* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 6 września 2014

Iwona Banach: Lokator do wynajęcia

WNK, Warszawa 2014.

Sąsiedztwo

Zgodnie ze stwierdzeniem, że nic tak nie ożywia akcji jak nieboszczyk, Iwona Banach swoją powieść „Lokator do wynajęcia” utrzymuje w konwencji dowcipnego kryminału. Zamieszanie w sferze charakterów pomaga jej w uwalnianiu komizmu i ubarwianiu fabuły – Banach nie przepada za ogranymi scenariuszami. Dlatego też swojej bohaterce wymyśla zawód nietypowy. Miśka jest lokatorką do wynajęcia, dba pod nieobecność gospodarzy o ich domy, mieszkając w nich. Wszędzie zabiera ze sobą Noldiego, znajomego, który posturą odstrasza ewentualnych bandytów (lub nieuczciwych zleceniodawców) i chociaż ma wygląd mięśniaka, to urodzony humanista. Teraz Miśka z Noldim przybywa do Zakopanego, żeby wypełnić dwie umowy naraz. Nie tylko ma zająć się domem, w którym według miejscowych straszy, ale jeszcze mieć oko na dwie sąsiadki, dość demoniczne staruszki. Dziwne wypadki zaczynają rozgrywać się coraz szybciej, kiedy bohaterowie znajdują… misia z Krupówek, najwyraźniej – zamordowanego.

Iwona Banach stawia na śmiech. W „Lokatorze do wynajęcia” mnoży zabawne scenki (chociaż trzeba przyznać, że kiedy odwołuje się do komizmu słownego, nie zawsze wychodzi jej to na dobre, bo przewidywalność kierunku dyskusji niweczy efekt puenty). Przede wszystkim wprowadza do książki całą galerię zabawnych postaci. Dwie staruszki, z pozoru bezbronne i dobroduszne, chcą się jakoś rozerwać i potrafią knuć nieprawdopodobne intrygi, policjanci wykazują się wyjątkową nieudolnością w śledztwach. Trwa stały konflikt między góralami i ceprami. Pojawia się karykaturalna matka rozpieszczonego dorosłego syna, Banach robi, co może, żeby akcja była dynamiczna – morderstwa, porwania, brawurowe ucieczki i wiszące w powietrzu romanse – „Lokator do wynajęcia” pozostaje obyczajówką, ale obyczajówką, w której bardzo dużo się dzieje. Autorka stawia na rozmaite nieporozumienia i konflikty między postaciami, nie boi się zjawisk pozornie niewytłumaczalnych. Bawi się tematem – nie opiekuje się przesadnie Miśką, daje jej możliwość poznania różnych wad poznanego zawodu. Cieniem Miśki jest poczciwy Noldi. Kiedy tylko Noldi pojawia się w kuchni, oznaczać to będzie katastrofę. Chłopak nie potrafi gotować, a to uwielbia jeść. W tej powieści bardzo często się przeżera i… równie często wymiotuje, co akurat niekoniecznie czytelniczki ucieszy.

„Lokator do wynajęcia” to powieść nastawiona na rozrywkę. Zwyczajne i przyziemne problemy tutaj znikają, a ich miejsce zajmują quasi-kryminalne scenariusze. Banach pozwala bohaterom dziwić się miejscowym zwyczajom, wtrąca ich w nowy kontekst i zapewnia wiele do odkrycia. Miśka i Noldi na normalną egzystencję nie mają tutaj szans. Iwona Banach nie chce kopiować typowych obyczajówkowych fabuł, szuka własnego pomysłu na ożywienie akcji – i nawet jeśli nieraz w tym ożywianiu mocno przesadza, to przecież robi to wszystko dla zabawy. „Lokatora do wynajęcia” traktować poważnie się nie da. W tej historii znajdzie się za to bardzo dużo miejsca na dowcipne kontrasty, niespotykane wynalazki, wyrafinowane zemsty i potyczki oraz nieoczekiwane znajomości. Iwona Banach po raz drugi daje się poznać jako autorka, która ceni sobie dobry żart. Pomysłami oryginalnymi i pozbawionymi stereotypowych naleciałości nasyca fabułę, żeby wciąż w życiu bohaterów mieszać. Tak wymyślona powieść dostarcza rozrywki i sprawdza się jako lekkie czytadło – autorka nie zapomina bowiem o ciepłej i naturalnej narracji. W „Lokatorze do wynajęcia” miesza gatunki i udziwnia rzeczywistość, ale przez cały czas pamięta o swoich odbiorczyniach, którym pozwala na odkrywanie kolejnych niezwykłości.

