Świat Książki, Warszawa 2018.
Metamorfoza
Chociaż zapowiadana jest ta powieść jako niezawodny sposób na chandrę, chociaż Joanna Fabicka dała się już poznać jako autorka stosująca jako podstawowy składnik narracji inteligentną ironię i satyrę… „Plaża w słoiku po kiszonych ogórkach” przez długi czas jest książką przepojoną goryczą. Grażyna, bohaterka tej historii zbliża się do czterdziestki i niczego w życiu już nie powinna się spodziewać. Stała się typową kurą domową, mąż jej nie zauważa, dzieci nią gardzą. Nikt nie pomaga w prowadzeniu gospodarstwa. Praca Grażyny nie daje szans rozwoju – pozwala właściwie tylko na powolne gnuśnienie. Marazm ogarnia opowieść, mimo że autorka wykorzystuje od początku satyrę. Przebija jednak przez relację poczucie beznadziei. Wiadomo, że Fabicka musi nakreślić niewesołą sytuację Grażyny, zanim podsunie jej szansę ucieczki – ale to, co w obyczajówkach zabiera co najwyżej kilka zdań, tutaj rozwija się i pochłania kolejne rozdziały. Barwne pisanie o szarości nie przyniesie spektakularnych efektów, ale niespodziankę dla odbiorców autorka szykuje.
Norbert przyzwyczaił się do tego, że jego żona nie ma własnego zdania, że nie warto się z nią liczyć i że można jej na każdym kroku okazywać pogardę. Można ją też obwiniać za błędy wychowawcze: Marek od dwóch miesięcy nie wychodzi z domu, nie myje się i nie chce szukać kontaktów z innymi. Nina zawsze trzyma stronę ojca i oskarża matkę o wszystkie niepowodzenia. W tym całym życiowym bezsensie Grażyna trafia na Andrzeja. Andrzej musi regularnie meldować się na komisariacie, jest pod stałym nadzorem. To buntownik i muzyk. A przy okazji szansa na ożywienie lokalnego domu kultury. Tutaj Grażyna chce przygotować zespół do udziału w konkursie. Muzycy – każdy z innej sfery, z innymi doświadczeniami, z innym gustem muzycznym i w różnym wieku – spotykają się na próbach i zyskują odskocznię od codzienności. Można się tylko domyślić, jak zareaguje stereotypowa zamknięta w sobie rodzina na nieoczekiwane wybryki matki. Pytanie, czy czterdziestolatka może jeszcze zejść na drogę buntowniczki i niebieskiego ptaka.
Joanna Fabicka ze smakiem przedstawia nieoczekiwaną (i rzadko spotykaną) metamorfozę bohaterki. Pozwala Grażynie zasmakować wolności, chociaż to zjawisko sprzeczne ze stereotypową rolą kobiety. Tutaj Grażyna może odkryć swoje prawdziwe ja albo przynajmniej sprawdzić, co by było, gdyby na chwilę przestała realizować przypisane jej zadania. Fabicka nie zagłębia się przesadnie ani w big wydarzeń, ani w ich konsekwencje dla bohaterów. Czasami sugeruje coś, do czego później już nie wraca, czasami pozostawia coś wyobraźni. Łapie oddech i daje na to szansę samej bohaterce. Grażyna jest zakompleksiona, nie wierzy w siebie – ale jej psychikę da się jeszcze odbudować. Autorka tej powieści dostarcza czytelniczkom podstawy do ewentualnych marzeń o porzuceniu nieakceptowanej roli. Tu nawet skazana na przegraną postać może zebrać siły, żeby stanąć do walki – a kiedy już to zrobi, nie musi się martwić o to, co będzie dalej. Joanna Fabicka do odbiorczyń kieruje ważne przesłania – ale czyni to w satyryczny i lekki sposób. Wprawdzie początkiem nieco przytłacza, ale później odpracowuje to z nawiązką, będzie śmieszyć i relaksować. Zasugeruje też, że szczęście dla każdego wygląda inaczej. Bohaterka nie daje się zamknąć w granicach konwencji, przełom w jej egzystencji jest największą wartością tej opowieści. Ale, jak zwykle też Joanna Fabicka imponuje lekką narracją, śmiechem zakodowanym w komentarzach i w charakterystykach. Nie ma tu prostych rozwiązań ani obietnic szczęścia za darmo, wybory bywają bardzo trudne – a jednak „Plaża w słoiku po kiszonych ogórkach” to powieść, która urzeka oryginalnością.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 4 grudnia 2018
Małgorzata Domagalik: Serce na sznurku
Wilga, Warszawa 2018.
Odkrycie
To świąteczna opowieść i dla najmłodszych - z ważnym przesłaniem. Starsi czytelnicy raczej stwierdziliby, że jest zbyt infantylna i za bardzo nastawiona na dydaktyczne wnioski – jednak Małgorzata Domagalik zwraca się do kilkulatków. Zwraca się specyficznie, bo zapomina momentami o wieku grupy docelowej i wprowadza wyrazy czy sformułowania, których maluchy jeszcze nie mają szansy znać - jednak dzięki temu będzie rozwijać ich słownictwo i zmuszać do myślenia nad czymś poza fabułą. Proponuje w “Sercu na sznurku” historię niezwykłej przyjaźni, oskarżenie wymierzone w ludzi i trochę humoru – a taka mieszanka wystarczy, żeby zainteresować czytelników. To powieść krótka i raczej tendencyjna, w tym znaczeniu, że wiadomo, do jakiego punktu zmierzać będzie fabuła. Nikomu to jednak nie przeszkadza.
Jest w tej bajce samotny niedźwiedź polarny, który staje się bohaterem – ratuje od śmierci córkę swojego przyjaciela. To ludzie stanowią czarne charaktery, zresztą słowa “ludzie” nikt tu nie użyje: to czarne buciory, które wprowadzają zamieszanie i zamęt w uporządkowanej rzeczywistości. Ludzie przynoszą ze sobą tylko śmierć i spustoszenie, nic dziwnego, że nikt ich nie lubi. Ksawery, czyli wielki biały niedźwiedź, mieszka sam w pięknym domu. Pewnego dnia trafia do niego... malutka osierocona przez mamę foczka. Foczka to naiwne dziecko, które wie jedno: należy się strzec czarnych buciorów, nie słyszała natomiast wiele o tym, że niedźwiedzie jedzą foki. Zamarzniętą odnajduje przed domem Ksawery, a że jest smakoszem i znawcą kuchni, chce najpierw rozmrozić nowe danie. Oczywiście nie dojdzie do zjedzenia sympatycznej bohaterki, foczka swoim zachowaniem będzie rozbawiać nie tylko małych odbiorców. Przyda się również do pomocy – kiedy Ksawery postrzelony przez ludzi straci przytomność, kiedy na dom chcą napaść wilki... Malutka i bezbronna istotka odnajduje w sobie siłę i pomysłowość potrzebne do przechytrzenia dużo silniejszych i bardziej doświadczonych drapieżników. A do tego pokazuje, jak cenna jest przyjaźń. Małgorzata Domagalik rejestruje dojrzewanie i rosnącą samoświadomość małej rezolutnej bohaterki, uświadamia dzieciom, że nawet bez mamy i w najtrudniejszych warunkach można zachować zimną krew i wymyślić rozwiązanie, które pozwoli przetrwać.
