* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 8 maja 2016

Kiera Cass: Syrena

Jaguar, Warszawa 2016.

Z oceanu

Kiera Cass na rynku debiutowała serią Rywalki, a teraz, kiedy zdobyła ogromną popularność i uznanie czytelniczek, może zaprezentować swoje literackie początki. „Syrena” to prawdziwy debiut poczytnej autorki – pierwsza próba wkroczenia do świata silnych uczuć i fantastyki. Cass odwołuje się tu do legend i wykorzystuje podwodne krajobrazy, żeby sportretować niezwykłe kobiece postacie. Kahlen i jej dobierane co pewien czas „siostry” zaprzeczają granicy życia i śmierci. Wszystkie mogły zginąć w odmętach oceanu, ale zostały ocalone przez Matkę Ocean, istotę wszechwładną i niemal równą Bogu (mimo to utrzymującą respekt wobec Najwyższego). Syreny zyskują przedłużenie istnienia, piękno, fantazyjne stroje i możliwość spędzania części każdego roku na lądzie – po przyjęciu określonych zasad i przestróg. W zamian mają dostarczać Matce Ocean ofiary: to one kuszą ludzi, którzy staną się posiłkiem. Są odpowiedzialne za śmierć w falach oceanu. Ten układ działa całkiem nieźle, dopóki Kahlen nie zacznie przypominać sobie swojej przeszłości – i dopóki nie pozna mężczyzny, który zawróci jej w głowie.

Oczywiście zasady wprowadzone przez Matkę Ocean i kierujące egzystencją Kahlen prowadzą do utrudnień dla szczęśliwego (pozornie niemożliwego) związku. Ale Kiera Cass długo każe czekać na wizję miłości – choćby na jej ślad. Najpierw bardzo dokładnie prezentuje rzeczywistość Kahlen (czasami – w formie rozmowy, wywiadu z Matką Ocean), skupia się na relacjach z „siostrami”, na powitaniach i pożegnaniach nowych bohaterek. Każda z syren jest inna i każda na swój sposób może zyskiwać uznanie odbiorczyń – ale nawet dogłębne poznawanie kolejnych postaci pozbawione jest smaku. Trudno się zaangażować w siostrzane relacje, skoro wszystkie bohaterki przyjmują swój los (lub się z nim nie zgadzają) bez dodatkowych rozterek. Dość długo trwa ta rozbiegówka, Kiera Cass też swobodnie operuje powieściowym czasem: przyspiesza go lub rozciąga nie po to, by skupić się na detalach, a żeby pozwolić bohaterce na streszczenie przygód w różnych miejscach na świecie. Słowem, przez długi czas w „Syrenie” jest tylko podgląd normalności baśniowych bohaterek, bez wyraźniejszych akcentów napięciowych czy prób wstrząsania odbiorcami.

W połowie tomu sytuacja się zmienia, tu dopiero Kahlen poznaje człowieka, na którym jej zależy. Obrazy naiwnej i idealizowanej miłości przenikają się teraz z motywami wyjaśnianymi żmudnie wcześniej, a romans między „gatunkami” stale rozbija się o przeszkody, jakich w zwyczajnej egzystencji być by nie mogło. Kahlen po raz pierwszy dostrzega okrucieństwo zasad wprowadzanych przez Matkę Ocean, a przyjdzie też czas, że będzie musiała dokonywać ważnych wyborów. Tak „Syrena” nabiera rumieńców – i powoli zaczyna się tu przebijać ten styl, który odbiorczynie zdążyły już pokochać przez bestsellerową serię.

