian obmyśliła bardziej prawdopodobne (chociaż i tak baśniowe) powiązanie obu wątków. Niezależnie jednak od tych zastrzeżeń, „Dworek pod Lipami” jest obyczajówką, którą bardzo przyjemnie się czyta. Anna J. Szepielak przemyca tu kilka podpowiedzi dla odbiorczyń, które przechodzą kryzysy w swoich związkach, sugeruje, że warto walczyć o szczęście wśród najbliższych i nie zadowalać się byle czym. Ta powieść przynosi rozrywkę i sprawdza się jako lektura krzepiąca. Na rynek wraca po kilku latach od premiery – i nic dziwnego, dalej będzie cieszyć się powodzeniem wśród odbiorczyń.
wtorek, 9 lipca 2019
Mona Kasten: Save us
Jaguar, Warszawa 2019.
Próba
Nauczyciel wydalony ze szkoły. Uczennica – usunięta (chociaż w tej kwestii nie zawiniła). Ruby będzie miała sporo do wybaczenia swojemu chłopakowi, Jamesowi. To przecież on zrobił zdjęcia, które trafiły do dyrektora szkoły i doprowadziły do trzęsienia ziemi w lokalnej społeczności. Nikogo nie interesuje, że Graham nie zostałby nauczycielem Lydii. Nikogo też nie obchodzi, że tych dwoje po prostu się kocha. W opinii publicznej młoda dziewczyna jest ofiarą starszego o dekadę mężczyzny – i oboje należy po prostu ukarać. Ruby myśli, że wszystko jest sprawką Jamesa, tymczasem chłopak – zakochany w niej – nie zdecydowałby się na donos. Na światło dzienne wychodzi okrutna gra pozorów, jaką prowadzi ojciec Lydii i Jamesa: dla niego więzi rodzinne nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko biznes. A w nim nie ma miejsca na sentymenty. W efekcie ciężarna uczennica i eksnauczyciel muszą poradzić sobie sami, znaleźć wśród codziennych trosk miejsce na miłość i na swoją przyszłość. Mona Kasten na pierwszych stronach powieści „Save us” proponuje odbiorcom szereg wstrząsów. Może sobie na to pozwolić, zwłaszcza że zamyka książką trylogię. Co ciekawe, po wstępnych huśtawkach emocjonalnych autorka mocno zwalnia tempo i stawia na niekończące się dyskusje między bohaterami. Wiele spraw muszą sobie wyjaśnić, żeby relacje między nimi wróciły do normalności. A ponieważ nietypowy rozwój sytuacji pokazał, kto naprawdę jest wrogiem, a kto zasługuje na zaufanie – trzeba będzie przepracować kolejne tematy.
I tak po początku rodem z telenoweli, Mona Kasten uspokaja opowieść. Chce, żeby odbiorczynie uwierzyły w prawdziwą miłość, która pokona wszelkie trudności. Chce karmić czytelniczki wizją uczuć tłamszonych przez otoczenie, ale na tyle silnych, by same w sobie zapewniały sukces. To idealistyczna wizja, ale pozwala bohaterkom nabrać sił. Kasten, inaczej niż w poprzednich tomach, nie stawia tu na seks: skupia się za to na krzepiącej mocy towarzystwa. Przyjaciele są niezbędni nie tylko wtedy, gdy trzeba opracować plan działania: dodają odwagi i wiary w to, że wszystko się jakoś ułoży. Istnieją – i już przez to sprawiają, że świat staje się bardziej znośny. Mona Kasten potrafi do tego przekonać. A ponieważ tym razem nie idealizuje miłości – może przyciągnąć nawet większą grupę odbiorczyń. Co ciekawe, skupia się na różnych obliczach uczuć u nastolatków, między innymi przygląda się toksycznemu związkowi homoseksualnemu: jeden z bohaterów cierpi, bo dla partnera jest tylko zabawką do spełniania kaprysów, nie może się afiszować z uczuciem, a ukochany pojawia się tylko wtedy, gdy sam potrzebuje towarzystwa i zaspokojenia. Autorka dyskretnie podpowiada odbiorczyniom, że takie rozwiązanie nie należy do najlepszych i nie rokuje – trzeba w podobnej sytuacji zdobyć się na odwagę i odejść, żeby otworzyć się na nowe doświadczenia – zamiast wikłać się w bezsensowny i niszczący romans. Miłość ma mieć moc sprawczą, ale nie powinna opierać się na krzywdzie jednej ze stron. Przypadek Lydii i Grahama to zatem nie jedyne zagadnienie, które Mona Kasten tutaj rozpracowuje. „Save us” to jedna z rozbudowanych obyczajówek nastawionych na psychologizmy – ale w odniesieniu do baśniowego mimo wszystko świata uczuć bohaterów. Nawet jeśli w relacjach międzyludzkich pojawią się silne komplikacje, to autorka próbuje dodać otuchy przez obecność najbliższych. Zapewnia więc czytelniczkom mocne przeżycia, ale z posmakiem hollywoodzkich scenariuszy.
