* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agata Kołakowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agata Kołakowska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2016

Agata Kołakowska: Igraszki z losem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Fortuna

W orbicie Leszka Pokory pojawiają się kolejne panie: w różnym wieku i z różnym bagażem doświadczeń. Sam Leszek jest dla nich bezpłciowy: to stary kawaler podporządkowany matce i uwięziony w rutynie codzienności. Leszek wciąż jeszcze przeżywa dawną miłość i nie daje się wmanewrować w żaden związek. Wszystkie kobiety traktuje jak klientki – prowadzi przecież sklep z pieczywem i stąd je zna. Wie, która chciałaby się realizować zawodowo, ale tłamszona jest przez męża i dorosłą córkę, wie, która marzy o miłości rodem z ulubionych komedii romantycznych, a której do szczęścia brakuje tylko większego zaangażowania ze strony męża. Leszek jest znakomitym obserwatorem, a swoim znajomym życzy jak najlepiej. I tu Agata Kołakowska sięga po motyw z ostrzeżenia „uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić” i próbuj udowodnić, że ludzie byliby złymi demiurgami, nawet przy dobrych intencjach. Mimo życzliwości Leszka kolejne uśmiechy losu zamieniają życie zaprzyjaźnionych kobiet w koszmar. Wystarczy pokazać im nowe możliwości, pozwolić dotknąć marzeń, by następne porażki uderzyły mocniej niż zazwyczaj. Od niepowodzenia przy realizacji celu gorsze są przecież powroty do tego, co znane i dawniej motywujące do zmiany.

Agata Kołakowska coraz bardziej skręca w stronę powieści psychologicznej. Ułatwia sobie zadanie pocięciem fabuły na kilka życiorysów. Bohaterki są tu podobne do siebie w zmęczeniu i stagnacji, a przecież każda doświadcza czegoś innego. Żeby historia nie brzmiała bardzo konwencjonalnie (pod względem formy, ale i doboru faktów), autorka zaczyna wprowadzać sugestię wątku bajkowego: Leszek dowiaduje się od Cyganki, że ma niezwykłą moc i może wpływać na losy ludzi. Testuje ten dar, a sytuacja po prostu musi wymknąć się spod kontroli. I tak przez dość długi czas zupełnie nie wiadomo, czy Kołakowska wybrała nowy (dla siebie) gatunek, czy eksperymentami rozsadzi formę, czy tylko gra z czytelniczkami. W każdym razie możliwość kształtowania losu bardzo się tu przydaje samej historii – ożywia ją i przechwytuje uwagę odbiorczyń. Pomysł się sprawdził, bez zastrzeżeń. Wprawdzie konieczność zintensyfikowania doznań kolejnych bohaterek siłą rzeczy wygląda sztucznie – ale autorka nadrabia to zaangażowaniem w akcję. Nie wykorzystuje oczywistości: Leszek to nie stereotyp wiecznego synka mamusi, sam też przechodzi życiową lekcję i dowiaduje się, na czym polega walka o marzenia – za to w sferze przyjaźni pozostaje mistrzem, zawsze można na niego liczyć i to w konkretnym wymiarze.

W powieści „Igraszki z losem” Kołakowska pokazuje, na jak wiele sposobów da się zrujnować sobie – lub innym – życie. Wystarczy ignorować podszepty intuicji, skusić się na to, co wygodne i łatwo dostępne. Tutaj bohaterki nie mają już wyjścia – powinny samodzielnie pokierować egzystencją i spalić za sobą mosty. Takie decyzje wymagają odwagi i wiążą się z cierpieniem, ale alternatywą jest wegetacja w zakłamaniu i braku szacunku do siebie. Agata Kołakowska swoją książką daje czytelniczkom impuls do zmian. Porusza, przede wszystkim dlatego, że przedstawia w tej powieści sytuacje znane wielu czytelniczkom. Nie upiększa szarości, nie pozostawia wygodnych wymówek. Trochę usiłuje tą historią wytknąć potrzebę zmian na lepsze. Nie skłania się ku bezpiecznym narracjom z obyczajówek. Z drugiej strony, ponieważ woli dzianie się niż rozpatrywanie przemyśleń bohaterek, sprawia wrażenie, jakby była zbyt daleko, żeby bohaterki „Igraszek z losem” zrozumieć. To wszystko składa się na powieść z otoczką psychologiczną, rodzaj książkowego serialu. „Igraszki z losem” to historia o tym, że do realizowania marzeń potrzebna jest wytrwałość – i obecność bratniej duszy. Ta powieść może pozostawić ślad.