Dla Kiery Cass i tym razem poza warstwą uczuć liczy się swoiście pojmowana polityka, tutaj jako zestaw obowiązków i możliwości do wykorzystania. Autorka jest dobra wymyślaniu utrudnień na drodze do szczęścia, wie też, jak podgrzewać atmosferę. Potrafi pokazywać rodzącą się miłość w czynach wybranka i w przemyśleniach Kahlen niemal równocześnie. Znów zatem włącza swoje odbiorczynie do kibicowania postaciom. W warstwie narracji stawia na rozbudowane i precyzyjne opisy, świat syren prezentuje dokładnie, by nie pozostawiać wątpliwości co do rządzących nim reguł. Stąd w końcu bierze się większość problemów i poszukiwań. „Syrena” to książka o jeszcze chwiejnej kompozycji, ale już z urokiem, który później przenika do historii Ami. Tą książką Kiera Cass nie zwróciłaby na siebie uwagi świata – teraz może ją zaprezentować jako twórczą ciekawostkę w oczekiwaniu na dalsze tomy z serii Rywalki. Co ważne: „Syrena” jest inna od bestsellerowego cyklu pod każdym względem, ale i w tej powieści zwraca się uwagę na niezwykłe kreacje postaci.

Ewa Nowak: Mecz o wszystko

Egmont, Warszawa 2016.

Sport

Jak wygląda dzień z życia prawdziwego piłkarza – sprawdziła Ewa Nowak, rozpytując znajomych sportowców. Tak powstał „Mecz o wszystko, czyli dzień z życia piłkarza”, kolejny tomik z trzeciego poziomu serii Czytam sobie, opowieść o Arturze. Ewa Nowak doskonale wie, co robi – żeby przyciągnąć dzieci do czytania, przedstawia im to, co je najbardziej zaintryguje. Prezentuje „tajemnice” najbardziej podziwianych – i przepis na sportową karierę, przez co oddala myśl o żmudnym ćwiczeniu czytania. W końcu „Mecz o wszystko” to nie zadanie domowe, a uzupełnienie treningu, przyjemne sportowe emocje i ciekawostki z życia wzięte.

Artur prowadzi wszystkich na trening i wyjaśnia, że zawodnicy muszą szczególnie ćwiczyć te elementy gry, w których są najsłabsi. Ewa Nowak często przypomina, że futbol to gra zespołowa, więc braki w wyszkoleniu jednego piłkarza odbiją się negatywnie na całej drużynie – mogą sprawić nawet, że zawodnicy przegrają mecz. Pisze Nowak o strategii przygotowywanej przez trenera i o tym, jak ważna jest odpowiednia dieta. Przypomina o treningu psychologicznym. Ale to wszystko, choć stanowi codzienne przygotowania, traci na znaczeniu przed meczem. Artur każdy mecz traktuje jak mecz o wszystko, tylko tak może grać z pełnym zaangażowaniem. Nowak relacjonuje mecz (obfitujący w gole i w widowiskowe akcje). Takiej lekturze nie można się oprzeć, zwłaszcza jeśli jest się kibicem. Ewa Nowak nie tylko dostarcza przyjemności w śledzeniu historii – zapewnia również szereg ciekawych danych.

To tomik z trzeciego poziomu serii, więc zawiera już pełne rozdziały i nie jest picture bookiem. Objętościowo jest niewielki, żeby nie zniechęcić dzieci. Uczy natomiast korzystania z przypisów: wiele słówek, tutaj z dziedziny piłki nożnej, chociaż nie tylko, opatrzonych jest gwiazdką i wytłumaczonych na końcu książki. Wprawdzie część dzieci podstawowe pojęcia z gry już zna, ale nie zaszkodzi ich dodatkowe omówienie (bez rozbijania spójnej narracji), poszerza się w ten sposób krąg odbiorców. Historia Artura nie jest przeznaczona wyłącznie dla chłopców: córka bohatera chce w przyszłości zostać sportowcem. „Mecz o wszystko” też może do tego zachęcić.