Próba
Nauczyciel wydalony ze szkoły. Uczennica – usunięta (chociaż w tej kwestii nie zawiniła). Ruby będzie miała sporo do wybaczenia swojemu chłopakowi, Jamesowi. To przecież on zrobił zdjęcia, które trafiły do dyrektora szkoły i doprowadziły do trzęsienia ziemi w lokalnej społeczności. Nikogo nie interesuje, że Graham nie zostałby nauczycielem Lydii. Nikogo też nie obchodzi, że tych dwoje po prostu się kocha. W opinii publicznej młoda dziewczyna jest ofiarą starszego o dekadę mężczyzny – i oboje należy po prostu ukarać. Ruby myśli, że wszystko jest sprawką Jamesa, tymczasem chłopak – zakochany w niej – nie zdecydowałby się na donos. Na światło dzienne wychodzi okrutna gra pozorów, jaką prowadzi ojciec Lydii i Jamesa: dla niego więzi rodzinne nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko biznes. A w nim nie ma miejsca na sentymenty. W efekcie ciężarna uczennica i eksnauczyciel muszą poradzić sobie sami, znaleźć wśród codziennych trosk miejsce na miłość i na swoją przyszłość. Mona Kasten na pierwszych stronach powieści „Save us” proponuje odbiorcom szereg wstrząsów. Może sobie na to pozwolić, zwłaszcza że zamyka książką trylogię. Co ciekawe, po wstępnych huśtawkach emocjonalnych autorka mocno zwalnia tempo i stawia na niekończące się dyskusje między bohaterami. Wiele spraw muszą sobie wyjaśnić, żeby relacje między nimi wróciły do normalności. A ponieważ nietypowy rozwój sytuacji pokazał, kto naprawdę jest wrogiem, a kto zasługuje na zaufanie – trzeba będzie przepracować kolejne tematy.
I tak po początku rodem z telenoweli, Mona Kasten uspokaja opowieść. Chce, żeby odbiorczynie uwierzyły w prawdziwą miłość, która pokona wszelkie trudności. Chce karmić czytelniczki wizją uczuć tłamszonych przez otoczenie, ale na tyle silnych, by same w sobie zapewniały sukces. To idealistyczna wizja, ale pozwala bohaterkom nabrać sił. Kasten, inaczej niż w poprzednich tomach, nie stawia tu na seks: skupia się za to na krzepiącej mocy towarzystwa. Przyjaciele są niezbędni nie tylko wtedy, gdy trzeba opracować plan działania: dodają odwagi i wiary w to, że wszystko się jakoś ułoży. Istnieją – i już przez to sprawiają, że świat staje się bardziej znośny. Mona Kasten potrafi do tego przekonać. A ponieważ tym razem nie idealizuje miłości – może przyciągnąć nawet większą grupę odbiorczyń. Co ciekawe, skupia się na różnych obliczach uczuć u nastolatków, między innymi przygląda się toksycznemu związkowi homoseksualnemu: jeden z bohaterów cierpi, bo dla partnera jest tylko zabawką do spełniania kaprysów, nie może się afiszować z uczuciem, a ukochany pojawia się tylko wtedy, gdy sam potrzebuje towarzystwa i zaspokojenia. Autorka dyskretnie podpowiada odbiorczyniom, że takie rozwiązanie nie należy do najlepszych i nie rokuje – trzeba w podobnej sytuacji zdobyć się na odwagę i odejść, żeby otworzyć się na nowe doświadczenia – zamiast wikłać się w bezsensowny i niszczący romans. Miłość ma mieć moc sprawczą, ale nie powinna opierać się na krzywdzie jednej ze stron. Przypadek Lydii i Grahama to zatem nie jedyne zagadnienie, które Mona Kasten tutaj rozpracowuje. „Save us” to jedna z rozbudowanych obyczajówek nastawionych na psychologizmy – ale w odniesieniu do baśniowego mimo wszystko świata uczuć bohaterów. Nawet jeśli w relacjach międzyludzkich pojawią się silne komplikacje, to autorka próbuje dodać otuchy przez obecność najbliższych. Zapewnia więc czytelniczkom mocne przeżycia, ale z posmakiem hollywoodzkich scenariuszy.
poniedziałek, 8 lipca 2019
Teresa Monika Rudzka: Carska droga
Axis Mundi, 2019.
