Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Prezent
Trudno nie lubić tych kociaków. Kociaki-łobuziaki to magnes na najmłodszych odbiorców i gwarancja, że dzieci zajrzą do książki z własnej woli – zwłaszcza że przygody rozbrykanych kotów zamieniają się w serię. I jedno tylko mógłby Maciej Szymanowicz poprawić – to znaczy trochę mniej zdrobnień. Zwłaszcza że to autor, który mocno dba o językową warstwę tekstu, co widać choćby po łamańcu językowym w podtytule. Rwetes ze swetrem to bardzo ciekawa propozycja dla najmłodszych, których trzeba oswoić z czytaniem dla przyjemności. Nie ma tu zbyt wiele moralizowania, chyba że za takie uznać zachętę do zgodnej egzystencji wtopioną w bajkę. Wszystko zaczyna się od paczki adresowanej do Bazyla. Paczka zawiera sweter i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że sweter pomieściłby trzy kociaki naraz. Jest tak obszerny, że jedyne sensowne rozwiązanie polega na przerobieniu go na kłębki włóczki do zabawy. Na to jednak nie chce się zgodzić Bazyl – skoro już został szczęśliwym posiadaczem swetra-niespodzianki, planuje z niego skorzystać i nosić. Ale żeby to zrobić, musi błyskawicznie przybrać na wadze. Jeśli odpowiednio urośnie, uda mu się paradować w swetrze. Ku zazdrości innych – może zresztą o to chodzi? Bazyl szuka szybkiego sposobu na urośnięcie – żeby nie musiał spacerować w swetrze równocześnie z wszystkimi innymi kotami. Ale to przecież nie jest ostateczne wyjście…
Maciej Szymanowicz proponuje proste i dynamiczne opowiadanie zogniskowane wokół zabawnego problemu bohaterów. Wykorzystuje je jednak także do interaktywnych zabaw dla odbiorców. Dzieci mają w różnych gestach i działaniach naśladować koty: czasami trzeba będzie coś pacnąć, a czasami pogłaskać coś przytulnego albo zobaczyć, jak wygląda świat do góry nogami. I te zadania – poboczne wobec lektury, ale powiązane z fabułą – pozwolą dzieciom szybciej wkręcić się w świat kociaków-łobuziaków. Budowaniu rzeszy fanów sprzyjają jeszcze rozwiązania graficzne – w ilustracjach jest tyle samo humoru co w tekście, więc najmłodsi mogą się rzeczywiście dobrze bawić podczas czytania i oglądania tomiku. W przypadku kociaków-łobuziaków czytanie zamienia się w radość – a to ważne dla maluchów. Maciej Szymanowicz może proponować więcej tego typu historii i komicznych przypadków, bo w ten sposób robi reklamę samemu czytaniu.
Kociaki-łobuziaki kipią od pomysłów, mają bogatą wyobraźnię i same w sobie są dziećmi, więc łatwo będzie je zaakceptować małym odbiorcom. Tu ciągle coś się dzieje, a feeria kolorów sprawia, że najmłodsi ciągle będą czymś zajęci. Humor i żywe barwy to wyróżniki tej publikacji, stworzonej rzeczywiście z myślą o dziecięcych odbiorcach, a nie o wydawcach czy modach rynkowych. Szymanowicz pozostaje z dala od trendów i wychodzi mu to faktycznie na dobre. Co ważne, karykaturalne rysy postaci nadają całości charakteru, o tych bohaterach nie jest wcale łatwo zapomnieć – mają swój styl i zdecydowanie się wyróżniają.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Szymanowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Szymanowicz. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 października 2025