Ta książka, choć niewielka, wyjaśnia całkiem sporo aspektów życia piłkarza. Maluchy dowiedzą się między innymi, w czym pomaga prysznic po meczu, dlaczego najdrobniejsze urazy trzeba zgłaszać lekarzowi drużyny i jak wygląda posiłek piłkarza. Odnosi się do kwestii psychologicznych i fizycznych przygotowań do meczu. Pojawiają się tu tematy, na które odbiorcy samodzielnie raczej by nie wpadli. Artur zamienia się więc w przewodnika po swoim zawodzie. „Mecz o wszystko” sprawdza się jako publikacja edukacyjna, ale i rozrywkowa. I chociaż jej nadrzędy cel to dostarczenie czytanki do ćwiczenia nowej umiejętności – sięgać po nią można i dla atrakcyjnej opowieści i zestawu wiadomości. Piłkarz Artur wpisuje się w ciągłą modę na piłkę nożną, więc Nowak stworzyła kolejną publikację uniwersalną.

„Mecz o wszystko” pokazuje, że nawet cele edukacyjne realizować można w przystępny i przyjemny dla dzieci sposób. Ewa Nowak myśli o swoich czytelnikach i chce umilać im czas z książką, łatwiej więc będzie jej trafić do kilkulatków. Tę publikację zilustrowała Joanna Rusinek – jak zwykle mistrzowsko, kadry z boiska czy szatni są tu utrzymane w komiksowym duchu i uprzyjemniają śledzenie tekstu, a do tego są też dyskretne – nie kojarzą się z książkami „dla dzidziusiów”. Mecz o wszystko” to książeczka starannie przygotowana i warta polecania nie tylko dzieciom, które wolny czas chciałyby wciąż spędzać na boiskach.

sobota, 7 maja 2016

Andrzej Strzelecki: Człowiek z parawanem

Iskry, Warszawa 2016.

Teatr i życie

Andrzej Strzelecki rozsmakował się w autobiograficznym pisaniu – i dobrze, bo wśród refleksji nad zmieniającymi się czasami oraz dylematów, z jakimi mierzą się dzisiaj aktorzy, przypomina mu się sporo atrakcyjnych anegdot z życia zawodowego i prywatnego. „Człowiek z parawanem” to tom wspomnień z perspektywy najpierw studenta, a potem rektora szkoły teatralnej. Poprzednio autor pisał o dość elitarnym hobby, traktując je jako punkt wyjścia dla rozmaitych opowiastek zawodowych. Teraz to teatr zatrzymuje uwagę czytelników – a że jest to najczęściej teatr od kulis, tym chętniej będzie się po memuary Strzeleckiego sięgać. Autor opowiada o co ciekawszych wyjazdach, spotkaniach i scenkach, które składają się na niezwykłe doświadczenia. Przedstawia sytuacje niezapomniane, prywatne i przefiltrowane przez własną wrażliwość – nie ma w tych zapiskach natrętnej promocji czy przebojowości. Udaje się Strzeleckiemu odrzucić ton przechwałek i pozostać narratorem skromnym i wrażliwym. To niekoniecznie harmonizuje z zawodem aktora, zapewnia więc lekturę, raczej wolną od banału. Andrzej Strzelecki powraca do sylwetek przyjaciół (i portretuje znajomych w celnie puentowanych miniopowiastkach), nie pomija studentów czy wielkich sław. Bardzo udanie przedstawia syna Antka, z jego literacką wrażliwością i abstrakcyjnym poczuciem humoru.