piątek, 6 maja 2016

Agata Kołakowska: Niewypowiedziane słowa

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Krzyżówka

Agata Kołakowska od mięsistych obyczajówek stopniowo przechodzi w stronę ukazywania procesów istoty międzyludzkich kryzysów czy związków. W „Niewypowiedzianych słowach” posługuje się prostymi przeciwieństwami, żeby zobrazować kryzys u dwóch par. W małżeństwie Andrzeja i Łucji pojawia się rutyna i zmęczenie wzajemnym niezrozumieniem. Andrzej pracuje jako farmaceuta w firmie teścia, Łucja jest okulistką. W życiu prywatnym wszystko ich dzieli – nie mogą znaleźć hobby, które dałoby płaszczyznę wspólnych rozmów. Z kolei Hanna i Mariusz jeszcze się nie pobrali, a też przechodzą podobne kryzysy. Mariusz to muzyk, lecz Hanna nie rozumie jego artystycznych pasji. Agata Kołakowska najpierw wprowadza związkowe antynomie, potem – pozwala dostrzec krzyżowanie się pasji między obcymi sobie ludźmi, wreszcie doprowadza do spotkań Hanny z Andrzejem a Mariusza z Łucją. Teraz wszyscy mogą odnaleźć swoje miejsce – gdyby tylko zapomnieli o swoich stałych partnerach.

„Niewypowiedziane słowa” to przyspieszony sprawdzian lojalności oraz test na zauroczenia. Najłatwiej ulegać pokusom w chwili zwątpienia w sens dotychczasowych wyborów. Autorka postarała się o to, by jej bohaterowie zostali emocjonalnie pokaleczeni przez najbliższych. Starsze pokolenie bywa albo zbyt wymagające, albo – chce ingerować w cudze sprawy. Jedni rodzice szukają w córce zastępstwa po pierwszym, zmarłym, dziecku, inni nalegają na szybki ślub. Jedni są nadopiekuńczy, inni do przesady surowi. Także to może wpływać na życiowe decyzje i postawy. Kołakowska portretuje swoich bohaterów także w odniesieniu do ich zarobkowych zajęć, definiuje ich w zawodowym otoczeniu – ale zawsze tu pozostawia atmosferę obojętności (lub neutralności), jakby wszystkie uczucia zatrzymywała do relacji między małżonkami i między potencjalnymi kochankami. Stawia tylko pytanie o decyzję – czy ktoś odważy się zmienić zastaną sytuację i zawalczyć o szczęście w romansie, być może umożliwiając reszcie taki sam krok. Nie musi przejmować się tematami przeznaczenia czy zrozumienia – to załatwia się samo, jako efekt dychotomicznych podziałów.

Obojętność wobec postaci widoczna jest nie tylko w zaprezentowanej krzyżówce zainteresowań i marzeń. Agata Kołakowska całe rozdziały buduje z migawek nieszczęśliwych par – i również nie angażuje się w kontakty bohaterów. Beznamiętnie relacjonuje kolejne scenki, powody rozczarowań lub zmartwień. Przez długi czas obrazuje zwyczajność pewną wypowiedzianych i przemilczanych pretensji, sytuacje, które mają odbiorców utwierdzić w przekonaniu, że w obu związkach dzieje się źle. Właściwie jedyne warte wzmianki i barwne kwestie to te płynące z otoczenia, pracy i rodzin. Na partnera żadne z czworga bohaterów liczyć nie może. To wzmocni późniejszą metamorfozę, gdy postacie odkryją, że gdzie indziej byłoby im lepiej – ale też nie zapewnia więzi czytelników z bohaterami, oddala poczucie wspólnoty, a pozostawia niemal wyłącznie gorycz podbarwianą pretensjami. Rozdziały powstają z rutyny lub z ekscytacji nowością, a mimo to nie pozwalają wniknąć w głąb relacji przez autorkę kreowanych.