poniedziałek, 4 listopada 2024
Maciej Szymanowicz: Kociaki-łobuziaki i mydło brudzidło
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Czystość
Takich lektur potrzeba – Maciej Szymanowicz w tomiku „Kociaki-łobuziaki i mydło brudzidło” przekona do czytania najmłodszych śmiechem i interaktywnym charakterem zadań. Bardzo krótka historia urzeka dowcipem i beztroską – chociaż przesłanie dotyczy tego, żeby się myć. Antybohaterem jest w tym wypadku Bazyl, kotek, który – delikatnie mówiąc – nie dba o higienę. Są na nim mikroby, są paprochy i są „jakieś syfki”, plamy wiadomego i niewiadomego pochodzenia. Jedyne, co mogłoby go ewentualnie przekonać do umycia się, przynajmniej częściowego, to obietnica jazdy na nowiuśkim rowerku. Tylko że Bazyl jest tak brudny, że brudzi mydło – a brudne mydło brudzi wszystko wokół. Wydaje się, że z tej katastrofy nie ma dobrego wyjścia. A przecież rowerek czeka. Koty muszą wymyślić rozwiązanie – i nie ubrudzić się przy okazji, to nie będzie łatwe. Maciej Szymanowicz w prosty sposób i bez prawienia morałów przekonuje wszystkich, żeby nie doprowadzali się do takiego stanu jak Bazyl – nieważne, że sięga po wyolbrzymienia wpadające w absurd, liczy się dobra przygoda i humor. Dzieci zostają tu jednak włączane w zabawę na dwa sposoby. Po pierwsze – przez śledzenie doświadczeń Bazyla i śmiech z bezradności bohaterów skazanych na brud. Po drugie – dzięki poleceniom obecnym na każdej rozkładówce. Czasami trzeba coś potrzeć, czasami przewrócić stronę, a czasami naśladować postać w reakcji. To sprawia, że łatwo będzie wciągnąć maluchy w lekturę i przekonać je do czytania. Nie dość, że dzieje się tu dużo i nie da się przewidzieć kierunku akcji, to jeszcze zadania dla najmłodszych uniemożliwiają utratę koncentracji. Bardzo krótka jest ta historyjka, co pasuje do eksponowania dowcipu. Ponadto Maciej Szymanowicz proponuje szereg wielkoformatowych i bardzo zabawnych ilustracji – warto je uważnie prześledzić, żeby wykryć kolejne przejawy humoru. Żywa, dynamiczna i bardzo barwna akcja znajduje tu swoje odbicie w pomysłowych grafikach – więc tomik nie znudzi się najmłodszym, a jednorazowa lektura z pewnością nie wystarczy. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które dzieci lubią, między innymi szereg nieoczekiwanych współbrzmień. Co ciekawe, autor bawi się językiem także w sferze stylistyki – bohaterowie nie rozmawiają językiem literackim, mają swoje „dziwne” naleciałości i upodobania (w obliczu tych zabaw nie przeszkadza zdrabnianie, a to rzadka umiejętność twórców). Koty, które nie lubią się myć, mają swoim przykładem pokazywać dzieciom konsekwencje takich decyzji. Bazyl w pewnym momencie musi porzucić swoje postanowienia – i dopiero wtedy pojawiają się problemy, wcześniej jego brak higieny przeszkadza tylko znajomym, którzy mają się z nim bawić. A to niewystarczający powód do mycia się. Warto jednak zauważyć, że koty – przyjaciele Bazyla – dbają o swoją własność i nie zgadzają się na użytkowanie rowerków przez kogoś, kto natychmiast by je zabrudził. Sposób prowadzenia narracji a także kierunek bajki to coś, co przyciągnie najmłodszych – szybko przekona ich do tych bohaterów i sprawi, że polubią czytanie dla rozrywki.