Tym razem Andrzej Strzelecki to przede wszystkim organizator. Oddala się od rutyny dzięki rozmaitym wyjazdom, spotkaniom czy życiowym zmianom – w „Człowieku z parawanem” sceneria często się zmienia. Niekiedy tylko dla drobiazgu, zarejestrowania celnej riposty lub wartego utrwalenia bon-motu. Strzelecki ubarwia swoje pisanie także przez wprowadzane dialogi, niekiedy – z samym sobą. Zamienia się wówczas w dziennikarza i znajduje specyficzną motywację dla wywodów, pyta siebie o to, co chciałby wyznać – i z czystym sumieniem może wyjawiać swoje przekonania. Czasami też wykorzystuje dialogi do wprowadzania znanych postaci, przez wtrącenie imienia znamienitego rozmówcy może podkreślić zażyłość z nim. Próbuje zatem różnych form w pisaniu. Poza wszystkim zapisy rozmów przekazywanych bezpośrednio przydają się w akcentowaniu puent. Andrzej Strzelecki dobrze wie, co robić. Jego memuary nie przypominają poppublikacji – przygotowywanych na szybko i dla masowej publiczności. Znacznie bliżej im do wspomnień satyryków, którzy wreszcie nie muszą zgrywać wesołków. Są dokładne, wręcz drobiazgowe. Autor tutaj chce się wykazywać wysoką kulturą literacką, bardzo dba o słowa i o sposób przedstawiania wiadomości. Czasem zapędza się w rozbudowane refleksje i poglądy – to wtedy najczęściej sięga po literacką formę, nie może bowiem dodatkowo banalizować przemyśleń niestarannością czy pośpiechem. A ponieważ sam nadaje ton książce, pozwala sobie na zmiany tempa narracji czy minifilozofowanie – wie, że poważniejsze tony przydają się w przejściach od anegdoty do anegdoty. Takimi autorskimi wyborami Strzelecki jeszcze zagęszcza narrację.

Bardziej koncentruje się tutaj na teatrze i Akademii Teatralnej (plus na kilku podróżach) niż na czymkolwiek innym. Dostrzega zjawiska warte skomentowania, a niekiedy nawet powraca do roli satyryka – gdy musi skrytykować określoną sytuację. Jest w tej książce zupełnie inny niż w pierwszym tomie wspomnień, ale nie mniej przez to atrakcyjny. Niespieszny cykl refleksji miesza się z wyrazistymi dowcipami z życia – a wszystko razem zapewnia czytelnikom uzupełnienie teatralnej biografii Andrzeja Strzeleckiego. W „Człowieku z parawanem” normalność ustępuje swoistej odświętności, parę razy autor wylewa żale z różnych zresztą powodów – ale o wiele częściej będzie rozśmieszać. Nie chodzi mu przy tym o uzyskanie banalnej żartobliwej papki – „Człowiek z parawanem” to memuary w dawnym stylu.

Grzegorz Kasdepke, Ryszard Petru: Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela. 50 opowiastek z ekonomią w tle (plus jedna)

NCK, Zysk i S-ka, Poznań 2016.

Tajemnice pieniądza

Przedziwnie łączy ta publikacja edukację z absurdem. „Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to mała lekcja ekonomii dla dzieci – sposób na oswojenie małych odbiorców z pojęciami stale powracającymi u dorosłych. Nie wiadomo tak naprawdę, czy Grzegorz Kasdepke chce tu zafascynować maluchy bogatą galerią stworów, czy puszcza oko do dorosłych (którym, na przykład, spodobać się może ucieczka przed kąsającym fiskusem). Opowiadania są tu bardzo krótkie, właściwie to raczej oparte na dialogach scenki z tworzonego właśnie zoo dla istot pokrewnych zaskórniakom. Kasdepke posługuje się jednym chwytem: bierze pod lupę słowo związane z finansami a prawdopodobnie nieznane dzieciom, przypisuje mu rolę konkretnego stwora z zestawu osobliwości i próbuje dookreślić przez zachowania, stany i odpowiednie przymiotniki. Dla dzieci to skojarzenia zupełnie abstrakcyjne: emerytura jest tak mizerna, że wzbudza litość (i raczej nikogo nie utrzyma), recesja może wszystko spowolnić, a fuchy zamieszkują na uboczu. Źródło komizmu odkryją wyłącznie dorośli, dla maluchów to raczej próba szybkich prezentacji dziwnych mieszkańców zoo. Kasdepke nie kłopocze się wyjaśnianiem definicji, po prostu buduje scenki z kilkoma bohaterami, którzy zachowują się w niezbyt racjonalny sposób i tryskają emocjami z niewiadomych powodów.