„Niewypowiedziane słowa” w warstwie tekstowej wydają się prostym czytadłem niezbyt angażującym w fabułę. To stałe rozmowy, nie ma potrzeby ich analizowania, bo wszystko zostaje powiedziane albo w dyskusjach, albo w bezpośrednich reakcjach na nie. Agata Kołakowska przypomina, jak kruche jest czasem szczęście uzależnione od drugiej osoby – i że trzeba walczyć o związek. Bierze się za pouczanie odbiorczyń w obyczajówce, która do pewnego momentu biegnie utartym torem i z rozmaitymi uproszczeniami, ale czasem czerpie też z powieści psychologicznej, przynajmniej na tyle, żeby ożywić stereotypy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Agata Kołakowska: We dnie, w nocy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Trauma

Kilkanaście lat temu społeczeństwem wstrząsnęła wiadomość o istnieniu pigułki gwałtu. Pojawił się szereg przestróg dla imprezujących dziewczyn, pojawiło się też nieznane wcześniej zagrożenie. Do tego motywu odnosi się Agata Kołakowska w swojej kolejnej powieści, „We dnie, w nocy”. Przedstawia czytelnikom koleje losu dwóch postaci, Anny i Piotra. Anna jest wycofaną żoną i matką. Nie umie znaleźć szczęścia, chociaż jej mąż to właściwie chodzący ideał, gotów jej nieba przychylić. Piotr ma żonę i dzieci, a za sobą burzliwe życie. Kołakowska cofa się do roku 1997, żeby pokazać początek traum Anny i sytuację, która zmieniła egzystencję obojga w piekło.

Siedemnastoletnia dziewczyna na czacie poznaje sympatycznego, starszego o dziesięć lat mężczyznę. Zakochuje się w nim, ale nie jest gotowa na seks, co ukochany wydaje się akceptować. Anna jest dość staroświecka i dobrze wychowana, nie ignoruje wewnętrznych obaw, odsuwa więc decyzję o współżyciu. Tyle że Piotr nie ma ochoty czekać. Kolega-diler podsuwa mu tabletkę, która rozwiąże problem uporu nastolatki. O pigułce gwałtu nikt jeszcze nie wie. I nikt nie rozumie, dlaczego Anna wraca do domu dopiero dzień po koncercie. Dziewczyna nie ma pojęcia, co się z nią stało, przypuszcza tylko, że coś złego. Ani ona, ani rodzice, nie zgłaszają sprawy na policję. Piotr wyjeżdża za granicę i od czasu do czasu wykorzystuje sprawdzony sposób na zmuszenie partnerek do uległości.

Te wydarzenia i ich konsekwencje mają ogromny wpływ na psychikę Anny. Bohaterka rezygnuje z własnych marzeń i czuje, że straciła oparcie w bliskich. Nikomu już nie może zaufać. Problem coraz bardziej się pogłębia, aż w końcu grozi destrukcją z trudem osiągniętej stabilizacji. Piotr także przeżywa to, co się stało – jednak w jego przypadku to raczej strach przed wykryciem przestępstwa. Groźba jest taka sama jak u Anny: zrujnowanie dobrego związku, a i utrata wolności. Ale Anna utraciła nawet samą siebie i dopóki będzie milczeć, trauma musi narastać.