Czystość
Takich lektur potrzeba – Maciej Szymanowicz w tomiku „Kociaki-łobuziaki i mydło brudzidło” przekona do czytania najmłodszych śmiechem i interaktywnym charakterem zadań. Bardzo krótka historia urzeka dowcipem i beztroską – chociaż przesłanie dotyczy tego, żeby się myć. Antybohaterem jest w tym wypadku Bazyl, kotek, który – delikatnie mówiąc – nie dba o higienę. Są na nim mikroby, są paprochy i są „jakieś syfki”, plamy wiadomego i niewiadomego pochodzenia. Jedyne, co mogłoby go ewentualnie przekonać do umycia się, przynajmniej częściowego, to obietnica jazdy na nowiuśkim rowerku. Tylko że Bazyl jest tak brudny, że brudzi mydło – a brudne mydło brudzi wszystko wokół. Wydaje się, że z tej katastrofy nie ma dobrego wyjścia. A przecież rowerek czeka. Koty muszą wymyślić rozwiązanie – i nie ubrudzić się przy okazji, to nie będzie łatwe. Maciej Szymanowicz w prosty sposób i bez prawienia morałów przekonuje wszystkich, żeby nie doprowadzali się do takiego stanu jak Bazyl – nieważne, że sięga po wyolbrzymienia wpadające w absurd, liczy się dobra przygoda i humor. Dzieci zostają tu jednak włączane w zabawę na dwa sposoby. Po pierwsze – przez śledzenie doświadczeń Bazyla i śmiech z bezradności bohaterów skazanych na brud. Po drugie – dzięki poleceniom obecnym na każdej rozkładówce. Czasami trzeba coś potrzeć, czasami przewrócić stronę, a czasami naśladować postać w reakcji. To sprawia, że łatwo będzie wciągnąć maluchy w lekturę i przekonać je do czytania. Nie dość, że dzieje się tu dużo i nie da się przewidzieć kierunku akcji, to jeszcze zadania dla najmłodszych uniemożliwiają utratę koncentracji. Bardzo krótka jest ta historyjka, co pasuje do eksponowania dowcipu. Ponadto Maciej Szymanowicz proponuje szereg wielkoformatowych i bardzo zabawnych ilustracji – warto je uważnie prześledzić, żeby wykryć kolejne przejawy humoru. Żywa, dynamiczna i bardzo barwna akcja znajduje tu swoje odbicie w pomysłowych grafikach – więc tomik nie znudzi się najmłodszym, a jednorazowa lektura z pewnością nie wystarczy. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które dzieci lubią, między innymi szereg nieoczekiwanych współbrzmień. Co ciekawe, autor bawi się językiem także w sferze stylistyki – bohaterowie nie rozmawiają językiem literackim, mają swoje „dziwne” naleciałości i upodobania (w obliczu tych zabaw nie przeszkadza zdrabnianie, a to rzadka umiejętność twórców). Koty, które nie lubią się myć, mają swoim przykładem pokazywać dzieciom konsekwencje takich decyzji. Bazyl w pewnym momencie musi porzucić swoje postanowienia – i dopiero wtedy pojawiają się problemy, wcześniej jego brak higieny przeszkadza tylko znajomym, którzy mają się z nim bawić. A to niewystarczający powód do mycia się. Warto jednak zauważyć, że koty – przyjaciele Bazyla – dbają o swoją własność i nie zgadzają się na użytkowanie rowerków przez kogoś, kto natychmiast by je zabrudził. Sposób prowadzenia narracji a także kierunek bajki to coś, co przyciągnie najmłodszych – szybko przekona ich do tych bohaterów i sprawi, że polubią czytanie dla rozrywki.
czwartek, 17 listopada 2022
Maciej Szymanowicz: Marzenia. Fakty, mity, głupoty
Nasza Księgarnia, Warszawa 2022.
Uruchamianie wyobraźni
Maciej Szymanowicz stworzył coś, czego inni autorzy książek dla dzieci mogą mu zazdrościć. "Marzenia. Fakty, mity, głupoty" to duży picture book z kartonowymi stronami - i zawierający satyryczny przegląd i charakterystykę absurdalnych marzeń. Zamiast próby usystematyzowania zjawiska jest tu zestaw wiadomości niepoważnych, a do tego zabawa formą: Maciej Szymanowicz świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jak tłumaczy się dzieciom różne zjawiska w podobnych tomikach - i tworzy coś podobnego, a jednak wypełnionego żartami i zmyślonymi ciekawostkami. Przynosi powody do śmiechu - i z każdą stroną, z każdym akapitem będzie zachwycać nie tylko najmłodszych odbiorców. O tym, co ważne w marzeniach, chętnie przypomną sobie dorośli przeglądający tomik razem z pociechami - a propozycje Szymanowicza prowadzić będą do ćwiczenia wyobraźni. Nikomu przecież nie zabrania się wymyślania kolejnych postaci pasujących do bogatej galerii nietuzinkowych bohaterów. Odległe skojarzenia, połączenia tematów, które normalnie nie spotkałyby się w żadnej narracji - wyjaśnienia, kto o czym marzy i dlaczego - to źródło śmiechu. Dzieciom przypadnie do gustu taki zestaw rozwiązań: po kolejne akapity sięga się po to, żeby sprawdzić, co nowego wymyślił autor i czym jeszcze zaskoczy czytelników. Przy okazji Maciej Szymanowicz może sprowokować dzieci do zastanowienia się, o czym same marzą - i do pochylenia się nad marzeniami nie do spełnienia. Marzenia szklanek, obłoki z marzeń, autobus z mamuta, marzenia śmieci i pomnika - warto sprawdzać, co dzieje się z kolejnymi bohaterami.