Po każdej scenie wprowadzającej nieznane słowo pojawia się jednak komentarz: Ryszard Petru w przystępny dla małych odbiorców sposób tłumaczy, czym naprawdę są konta, akcyzy, podatki, polisy, monopol czy dywidenda – a ponieważ w tomiku znalazło się aż pięćdziesiąt opowiastek, sporo pojęć zyska proste wyjaśnienie. Petru stara się od razu przełożyć zjawisko na sytuację zrozumiałą dla dzieci. Kiedy już najmłodsi przyswoją sobie te uproszczone definicje (w których część informacji do zapamiętania jest graficznie wyróżniona), mogą jeszcze raz wrócić do scenek z zoo i przejrzeć je tym razem ze świadomością, czym naprawdę są wprowadzane dziwadła – i dlaczego zyskują takie a nie inne portrety w bajkowej wersji. Kasdepke ma być tym, który wzbudza ciekawość i dostarcza pojęć (niekiedy już znanych z telewizji czy internetu), Petru wyjaśnia, Kasdepke – w drugim rzucie – rozbawia. Trzecim twórcą w „Zaskórniakach” jest Daniel de Latour, ilustrator. On przyjmuje wyobraźniowe podpowiedzi, które przynosi Kasdepke: rysuje marże, debety i hipoteki w postaci kolorowych i oryginalnych stworów. Dodaje im jeszcze pana Rysia, dozorcę, biletera i praktykantkę – czyli ludzi próbujących zapanować nad menażerią. Tworzy na kartkach kolorowy chaos, sprawia, że humor abstrakcyjny zyskuje realne kształty. Rozśmiesza przez dowcipy sytuacyjne, bawi i dzieci, i dorosłych bez trudu. Traktuje temat jako prawdziwe rysunkowe wyzwanie. Ilustracje są tu bardzo dynamiczne i bardzo kolorowe – w niczym nie kojarzą się z publikacjami edukacyjnymi.

„Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to książka potężna, gruba i ciężka, porządnie wydana, ale cenna również ze względu na zgromadzoną tu wiedzę. Kto chce zrozumieć podstawowe pojęcia ekonomiczne, ten do tej publikacji zajrzeć musi – co ważne, historyjki czasem przydadzą się i dorosłym, którzy nie potrafią wytłumaczyć pociechom zawiłości finansowych. Groźnie brzmiące terminy i dzikie potwory dały się tu oswoić i zasilą szeregi ulubionych literackich stworzeń. Takie sposoby zapoznawania najmłodszych z dorosłymi sprawami zawsze zasługują na uwagę.

piątek, 6 maja 2016

Agata Kołakowska: Niewypowiedziane słowa

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Krzyżówka

Agata Kołakowska od mięsistych obyczajówek stopniowo przechodzi w stronę ukazywania procesów istoty międzyludzkich kryzysów czy związków. W „Niewypowiedzianych słowach” posługuje się prostymi przeciwieństwami, żeby zobrazować kryzys u dwóch par. W małżeństwie Andrzeja i Łucji pojawia się rutyna i zmęczenie wzajemnym niezrozumieniem. Andrzej pracuje jako farmaceuta w firmie teścia, Łucja jest okulistką. W życiu prywatnym wszystko ich dzieli – nie mogą znaleźć hobby, które dałoby płaszczyznę wspólnych rozmów. Z kolei Hanna i Mariusz jeszcze się nie pobrali, a też przechodzą podobne kryzysy. Mariusz to muzyk, lecz Hanna nie rozumie jego artystycznych pasji. Agata Kołakowska najpierw wprowadza związkowe antynomie, potem – pozwala dostrzec krzyżowanie się pasji między obcymi sobie ludźmi, wreszcie doprowadza do spotkań Hanny z Andrzejem a Mariusza z Łucją. Teraz wszyscy mogą odnaleźć swoje miejsce – gdyby tylko zapomnieli o swoich stałych partnerach.