Trzecim bohaterem „We dnie, w nocy” jest pechowy anioł. On wie, co dzieje się z ludźmi, zna ich najskrytsze lęki i grozę sytuacji. Funkcjonuje tu po to, żeby pokazać bezradność sił wyższych wobec podłości ludzi. Agata Kołakowska chce wierzyć w istnienie anielskich opiekunów, ale nie pozwala im przejąć odpowiedzialności za nieszczęścia i tragedie. W efekcie anioł Anny staje się bezsilnym obserwatorem, dodatkowym pokrzywdzonym ludzką niegodziwością. Autorka w tej powieści wybiera psychologiczny temat, nie rozwija fabuły, a koncentruje się na przeżyciach bohaterów. Zastanawia się nad psychiką ofiary, przedstawia piekło, jakie przeżyła rzeczywista Anna, pierwowzór bohaterki. Swoją książką przekonuje czytelniczki do zachowania ostrożności, ale chce też namówić je do działania w razie nieszczęścia: historia Anny staje się dramatyczna między innymi za sprawą późniejszej bierności kobiety, jej rodziców i przyjaciółki. „We dnie, w nocy” to obyczajówka odnosząca się do niełatwego tematu. Ma do odegrania ważną społeczną rolę, dla części odbiorczyń może stać się drogowskazem. U Agaty Kołakowskiej międzyludzkie relacje zostały wyostrzone tak, by uświadomić czytelniczkom konsekwencje niektórych życiowych doświadczeń. Lekcja dla Anny jest niezwykle trudna – ale też potrzebna odbiorczyniom. To powieść, która nie funkcjonuje jako rozrywkowa, ma za to znaczenie społeczne.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Agata Kołakowska: Zaciszny Zakątek

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Bez kompromisów

Agata Kołakowska zwraca uwagę na psychologiczne konstrukcje postaci. W „Zacisznym Zakątku” to właśnie motywacje poszczególnych bohaterów stają się ważniejsze od fabuły. Autorka rzuca też wyzwanie – nie pierwszy zresztą raz – optymistycznym i cukierkowym obyczajówkom. U niej tylko tytuł jest sielski, reszta to antyutopia. Równolegle w kilku sąsiadujących ze sobą domach na maleńkim ekskluzywnym osiedlu rozgrywają się wielkie małżeńskie dramaty. Kołakowska zmusza do życiowych konfrontacji kilka par i w zasadzie nie wychodzi poza obręb osiedla – przytulnego i spokojnego z nazwy.

Jedna z bohaterek straciła pracę i nie może znaleźć nowej, a frustrację pogłębia jeszcze zaciągnięty na kupno domu kredyt. Druga jest uosobieniem perfekcjonizmu – nie dopuszcza do siebie i do swoich bliskich nawet cienia słabości. Trzecia nie radzi sobie z życiem, a czwarta cierpi z powodu seksualnej oziębłości męża. Wśród mężczyzn wyróżnia się postaci zaciekłego krytyka literackiego – tu Agata Kołakowska wprowadza dość oczywisty i nawet schematyczny portret o znamionach satyry. Odpowiednio naszkicowani bohaterowie stają wobec coraz trudniejszych wyzwań – zwykłe problemy pęcznieją i prowadzą do całego szeregu katastrof, z którymi ciężko będzie się uporać bez profesjonalnego wsparcia. Kołakowska nie bawi się w subtelności – prowokuje sytuacje ekstremalne i sprawdza, jak poradzą sobie z nimi sąsiedzi. Przy okazji weryfikuje pogląd na przyjaźnie i szczęście. Próbuje też dawkować tajemnice – jeden z domów w Zacisznym Zakątku skrywa mroczny sekret, na horyzoncie pojawia się też terminarz z pesymistycznymi notatkami. Nie wszystkim nieszczęściom da się zapobiec, ale może ważna jest sama chęć działania? Mimo minorowych tonów w fabule, Agata Kołakowska nie przygnębia – angażuje za to w życiowe komplikacje postaci. Nie szuka baśniowych rozwiązań, stawia za to na prawdopodobieństwo (lub, przynajmniej, na konsekwencję w charakterologicznych wizerunkach).