piątek, 5 września 2014

Darien Gee: Uśmiech Madeline

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Pomoc sąsiedzka

Atmosfera jak u Fannie Flagg, tyle że bez krwawej tajemnicy w tle. Małe miasteczko, w którym wszyscy się znają, zwyczajne codzienne problemy i mnóstwo kobiet. Taki jest „Uśmiech Madeline” – literacki przegląd trosk i marzeń zwykłych bohaterów. Darien Gee zaprasza czytelniczki do zamkniętego środowiska, w którym wiele postaci ma swoje drobne dziwactwa, ale wszyscy wzajemnie się akceptują i szanują. W tym raju na ziemi, do którego odbiorczynie szybko zatęsknią, będzie też miejsce na małe dramaty – nie wszyscy wiodą bowiem spokojne życie. Bettie, która prowadzi kursy tworzenia albumów, ma zaniki pamięci i zachowuje się coraz dziwniej. Yvonne staje się niebezpieczną konkurencją dla miejscowej firmy hydraulicznej, Ava samotnie wychowuje syna, a jedyną osobą, na którą może liczyć, jest… żona ukochanego (nieżyjącego już zresztą). Connie znajduje zagubioną kozę i opiekuje się nią z wielkim oddaniem. Frances marzy o córeczce i chce zaadoptować dziecko z Chin. Bohaterek przewija się tu wiele, a każda wnosi do powieści coś nowego i ciekawego. Każda też na swój sposób pokazuje, jak mierzyć się z wyzwaniami, które bez przerwy niesie los.

U Darien Gee wszyscy mogą na siebie liczyć. Nawet jeśli sąsiedzka pomoc wydaje się przykrym obowiązkiem, nikogo nie zostawia się tutaj w potrzebie. I dzięki wzajemnej choć często szorstkiej pomocy Avalon okazuje się azylem także dla czytelniczek. Ekstremalnie silne wzruszenia zdarzają się tutaj stosunkowo rzadko, ale każda z postaci ma inną – i równie ważną – historię do zaprezentowania. Mieszkanki Avalon nie dokonują wielkich czynów, ale bardzo chciałoby się je poznać. Tu wszystkie zmartwienia wydają się od razu mniejsze i łatwiejsze do rozwiązania. „Uśmiech Madeline” to powieść krzepiąca, a do tego ciepła i serdeczna.

Autorka sięga po motywy mniej obecnie w literaturze rozrywkowej eksploatowane. Nieszczęścia nie wiążą się u niej z chorobami cywilizacyjnymi, Gee stawia na bardziej uniwersalne uczucia. Lubi prowokować i rozbawiać odejściem od schematów: piękna Yvonne jest fachowcem od kanalizacji i rur, a żona i kochanka zaczynają ze sobą współpracować dla dobra dziecka tej drugiej. Wszystkim smutkom można zaradzić, projektując albumy na zdjęcia (według Bettie ma to mieć działanie terapeutyczne). Akcja w „Uśmiechu Madeline” toczy się powoli, ale dzięki sporej liczbie bohaterów i ich drobnych spraw wydaje się mknąć do przodu. Autorka przez sam sposób opisywania wydarzeń przywiązuje do siebie czytelniczki. Nie muszą one już angażować się w egzystencję i uczucia postaci – wystarczy, że porwie je rytm narracji. Sympatia do mieszkanek Avalon przyjdzie z czasem.

„Uśmiech Madeline” jest powieścią dla pań – apetyczną i gęstą od życiowych przełomów. Na odbiorczynie rozmiłowane w gotowaniu czeka tu garść przepisów, także do ozdabiania albumów łatwo się przy lekturze przekonać. Ale najważniejsza jest tu nadzieja płynąca z międzyludzkich więzi. Bohaterki nie muszą być zawsze wobec siebie serdeczne i troskliwe – ale nigdy nie pozostawią potrzebujących i pokrzywdzonych. W tej powieści nie ma miejsca na triumf złą – wszelkie zalążki przykrości zostają szybko stłamszone, a dobroć wolna od litości wygrywa. „Uśmiech Madeline” jest powieścią rozgrzewającą – dodaje otuchy i zapewnia czytelniczkom prosty relaks, nie odwołując się przy tym do męczących i wciąż powtarzanych fabuł czy rozwiązań z obyczajówek. W Avalon wszystko toczy się swoim trybem, odbiorczynie zyskują szansę zajrzenia do tego niemal baśniowego miejsca. To pozycja dla pań, które cenią w książkach kojące tony, serdeczność i brak poważnych zmartwień (lub poważnego traktowania dużych zmartwień), nie do przezwyciężenia. „Uśmiech Madeline” to odpoczynek.

czwartek, 4 września 2014

Nicolas Bouvier: Kronika japońska. Pustka i pełnia

Noir sur Blanc, Warszawa 2014.