Kłopoty z mężczyznami
Chociaż cel przyświeca jej ważny, średnio Teresa Monika Rudzka do swoich bohaterek przekonuje, raczej sprawia wrażenie, jakby rozprawiała się z prywatnymi traumami i rozliczała z byłymi toksycznymi partnerami, wyśmiewając raz ich, raz ich zaślepione i bojące się samotności wybranki. „Carska droga” to pokazanie, że kłopoty w związkach zdarzają się w każdych czasach i okolicznościach, bez względu na to, czy ukochanego wskazują rodzice, przychylna prawdziwej miłości siostra, czy też może znajduje się na portalu randkowym kolejnego desperata albo żonatego poszukującego przygody. Najpierw Krystyna w czasach, gdy jeszcze młode dziewczęta musiały słuchać rodziców w kwestii zamążpójścia – i nie mogły decydować o własnym szczęściu – odrzuca sugerowane zaręczyny, niedoszłego męża oddaje siostrze, a sama wiąże się z przystojnym rosyjskim lekarzem (nawet samodzielność i feminizm nie zdają się na nic, szczęścia bohaterka nie zazna, przynajmniej nie w takiej wersji, jakie roiła sobie jako naiwna panienka). Później na scenę wkraczają kolejne masochistki, kobiety, które trwają w nieudanych związkach, bo nie umieją się zdobyć na odejście od mężczyzn – fatalnych kochanków, żonatych, niewiernych, samolubnych, skąpych itp. Zwierzają się przyjaciółkom, ale owe przyjaciółki same mają talent do wikłania się w relacje bez przyszłości. Wydaje się, że na szczęście z bajki nie ma najmniejszych szans. Przynajmniej postacie z „Carskiej drogi” go nie zaznają, bo trudno nazwać szczęściem chwile radości wykradane na przekór niepokojącym sygnałom. W efekcie czytelniczki od początku będą widzieć, jakie pułapki szykuje kolejny związek: domyślą się od pierwszych słów podczas spotkań zapoznawczych, jakie wady prezentuje przyszły partner – i co stanie się za chwilę problemem nie do zniesienia. Tyle że bohaterki są głuche na ostrzeżenia. Decydują się na każdego mężczyznę, jaki znajdzie się w pobliżu – wychodząc z założenia, że lepszy byle jaki niż żaden. To błędne myślenie, które prowadzi do ciągłych żali i sercowych kłopotów, ale nikogo nie stać na wyciąganie wniosków. Wprawdzie z dystansu widać lepiej – co z tego, skoro czytelniczki będą frustrować się głupotą postaci, inaczej nie da się zestawu nadziei nazwać. Może i słusznie, że bohaterki wciąż cierpią: same się wplątują w przykre sytuacje i tylko do siebie mogą mieć pretensje, że idealizowały partnerów, przymykając oczy na ich oczywiste wypaczenia charakteru.
Tyle tylko, że na fabułę Rudzka pomysłu nie ma i poprzestaje na dzieleniu się wspomnieniami przez bohaterki. Dochodzi do smutnego wniosku, że wszyscy mężczyźni są tacy sami – i zachowuje się tak, jakby próbowała załatwiać własne porachunki, uciekając tylko do świata kilku różnych postaci. Kobiety w tej książce mają bardzo podobne postawy życiowe, nawet podobnie się wysławiają (ale to już wina autorki i nieświadome indywidualizowanie narracji przez wykorzystywanie kilku charakterystycznych gwarowych zwrotów), zachowują się też tak samo – i trudno będzie uznać, że to one padają ofiarami męskich nieuczciwości. Raczej: same na siebie zastawiają pułapki. Teresa Monika Rudzka pokazuje, do jakich konsekwencji doprowadzić może desperacja spragnionych towarzystwa kobiet – i to jedyne przesłanie, jakie z powieści będzie się czerpać. Rozrywki ta historia w efekcie nie zapewnia, bo bardziej męczy brak pomysłu na konstrukcję i opieranie się na jednym typie w damsko-męskich kontaktach. „Carska droga” musiałaby być poddana gruntownej przeróbce, żeby dało się ją potraktować jak pełnowartościową historię – o emocjach autorka pisać potrafi, ale tutaj nie wie, jak je ubrać w sytuacje i wydarzenia.