Głębokie rozumienie dla postaci objawia się w fabule. Jeśli chodzi o partię narracyjną, Kołakowska poświęca jej mniej energii. Nie sili się na przekonujące opisy, a w dialogach bywa nienaturalna: zależy jej na przepływie informacji, nie na budowaniu językowego obrazu postaci. Wszyscy (łącznie z narratorem) posługują się językiem literackim łamanym przez potoczny. To w lekturze nie razi, bo Kołakowska dąży do kreślenia problemów, a nie do prawdziwości bohaterów. W „Zacisznym Zakątku” styl ma być przezroczysty, żeby nie odwracać uwagi od tego, co dla autorki istotne i warte podkreślenia. Dynamiki nadają fabule przejścia narracyjne od domu do domu – cały tom złożony jest z takich migawek.

Jest „Zaciszny Zakątek” odwróceniem modnych konwencji w literaturze kobiecej. Kołakowskiej nie kuszą wygodne tematy i proste relacje między bohaterami. Rezygnuje też z otoczki ochronnej: tu nieszczęścia mogą pojawić się w każdej chwili zamiast pozostać za powieściową rzeczywistością. Ta autorka wprost uwielbia testować wytrzymałość swoich postaci. Zmusza do konfrontacji, a odbiorczynie – do zastanowienia się nad skomplikowaną codziennością. Przy tym wszystkim zachowuje rytm obyczajówkowego czytadła, lekkiego i przyjemnego w zwyczajnej lekturze. Kołakowska wybiera silne doświadczenia, a do tego zawsze stara się dobrze poznać (i, co ważniejsze, zrozumieć) swoich bohaterów. Pozwala im popełniać błędy, ale przygląda się z życzliwością, mimo zachowanego do końca dystansu. „Zaciszny Zakątek” nie jest idylliczną gloryfikacją zwolnienia tempa życia – to zestaw dzisiejszych, ale też uniwersalnych zmartwień i problemów. Agata Kołakowska unika mówienia oczywistości i tworzenia scenariuszowych kolein, dostarcza za to czytelniczkom silnych przeżyć dzięki nastawieniu na interpersonalne kontakty.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Agata Kołakowska: Wszystko co minęło

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Życiowy przełom

Agata Kołakowska zaczyna produkować powieści obyczajowe, dalej ku uciesze jej wielbicielek. Bierze mniej oczywiste schematy i silne międzyludzkie relacje, a potem opracowuje je literacko, tworząc zgrabne historie – zawsze mocno wzruszające dla tych czytelniczek, które ślady własnych doświadczeń dostrzegą. We „Wszystkim co minęło” nie ma nieprzewidywalności, wydarzenia są przepracowane i prawdopodobne w świecie bohaterki. Narrację ułatwiają też jednoznaczne portrety psychologiczne postaci – Kołakowska dobrze wie, jakich bohaterów się od niej oczekuje i bez wahania tworzy według tej wiedzy. Tutaj nie pojawi się ani tani optymizm, ani urok nowości – autorka sprawdziłaby się przy wymyślaniu scenariuszy seriali obyczajowych, zależy jej bowiem najbardziej na konstruowaniu i utrwalaniu interpersonalnych napięć.