Sposób na piękno

Z tą książką można spróbować zrozumieć istotę Japonii bez wychodzenia z domu. Nicolas Bouvier obserwacje z podróży po Japonii zamknął w udanym tomie „Kronika japońska”. Na „Pustkę i pełnię” składają się z kolei pozostawione przez niego notatki, fragmentaryczne spostrzeżenia, pojedyncze akapity i krótkie zapiski dla pamięci – zalążki kolejnej publikacji. Teraz obie japońskie opowieści połączone zostały w jednym tomie i zapewniają czytelnikom moc rozmaitych doznań.

Chociaż Bouvier pracuje jak reporter, nie dostarcza odbiorcom prostego reportażu ani przełożenia podróżnych doświadczeń na język dziennika wyprawy. Widać w lekturze olbrzymi kontrast między dziełem tego autora a dzisiejszymi relacjami podróżników i obieżyświatów. Bouvier swoją fascynację Japonią przekłada na piękną literaturę. Wzbogaca własne doznania o malowniczy styl, w rytmie prozy oddaje tętno swoich przeżyć. Językowy obraz Japonii zasługuje na taką samą uwagę co kraj z całą historią i narodem. Zwłaszcza w „Kronice japońskiej” łatwo dać się powieść samej narracji: tu język urzeka, okazuje się zniewalająco piękny, liryczny, a przy tym i bardzo trafny. Bouvier nie boi się rozbudowanych zmysłowych opisów, stara się precyzyjnie oddawać istotę życia w Japonii – kraju, którego języka dobrze nawet nie poznał. Być może właśnie rola przybysza z zewnątrz, obcego, umożliwia mu takie otwarcie się na nowe wrażenia. Językowe ograniczenia z kolei prowadzą do chłonięcia otoczenia na różne sposoby. Wszystko razem spotyka się potem w tej prozie, prozie, która pochłania czytelników, nie dając im ani chwili odpoczynku.

Japońska historia – a przynajmniej te jej elementy, które ukształtowały kulturę, japońskie obyczaje, religia i sztuka – wszystko, co autor chciałby ocalić, przedstawia w tej opowieści. Dba o to, żeby odbiorcy otrzymali nie zestaw nudnych i podręcznikowo analizowanych faktów, a historię pasjonującą i z wyraźnymi konsekwencjami w codzienności Japończyków. Nie zajmuje się pojedynczymi ludźmi – skupia się za to na zjawiskach i ich roli dla społeczeństwa. Bouvier nie może zrezygnować z łatki przybysza – ale zależy mu na tym, żeby zrozumieć egzotyczny kraj. Dla przyjemności czytelników odwołuje się do poezji i do lokalnych tradycji, cały czas ma w pamięci literaturę i teatr. Nie jest ani poszukiwaczem sensacji ani miłośnikiem absurdów, nie chce też się dziwić temu wszystkiemu, co zastał – przygląda się bez zdumienia, unika także ocen, bo doskonale wie, że ze swojej perspektywy nie dałby rady odczytać wszystkich przesłanek. Odnotowuje jednak elementy różnic kulturowych.

„Kronika japońska. Pustka i pełnia” to tytuł, który dzisiaj pokazuje, jak można chłonąć kulturę tego kraju, by unikać przy tym banału i płytkich obserwacji. Nicolas Bouvier tworzy literaturę podróżniczą w najlepszym gatunku, z nastawieniem na literackość języka, precyzję myśli i melodyjność stylu. Ukrywa w tej książce siebie i nie posługuje się listą koniecznych do zobaczenia miejsc czy zwyczajów do przetestowania. W żaden sposób nie próbuje usystematyzować swoich doświadczeń z Japonii, a to sprawia, że na każdej niemal stronie można odkryć coś niespodziewanego i ciekawego, co niekiedy nawet da początek nowym studiom. Japonia oddalona w czasie jawi się tutaj jako kraj egzotycznych przyzwyczajeń. Bouvier próbuje odczytywać wpisane w kulturę gesty i tłumaczyć podstawy wiedzy. Nie chce być przewodnikiem po Japonii, usiłuje za to znaleźć sposób na przedstawienie jej niezwykłego piękna.