A wszystko rozgrywa się na ilustracjach bajkowych i wesołych jednocześnie: książka to wyszukiwanka do oglądania - wyszukiwanka, bo kolejne strony przemierza ślimak, który powinien zostać odnaleziony w różnych okolicznościach. Do tego zawartości wielkoformatowych obrazków nie da się objąć wzrokiem, a z lekturą narasta ciekawość: Maciej Szymanowicz ciągle zadziwia, więc każdy będzie próbował znaleźć jak najwięcej nietypowych propozycji. Obrazki są kolorowe i wypełnione antropomorfizowanymi postaciami: prawie wszyscy mają oczka, nawet znaki drogowe i papierowe łódki na rzece. To sprawia, że rozbudza się zainteresowanie zawartością ilustracji. Wyjaśnienia związane z marzeniami to podpisy - nie ma zatem zbyt dużo czytania (i autor pozostawi lekki niedosyt, bo przygodę z wyobraźnią mógł kontynuować, pozostaje mieć nadzieję na drugą część marzeniowych opowieści). Maciej Szymanowicz pokazuje, jak korzystać z fantazji i jak ubarwiać sobie rzeczywistość. Zaprasza dzieci do wspólnej zabawy i do odkrywania piękna absurdów. Bawi bez zobowiązań i sprawia, że po tak przygotowany tomik dzieci będą chciały sięgać. Jest tu mnóstwo niespodzianek i sporo powodów do radości, lektura wiąże się z przyjemnością. Zwłaszcza kiedy marzenia bohaterów stają się zrozumiałe dla dzieci po obejrzeniu towarzyszącego im rysunku: wtedy ujawnia się drugie dno i przesłanie wyjaśnienia, a to prosta droga do rozbawiania. Maciej Szymanowicz wpadł na pomysł, który dobrze się sprawdza w natłoku edukacyjnych picture booków - tu wcale nie szuka sposobów na przekazanie wiedzy, a i tak dzięki zabawie przypomina, jak istotna jest rozrywka i zaufanie własnej kreatywności.
Uruchamianie wyobraźni
Maciej Szymanowicz stworzył coś, czego inni autorzy książek dla dzieci mogą mu zazdrościć. "Marzenia. Fakty, mity, głupoty" to duży picture book z kartonowymi stronami - i zawierający satyryczny przegląd i charakterystykę absurdalnych marzeń. Zamiast próby usystematyzowania zjawiska jest tu zestaw wiadomości niepoważnych, a do tego zabawa formą: Maciej Szymanowicz świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jak tłumaczy się dzieciom różne zjawiska w podobnych tomikach - i tworzy coś podobnego, a jednak wypełnionego żartami i zmyślonymi ciekawostkami. Przynosi powody do śmiechu - i z każdą stroną, z każdym akapitem będzie zachwycać nie tylko najmłodszych odbiorców. O tym, co ważne w marzeniach, chętnie przypomną sobie dorośli przeglądający tomik razem z pociechami - a propozycje Szymanowicza prowadzić będą do ćwiczenia wyobraźni. Nikomu przecież nie zabrania się wymyślania kolejnych postaci pasujących do bogatej galerii nietuzinkowych bohaterów. Odległe skojarzenia, połączenia tematów, które normalnie nie spotkałyby się w żadnej narracji - wyjaśnienia, kto o czym marzy i dlaczego - to źródło śmiechu. Dzieciom przypadnie do gustu taki zestaw rozwiązań: po kolejne akapity sięga się po to, żeby sprawdzić, co nowego wymyślił autor i czym jeszcze zaskoczy czytelników. Przy okazji Maciej Szymanowicz może sprowokować dzieci do zastanowienia się, o czym same marzą - i do pochylenia się nad marzeniami nie do spełnienia. Marzenia szklanek, obłoki z marzeń, autobus z mamuta, marzenia śmieci i pomnika - warto sprawdzać, co dzieje się z kolejnymi bohaterami.