„Wszystko co minęło” ma dość wygodną konstrukcję. Teraźniejszość przedstawia obojętny wszechwiedzący narrator: przypatruje się on dokonaniom Justyny i jej powolnemu oraz bardzo ostrożnemu otwieraniu się na ludzi – na nowe przyjaźnie i miłość. Przeszłość rozwiązuje chwyt ze starymi pamiętnikowymi zapiskami. Justyna ma zeszyt, w którym co pewien czas notuje uwagi na temat siebie, relacji z rodzicami i siostrą oraz mężem. Każda notatka wprowadzana zostaje jako krótka retrospekcja osoby, która nie ma wątpliwości, co się stało i jakie były tego konsekwencje. Inaczej mówiąc, Justyna jako narratorka przejmuje styl narracji zewnętrznej, dokonuje zbyt trafnych czasami autoanaliz i rezygnuje z emocjonalności na rzecz chłodnego opisu. To postawa nieco sprzeczna z samą zawartością zeszytu: Justyna przedstawia w zapiskach najskrytsze tajemnice i najbardziej bolesne fakty z życia. Wiadomo, że zyskuje przez to szansę na wytłumaczenie swojej obecnej sytuacji: samotności i ucieczki przed jakimkolwiek silniejszym uczuciem. Bohaterka straciła wszystkich, których kochała, nie chce zatem kolejnych cierpień i dystansuje się od ludzi. Co ciekawe, pamiętnikarskie wynurzenia utrzymane są w czasie przeszłym, mimo że opatrywane datami sprzed lat, jakby sama Justyna pisała o zupełnie innej osobie, mimo że powinna w momencie przelewania doświadczeń na papier zdradzać więcej wzburzenia i nie wykazywać tyle zdrowego rozsądku.

Kołakowska stawia na bohaterów o jasno określonych życiowych postawach. Justyna nie chce być zależna od innych, boi się zranienia i zamyka się w sobie, przyjmując odpychającą postawę wobec znajomych. W pracy i w najbliższym otoczeniu spotyka również ludzi o wyrazistych charakterach (a i psychologicznych problemach). Zwraca uwagę na motyw wybaczania – ale bez sentymentu, który zwykle towarzyszy podobnym rodzinno-towarzyskim historiom. Tu bliskość śmierci czy chęć rozmowy nie muszą ułatwiać naprawiania relacji, a bohaterka nie szuka prostych rozwiązań. Agata Kołakowska nie przywiązuje się przesadnie do swoich postaci, co jest cenne zwłaszcza w przypadku sięgania po strzępki banalnych scenariuszy. Ta autorka lubi korzystać z szablonów w tworzeniu obyczajówek – ale traktuje je na szczęście tylko jako punkt wyjścia w wymyślaniu bardziej skomplikowanej opowieści. Konflikty z bliskimi czy lęk przed miłością to zagadnienia obecne w każdym tomie literatury rozrywkowej – ale Kołakowska dba o „życiowość” tematów i nie przesadza w demiurgicznych popisach.

Autorka jest zdecydowana, wie, czego chce i jaki efekt zamierza osiągnąć. Wprawnie charakteryzuje postacie, przy okazji prezentowania scenek z ich udziałem Zapewnia prozę pod względem stylistycznym bardzo neutralną, ufna w siłę przedstawianych uczuć. „Wszystko co minęło” to dobry przykład przerabiania życiowych dramatów na literaturę rozrywkową. Nie jest to natomiast fabuła, która zrewolucjonizuje rynek obyczajówek. Sama autorka nie zawiedzie swoich czytelniczek, chociaż czasami można się zastanawiać, co zdziałałaby w innym gatunku.

czwartek, 12 września 2013

Agata Kołakowska: Płótno

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Malowane słowa

Agata Kołakowska usilnie próbuje wygrywać się ze schematów rządzących obyczajówkami – i to z całkiem niezłym skutkiem. Owszem, zdarza jej się zahaczyć o banał, ale to cena za wybór gatunku powieści rozrywkowych, a w dodatku autorka opracowuje go zwykle bez większych zgrzytów. I nawet kiedy czytelniczkom wydaje się, że wiedzą, jak potoczą się losy bohaterów, prawda może skrywać się gdzie indziej.