Najważniejsze zostawia na koniec, zwierzęta dochodzą do wniosku, że wszystkie są sobie równe, nie powinny się zjadać, za to – powinny przyjaźnić. Bardzo to optymistyczne i mało przystające do praw natury, ale wiadomo przecież, że autorka próbuje w ten sposób wytłumaczyć dzieciom, że nie powinny dzielić się na lepsze i gorsze. Dostarcza maluchom materiału do przemyśleń. Pisze nietypowo (jak na literaturę dla dzieci): w infantylne tony wpada tylko w przypadku relacjonowania przygód foczki, z niewiadomych przyczyn rozczula się wtedy i pozwala sobie na sentymentalne “cmokanie”. W innych tematach jest zabawna, momentami nawet ironiczna lub złośliwa, nie równoważy tych rodzajów opowieści, ale nikomu to nie przeszkadza. “Serce na sznurku” jest historią prostą i pełną sentymentów, a jednocześnie wartościową. Zdarza się, że dzieci mogą mieć problem ze zrozumieniem płaszczyzny stosowanego przez autorkę żartu, nie wszystko dadzą radę docenić - ale też pozostanie im całkiem sporo faktów istotnych dla nich i opisanych w sposób przystępny. Przydałoby się autorce trochę popracować nad warsztatem i nad kształtem narracji, tak, żeby bardziej pasowała do docelowego grona odbiorców - ale i tak “Serce na sznurku” wypada obiecująco. A jest to początek serii...
Odkrycie
To świąteczna opowieść i dla najmłodszych - z ważnym przesłaniem. Starsi czytelnicy raczej stwierdziliby, że jest zbyt infantylna i za bardzo nastawiona na dydaktyczne wnioski – jednak Małgorzata Domagalik zwraca się do kilkulatków. Zwraca się specyficznie, bo zapomina momentami o wieku grupy docelowej i wprowadza wyrazy czy sformułowania, których maluchy jeszcze nie mają szansy znać - jednak dzięki temu będzie rozwijać ich słownictwo i zmuszać do myślenia nad czymś poza fabułą. Proponuje w “Sercu na sznurku” historię niezwykłej przyjaźni, oskarżenie wymierzone w ludzi i trochę humoru – a taka mieszanka wystarczy, żeby zainteresować czytelników. To powieść krótka i raczej tendencyjna, w tym znaczeniu, że wiadomo, do jakiego punktu zmierzać będzie fabuła. Nikomu to jednak nie przeszkadza.
Jest w tej bajce samotny niedźwiedź polarny, który staje się bohaterem – ratuje od śmierci córkę swojego przyjaciela. To ludzie stanowią czarne charaktery, zresztą słowa “ludzie” nikt tu nie użyje: to czarne buciory, które wprowadzają zamieszanie i zamęt w uporządkowanej rzeczywistości. Ludzie przynoszą ze sobą tylko śmierć i spustoszenie, nic dziwnego, że nikt ich nie lubi. Ksawery, czyli wielki biały niedźwiedź, mieszka sam w pięknym domu. Pewnego dnia trafia do niego... malutka osierocona przez mamę foczka. Foczka to naiwne dziecko, które wie jedno: należy się strzec czarnych buciorów, nie słyszała natomiast wiele o tym, że niedźwiedzie jedzą foki. Zamarzniętą odnajduje przed domem Ksawery, a że jest smakoszem i znawcą kuchni, chce najpierw rozmrozić nowe danie. Oczywiście nie dojdzie do zjedzenia sympatycznej bohaterki, foczka swoim zachowaniem będzie rozbawiać nie tylko małych odbiorców. Przyda się również do pomocy – kiedy Ksawery postrzelony przez ludzi straci przytomność, kiedy na dom chcą napaść wilki... Malutka i bezbronna istotka odnajduje w sobie siłę i pomysłowość potrzebne do przechytrzenia dużo silniejszych i bardziej doświadczonych drapieżników. A do tego pokazuje, jak cenna jest przyjaźń. Małgorzata Domagalik rejestruje dojrzewanie i rosnącą samoświadomość małej rezolutnej bohaterki, uświadamia dzieciom, że nawet bez mamy i w najtrudniejszych warunkach można zachować zimną krew i wymyślić rozwiązanie, które pozwoli przetrwać.
Najważniejsze zostawia na koniec, zwierzęta dochodzą do wniosku, że wszystkie są sobie równe, nie powinny się zjadać, za to – powinny przyjaźnić. Bardzo to optymistyczne i mało przystające do praw natury, ale wiadomo przecież, że autorka próbuje w ten sposób wytłumaczyć dzieciom, że nie powinny dzielić się na lepsze i gorsze. Dostarcza maluchom materiału do przemyśleń. Pisze nietypowo (jak na literaturę dla dzieci): w infantylne tony wpada tylko w przypadku relacjonowania przygód foczki, z niewiadomych przyczyn rozczula się wtedy i pozwala sobie na sentymentalne “cmokanie”. W innych tematach jest zabawna, momentami nawet ironiczna lub złośliwa, nie równoważy tych rodzajów opowieści, ale nikomu to nie przeszkadza. “Serce na sznurku” jest historią prostą i pełną sentymentów, a jednocześnie wartościową. Zdarza się, że dzieci mogą mieć problem ze zrozumieniem płaszczyzny stosowanego przez autorkę żartu, nie wszystko dadzą radę docenić - ale też pozostanie im całkiem sporo faktów istotnych dla nich i opisanych w sposób przystępny. Przydałoby się autorce trochę popracować nad warsztatem i nad kształtem narracji, tak, żeby bardziej pasowała do docelowego grona odbiorców - ale i tak “Serce na sznurku” wypada obiecująco. A jest to początek serii...
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Olga Gitkiewicz: Nie hańbi
Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, Warszawa 2018.
Zajęcia
Rynek pracy dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż ten sprzed kilku dekad. Olga Gitkiewicz zwłaszcza młodym odbiorcom uświadamiać chce te „rewelacje”, przedstawia przemiany kulturowe i zderzenie dwóch światów. Z jednej strony są tu bowiem migawki z przeszłości – kiedy w fabrykach zatrudniano nieletnich i kiedy na jednym stanowisku można było przepracować całe życie bez martwienia się o jutro, z drugiej – opowieść o słabych stronach teraźniejszości. O tym, że na umowach śmieciowych trudno planować sobie życie, o tym, że trzeba kombinować, żeby mieć ubezpieczenie zdrowotne, o tym, że w ogóle trudno jest znaleźć pracę, chociaż rzekomo bezrobocie spada. Olga Gitkiewicz zbiera albo relacje o tym, jak było dawniej – i tutaj próbuje wprowadzić wątek osobisty, odwołać się do przykładu własnej rodziny – albo o tym, jak jest obecnie – wtedy szuka po prostu rozmówców, którzy będą mieli coś do przekazania. Zwykle dzielą się gorzkimi uwagami lub przykrymi doświadczeniami. Praca się przydaje, nie tylko ze względów finansowych – a jednak tu zamienia się w przyczynę frustracji. Gdy jej nie ma, dzieje się jeszcze gorzej, stąd zresztą w tomie relacja z urzędu pracy. Autorka przygląda się różnym aspektom zarobkowania, nie przywiązuje się do jednego bohatera, rozprasza historię na wiele głosów. Sprawia, że jest nad czym myśleć, to udane reportaże.