A wszystko rozgrywa się na ilustracjach bajkowych i wesołych jednocześnie: książka to wyszukiwanka do oglądania - wyszukiwanka, bo kolejne strony przemierza ślimak, który powinien zostać odnaleziony w różnych okolicznościach. Do tego zawartości wielkoformatowych obrazków nie da się objąć wzrokiem, a z lekturą narasta ciekawość: Maciej Szymanowicz ciągle zadziwia, więc każdy będzie próbował znaleźć jak najwięcej nietypowych propozycji. Obrazki są kolorowe i wypełnione antropomorfizowanymi postaciami: prawie wszyscy mają oczka, nawet znaki drogowe i papierowe łódki na rzece. To sprawia, że rozbudza się zainteresowanie zawartością ilustracji. Wyjaśnienia związane z marzeniami to podpisy - nie ma zatem zbyt dużo czytania (i autor pozostawi lekki niedosyt, bo przygodę z wyobraźnią mógł kontynuować, pozostaje mieć nadzieję na drugą część marzeniowych opowieści). Maciej Szymanowicz pokazuje, jak korzystać z fantazji i jak ubarwiać sobie rzeczywistość. Zaprasza dzieci do wspólnej zabawy i do odkrywania piękna absurdów. Bawi bez zobowiązań i sprawia, że po tak przygotowany tomik dzieci będą chciały sięgać. Jest tu mnóstwo niespodzianek i sporo powodów do radości, lektura wiąże się z przyjemnością. Zwłaszcza kiedy marzenia bohaterów stają się zrozumiałe dla dzieci po obejrzeniu towarzyszącego im rysunku: wtedy ujawnia się drugie dno i przesłanie wyjaśnienia, a to prosta droga do rozbawiania. Maciej Szymanowicz wpadł na pomysł, który dobrze się sprawdza w natłoku edukacyjnych picture booków - tu wcale nie szuka sposobów na przekazanie wiedzy, a i tak dzięki zabawie przypomina, jak istotna jest rozrywka i zaufanie własnej kreatywności.
czwartek, 20 września 2018
Maciej Szymanowicz: Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty
Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Spis przypadków
Wreszcie ktoś zabrał się do takiej pracy i sklasyfikował działania oraz zwyczaje krasnoludków. I chociaż w pewnym momencie wydawało się, że skrzaty straciły swoją pozycję w twórczości dla najmłodszych, za sprawą Macieja Szymanowicza mogą powrócić - i przekonać do siebie kolejne pokolenia maluchów. Ogromny tomik “Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty” to zabawa ilustratora, który postanawia zebrać w jednym miejscu dostępną wiedzę (czyli wiele zmyśleń) na temat krasnoludków, dostarczając dzieciom równocześnie wielu obrazków do oglądania i analizowania. Krasnoludki jawią się tutaj jako istoty psotne i ciekawe, a do tego – bardzo zabawne. Szymanowicz podchodzi do sprawy z pełną powagą, analizuje zatem i wzrost krasnoludków, i ich umiejętności w kwestii bycia niewidzialnym, pochodzenie krasnoludków, środki transportu, zabawy i sporty, wyprawy w krasnoludkowy kosmos, który mierzy 462 mm (szerokości). Sprawdza, które dziwne zjawiska są sprawą krasnoludków, na jakie choroby mogą zapadać krasnoludki, co się stanie, kiedy człowiek zarazi się krasnoludozą wesołkowatą. Dzieli krasnoludki na bajkowe, leśne, doniczkowe i domowe, zagląda do szuflad i tłumaczy, jak krasnoludki realizują się w kulturze i sztuce, a także - co robią w lodówce. Każda strona to inny temat – charakterystyka albo wyliczenie - pełny żartów na temat krasnoludkowej codzienności. A ponieważ książkę stworzył rysownik, liczy się tu przede wszystkim strona graficzna. Szymanowicz proponuje obrazki wyjęte z życia krasnoludków: przestrzenie, w których bohaterowie chętnie przebywają, migawki z codzienności albo rysunki, schematy czy plakaty. Czasem posługuje się wyliczeniami – i są to dowody na możliwości wyobraźni. Każdy obrazek składa się z mnóstwa drobiazgów, a każdy drobiazg