„Niewypowiedziane słowa” to przyspieszony sprawdzian lojalności oraz test na zauroczenia. Najłatwiej ulegać pokusom w chwili zwątpienia w sens dotychczasowych wyborów. Autorka postarała się o to, by jej bohaterowie zostali emocjonalnie pokaleczeni przez najbliższych. Starsze pokolenie bywa albo zbyt wymagające, albo – chce ingerować w cudze sprawy. Jedni rodzice szukają w córce zastępstwa po pierwszym, zmarłym, dziecku, inni nalegają na szybki ślub. Jedni są nadopiekuńczy, inni do przesady surowi. Także to może wpływać na życiowe decyzje i postawy. Kołakowska portretuje swoich bohaterów także w odniesieniu do ich zarobkowych zajęć, definiuje ich w zawodowym otoczeniu – ale zawsze tu pozostawia atmosferę obojętności (lub neutralności), jakby wszystkie uczucia zatrzymywała do relacji między małżonkami i między potencjalnymi kochankami. Stawia tylko pytanie o decyzję – czy ktoś odważy się zmienić zastaną sytuację i zawalczyć o szczęście w romansie, być może umożliwiając reszcie taki sam krok. Nie musi przejmować się tematami przeznaczenia czy zrozumienia – to załatwia się samo, jako efekt dychotomicznych podziałów.

Obojętność wobec postaci widoczna jest nie tylko w zaprezentowanej krzyżówce zainteresowań i marzeń. Agata Kołakowska całe rozdziały buduje z migawek nieszczęśliwych par – i również nie angażuje się w kontakty bohaterów. Beznamiętnie relacjonuje kolejne scenki, powody rozczarowań lub zmartwień. Przez długi czas obrazuje zwyczajność pewną wypowiedzianych i przemilczanych pretensji, sytuacje, które mają odbiorców utwierdzić w przekonaniu, że w obu związkach dzieje się źle. Właściwie jedyne warte wzmianki i barwne kwestie to te płynące z otoczenia, pracy i rodzin. Na partnera żadne z czworga bohaterów liczyć nie może. To wzmocni późniejszą metamorfozę, gdy postacie odkryją, że gdzie indziej byłoby im lepiej – ale też nie zapewnia więzi czytelników z bohaterami, oddala poczucie wspólnoty, a pozostawia niemal wyłącznie gorycz podbarwianą pretensjami. Rozdziały powstają z rutyny lub z ekscytacji nowością, a mimo to nie pozwalają wniknąć w głąb relacji przez autorkę kreowanych.

„Niewypowiedziane słowa” w warstwie tekstowej wydają się prostym czytadłem niezbyt angażującym w fabułę. To stałe rozmowy, nie ma potrzeby ich analizowania, bo wszystko zostaje powiedziane albo w dyskusjach, albo w bezpośrednich reakcjach na nie. Agata Kołakowska przypomina, jak kruche jest czasem szczęście uzależnione od drugiej osoby – i że trzeba walczyć o związek. Bierze się za pouczanie odbiorczyń w obyczajówce, która do pewnego momentu biegnie utartym torem i z rozmaitymi uproszczeniami, ale czasem czerpie też z powieści psychologicznej, przynajmniej na tyle, żeby ożywić stereotypy.

Beata Sokołowska: Alkaliczny detoks

Muza SA, Warszawa 2016.

Oczyszczanie

Moda na oczyszczające głodówki pojawiła się kilka lat temu i co pewien czas powraca do świadomości (zwłaszcza kobiet). Społeczeństwo, które chce być piękne, szczupłe, zdrowe i wiecznie młode zawsze szukać będzie sposobu na osiągnięcie wszystkich tych celów. Beata Sokołowska uważa, że alkaliczny detoks to najlepsza i skuteczna metoda. W poprzedniej książce opisała już możliwości przestawienia się na zdrowy tryb życia, teraz, w tomie „Alkaliczny detoks” skupia się na dobroczynnym wpływie oczyszczających postów i przekonuje, że tego typu kuracje warto przeprowadzać co najmniej raz w roku. W dodatku nie wystarczy podjęcie głodówki – są różne rodzaje detoksów i każdy pozwala uzyskać inny efekt. Poza tymi najbardziej znanymi istnieje na przykład detoks pozwalający na pozbycie się pasożytów. O wszystkim tym Sokołowska pisze.