„Nie hańbi” to książka niewielka objętościowo, za to gęsta od treści i przesłań. Literacki ascetyzm pomaga w niej uwypuklić ważne prawdy, autorka nie chce rozmywać znaczeń w niekończących się opisach. Konstrukcję tomu odzwierciedla i w samych rozdziałach: są one mocno skondensowane, skracane do granic możliwości, czasem też kosztem puent, które pozostają w sferze domysłów. Szarpane dialogi albo wyznania, informacje cenne dla odbiorców, którzy funkcjonują w tym samym świecie co bohaterowie – to podstawowy budulec tej opowieści. Gitkiewicz dobrze się w tym czuje, kiedy może oddawać głos postaciom i znikać. Wtedy nie musi podawać ani tendencyjnych – znanych wszystkim – ocen, ani dodatkowych wyjaśnień. Pozwala, żeby fakty mówiły same za siebie, a jeśli już pojawią się interpretacje, to płynące bezpośrednio z osądów tych, którzy przedstawiają swoje przygody. W ogóle autorce najbardziej zależy na tym, żeby obrazy były sugestywne, żeby przemawiały do czytelników. Funkcjonują przecież także jako sposób rejestrowania – i zachowania dla potomnych – nastrojów społecznych. Ta książka jest trochę jak manifest, wołanie o pomoc albo rodzaj niezgody na zastaną rzeczywistość. Olga Gitkiewicz pisze jednak trochę nierówno – to znaczy zdarza się jej rezygnować z komentarza tam, gdzie sprawdziłby się on najlepiej jako podsumowanie, gdzie wzmocniłby przesłanie opowieści. Brakuje jej jeszcze pewnego wyczucia – ale i tak to, co oferuje odbiorcom, będzie imponować. Jest niezłe i dobrze by było, gdyby publikacja małego wydawnictwa znalazła drogę do szerokiego grona odbiorców : jest warta uznania. Olga Gitkiewicz działa tu trochę jako głos pokolenia, ale nie chce się dostosowywać do zastanej sytuacji, nie zgadza się na poniżenia ani na oferowane dzisiaj możliwości. Praca stanowi problem w zasadzie nie do rozwiązania, przynajmniej przy aktualnych warunkach. Autorka głośno mówi o tym, co przeważnie znane, a jednak dopiero nazwane robi odpowiednie wrażenie. Jest w tej publikacji dużo oczywistości – ale też parę scen ładnie przedstawianych i skłaniających do refleksji. Autorka proponuje bolesną diagnozę w formie ciekawego reportażu. „Nie hańbi” to świadectwo czasów.
Zajęcia
Rynek pracy dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż ten sprzed kilku dekad. Olga Gitkiewicz zwłaszcza młodym odbiorcom uświadamiać chce te „rewelacje”, przedstawia przemiany kulturowe i zderzenie dwóch światów. Z jednej strony są tu bowiem migawki z przeszłości – kiedy w fabrykach zatrudniano nieletnich i kiedy na jednym stanowisku można było przepracować całe życie bez martwienia się o jutro, z drugiej – opowieść o słabych stronach teraźniejszości. O tym, że na umowach śmieciowych trudno planować sobie życie, o tym, że trzeba kombinować, żeby mieć ubezpieczenie zdrowotne, o tym, że w ogóle trudno jest znaleźć pracę, chociaż rzekomo bezrobocie spada. Olga Gitkiewicz zbiera albo relacje o tym, jak było dawniej – i tutaj próbuje wprowadzić wątek osobisty, odwołać się do przykładu własnej rodziny – albo o tym, jak jest obecnie – wtedy szuka po prostu rozmówców, którzy będą mieli coś do przekazania. Zwykle dzielą się gorzkimi uwagami lub przykrymi doświadczeniami. Praca się przydaje, nie tylko ze względów finansowych – a jednak tu zamienia się w przyczynę frustracji. Gdy jej nie ma, dzieje się jeszcze gorzej, stąd zresztą w tomie relacja z urzędu pracy. Autorka przygląda się różnym aspektom zarobkowania, nie przywiązuje się do jednego bohatera, rozprasza historię na wiele głosów. Sprawia, że jest nad czym myśleć, to udane reportaże.
„Nie hańbi” to książka niewielka objętościowo, za to gęsta od treści i przesłań. Literacki ascetyzm pomaga w niej uwypuklić ważne prawdy, autorka nie chce rozmywać znaczeń w niekończących się opisach. Konstrukcję tomu odzwierciedla i w samych rozdziałach: są one mocno skondensowane, skracane do granic możliwości, czasem też kosztem puent, które pozostają w sferze domysłów. Szarpane dialogi albo wyznania, informacje cenne dla odbiorców, którzy funkcjonują w tym samym świecie co bohaterowie – to podstawowy budulec tej opowieści. Gitkiewicz dobrze się w tym czuje, kiedy może oddawać głos postaciom i znikać. Wtedy nie musi podawać ani tendencyjnych – znanych wszystkim – ocen, ani dodatkowych wyjaśnień. Pozwala, żeby fakty mówiły same za siebie, a jeśli już pojawią się interpretacje, to płynące bezpośrednio z osądów tych, którzy przedstawiają swoje przygody. W ogóle autorce najbardziej zależy na tym, żeby obrazy były sugestywne, żeby przemawiały do czytelników. Funkcjonują przecież także jako sposób rejestrowania – i zachowania dla potomnych – nastrojów społecznych. Ta książka jest trochę jak manifest, wołanie o pomoc albo rodzaj niezgody na zastaną rzeczywistość. Olga Gitkiewicz pisze jednak trochę nierówno – to znaczy zdarza się jej rezygnować z komentarza tam, gdzie sprawdziłby się on najlepiej jako podsumowanie, gdzie wzmocniłby przesłanie opowieści. Brakuje jej jeszcze pewnego wyczucia – ale i tak to, co oferuje odbiorcom, będzie imponować. Jest niezłe i dobrze by było, gdyby publikacja małego wydawnictwa znalazła drogę do szerokiego grona odbiorców : jest warta uznania. Olga Gitkiewicz działa tu trochę jako głos pokolenia, ale nie chce się dostosowywać do zastanej sytuacji, nie zgadza się na poniżenia ani na oferowane dzisiaj możliwości. Praca stanowi problem w zasadzie nie do rozwiązania, przynajmniej przy aktualnych warunkach. Autorka głośno mówi o tym, co przeważnie znane, a jednak dopiero nazwane robi odpowiednie wrażenie. Jest w tej publikacji dużo oczywistości – ale też parę scen ładnie przedstawianych i skłaniających do refleksji. Autorka proponuje bolesną diagnozę w formie ciekawego reportażu. „Nie hańbi” to świadectwo czasów.