środa, 3 września 2014

Aleksandra Szarłat: Celebryci z tamtych lat. Prywatne życie wielkich gwiazd PRL-u

Znak, Kraków 2014.

Czar anegdot

Wspomnienia znanych ludzi z czasów PRL są prawdziwą kopalnią anegdot i doskonale wiedzą o tym nie tylko badacze czy publicyści. Wiele z tych anegdot funkcjonuje wciąż w obiegu, wiele pojawia się w kolejnych książkach prezentujących bohaterów z przeszłości. Aleksandra Szarłat, która niedawno dała się poznać jako autorka ciekawego tomu „Prezenterki” znów sięga do barwnych ciekawostek z życia sław, odnosząc się do szlachetniejszych niż dziś „ekscesów” i wydarzeń rozbudzających wyobraźnię przeciętnych czytelników. Tom „Celebryci z tamtych lat. Prywatne życie wielkich gwiazd PRL-u” jest po pierwsze odpowiedzią na niesłabnące zainteresowanie odbiorców tym, czego nie widać, zakulisowymi plotkami oraz humorem, po drugie – próbą odpowiedzi na wszechobecny dzisiaj celebrytyzm, znacznie uboższy w treści (choć bogatszy w formie), po trzecie – przeglądem najbardziej atrakcyjnych krótkich opowiastek o ludziach filmu, teatru czy piosenki.

Zachęta na okładce zapowiada „nigdy niepublikowane fakty”. Aleksandra Szarłat bowiem obok historyjek doskonale znanych i powtarzanych w wielu źródłach przeprowadza też rozmowy z bohaterami tomu lub z ich bliskimi, uzupełniając zestaw o brakujące komentarze. Autorka cytuje zapiski, wspomnienia, fragmenty wywiadów i pamiętników, czasem zestawiając je ze sobą w nowej konfiguracji, tak, żeby wzajemnie się dopełniały lub wchodziły ze sobą w dialog. Jednak i tak w stylu prowadzonej opowieści bliżej jej do dociekliwego i żywo zainteresowanego tematem badacza niż do dziennikarza, który chce w prosty i bezwysiłkowy sposób stworzyć książkę z mozaiki cytatów. W „Celebrytach z tamtych lat” nie niszczy Szarłat uroku anegdot i spostrzeżeń gwiazd, dba o to, by czytelnicy wciąż zestawiali smaczki z życia najbardziej znanych.

Szarłat koncentruje się najpierw na wyjaśnieniu różnic między dzisiejszymi celebrytami a dawną popualrnością – musi to zrobić, bo w końcu do odczytywania przeszłości używać chce nieistniejących w niej narzędzi. Zajmuje się opisem miejsc, w których bywały gwiazdy (z bogatą historią związanych z owymi miejscami „legend” i dowcipów), sprawdza słabości znanych (alkohol, hazard, uzależnienie od mody), pomysły na kreowanie życia prywatnego czy rolę festiwali w zdobywaniu popularności. Co pewien czas wywody pokazujące proces zyskiwania sławy czy otoczkę egzystencji gwiazd przerywa drobnymi portretami dawnych „celebrytów”. Nie chce jednak tworzyć życiorysowych nudnych notek: encyklopedyczne wiadomości odsuwa na dalszy plan. Portrety buduje z ciekawostek, gromadzi anegdoty tematyczne, powiązane z konkretną postacią. Przybliża w ten sposób sylwetki tych, o których wszyscy słyszeli.

Tom „Celebryci z tamtych lat” jest spójną i przemyślaną opowieścią o gwiazdach minionej epoki, a jednocześnie kolejną pozycją o tej tematyce, jaka w ostatnich latach ukazała się na rynku. Aleksandrę Szarłat wyróżnia po pierwsze sposób prowadzenia narracji, a po drugie – imponująca liczba zgromadzonych opowieści. Autorka nie dokonuje ostrej selekcji. Historie najbardziej znane służą jej sportretowaniu bohaterów, te mniej znane rozbudzają ciekawość. „Celebryci z tamtych lat” to książka nastawiona na rozrywkę – i tej rozrywki odbiorcom dostarcza w bardzo dobrym stylu.