Kłopoty z mężczyznami
Chociaż cel przyświeca jej ważny, średnio Teresa Monika Rudzka do swoich bohaterek przekonuje, raczej sprawia wrażenie, jakby rozprawiała się z prywatnymi traumami i rozliczała z byłymi toksycznymi partnerami, wyśmiewając raz ich, raz ich zaślepione i bojące się samotności wybranki. „Carska droga” to pokazanie, że kłopoty w związkach zdarzają się w każdych czasach i okolicznościach, bez względu na to, czy ukochanego wskazują rodzice, przychylna prawdziwej miłości siostra, czy też może znajduje się na portalu randkowym kolejnego desperata albo żonatego poszukującego przygody. Najpierw Krystyna w czasach, gdy jeszcze młode dziewczęta musiały słuchać rodziców w kwestii zamążpójścia – i nie mogły decydować o własnym szczęściu – odrzuca sugerowane zaręczyny, niedoszłego męża oddaje siostrze, a sama wiąże się z przystojnym rosyjskim lekarzem (nawet samodzielność i feminizm nie zdają się na nic, szczęścia bohaterka nie zazna, przynajmniej nie w takiej wersji, jakie roiła sobie jako naiwna panienka). Później na scenę wkraczają kolejne masochistki, kobiety, które trwają w nieudanych związkach, bo nie umieją się zdobyć na odejście od mężczyzn – fatalnych kochanków, żonatych, niewiernych, samolubnych, skąpych itp. Zwierzają się przyjaciółkom, ale owe przyjaciółki same mają talent do wikłania się w relacje bez przyszłości. Wydaje się, że na szczęście z bajki nie ma najmniejszych szans. Przynajmniej postacie z „Carskiej drogi” go nie zaznają, bo trudno nazwać szczęściem chwile radości wykradane na przekór niepokojącym sygnałom. W efekcie czytelniczki od początku będą widzieć, jakie pułapki szykuje kolejny związek: domyślą się od pierwszych słów podczas spotkań zapoznawczych, jakie wady prezentuje przyszły partner – i co stanie się za chwilę problemem nie do zniesienia. Tyle że bohaterki są głuche na ostrzeżenia. Decydują się na każdego mężczyznę, jaki znajdzie się w pobliżu – wychodząc z założenia, że lepszy byle jaki niż żaden. To błędne myślenie, które prowadzi do ciągłych żali i sercowych kłopotów, ale nikogo nie stać na wyciąganie wniosków. Wprawdzie z dystansu widać lepiej – co z tego, skoro czytelniczki będą frustrować się głupotą postaci, inaczej nie da się zestawu nadziei nazwać. Może i słusznie, że bohaterki wciąż cierpią: same się wplątują w przykre sytuacje i tylko do siebie mogą mieć pretensje, że idealizowały partnerów, przymykając oczy na ich oczywiste wypaczenia charakteru.
Tyle tylko, że na fabułę Rudzka pomysłu nie ma i poprzestaje na dzieleniu się wspomnieniami przez bohaterki. Dochodzi do smutnego wniosku, że wszyscy mężczyźni są tacy sami – i zachowuje się tak, jakby próbowała załatwiać własne porachunki, uciekając tylko do świata kilku różnych postaci. Kobiety w tej książce mają bardzo podobne postawy życiowe, nawet podobnie się wysławiają (ale to już wina autorki i nieświadome indywidualizowanie narracji przez wykorzystywanie kilku charakterystycznych gwarowych zwrotów), zachowują się też tak samo – i trudno będzie uznać, że to one padają ofiarami męskich nieuczciwości. Raczej: same na siebie zastawiają pułapki. Teresa Monika Rudzka pokazuje, do jakich konsekwencji doprowadzić może desperacja spragnionych towarzystwa kobiet – i to jedyne przesłanie, jakie z powieści będzie się czerpać. Rozrywki ta historia w efekcie nie zapewnia, bo bardziej męczy brak pomysłu na konstrukcję i opieranie się na jednym typie w damsko-męskich kontaktach. „Carska droga” musiałaby być poddana gruntownej przeróbce, żeby dało się ją potraktować jak pełnowartościową historię – o emocjach autorka pisać potrafi, ale tutaj nie wie, jak je ubrać w sytuacje i wydarzenia.
niedziela, 7 lipca 2019
Milena Wójtowicz: Vice versa
Jaguar, Warszawa 2019.