Jarosław Kaczmarek: Skoczkowie. Tajemnice mistrzów
Egmont, Warszawa 2018.
Na skoczniach
Jarosław Kaczmarek reklamuje się jako zawodowy opowiadacz historii. Do serii, którą w wydawnictwie Egmont zapoczątkowała Yvette Żółtowska-Darska, wprowadza kolejne sportowe książki, przybliżające najmłodszym zasady, ale i uroki różnych dyscyplin. Po piłce nożnej przychodzi czas na... skoki narciarskie. “Skoczkowie. Tajemnice mistrzów” to propozycja w sam raz na zimę dla tych wszystkich kilkulatków, które zamierzają z ojcami kibicować Kamilowi Stochowi i spółce. A ponieważ owocem małyszomanii okazała się całkiem niezła drużyna - ma Kaczmarek o kim opowiadać.
Jednak większości nazwisk ze skoczni w tomie się nie znajdzie, bo autor nie zamierza przygotowywać przeglądu sylwetek skoczków z różnych krajów. Zaczyna – co w pełni zrozumiałe - od polskich mistrzów. Wie doskonale, że dzieci najbardziej zaintrygują ci bohaterowie, o których słychać na co dzień w wiadomościach sportowych, dlatego też książkę otwiera prezentacja Kamila Stocha. Dalej pojawia się Adam Małysz, Wojciech Fortuna i Stanisław Marusarz. Ale Kaczmarek nie podąża biograficznym tropem, za każdym razem próbuje wydobyć z życiorysu skoczka coś oryginalnego, co pozwoli wysnuć wnioski na temat sportu ogólnie - albo przygotować maluchy na dalsze opowieści historyczne czy wychowawcze. Przy Stochu zajmuje się wpływem wysokości na wydolność organizmu, tłumaczy, dlaczego trenujący wyżej osiągają lepsze wyniki. Przy Małyszu to kwestia diety i sposobów na zaskakiwanie przeciwników, swoisty “wyścig zbrojeń”, z którego często kibice nawet nie zdają sobie sprawy. W przypadku Marusarza nawiązuje autor do bolesnej przeszłości, do drugiej wojny światowej i skoku “o życie”, urozmaicając mocno sportową relację. W drugiej części tomu zajmuje się już pojedynczymi skoczkami, reprezentantami różnych krajów - i tutaj już bardziej przedstawia ich biografie, ze szczególnym uwzględnieniem dzieciństwa albo momentów, w których liczy się charakter. Ostatnim etapem lektury staje się fachowe przygotowanie do kibicowania: autor uczy, jakie znaczenie mają warunki atmosferyczne podczas skoku, jak punktacja wpływa na wynik, jakie turnieje można oglądać w poszczególnych miesiącach. Na koniec zastanawia się przez moment nad specyfiką skoków narciarskich w przyszłości.
Do opowieści dołączane są przeróżne infografiki i ilustracje z podpisami: można tu znaleźć między innymi elementy wyposażenia skoczka, informacje o tym, jak wyglądają poszczególne skocznie, skok rozpisany na etapy, zmiany stylu w skokach narciarskich, bicie kolejnych rekordów... autor przygląda się temu wszystkiemu, co dla dzieci jeszcze nie musi być oczywiste, a przyda się przy oglądaniu zawodów - i ułatwi kibicowanie. Daje maluchom solidne podstawy do zrozumienia tej dyscypliny sportu, rozwieje wątpliwości i podsunie też swoiste przypisy do własnej narracji. Jarosław Kaczmarek ekscytuje się skokami – nie wiadomo, czy tylko na użytek tej opowieści, czy w ogóle - chce, żeby entuzjazm udzielał się również dzieciom. Stąd biorą się przeróżne onomatopeje i wykrzyknienia (hooop na oznaczenie skoku), stąd wpadanie w tony sprawozdawcy sportowego przy relacjonowaniu historycznych skoków. Czasami jednak autor przypomina sobie też o pedagogicznej stronie opowieści: wtedy próbuje przekazać małym odbiorcom wiedzę spoza skoków. Prezentuje na przykład mit o Dedalu i Ikarze, wprowadza drobne pouczenia w zakresie zachowania, pyta, czy odbiorcy woleliby spędzić dzieciństwo na graniu na komputerze, czy na ciężkich często treningach, wylicza, jakie cechy trzeba mieć, żeby odnieść sukces na miarę Stocha. Proponuje dzieciom książkę sportową, ale też ważną z wychowawczego punktu widzenia.
Na skoczniach
Jarosław Kaczmarek reklamuje się jako zawodowy opowiadacz historii. Do serii, którą w wydawnictwie Egmont zapoczątkowała Yvette Żółtowska-Darska, wprowadza kolejne sportowe książki, przybliżające najmłodszym zasady, ale i uroki różnych dyscyplin. Po piłce nożnej przychodzi czas na... skoki narciarskie. “Skoczkowie. Tajemnice mistrzów” to propozycja w sam raz na zimę dla tych wszystkich kilkulatków, które zamierzają z ojcami kibicować Kamilowi Stochowi i spółce. A ponieważ owocem małyszomanii okazała się całkiem niezła drużyna - ma Kaczmarek o kim opowiadać.
Jednak większości nazwisk ze skoczni w tomie się nie znajdzie, bo autor nie zamierza przygotowywać przeglądu sylwetek skoczków z różnych krajów. Zaczyna – co w pełni zrozumiałe - od polskich mistrzów. Wie doskonale, że dzieci najbardziej zaintrygują ci bohaterowie, o których słychać na co dzień w wiadomościach sportowych, dlatego też książkę otwiera prezentacja Kamila Stocha. Dalej pojawia się Adam Małysz, Wojciech Fortuna i Stanisław Marusarz. Ale Kaczmarek nie podąża biograficznym tropem, za każdym razem próbuje wydobyć z życiorysu skoczka coś oryginalnego, co pozwoli wysnuć wnioski na temat sportu ogólnie - albo przygotować maluchy na dalsze opowieści historyczne czy wychowawcze. Przy Stochu zajmuje się wpływem wysokości na wydolność organizmu, tłumaczy, dlaczego trenujący wyżej osiągają lepsze wyniki. Przy Małyszu to kwestia diety i sposobów na zaskakiwanie przeciwników, swoisty “wyścig zbrojeń”, z którego często kibice nawet nie zdają sobie sprawy. W przypadku Marusarza nawiązuje autor do bolesnej przeszłości, do drugiej wojny światowej i skoku “o życie”, urozmaicając mocno sportową relację. W drugiej części tomu zajmuje się już pojedynczymi skoczkami, reprezentantami różnych krajów - i tutaj już bardziej przedstawia ich biografie, ze szczególnym uwzględnieniem dzieciństwa albo momentów, w których liczy się charakter. Ostatnim etapem lektury staje się fachowe przygotowanie do kibicowania: autor uczy, jakie znaczenie mają warunki atmosferyczne podczas skoku, jak punktacja wpływa na wynik, jakie turnieje można oglądać w poszczególnych miesiącach. Na koniec zastanawia się przez moment nad specyfiką skoków narciarskich w przyszłości.