Organizm potrzebuje od czasu do czasu detoksu i autorka przywołuje sygnały o tym świadczące. Przy okazji przypomina o zasadach zdrowego odżywiania się, tłumaczy, jak działa wątroba czy nerki, wyjaśnia korzyści płynące z picia wody (ale nie wody zwyczajnej, tylko alkalicznej). Wyznacza też etapy przygotowywania się do detoksu alkalicznego – do głodówki nie wolno przystępować z marszu, trzeba poświęcić trochę czasu na zmiany. A że Beata Sokołowska nie tylko teoretyzuje – podpowiada nawet, jak nie zniweczyć tych przygotowań, jeśli trzeba będzie z jakiegoś powodu detoks przerwać. Środkową część tomu zajmuje zestaw przepisów kulinarnych (współtworzonych przez Edytę Skorupską) – dla tych, którzy chcą przejść na dietę zachwalaną przez autorkę. Sokołowska proponuje nawet jadłospisy (z odnośnikami do konkretnych potraw – ułatwia zatem odbiorczyniom przestawienie się na nową kuchnię).

Szczegółowo wyjaśnia autorka, jak działa organizm – i jaki wpływ na jego pracę ma alkaliczny detoks, jak się do diety przygotować (także od strony psychicznej, a nawet duchowej), wprowadza też listę herbatek ziołowych i przypraw wspomagających kurację. Jedno natomiast spycha na dalszy plan – nie ukrywa, ale rozwadnia w tekście – przykre dolegliwości podczas detoksu. Wiadomo (i to też powszechnie), że odtruwanie organizmu wiąże się z nieprzyjemnościami – bólami głowy, wymiotami, osłabieniem czy rozkojarzeniem. Autorka każe się przygotować na „kryzys” (tak, by trzeci i czwarty dzień detoksu wypadały w dni wolne od pracy), nie pozwala też podjąć głodówki osobom, które ciężko pracują fizycznie lub umysłowo, albo wykonują zadania bardzo precyzyjne. Nie chce jednak zagłębiać się w szczegóły owego kryzysu, żeby uniknąć odstraszania odbiorców. Podkreśla zatem pozytywne skutki i elementy zachęcające do detoksu, reklamuje ten sposób na oczyszczenie organizmu i przywrócenie równowagi.

„Alkaliczny detoks” jako taki jest poradnikiem dla zdecydowanych – mimo że Beata Sokołowska nie szczędzi wysiłków, by to grono powiększyć. Pełno jest w nim jednak, wzorem reklam prasowych i zachodnich publikacji motywacyjnych, wypowiedzi (anonimowych) zachwyconych fanek i fanów detoksu. Każdy po kolei pisze to samo (choć różnymi słowami) – że stracił na wadze, że lepiej się czuje, że ma więcej energii, gładszą skórę i niższe ciśnienie. Wszyscy zgodnie minimalizują opowiadanie o kryzysach – i równie zgodnie zapewniają, że detoks będą regularnie powtarzać. Niby to komentarze z bloga autorki (i zapełniacze objętości), ale wydają się trochę zbyt nachalne, przynajmniej w tej ilości i z taką retoryką. Książka mogłaby się bez nich spokojnie obejść – chyba że autorka próbuje jeszcze taką drogą pozyskać czytelników.


10. urodziny taniaksiazka.pl

czwartek, 5 maja 2016

Joshua Wolf Shenk: Siła duetów

PWN, Warszawa 2016.