może być osobnym tematem, punktem wyliczenia czy zagadnieniem pokazującym rzeczywistość bohaterów. Autor bawi się systematyzacją: krasnoludki różnych typów niczym się od siebie nie różnią, mimo identyczności każdy jednak zachowuje się inaczej, więc ogarnięcie wszystkich wzrokiem wydaje się niemożliwe, albo przynajmniej bardzo trudne. Do tego dochodzą śmiesznostki w samych pomysłach: krasnale pospolite można kupić w sklepie, samochód ze ślimaka to ślimochód, krasnoludki posługują się klejem do powiek, gubią przedmioty lub zapadają na smartfonoidozę maniakalną (to akurat choroba płynąca z satyry). Szymanowicz pokazuje działania niekonwencjonalne, angażuje krasnoludki do utrudniania zwykłego życia i do komplikowania rozmaitych spraw, czasami rysunkiem zaprzecza treści (krasnoludki, które świetnie sobie radzą w warunkach leśnych - to informacja sprzeczna z obrazkiem, na którym jeden z krasnoludków czeka na pomoc uwięziony w pajęczynie). Imponuje tu ilość dowcipnych pomysłów, ale też sposób realizacji. Każda rozkładówka jest bajecznie kolorowa i pełna detali – trzeba oglądać strony po kawałku, przyglądać się zachowaniom kolejnych bohaterów i samemu je odkrywać. Tekst to tylko dodatek do całości, składają się na niego albo podpisy, albo bardzo krótkie wyjaśnienia udające naukowe komentarze – autor i tu sięga po humor (odkurzacz to największy naturalny wróg krasnoludków domowych). Objętość tekstu nie przytłacza, a nadmiar pracy związanej z odkrywaniem niespodzianek, jakie autor w tomiku wykorzystuje – to sama przyjemność. Mogą korzystać z tej pozycji dzieci, które jeszcze nie potrafią czytać, ale i te czytające samodzielnie - i tak zawartość komizmu wszystkim się spodoba. Szymanowicz proponuje książkę niebanalną, mimo że nawiązującą do klasyki. Bawi się motywem, który na takie opracowanie zasługiwał od dawna. Dostarcza dzieciom i ich rodzicom rozrywki na wysokim poziomie. Ta książka może się podobać - na rynku wydawniczym powinna zrobić furorę.
Spis przypadków
Wreszcie ktoś zabrał się do takiej pracy i sklasyfikował działania oraz zwyczaje krasnoludków. I chociaż w pewnym momencie wydawało się, że skrzaty straciły swoją pozycję w twórczości dla najmłodszych, za sprawą Macieja Szymanowicza mogą powrócić - i przekonać do siebie kolejne pokolenia maluchów. Ogromny tomik “Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty” to zabawa ilustratora, który postanawia zebrać w jednym miejscu dostępną wiedzę (czyli wiele zmyśleń) na temat krasnoludków, dostarczając dzieciom równocześnie wielu obrazków do oglądania i analizowania. Krasnoludki jawią się tutaj jako istoty psotne i ciekawe, a do tego – bardzo zabawne. Szymanowicz podchodzi do sprawy z pełną powagą, analizuje zatem i wzrost krasnoludków, i ich umiejętności w kwestii bycia niewidzialnym, pochodzenie krasnoludków, środki transportu, zabawy i sporty, wyprawy w krasnoludkowy kosmos, który mierzy 462 mm (szerokości). Sprawdza, które dziwne zjawiska są sprawą krasnoludków, na jakie choroby mogą zapadać krasnoludki, co się stanie, kiedy człowiek zarazi się krasnoludozą wesołkowatą. Dzieli krasnoludki na bajkowe, leśne, doniczkowe i domowe, zagląda do szuflad i tłumaczy, jak krasnoludki realizują się w kulturze i sztuce, a także - co robią w lodówce. Każda strona to inny temat – charakterystyka albo wyliczenie - pełny żartów na temat krasnoludkowej codzienności. A ponieważ książkę stworzył rysownik, liczy się tu przede wszystkim strona graficzna. Szymanowicz proponuje obrazki wyjęte z życia krasnoludków: przestrzenie, w których bohaterowie chętnie przebywają, migawki z codzienności albo