Do opowieści dołączane są przeróżne infografiki i ilustracje z podpisami: można tu znaleźć między innymi elementy wyposażenia skoczka, informacje o tym, jak wyglądają poszczególne skocznie, skok rozpisany na etapy, zmiany stylu w skokach narciarskich, bicie kolejnych rekordów... autor przygląda się temu wszystkiemu, co dla dzieci jeszcze nie musi być oczywiste, a przyda się przy oglądaniu zawodów - i ułatwi kibicowanie. Daje maluchom solidne podstawy do zrozumienia tej dyscypliny sportu, rozwieje wątpliwości i podsunie też swoiste przypisy do własnej narracji. Jarosław Kaczmarek ekscytuje się skokami – nie wiadomo, czy tylko na użytek tej opowieści, czy w ogóle - chce, żeby entuzjazm udzielał się również dzieciom. Stąd biorą się przeróżne onomatopeje i wykrzyknienia (hooop na oznaczenie skoku), stąd wpadanie w tony sprawozdawcy sportowego przy relacjonowaniu historycznych skoków. Czasami jednak autor przypomina sobie też o pedagogicznej stronie opowieści: wtedy próbuje przekazać małym odbiorcom wiedzę spoza skoków. Prezentuje na przykład mit o Dedalu i Ikarze, wprowadza drobne pouczenia w zakresie zachowania, pyta, czy odbiorcy woleliby spędzić dzieciństwo na graniu na komputerze, czy na ciężkich często treningach, wylicza, jakie cechy trzeba mieć, żeby odnieść sukces na miarę Stocha. Proponuje dzieciom książkę sportową, ale też ważną z wychowawczego punktu widzenia.
niedziela, 2 grudnia 2018
Volker Schmidt: Widoki z okna. Tom I, Zimne serca. Tom II
ADiT, Warszawa 2018.
Obserwacje
Nie ma sensu omawianie każdego z tych dwóch tomów wybranych dramatów Volkera Schmidta z osobna, już bardziej uprawomocnione byłoby zajmowanie się każdym utworem – ale to roi we wstępach do książek „Widoki z okna” oraz „Zimne serca” Krzysztof Tkaczyk i wcale nie wychodzi to lekturze na dobre. Tkaczyk bowiem skupia się na tym, co i tak każdy z odbiorców w dramatach bez trudu wyczyta: podsuwa streszczenia i charakterystyki postaci – tworzy bryk, zupełnie w tym wypadku zbędny. A to dlatego, że Volker Schmidt pisze świadomie i nigdy nie daje się ponieść w stronę przesadzonej abstrakcji. Mocno zakotwicza historie i relacje międzyludzkie w rzeczywistości znanej odbiorcom, proponuje spostrzeżenia, które stanowią rodzaj mikroolśnień. Warto byłoby w komentarzu skupić się nie tyle na treści dramatów, co na syntezie tego pisarstwa, sposobie postrzegania świata. Volker Schmidt ma szansę podbić co bardziej tradycyjne sceny, teatry, które lubią sięgać po kwestie społeczne przemieszane z rozrywką – ale w inteligentnej oprawie. Tu nie będzie bowiem popisów dla samych popisów albo testowania wytrzymałości odbiorców. Autor wyraźnie nie lubi nadużywania szoku jako środka wyrazu – musi oswoić ze swoimi bohaterami, wprowadzić w ich nie zawsze łatwą rzeczywistość, żeby dokonać intelektualnej przewrotki i przekształcić cele. Takie zabawy bywają okrutne dla postaci, ale przemycają ważne prawdy o ludziach w ogóle. Schmidt jako młody autor ma już na swoim koncie całkiem imponujący zestaw spostrzeżeń, które odbiorcami wstrząsną przez stopień trafności.
W centrum zainteresowania autora pozostają ludzie, z rzadka definiowani przez kontekst społeczno-kulturowy, co automatycznie przedłuża żywot tych dramatów. Volker Schmidt szuka bohaterów w różnych grupach wiekowych – i z różnymi doświadczeniami. Sięga równie chętnie po obrazki będące automatycznym komentarzem do codzienności, jak i po stereotypy, przygląda się nietypowym relacjom lub niemal klasycznym układom. Chętnie zmienia formy, co widać zwłaszcza w wybranym zestawie utworów: albo stosuje język potoczny, podkreślając zwyczajność postaci – albo, na drugim biegunie, ucieka w biały wiersz, udziwnia rytm i rezygnuje z zasad interpunkcji. To zawsze zabiegi podkreślające przesłania tekstów, budujące – poza słowami – odrębny komentarz do doświadczeń (i życiorysów) postaci. Nie stroni twórca od spraw kryminalnych, tyle że znów zamienia je w tworzywo, podstawę do eksponowania portretów psychologicznych. Umie prowadzić dialogi tak, by w pewnym momencie zachwycić czytelników woltą, przy czym nigdy bohaterowie nie tracą na wiarygodności.
Gorzka jest przeważnie wymowa tych tekstów, Volker Schmidt nie zamierza nikogo pocieszać ani proponować krzepiącej wizji rzeczywistości. Bohaterowie – po prostu – muszą jakoś radzić sobie z zastanymi przypadkami, rezygnując ewentualnie z własnych pragnień i potrzeb. Tu nawet stare prawdy zyskują szlif, autor głośno mówi o tym, co bolesne lub wstydliwe. Ale pozwala bohaterom samodzielnie dochodzić do konkretnych wniosków, stwarza im warunki do dzielenia się najskrytszymi przemyśleniami albo zmusza do szczerości. W ten sposób sprawia, że czegoś się o sobie dowiedzą – i nie tylko oni, odbiorcom również uda się przeanalizować własne charaktery. Te dwa tomy dramatów pokazują, że nie trzeba szokować ani eksperymentować na siłę, wystarczy dokładnie wsłuchać się w człowieka, by odkryć cały zestaw zaskoczeń w sam raz na dramat.