W „Płótnie” Kołakowska stawia na zmysłowość i żeby uzasadnić plastyczność narracji, zaprasza do tomu malarkę. Nina to artystka, która powoli lecz konsekwentnie buduje swoją wartość. Jedne, czego jej brakuje, to uznanie w oczach ojca. Wypadek samochodowy krzyżuje jej plany: poprzecinane ścięgna w dłoni zatrzymują artystyczną karierę, a problemy przekładają się też na życie osobiste. Tak zaczyna się ta powieść – i chociaż Kołakowska parę razy sugeruje kierunek jej rozwoju, robi to tylko po to, by zwieść odbiorczynie i zaproponować rozwiązanie alternatywne a dużo mniej oczywiste. W „Płótnie” widać też, chyba po raz pierwszy w takim stężeniu, walkę między ciepłym i optymistycznym czytadłem a gorzkimi prawdami z powieści psychologicznej rodem. Dotąd ta autorka raczej bez sentymentów traktowała swoje postacie. Tu nieco ociepla atmosferę, nie pozwala na ostateczne załamanie, ale też nie koncentruje się w kwestiach interpersonalnych wyłącznie na damsko-męskich perypetiach. Obok związków idealnych i zupełnie nieudanych, obok niszczących uczuć, pojawiają się i budujące wartości: przyjaźń i nadzieja. Wokół Niny nie brakuje życzliwych ludzi (na szczególną uwagę zasługują starsi państwo, u których bohaterka wynajmuje mieszkanie, czy chora na stwardnienie rozsiane dziewczyna). Zresztą w otoczeniu tej postaci orbituje wielu o ciekawych i nieidealnych charakterach: Kołakowska tym razem nie zamknęła się na otoczenie i w miniaturce zawarła sporo trafnych obyczajowych obserwacji.

Dla dojrzalszych odbiorczyń rażące mogą być pocieszankowe prawdy o życiu, wygłaszane przez tych ciężej doświadczonych. Jasne, że w chwili załamania mogą one zyskać rangę istotnego odkrycia, czy przynajmniej wskazówki na dalszą egzystencję – ale prawienie oczywistych morałów niespecjalnie bohaterom wychodzi, jawi się jako zbyt infantylne i przewidywalne. Zamiast tkliwości i wzruszenia może autorka wywołać nimi niechęć. Niby te prawdy o życiu są na swoich miejscach i mają dobre uzasadnienie, ale… coś w nich zgrzyta. Może zbyt moralizatorski ton, a może brak odkrywczości (mimo potrzeby olśnienia). To jedyna pułapka, w którą autorka wpada.

Obok bogatej w wydarzenia akcji znalazło się tu również miejsce na zachwyty nad sztuką (i samym procesem tworzenia). Kołakowska rozwodzi się nad sensem malowania, a nawet nad powstawaniem obrazów, a czyni to bardzo przekonująco – dzięki czemu łatwiej jest uwierzyć w kreację jej bohaterki. To dobrze wpływa na całą lekturę, a także nadaje jej łagodny ton. Dzieje się tu wiele i w różnych pobocznych wątkach, a akt tworzenia pozwala na moment zwolnić i lepiej poznać świat Niny. Dawno ta autorka nie była tak blisko swojej bohaterki – nawet jeśli miał to być tylko literacki eksperyment, to okazał się udany.

„Płótno” to lektura dla czytelniczek znudzonych ogólnymi tendencjami w obyczajowych powieściach, ale i dla pań, które nie chcą wyrzekać się przyjemności płynących z historii bezpiecznych i znanych. Autorka sprawnie prowadzi odbiorczynie przez pomysłowo wykreowaną rzeczywistość i pozwala zajrzeć na chwilę do ciekawego świata. Nie przytłacza nadmiarem problemów, ale też nie przesładza niepotrzebnie historii.

sobota, 1 grudnia 2012

Agata Kołakowska: Niechciana prawda

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Rozpad związku

Agata Kołakowska mogłaby tworzyć scenariusze do tasiemcowych seriali obyczajowych – ujawnia to konstrukcja i tematyka powieści „Niechciana prawda”. Autorka chętnie operuje schematami oraz ekstremalnie silnymi emocjami, a do tego stawia na dialogi i przede wszystkim z nich konstruuje akcję. W „Niechcianej prawdzie” dochodzi jeszcze minorowy ton – Kołakowska skłóca swoich bohaterów i odsuwa od nich społeczeństwo, jakby oddaleniem szczęścia chciała zamaskować fakt wpadania w koleiny fabularne. Bo w „Niechcianej prawdzie” niby pojawia się odkrywczy (czy przynajmniej w porównaniu ze standardowymi czytadłami polskich autorek oryginalny) temat, a jednak wiadomo, co i jak się skończy. Agata Kołakowska sięga po chwyty psychologiczne – ale wykorzystuje je niemal bez obróbki, przez co historia wydaje się toczyć szablonowo.