To publikacja bardzo apetyczna, mimo że nie przynosi ani nowej tematyki, ani nowego ujęcia motywu gwiazd. Szarłat wie jednak, jak przedstawiać zabawne historie, żeby nie uronić ich komicznego potencjału, swobodnie operuje materiałami źródłowymi i potrafi dodawać do odkryć również interesujące komentarze. Wybiera popularnych bohaterów, a przy takich decyzjach nie da się uniknąć powtórzeń części życiorysowych przygód. Autorce udaje się jednak omijać pułapki schematyzmu: „Celebryci z tamtych lat” dostarczają przyjemnej lektury. To dobre uzupełnienie do tomów „Aktorki” i „Prezenterki”, Szarłat natomiast czerpie przyjemność z wyszukiwania co bardziej smakowitych anegdot i scenek. Zajmuje się najciekawszą częścią życia gwiazd, ale bez odwoływania się do męczącej poetyki plotki.

wtorek, 2 września 2014

Dorota Suwalska: Piegowate niebo

Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

Zwierzę domowe

Inka wydaje się być modelową nastolatką z powieści dla młodzieży. Nie akceptuje swojego imienia, nie akceptuje kolegów z klasy (uparcie określając ich mianem debili – mimo takiego stosunku do nich bardzo liczy się z ich zdaniem), denerwuje ją młodsza siostra. Inka bardzo chciałaby mieć psa i już prawie udało jej się załatwić to z rodzicami, kiedy tata sprowadza do domu bociana ze złamanym skrzydłem. O psie na razie nie może więc być mowy. Inka coraz bardziej zamyka się w sobie. Nie za bardzo ma z kim dzielić się swoimi zmartwieniami. Wkracza przecież w czas dojrzewania, a jeszcze nie zaczęły rosnąć jej piersi i nie dostała okresu. Podoba jej się pewien chłopak, ale nie ma śmiałości, żeby do niego zagadać. Jakby tego było mało, odkrywa, że jej rodzice uprawiają seks – a wiadomo, że ta oczywistość w młodym wieku jest trudna do zaakceptowania. I tak w tonie buntu nastolatki, wyautowania i ogólnego niezrozumienia Inka prowadzi opowieść o swojej codzienności. Zwierza się pamiętnikowi w netbooku, świadoma, że tworzy dla Potomnych.

„Piegowate niebo” jest mocno nastawione na autotematyzm. Bohaterka wie, jakie są wymogi dobrego tekstu, rzadko posługuje się kolokwialnym słownictwem, dba o budowanie napięcia (często za sprawą przesuwania na później drobnych zagadek). Pamięta o swoich czytelnikach i stara się ciągle do nich zwracać: Dorota Suwalska może w ten sposób przemycić kilka zasad pisania, zupełnie mimochodem. Takie zwracanie uwagi na proces tworzenia służy też podkreśleniu samotności Inki: dziewczyna nie chce zbyt długo rozpamiętywać własnych problemów, napomyka zatem o nich, a emocje chowa za refleksjami o pisaniu. Do tych refleksji dochodzą jeszcze zabawy scenariuszowe – Inka próbuje część wydarzeń, których nie zna z autopsji, ubrać w formę minidramatu – tym samym autorka zachęca do eksperymentów pisarskich i do układania własnych opowieści w wersji przeznaczonej na scenę.

Z czasem Inka wychodzi do ludzi i przekonuje się, że nie są tacy straszni, a już na pewno nie życzą jej źle. „Piegowate niebo” ma w końcu odwzorowywać nie tylko psychikę nastolatek, ale i możliwości pozytywnych rozwiązań rozmaitych problemów. Bohaterka przeżywa wiele przykrości i upokorzeń, ale nie oznaczają one nigdy końca świata. W przewrotny sposób chce Dorota Suwalska dawać czytelnikom nadzieję.

Sporo jest w tej powieści informacji na temat bocianich zwyczajów. Tata zajmuje się ochroną tego gatunku i swoją pasją zaraża młodszą córkę. Zresztą trudno nie zainteresować się bocianimi tematami, gdy za oknem przechadza się już prawie oswojony przedstawiciel gatunku. Suwalska zyskuje dzięki temu płaszczyznę egzotyki: czytelnicy dowiedzą się czegoś o wypluwkach i o groźnych dla bocianów sznurkach pozostawianych na polach przez rolników. „Piegowate niebo” bocianie wiadomości przytacza mimochodem, ale dość szczegółowo. Dla odbiorców może to być atrakcja i szansa na zdobycie ciekawych informacji – a do tego dochodzi jeszcze niebanalny koloryt lokalny powieści. Nie da się zaprzeczyć, że bociany nadają barw prostej historii i mogą wskazać odbiorcom oryginalne zainteresowania.