Magiczne odpady
Sabina ma chomika. Ewcia, partnerka Sabiny, jest o tego chomika zazdrosna. Ale Ewcia ma swojego chomika, którego Sabina nie lubi. Owe chomiki to praktykantki – i jedno trzeba im przyznać, nie mają łatwego życia ze swoimi szefowymi, nienormatywnymi. Jednak jeśli uodpornią się na wyciągane znienacka szpony, na humory i dziwne zjawiska, zyskają sporo i w życiu osobistym. Na przykład Żaneta nie wplącze się w toksyczny już z założenia romans z przystojnym kolegą ze studiów, chociaż lubi sobie popodziwiać tył jego głowy na zajęciach. Zanim jednak do tego dojdzie, trzeba będzie przejść parę misji, wykonać parę oryginalnych lub ekstremalnych zadań i dotrzeć się z nienormatywnym szefostwem. W świecie z „Vice versa” normatywni zresztą nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Nienormatywni – czyli postacie z wierzeń ludowych i przekazów, na przykład strzygi (jak Sabina) pełnią zwyczajne funkcje (szefowa Żanety jest specjalistką od BHP i jeśli kogoś straszy – to regulaminami). Nie ma mowy o tym, żeby odbiorcy nie umieli się odnaleźć w tej rzeczywistości – od początku trafią w klimat jak z „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej, tyle że – z wątkami paranormalnymi w stopniu większym niż wizja autorki. Będzie zatem dużo śmiechu, dużo zwrotów akcji i dużo zaskoczeń. A przy okazji też cennych podpowiedzi dla tych, którzy z codziennością sobie nie radzą. Bo jeśli psycholog poskramia swoje koleżanki, wręczając im słodycze – to może oznaczać, że istnieją znacznie lepsze sposoby zażegnywania konfliktów niż uczone analizy. Przynajmniej – w tej historii.
Żaneta staje się świadkiem albo uczestnikiem wielu wydarzeń, które niekoniecznie rozumie. Dowie się, jakie są skutki zanieczyszczania środowiska magicznymi odpadami, albo – jak przetransportować złotego cusia, żeby nikt nie zorientował się co do rodzaju ładunku w ciężarówce. Jest świetnie skonstruowana pod kątem charakterologicznym – przekonująca jako nowa praktykantka, ale – z ciekawym rozwojem osobowości. Zresztą Milena Wójtowicz celuje w silnych charakterach i wyrazistych postaciach, zwyczajne ją nudzą – każdy, kto wkracza w tej powieści na scenę, czymś się wyróżnia i do należy do nietuzinkowych. Dzięki temu powieść nie ma szans się znudzić, odbiorców urzeknie i tempem akcji, i pomysłami spoza schematów fabularnych. Wójtowicz odrzuca bowiem banalne rozwiązania, tutaj wszystko musi się kotłować, wpływać na siebie wzajemnie, ale też umożliwiać satyrę.
Bo nie byłoby „Vice versa” bez śmiechu. Autorka pozwala postaciom na niekończące się ironiczne komentarze do sytuacji, prowadzi błyskotliwe dialogi, cieszy komentarzami. Podsuwa czytelnikom żarty w dobrym gatunku i trudne do przewidzenia, urozmaica w ten sposób opowieść, ale też sprawia, że dla samego śmiechu chce się ją czytać. Zbliża się w tych działaniach do Marty Kisiel – a wręcz podejmuje z nią rywalizację. Sprawia, że nawet odbiorcy, którzy nie cenią literatury fantasy albo nie chcą do tego typu książek zaglądać, przekonają się bez trudu do świata Sabiny i jej podwładnych oraz przyjaciół. Tu po prostu nie ma czasu na zastanawianie się nad powtarzalnością rozwiązań czy nad kierunkiem wysiłków pisarskich – autorka wciąga odbiorców w swoją opowieść, zapewnia, że będą się dobrze czuli i serwuje zestaw wyjątkowo oryginalnych pomysłów. A skoro tak – chce się ze światem nienormatywnych zostać. „Vice versa” to drugi tom serii, jednak daje się go bez problemu czytać samodzielnie.