Obserwacje
Nie ma sensu omawianie każdego z tych dwóch tomów wybranych dramatów Volkera Schmidta z osobna, już bardziej uprawomocnione byłoby zajmowanie się każdym utworem – ale to roi we wstępach do książek „Widoki z okna” oraz „Zimne serca” Krzysztof Tkaczyk i wcale nie wychodzi to lekturze na dobre. Tkaczyk bowiem skupia się na tym, co i tak każdy z odbiorców w dramatach bez trudu wyczyta: podsuwa streszczenia i charakterystyki postaci – tworzy bryk, zupełnie w tym wypadku zbędny. A to dlatego, że Volker Schmidt pisze świadomie i nigdy nie daje się ponieść w stronę przesadzonej abstrakcji. Mocno zakotwicza historie i relacje międzyludzkie w rzeczywistości znanej odbiorcom, proponuje spostrzeżenia, które stanowią rodzaj mikroolśnień. Warto byłoby w komentarzu skupić się nie tyle na treści dramatów, co na syntezie tego pisarstwa, sposobie postrzegania świata. Volker Schmidt ma szansę podbić co bardziej tradycyjne sceny, teatry, które lubią sięgać po kwestie społeczne przemieszane z rozrywką – ale w inteligentnej oprawie. Tu nie będzie bowiem popisów dla samych popisów albo testowania wytrzymałości odbiorców. Autor wyraźnie nie lubi nadużywania szoku jako środka wyrazu – musi oswoić ze swoimi bohaterami, wprowadzić w ich nie zawsze łatwą rzeczywistość, żeby dokonać intelektualnej przewrotki i przekształcić cele. Takie zabawy bywają okrutne dla postaci, ale przemycają ważne prawdy o ludziach w ogóle. Schmidt jako młody autor ma już na swoim koncie całkiem imponujący zestaw spostrzeżeń, które odbiorcami wstrząsną przez stopień trafności.
W centrum zainteresowania autora pozostają ludzie, z rzadka definiowani przez kontekst społeczno-kulturowy, co automatycznie przedłuża żywot tych dramatów. Volker Schmidt szuka bohaterów w różnych grupach wiekowych – i z różnymi doświadczeniami. Sięga równie chętnie po obrazki będące automatycznym komentarzem do codzienności, jak i po stereotypy, przygląda się nietypowym relacjom lub niemal klasycznym układom. Chętnie zmienia formy, co widać zwłaszcza w wybranym zestawie utworów: albo stosuje język potoczny, podkreślając zwyczajność postaci – albo, na drugim biegunie, ucieka w biały wiersz, udziwnia rytm i rezygnuje z zasad interpunkcji. To zawsze zabiegi podkreślające przesłania tekstów, budujące – poza słowami – odrębny komentarz do doświadczeń (i życiorysów) postaci. Nie stroni twórca od spraw kryminalnych, tyle że znów zamienia je w tworzywo, podstawę do eksponowania portretów psychologicznych. Umie prowadzić dialogi tak, by w pewnym momencie zachwycić czytelników woltą, przy czym nigdy bohaterowie nie tracą na wiarygodności.
Gorzka jest przeważnie wymowa tych tekstów, Volker Schmidt nie zamierza nikogo pocieszać ani proponować krzepiącej wizji rzeczywistości. Bohaterowie – po prostu – muszą jakoś radzić sobie z zastanymi przypadkami, rezygnując ewentualnie z własnych pragnień i potrzeb. Tu nawet stare prawdy zyskują szlif, autor głośno mówi o tym, co bolesne lub wstydliwe. Ale pozwala bohaterom samodzielnie dochodzić do konkretnych wniosków, stwarza im warunki do dzielenia się najskrytszymi przemyśleniami albo zmusza do szczerości. W ten sposób sprawia, że czegoś się o sobie dowiedzą – i nie tylko oni, odbiorcom również uda się przeanalizować własne charaktery. Te dwa tomy dramatów pokazują, że nie trzeba szokować ani eksperymentować na siłę, wystarczy dokładnie wsłuchać się w człowieka, by odkryć cały zestaw zaskoczeń w sam raz na dramat.
sobota, 1 grudnia 2018
Anna Bikont, Helena Łuczywo: Jacek
Agora, Warszawa 2018.
Kontrowersje
Jacek Kuroń to postać wyjątkowo barwna. Sam przedstawił własną egzystencję i wersję działań, motywacje i zachowania, które dzisiaj wydają się kontrowersyjne albo ulegają odmiennym interpretacjom. Teraz jego losy w formie rozbudowanego cyklu reportaży prezentują Anna Bikont i Helena Łuczywo. Do Kuronia odnoszą się z sympatią, ale nie będą stawiać mu pomnika. Przyjmują też krytyczne wypowiedzi znajomych, przedstawiają cały wachlarz ocen. „Jacek” nie będzie zatem sentymentalną publikacją skupioną na domu i prywatności. To mozolne odtwarzanie szeregu wydarzeń politycznych, wartości wyznawanych przez bohatera tomu na przestrzeni lat. Odwzorowują poglądy Kuronia, ale też jego działania. Sprawdzają, jak wpływał na innych, kiedy dawał się pochłonąć bez reszty ideologii, a kiedy od niej uciekał, żeby zaangażować się w działalność opozycyjną. Tutaj nie ma miejsca na łagodność i na wieloznaczności. Jacek Kuroń w swoich poglądach jest radykalny. Jeśli ktoś staje mu na drodze, zostanie zmieciony. W młodości dla Kuronia nie ma taryfy ulgowej przy działalności politycznej. Wzorce wynosi z domu: najpierw autorki dość długo przyglądają się działaniom jego ojca oraz dziadka. To uprawomocnione – w końcu obserwowanie bliskich to pierwsza lekcja polityki, a i zestaw sensacji, które ukształtowały młodego człowieka. Jacek Kuroń w pierwszym okresie swojej działalności potrafi w imię polityki rozczarować kolegów, a nawet im szkodzić. Z wiekiem nabiera radykalnego podejścia, chociaż zmieniają się kierunki zainteresowań. Jeszcze po latach niektórzy z oburzeniem wspominają krzywdy, jakich doznali. Autorki od tej goryczy wcale nie uciekają, wiedzą, że bez tego obraz Kuronia byłby niepełny i nawet zafałszowany. Błędy młodości to zresztą fakty, których bohater tomu przed nikim nie ukrywał. Anna Bikont i Helena Łuczywo w gorliwości chłopaka dostrzegają pewien potencjał na usprawiedliwienie jego pomyłek, ale ostateczną ocenę pozostawiają uświadomionym już czytelnikom. Z czasem coraz bardziej dają się wciągnąć w życie polityczne, aresztowania czy akcje społeczne. To jak lekcja historii – pełna detali o znaczeniu politycznym, z uwzględnieniem przebiegu poszczególnych akcji, ale i ich sensu, wydźwięku w szerszej perspektywie.
Każda zmiana na arenie politycznej, każdy szczegół doczekuje się tu wyczerpującego omówienia. Autorki szkicują tło, żeby lepiej wybrzmiewała w nim obecność Jacka Kuronia. Utrzymują ton reportażu, sięgają do wspomnień i przeprowadzają rozmowy ze świadkami wydarzeń. Zresztą część rozdziałów była już wcześniej publikowana w prasie – niekoniecznie z optyką nakierowaną na samego Kuronia. Tak więc „Jacek” staje się zbliżeniem do sytuacji wśród rządzących w momencie najgorętszych przemian.