„Piegowate niebo” nie zawiera męczącej dawki optymizmu, czym Suwalska do siebie przekona nastolatki. Znajdą one tutaj pełne zrozumienie dla swoich potrzeb i zwyczajów, w bohaterce odkryją ślady swoich tęsknot i lęków. To powieść lekka i w zasadzie pozbawiona tematów tabu, relacja bliskiej koleżanki, która potrafi dystansować się od wielu potencjalnych katastrof – i która najlepiej pojmie brak zrozumienia czy poczucie samotności. Dorota Suwalska zna uniwersalny świat swoich odbiorczyń.

poniedziałek, 1 września 2014

Maciej Szymanowicz: Najmniejszy słoń świata

Muza SA, Warszawa 2014.

Najśmieszniejszy słoń

Wydaje się podczas czytania książki Macieja Szymanowicza „Najmniejszy słoń świata”, że prawie wszystko już gdzieś było. Zwierzęta zamknięte w zoo myślą o swoich prawdziwych ojczyznach, ktoś decyduje się na ucieczkę z niewoli, ktoś trafia na nieuczciwych ludzi i do kolejnego więzienia, znacznie gorszego od pierwszego domu. Niby tak i można by wskazać całą serię zwierzęcych opowiadań opartych na tym motywie. A jednak „Najmniejszy słoń świata” urzeka pomysłami na wypełnienie akcji. Bohater, Słonik, słyszy od rodziców o Afryce i postanawia zmaleć (je w tym celu tylko dwa fistaszki dziennie), żeby wyjść przez kraty i pójść do Afryki. Nie słucha ostrzeżeń Panakota i nie myśli o rozpaczy rodziców. Musi zrealizować swoje wielkie marzenie. Trafia do szkoły, gdzie znajduje sojuszników w trójce nieprzepadających za sobą urwisów, a potem zostaje porwany do… najmniejszego cyrku świata. Co prawda bandziory miały zlecenie na pawiana, ale właściwie co za różnica, pawian czy miniaturowy słoń. Zrozpaczeni przyjaciele tymczasem szukają Słonika, ale do najmniejszego cyrku świata nie mają wstępu dzieci, więc sytuacja się komplikuje.

Długo można by wyliczać historie, do których Maciej Szymanowicz między wersami się odwołuje. W kreacjach niesfornych uczniów widać wpływy Niziurskiego (a pani Euglena Orzęska jest chyba koleżanką Okulli), złodzieje są rodem z Wiecha. Pojawia się tu przemiły absurd w stylu Kaestnera i zupełnie dorosła satyra. Szymanowicz zresztą wyraźnie dzieli świat na dorosły i dziecięcy. Z tego pierwszego otwarcie się naśmiewa i naprawdę warto, żeby rodzice zajrzeli do tej lektury. Zobaczą tu mściwą kadrową, szkolnego woźnego z oryginalnym podejściem do tematu reanimacji, posterunkowego, kierowników i wielu na co dzień utrudniających życie dorosłych w bardzo krzywym zwierciadle. Wyjdzie na jaw, jak powinny brzmieć urzędowe pisma i jak w codziennym zabieganiu przeszkadza biurokracja. Wykoślawiony świat dorosłych zasługuje tu na uwagę, Szymanowicz zamienia się bowiem w satyryka i rozprawia z rozmaitymi utrudnieniami. Urozmaici w ten sposób lekturę dzieciom, ale i dorosłym poda parę powodów do śmiechu. Sam dobrze się bawi, tworząc tę historię – nie można tego nie docenić, bo przekłada się na komiczną książkę.

Równie interesujące są portrety dzieci. Nie ma tu mowy o uroczych maluchach. Dzieci są ponure i niesympatyczne, przynajmniej na początku – bo troska o los Słonika jednoczy je w szlachetnym działaniu. Marzenna Wirek nie cierpi się uczyć, za to wszystkie konflikty rozwiązuje hojnie rozdawanymi bumami. Pąsikówna to typ kujonki, a Maurycy o wszystkim zapomina i w dodatku się jąka. Takie towarzystwo gwarantuje ciekawe przygody, a do tego zapewnia oryginalność opowieści. Dzieci nie będą wiedziały, czego spodziewać się po tak nietypowych bohaterach, więc trójka klasowych dziwaków wciągnie je w lekturę.