Magiczne odpady
Sabina ma chomika. Ewcia, partnerka Sabiny, jest o tego chomika zazdrosna. Ale Ewcia ma swojego chomika, którego Sabina nie lubi. Owe chomiki to praktykantki – i jedno trzeba im przyznać, nie mają łatwego życia ze swoimi szefowymi, nienormatywnymi. Jednak jeśli uodpornią się na wyciągane znienacka szpony, na humory i dziwne zjawiska, zyskają sporo i w życiu osobistym. Na przykład Żaneta nie wplącze się w toksyczny już z założenia romans z przystojnym kolegą ze studiów, chociaż lubi sobie popodziwiać tył jego głowy na zajęciach. Zanim jednak do tego dojdzie, trzeba będzie przejść parę misji, wykonać parę oryginalnych lub ekstremalnych zadań i dotrzeć się z nienormatywnym szefostwem. W świecie z „Vice versa” normatywni zresztą nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Nienormatywni – czyli postacie z wierzeń ludowych i przekazów, na przykład strzygi (jak Sabina) pełnią zwyczajne funkcje (szefowa Żanety jest specjalistką od BHP i jeśli kogoś straszy – to regulaminami). Nie ma mowy o tym, żeby odbiorcy nie umieli się odnaleźć w tej rzeczywistości – od początku trafią w klimat jak z „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej, tyle że – z wątkami paranormalnymi w stopniu większym niż wizja autorki. Będzie zatem dużo śmiechu, dużo zwrotów akcji i dużo zaskoczeń. A przy okazji też cennych podpowiedzi dla tych, którzy z codziennością sobie nie radzą. Bo jeśli psycholog poskramia swoje koleżanki, wręczając im słodycze – to może oznaczać, że istnieją znacznie lepsze sposoby zażegnywania konfliktów niż uczone analizy. Przynajmniej – w tej historii.
Żaneta staje się świadkiem albo uczestnikiem wielu wydarzeń, które niekoniecznie rozumie. Dowie się, jakie są skutki zanieczyszczania środowiska magicznymi odpadami, albo – jak przetransportować złotego cusia, żeby nikt nie zorientował się co do rodzaju ładunku w ciężarówce. Jest świetnie skonstruowana pod kątem charakterologicznym – przekonująca jako nowa praktykantka, ale – z ciekawym rozwojem osobowości. Zresztą Milena Wójtowicz celuje w silnych charakterach i wyrazistych postaciach, zwyczajne ją nudzą – każdy, kto wkracza w tej powieści na scenę, czymś się wyróżnia i do należy do nietuzinkowych. Dzięki temu powieść nie ma szans się znudzić, odbiorców urzeknie i tempem akcji, i pomysłami spoza schematów fabularnych. Wójtowicz odrzuca bowiem banalne rozwiązania, tutaj wszystko musi się kotłować, wpływać na siebie wzajemnie, ale też umożliwiać satyrę.
Bo nie byłoby „Vice versa” bez śmiechu. Autorka pozwala postaciom na niekończące się ironiczne komentarze do sytuacji, prowadzi błyskotliwe dialogi, cieszy komentarzami. Podsuwa czytelnikom żarty w dobrym gatunku i trudne do przewidzenia, urozmaica w ten sposób opowieść, ale też sprawia, że dla samego śmiechu chce się ją czytać. Zbliża się w tych działaniach do Marty Kisiel – a wręcz podejmuje z nią rywalizację. Sprawia, że nawet odbiorcy, którzy nie cenią literatury fantasy albo nie chcą do tego typu książek zaglądać, przekonają się bez trudu do świata Sabiny i jej podwładnych oraz przyjaciół. Tu po prostu nie ma czasu na zastanawianie się nad powtarzalnością rozwiązań czy nad kierunkiem wysiłków pisarskich – autorka wciąga odbiorców w swoją opowieść, zapewnia, że będą się dobrze czuli i serwuje zestaw wyjątkowo oryginalnych pomysłów. A skoro tak – chce się ze światem nienormatywnych zostać. „Vice versa” to drugi tom serii, jednak daje się go bez problemu czytać samodzielnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