Zwierciadła

Joshua Wolf Shenk stara się przekonać czytelników, że o sukcesie i sławie decydują nie tyle artystyczne talenty co… towarzystwo. Sięga do świata muzyki, nauki czy literatury, by w biografiach uznanych twórców dostrzec motywy wzajemnych inspiracji i kreatywnej współpracy. Duety mają według niego największą szansę przebić się na rynku i możliwość długofalowego działania. Trudno nawet powiedzieć, czy podstawowym katalizatorem jest tu rywalizacja, czy pozytywne inspiracje. Nie ma jednej recepty na udaną współpracę, a autor takiej też nie szuka. Interesują go za to mechanizmy współdziałania, wzorce powtarzane w wielu biografiach, a dotąd spychane na margines.

W „Sile duetów” Joshua Wolf Shenk sprawdza zasadę wpływania na siebie twórczych osobowości. Najchętniej powraca do sytuacji Johna Lennona i Paula McCartneya, indywidualistów, którzy wzajemnie się uzupełniali i przyciągali jako absolutne przeciwieństwa. Ten duet często służy autorowi do wyciągania wniosków z artystycznych poszukiwań. W przypadku Marii Skłodowskiej i Piotra Curie autor akcentuje wzajemną „przydatność”, u Hitchcocka i jego żony – walkę o władzę. Mimo chęci wydestylowania przepisu na udany duet – owocujący odkryciami lub osiągnięciami artystycznymi – Joshua Wolf Shenk wciąż przeprowadza tylko analizy przykładów, nie da rady uniwersalizować spostrzeżeń, może jedynie szukać kolejnych dowodów – nowych duetów – i podpowiadać ścieżki działania. Nie stworzy wyraźnej reguły dającej się stosować w różnych okolicznościach. W ten sposób, chociaż na czynniki pierwsze rozbiera fenomen duetów, nie podpowie, jak z podobnej relacji czerpać natchnienie. Musi dojść do zderzenia silnych osobowości twórczych, musi zaiskrzyć między „wizjonerami”: to jednak za mało, by móc wcielać w życie odkrycia z „Siły duetów” i Shenk o tym wie.

Dlatego też bardziej niż wskazówki dla odbiorców interesują go kolejne etapy elektryzujących spotkań oraz składniki rozmaitych relacji. Sprawdza zatem, gdzie znaleźć odpowiedniego partnera do tworzenia (czyli – jak to się udało słynnym w historii „parom”), jak budują się więzi i przełomy, a nawet – jak partnerstwo i porozumienie objawia się w prywatnym języku duetów. Przypisuje przedstawicielom artystycznych tandemów określone role – powracając do tematu uzupełniających się przeciwieństw – a do tego przekonuje się, jak partnerzy reagują na uwagi i poprawki drugiej strony. Do odniesienia sukcesu potrzebna jest ciężka praca, rzadko na początku przynosząca wymierne korzyści – w duecie łatwiej o informację zwrotną, ale żeby zrobić z niej użytek, trzeba zaufania do partnera. Nic dziwnego, że w biografiach twórców czy uczonych motyw duetów powraca dosyć rzadko – czasami trzeba zagłębiać się w detale (jak w przypadku Tolkiena i C. S. Lewisa), żeby poznać ideę współpracy.

Joshua Wolf Shenk porządkuje swój tom z uwagi na etapy wspólnego działania, nie na konkretne duety. Etapy – więc i rozdziały – szereguje chronologicznie, ale nie konstruuje jednego schematu działania. Raczej przywołuje sygnały dostrzeżone u różnych duetów, czasem wręcz wykluczające się. Porusza się w kręgu wybranych wzajemnie inspirujących się twórców, odrzuca w tomie biografizowanie na rzecz prób wyłuskania przydatnych podpowiedzi. Jednocześnie może też zwrócić uwagę na aspekty pomijane w skrótowych życiorysach artystów. Co najważniejsze – Joshua Wolf Shenk przypomina, że można inspirację znaleźć w relacjach drugiej osoby, zachęca do poszukiwania ludzkiego zwierciadła i wskazuje, że sukces czasem jest efektem pracy różnych ludzi. „Siła duetów” to tom oryginalny.