Od Beaty odchodzi mąż. Dotąd opiekuńczy i czuły, pewnego dnia decyduje się na prywatny coming out i wybiera szczęście u boku innego mężczyzny. Z rozpadem rodziny musi się uporać także dwunastoletni syn zgodnej do niedawna pary – jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jak okrutni bywają wobec odmienności rówieśnicy. Mąż Beaty nie chce tracić dobrej opinii jako prawnik i woli nie afiszować się ze swoją orientacją seksualną, czego z kolei zrozumieć nie może jego partner. Z pozoru najlepsza, bo oparta na szczerości, decyzja pociąga za sobą całą lawinę większych i mniejszych dramatów.

Agata Kołakowska zamyka się w małym świecie i powtarzanym przez siebie obrazie małżeństwa. Poza Beatą, Markiem i ich synem dopuszcza do fabuły bardzo zawężony krąg osób – po pewnym czasie próbuje to zmienić za sprawą internetowych komentarzy, lecz to tylko pogłębia wrażenie samotności postaci. Wydaje się też, że wszyscy reagują tu tak, jak się tego od nich oczekuje – reakcje są uporządkowane i w pełni zrozumiałe, nie ma miejsca na nieprzewidywalność czy choćby możliwość wyboru innego niż typowe i akceptowane przez czytelników drogi. Kołakowska koncentruje się całkowicie na kształtowaniu scenariusza i rozmieszczeniu kulminacyjnych emocji, nie starcza jej już miejsca na dodatkowe komplikacje w sferze charakterologicznej. Przez to zresztą wydaje się, że przedstawia sytuację modelową, czysto teoretyczną i wypreparowaną z normalnego życia.

Nie chodzi tu o prawdopodobieństwo i zgodność ze zwykłą egzystencją – a o nasycenie uczuciowe. Rozpad związku otwiera przed autorką możliwość zaprezentowania całej palety emocji – od obojętności po wrogość i agresję. Dla przeciwwagi używa Kołakowska motywu przyjaźni czy kojącej obecności psychoterapeuty – ale każde z kreślonych w tomie uczuć funkcjonuje odrębnie, jest wyizolowane i wolne od innych emocjonalnych zanieczyszczeń. Również podręcznikowo wybrzmiewają dialogi, unoszące cały ciężar fabuły. Zgodnie z zaleceniami z poradników psychologii autorka pozwala bohaterom odsłonić w rozmowach najskrytsze żale i najtrudniejsze uwagi – tu nie ma niemerytorycznych kłótni, każdy zawsze zdąży powiedzieć, co leży mu na sercu – i znajdzie do tego odpowiednie słowa, jakby rozsądek brał górę nad furią. Nierozwiązywalne problemy w dialogu przestają być tak straszne, a same zasłyszane prawdy nie wymagają niemal żadnej myślowej obróbki, u Kołakowskiej bohaterowie niemal strzelają do siebie słowami, ale są jednocześnie wyposażeni w kuloodporne stroje. Wymiana ciosów trwa, przemiana losu następuje niezauważalnie.

Kołakowska stylem nawiązuje trochę do Picoult (chociaż jest mniej drobiazgowa i też w mniejszym stopniu zależy jej na odzwierciedlaniu rzeczywistości poza wewnętrznym światem bohaterów. Ma wiele pomysłów na katalizowanie akcji, ale przydałoby się jeszcze do tej akcji wprowadzić kolejne wymiary, tak, by nie była to historia, którą da się streścić jednym zdaniem.