W tym wszystkim jednak znalazło się zadziwiająco dużo miejsca na prywatność. Po pierwszych domowych scenkach to ukochana powoduje powrót do spraw osobistych. Wielowymiarowy portret Gajki, jednej z nielicznych kobiet, która mogłaby wytrzymać życie z tak zaangażowanym w politykę mężczyzną, to metoda na ocieplenie historii. Inaczej niż w przypadku syna, Maćka, Gajka skłania bohatera tomu do bardzo serdecznych wyznań. To postać nietuzinkowa, jej obecność bardzo zmienia sposób odczytywania tomu. Jacek Kuroń przy Gajce przestaje być działaczem politycznym, ukazuje się jako zawsze zakochany jak sztubak. Stopniowo do relacji wchodzi również Maciej, dość wcześnie włączony w politykę. W zasadzie nie ma w tej publikacji możliwości tworzenia wizerunku bohatera oderwanego od przemian społecznych – Jacka Kuronia po prostu w pełni definiują sytuacje agonistyczne. Chociaż jest ta książka trudna i czasami bolesna – warto się jej przyjrzeć.
Kontrowersje
Jacek Kuroń to postać wyjątkowo barwna. Sam przedstawił własną egzystencję i wersję działań, motywacje i zachowania, które dzisiaj wydają się kontrowersyjne albo ulegają odmiennym interpretacjom. Teraz jego losy w formie rozbudowanego cyklu reportaży prezentują Anna Bikont i Helena Łuczywo. Do Kuronia odnoszą się z sympatią, ale nie będą stawiać mu pomnika. Przyjmują też krytyczne wypowiedzi znajomych, przedstawiają cały wachlarz ocen. „Jacek” nie będzie zatem sentymentalną publikacją skupioną na domu i prywatności. To mozolne odtwarzanie szeregu wydarzeń politycznych, wartości wyznawanych przez bohatera tomu na przestrzeni lat. Odwzorowują poglądy Kuronia, ale też jego działania. Sprawdzają, jak wpływał na innych, kiedy dawał się pochłonąć bez reszty ideologii, a kiedy od niej uciekał, żeby zaangażować się w działalność opozycyjną. Tutaj nie ma miejsca na łagodność i na wieloznaczności. Jacek Kuroń w swoich poglądach jest radykalny. Jeśli ktoś staje mu na drodze, zostanie zmieciony. W młodości dla Kuronia nie ma taryfy ulgowej przy działalności politycznej. Wzorce wynosi z domu: najpierw autorki dość długo przyglądają się działaniom jego ojca oraz dziadka. To uprawomocnione – w końcu obserwowanie bliskich to pierwsza lekcja polityki, a i zestaw sensacji, które ukształtowały młodego człowieka. Jacek Kuroń w pierwszym okresie swojej działalności potrafi w imię polityki rozczarować kolegów, a nawet im szkodzić. Z wiekiem nabiera radykalnego podejścia, chociaż zmieniają się kierunki zainteresowań. Jeszcze po latach niektórzy z oburzeniem wspominają krzywdy, jakich doznali. Autorki od tej goryczy wcale nie uciekają, wiedzą, że bez tego obraz Kuronia byłby niepełny i nawet zafałszowany. Błędy młodości to zresztą fakty, których bohater tomu przed nikim nie ukrywał. Anna Bikont i Helena Łuczywo w gorliwości chłopaka dostrzegają pewien potencjał na usprawiedliwienie jego pomyłek, ale ostateczną ocenę pozostawiają uświadomionym już czytelnikom. Z czasem coraz bardziej dają się wciągnąć w życie polityczne, aresztowania czy akcje społeczne. To jak lekcja historii – pełna detali o znaczeniu politycznym, z uwzględnieniem przebiegu poszczególnych akcji, ale i ich sensu, wydźwięku w szerszej perspektywie.
Każda zmiana na arenie politycznej, każdy szczegół doczekuje się tu wyczerpującego omówienia. Autorki szkicują tło, żeby lepiej wybrzmiewała w nim obecność Jacka Kuronia. Utrzymują ton reportażu, sięgają do wspomnień i przeprowadzają rozmowy ze świadkami wydarzeń. Zresztą część rozdziałów była już wcześniej publikowana w prasie – niekoniecznie z optyką nakierowaną na samego Kuronia. Tak więc „Jacek” staje się zbliżeniem do sytuacji wśród rządzących w momencie najgorętszych przemian.
W tym wszystkim jednak znalazło się zadziwiająco dużo miejsca na prywatność. Po pierwszych domowych scenkach to ukochana powoduje powrót do spraw osobistych. Wielowymiarowy portret Gajki, jednej z nielicznych kobiet, która mogłaby wytrzymać życie z tak zaangażowanym w politykę mężczyzną, to metoda na ocieplenie historii. Inaczej niż w przypadku syna, Maćka, Gajka skłania bohatera tomu do bardzo serdecznych wyznań. To postać nietuzinkowa, jej obecność bardzo zmienia sposób odczytywania tomu. Jacek Kuroń przy Gajce przestaje być działaczem politycznym, ukazuje się jako zawsze zakochany jak sztubak. Stopniowo do relacji wchodzi również Maciej, dość wcześnie włączony w politykę. W zasadzie nie ma w tej publikacji możliwości tworzenia wizerunku bohatera oderwanego od przemian społecznych – Jacka Kuronia po prostu w pełni definiują sytuacje agonistyczne. Chociaż jest ta książka trudna i czasami bolesna – warto się jej przyjrzeć.
Joanna Kończak: Kobiety. Badaczki, czempionki, awanturnice
Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Bohaterki
Nagle rynek literatury czwartej opanowują książki dotyczące odważnych, pomysłowych i twórczych kobiet, zupełnie jakby wydawnictwa zorientowały się, że bez edukacji od podstaw nie da się wychowywać dziewczynek tak, by wyrastały na niezależne i mądre kobiety. Bez względu na to, czy chodzi o podjęcie pewnej rywalizacji, wykorzystanie marketingowego fermentu czy też o faktyczne kształtowanie charakterów, na lady księgarskie trafiają kolejne publikacje zorientowane na biografie kobiet, które dużo w życiu osiągnęły mimo przeciwności losu. „Kobiety. Badaczki, czempionki, awanturnice” to propozycja Naszej Księgarni, olbrzymia książka zawierająca portrety różnych postaci (najmniej tu, wbrew tytułowi, awanturnic, chyba że za takie uznać panie, które przeciwstawiały się konwenansom i walczyły o swoje prawa). Joanna Kończak zbiera tu potężny zestaw nazwisk. Sięga po bohaterki, bez których trudno w ogóle sobie wyobrazić podobne relacje. Marię Skłodowską-Curie, Wandę Rutkiewicz czy Fridę Kahlo. To nazwiska „obowiązkowe”. Ale kryteria doboru pozwalają tu sięgać po przedstawicielki różnych kultur (w tym kobiety walczące o swoje prawa tam, gdzie patriarchat wydaje się nie do pokonania). Żeby uświadomić odbiorczyniom, że mogą wybrać właściwie każdą życiową drogę, Kończak opisuje przedstawicielki różnych zawodów. I tak pojawiają się tu panie realizujące się w nauce (w ramach matematyki, astrofizyki, biochemii, medycyny, fizyki czy informatyki), w dziedzinach artystycznych (pisarka, balerina, aktorka, raperka czy autorka komiksów), w sporcie, w polityce, w modzie… Niektóre z realizowanych scenariuszy są nie do pomyślenia w innych warunkach – ale o to właśnie autorce chodzi, żeby pokazać ogrom możliwości i kierunków działania. Bohaterki tomu łączy jedno: nie przejmują się zakazami czy rolami narzucanymi przez społeczeństwo. Robią swoje i realizują własne pasje. Tylko tak mogą osiągnąć szczęście, to zresztą autorka próbuje małym czytelniczkom wpoić.