Szymanowicz wykorzystuje intertekstualia po to, żeby bez przerwy się bawić. Niemal wszystkie motywy z tomu potrzebne mu są jako pretekst do wzbudzania śmiechu. Mrożące krew w żyłach sceny (porwanie Słonika czy dzieci) również. Czarne charaktery stają się tu własnymi karykaturami, a jedyni „normalni” bohaterowie to Słonik i jego rodzice. Jeśli tylko przymknąć oko na wyolbrzymiane rodzicielsko-domowe postawy. Maciej Szymanowicz kocha absurd i bardzo umiejętnie go wykorzystuje, więc lektura pełna jest humoru i niespodzianek. Przypadnie do gustu wszystkim, bo wciąż mało jest w literaturze czwartej opowieści-dowcipów. Sam autor zabrał się też za zilustrowanie swojej historii. Postacie jak z niegrzecznych kreskówek z pewnością zaintrygują małych odbiorców. Szymanowicz zyskuje natomiast jeszcze jedną ważną płaszczyznę żartu. W „Najmniejszym słoniu świata” śmiech liczy się najbardziej. No i jeszcze morał. Ważny dla dzieci i dorosłych.

Podsumowanie ósmego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

Teatr w temacie

Stwierdzeniem, że na ChTO sztuka nie jest genetycznie modyfikowana Naczelny Ogrodnik Sergiusz Brożek zachęcał do uczestniczenia w ósmym sezonie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Na miłośników dobrego teatru czekały tu lekkie i niegłupie komedie, w sam raz na wakacyjny relaks. Tym, którzy jeszcze nie wiedzą, jak wygląda układanie repertuaru na ChTO, wyjaśniam: Naczelny Ogrodnik zaprasza spektakle, które sam obejrzał (i uznał, że nadają się do pokazania widzom w Magazynie Ciekłego Powietrza).
Brak genetycznych modyfikacji, czyli brak niepotrzebnych udziwnień i eksperymentów na teatralnej materii nie oznacza formalnej monotonii. Ósmy sezon ChTO był przede wszystkim wspólnym przeżywaniem historii, aktualnych lub uniwersalnych, realistycznych i powiązanych z absurdem (a żadne przeciwieństwa się nie wykluczały i kolejne wyznaczniki scenicznych opowieści mogły spotkać się w jednej fabule). Cechą wspólną wszystkich wydarzeń był śmiech: inteligentna rozrywka pozbawiona prymitywnych chwytów. W wakacje najlepiej przecież sprawdzają się dobry żart i wciągająca relacja. Tym tropem poszedł Sergiusz Brożek, gdy wyszukiwał letnie przedstawienia. Postawił przy tym na wysoki poziom komedii: nie było tu prostackich fars, slapsticku ani tanich zagrań z masowych produkcji. Widzowie ChTO zyskali zatem również poczucie elitarności. Nieoczekiwanie dla wielu spoiwem wydarzeń z ósmego sezonu stał się też metateatralny język: wytrącanie publiki z przeżywanej właśnie narracji to zabieg powracający niemal w każdym spektaklu. Nie psuł on jednak odbioru, przeciwnie: pozwalał jeszcze bardziej docenić teatralną rzeczywistość. Aktorzy przypominali (w ramach swoich ról), że są tylko aktorami, odtwórcami charakterów, by silniej zaangażować widzów w egzystencję postaci.
Montownię w czteroosobowym składzie udało się zaprosić do Chorzowa z prześmiewczym Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o teatrze, a boicie się zapytać. Tu żadne sceniczne świętości ocaleć nie mogły. Dostało się po równo reżyserom, aktorom, widzom i celebrytom. Konwencja WOT pozwoliła na uruchomienie różnych technik teatralnych: gra formami połączona z trafnością obserwacji to przedziwna mieszanka wybuchowa. Montownia bezlitośnie wykpiła teatralne schematy, oferując publiczności (i kolegom po fachu) krzywe lustro, bezwzględne dla wad. Aktorzy na scenę przenieśli elementy stand-upu i… prywatnej zabawy. Ku uciesze widzów rozprawili się z rozmaitymi środowiskowymi mitami, śmiejąc się także z samych siebie. Taki wstęp kazał liczyć na kolejne atrakcje. Po Montowni chorzowskiej publiczności zaprezentowała się znana i lubiana nie tylko tutaj Aldona Jankowska z następnym swoim monodramem. W Lataj z Krystyną odbiorcy stawali się integralną częścią spektaklu. Zgromadzili się przecież, by pod przewodnictwem dzielnej byłej księgowej uratować bezbronne larwy. W satyrycznej opowieści Jankowska nie tylko znakomicie panuje nad salą: sama jest w stanie przeprowadzić wszystkich przez bardzo urozmaicone etapy życia bohaterki. Wciela się przekonująco w każdą postać i ma do opowiedzenia nietypową historię. Nietypową, bo zanurzoną także w purenonsensie. Larwy Krystyny to odskocznia od rzeczywistości lub… interpretacyjna pułapka. Sprawiły jednak, że o historii Krystyny nie da się zapomnieć.
Nie napiszę o Grażynie Bułce z perspektywy recenzenta, bo przy Poczekalni pracuję od czasu pierwszych technicznych prób. Dzięki temu zresztą wiem, że ten spektakl właśnie na ChTO osiągnął tempo i energię, jakich w półrocznej historii dotąd trochę mu brakowało. Bułka w prostej przecież opowieści operuje silnymi emocjami wyzwalanymi przez sugestywną grę aktorską. Podczas ChTO wysoką formę aktorki podsyciły jeszcze żywiołowe reakcje publiczności, co razem dało wspaniały efekt, o czym do dzisiaj przekonują nas nasi widzowie.
W Związku otwartym najpełniej można było zaobserwować zderzenie modnego mimo upływu lat motywu z teatralnymi grami. Tu przypominanie o umowności teatru służy jednocześnie zaburzaniu realności i… potwierdzaniu jej. Komedia małżeńska pozwoliła trojgu aktorów na zaprezentowanie szerokiego wachlarza umiejętności, komediowego wyczucia i celnych obserwacji autorów tekstu.
Wymarzonym finałem ChTO okazały się Sarenki przesycone czeskim humorem i licznymi niespodziankami. Odrealnieni (a zadziwiająco szczerzy w swoich intencjach) bohaterowie, ciekawa konstrukcja spektaklu oraz błyskotliwe dialogi – wszystko to złożyło się na opowieść arcyzabawną i niepowtarzalną. Tu zabawa i lekkość połączyły się z nieprzewidywalnością. Pomysły reżyserskie oraz rozwiązania fabularne Sarenek mogły widzom zaimponować. Piotr Bukartyk, który otworzył ósmy sezon ChTO zaproponował publiczności recital mimo ograniczonej choreografii wpasowujący się w konwencję teatralnych spotkań. Jego „teatrzyki jednej piosenki” ułożyły się w wielowymiarową opowieść o tęsknotach, nadziejach i marzeniach zwykłych ludzi, tych, którzy nigdy nie zostaliby bohaterami śpiewanych treści. W koncercie nie zabrało piosenek-żartów oraz najbardziej znanych utworów Bukartyka. Muzyczno-teatralne wrażenia zapewnił także Jaromir Nohavica, tym razem z wielkiego ekranu ustawionego pod wieżą szybu „Prezydent”.
Nie zapomnieliśmy i o atrakcjach dla najmłodszych widzów. Po raz trzeci odbyła się w Chorzowie (bijąc rekord frekwencyjny) Dziecinada: słowacki teatr PIKI zaprezentował Paskudarium, spektakl o nieposłusznych dzieciach i ich troskliwych rodzicach, jak co roku zachwycając aktorstwem, scenografią i dowcipem. Przybył do nas również psotny Felek w towarzystwie Władysława Aniszewskiego, znów skłonny do szaleństw i płatania figli swojemu przyjacielowi. Zresztą Felek to urodzona gwiazda sceny, kto widział, ten wie. Na koniec „małego ChTO” w tym roku wystąpił Teatr Gry i Ludzie z Takimi sobie bajeczkami, niezwykle malowniczą adaptacją opowieści Kiplinga: taki dobór repertuaru pozwolił zaznajomić maluchy z różnymi rodzajami lalek i oryginalnymi pomysłami na sceniczne historie.
Nie rozstajemy się na rok: w ramach nowego cyklu ChTO poza sezonem będziemy co pewien czas prezentować w Magazynie Ciekłego Powietrza kolejne ciekawe spektakle. Najbliższy już 27 września o godzinie 17:30 – to Diabelski młyn Teatru Bez Sceny, w związku z Metropolitalną Nocą Teatrów.