Jeden portret zajmuje jedną rozkładówkę. Pojawia się tu wielkoformatowy rysunek przedstawiający konkretną postać (tutaj nie ma reguły co do sposobu prezentowania bohaterki, chodzi przede wszystkim o utrwalenie jej wizerunku, oswojenie odbiorczyń z charakterystyczną postacią). Ale za sprawą wielkości obrazka można też mówić o budzeniu zainteresowania czytelniczek. W końcu tak duże ilustracje nie zdarzają się zbyt często – a jeszcze rzadziej, kiedy w grę wchodzi przedstawianie twarzy prawdziwych postaci.
Obok wizerunku znajduje się pełnostronicowa biograficzna opowieść. Autorka dba o to, żeby zamieścić w niej informacje o przełomowych dokonaniach, i o stosunku społeczeństwa do owych dokonań. Ważne, żeby pokazać czytelniczkom, że warto pokonywać przeciwności losu i nie poddawać się przy pierwszych niepowodzeniach. Z tych opowieści płynie jednoznaczna lekcja: kobiety nie muszą ograniczać swoich marzeń ani dopasowywać się do otoczenia. Jeśli chcą być szczęśliwe, muszą podążać za tym, czego pragną, nawet jeśli oznacza to wyłamywanie się ze schematów i ostracyzm. Kiedy już autorka przedstawi wybraną postać, zyskuje możliwość wspomnienia o kilku kolejnych, równie dzielnych kobietach, które miały podobne zainteresowania i również zapisały się w historii za sprawą oryginalnych lub odważnych działań. Tom „Kobiety” może oswajać odbiorczynie z wizją świata bez ograniczeń i podziałów, zachęcać je do twórczych postaw i do eksperymentów. To publikacja ładnie przygotowana, dopracowana pod względem treściowym i graficznym. Spotka się z uznaniem również dorosłych odbiorców.
Bohaterki
Nagle rynek literatury czwartej opanowują książki dotyczące odważnych, pomysłowych i twórczych kobiet, zupełnie jakby wydawnictwa zorientowały się, że bez edukacji od podstaw nie da się wychowywać dziewczynek tak, by wyrastały na niezależne i mądre kobiety. Bez względu na to, czy chodzi o podjęcie pewnej rywalizacji, wykorzystanie marketingowego fermentu czy też o faktyczne kształtowanie charakterów, na lady księgarskie trafiają kolejne publikacje zorientowane na biografie kobiet, które dużo w życiu osiągnęły mimo przeciwności losu. „Kobiety. Badaczki, czempionki, awanturnice” to propozycja Naszej Księgarni, olbrzymia książka zawierająca portrety różnych postaci (najmniej tu, wbrew tytułowi, awanturnic, chyba że za takie uznać panie, które przeciwstawiały się konwenansom i walczyły o swoje prawa). Joanna Kończak zbiera tu potężny zestaw nazwisk. Sięga po bohaterki, bez których trudno w ogóle sobie wyobrazić podobne relacje. Marię Skłodowską-Curie, Wandę Rutkiewicz czy Fridę Kahlo. To nazwiska „obowiązkowe”. Ale kryteria doboru pozwalają tu sięgać po przedstawicielki różnych kultur (w tym kobiety walczące o swoje prawa tam, gdzie patriarchat wydaje się nie do pokonania). Żeby uświadomić odbiorczyniom, że mogą wybrać właściwie każdą życiową drogę, Kończak opisuje przedstawicielki różnych zawodów. I tak pojawiają się tu panie realizujące się w nauce (w ramach matematyki, astrofizyki, biochemii, medycyny, fizyki czy informatyki), w dziedzinach artystycznych (pisarka, balerina, aktorka, raperka czy autorka komiksów), w sporcie, w polityce, w modzie… Niektóre z realizowanych scenariuszy są nie do pomyślenia w innych warunkach – ale o to właśnie autorce chodzi, żeby pokazać ogrom możliwości i kierunków działania. Bohaterki tomu łączy jedno: nie przejmują się zakazami czy rolami narzucanymi przez społeczeństwo. Robią swoje i realizują własne pasje. Tylko tak mogą osiągnąć szczęście, to zresztą autorka próbuje małym czytelniczkom wpoić.
Jeden portret zajmuje jedną rozkładówkę. Pojawia się tu wielkoformatowy rysunek przedstawiający konkretną postać (tutaj nie ma reguły co do sposobu prezentowania bohaterki, chodzi przede wszystkim o utrwalenie jej wizerunku, oswojenie odbiorczyń z charakterystyczną postacią). Ale za sprawą wielkości obrazka można też mówić o budzeniu zainteresowania czytelniczek. W końcu tak duże ilustracje nie zdarzają się zbyt często – a jeszcze rzadziej, kiedy w grę wchodzi przedstawianie twarzy prawdziwych postaci.
Obok wizerunku znajduje się pełnostronicowa biograficzna opowieść. Autorka dba o to, żeby zamieścić w niej informacje o przełomowych dokonaniach, i o stosunku społeczeństwa do owych dokonań. Ważne, żeby pokazać czytelniczkom, że warto pokonywać przeciwności losu i nie poddawać się przy pierwszych niepowodzeniach. Z tych opowieści płynie jednoznaczna lekcja: kobiety nie muszą ograniczać swoich marzeń ani dopasowywać się do otoczenia. Jeśli chcą być szczęśliwe, muszą podążać za tym, czego pragną, nawet jeśli oznacza to wyłamywanie się ze schematów i ostracyzm. Kiedy już autorka przedstawi wybraną postać, zyskuje możliwość wspomnienia o kilku kolejnych, równie dzielnych kobietach, które miały podobne zainteresowania i również zapisały się w historii za sprawą oryginalnych lub odważnych działań. Tom „Kobiety” może oswajać odbiorczynie z wizją świata bez ograniczeń i podziałów, zachęcać je do twórczych postaw i do eksperymentów. To publikacja ładnie przygotowana, dopracowana pod względem treściowym i graficznym. Spotka się z uznaniem również dorosłych odbiorców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