rysunki, schematy czy plakaty. Czasem posługuje się wyliczeniami – i są to dowody na możliwości wyobraźni. Każdy obrazek składa się z mnóstwa drobiazgów, a każdy drobiazg może być osobnym tematem, punktem wyliczenia czy zagadnieniem pokazującym rzeczywistość bohaterów. Autor bawi się systematyzacją: krasnoludki różnych typów niczym się od siebie nie różnią, mimo identyczności każdy jednak zachowuje się inaczej, więc ogarnięcie wszystkich wzrokiem wydaje się niemożliwe, albo przynajmniej bardzo trudne. Do tego dochodzą śmiesznostki w samych pomysłach: krasnale pospolite można kupić w sklepie, samochód ze ślimaka to ślimochód, krasnoludki posługują się klejem do powiek, gubią przedmioty lub zapadają na smartfonoidozę maniakalną (to akurat choroba płynąca z satyry). Szymanowicz pokazuje działania niekonwencjonalne, angażuje krasnoludki do utrudniania zwykłego życia i do komplikowania rozmaitych spraw, czasami rysunkiem zaprzecza treści (krasnoludki, które świetnie sobie radzą w warunkach leśnych - to informacja sprzeczna z obrazkiem, na którym jeden z krasnoludków czeka na pomoc uwięziony w pajęczynie). Imponuje tu ilość dowcipnych pomysłów, ale też sposób realizacji. Każda rozkładówka jest bajecznie kolorowa i pełna detali – trzeba oglądać strony po kawałku, przyglądać się zachowaniom kolejnych bohaterów i samemu je odkrywać. Tekst to tylko dodatek do całości, składają się na niego albo podpisy, albo bardzo krótkie wyjaśnienia udające naukowe komentarze – autor i tu sięga po humor (odkurzacz to największy naturalny wróg krasnoludków domowych). Objętość tekstu nie przytłacza, a nadmiar pracy związanej z odkrywaniem niespodzianek, jakie autor w tomiku wykorzystuje – to sama przyjemność. Mogą korzystać z tej pozycji dzieci, które jeszcze nie potrafią czytać, ale i te czytające samodzielnie - i tak zawartość komizmu wszystkim się spodoba. Szymanowicz proponuje książkę niebanalną, mimo że nawiązującą do klasyki. Bawi się motywem, który na takie opracowanie zasługiwał od dawna. Dostarcza dzieciom i ich rodzicom rozrywki na wysokim poziomie. Ta książka może się podobać - na rynku wydawniczym powinna zrobić furorę.
poniedziałek, 1 września 2014
Maciej Szymanowicz: Najmniejszy słoń świata
Muza SA, Warszawa 2014.
Najśmieszniejszy słoń
Wydaje się podczas czytania książki Macieja Szymanowicza „Najmniejszy słoń świata”, że prawie wszystko już gdzieś było. Zwierzęta zamknięte w zoo myślą o swoich prawdziwych ojczyznach, ktoś decyduje się na ucieczkę z niewoli, ktoś trafia na nieuczciwych ludzi i do kolejnego więzienia, znacznie gorszego od pierwszego domu. Niby tak i można by wskazać całą serię zwierzęcych opowiadań opartych na tym motywie. A jednak „Najmniejszy słoń świata” urzeka pomysłami na wypełnienie akcji. Bohater, Słonik, słyszy od rodziców o Afryce i postanawia zmaleć (je w tym celu tylko dwa fistaszki dziennie), żeby wyjść przez kraty i pójść do Afryki. Nie słucha ostrzeżeń Panakota i nie myśli o rozpaczy rodziców. Musi zrealizować swoje wielkie marzenie. Trafia do szkoły, gdzie znajduje sojuszników w trójce nieprzepadających za sobą urwisów, a potem zostaje porwany do… najmniejszego cyrku świata. Co prawda bandziory miały zlecenie na pawiana, ale właściwie co za różnica, pawian czy miniaturowy słoń. Zrozpaczeni przyjaciele tymczasem szukają Słonika, ale do najmniejszego cyrku świata nie mają wstępu dzieci, więc sytuacja się komplikuje.
Długo można by wyliczać historie, do których Maciej Szymanowicz między wersami się odwołuje. W kreacjach niesfornych uczniów widać wpływy Niziurskiego (a pani Euglena Orzęska jest chyba koleżanką Okulli), złodzieje są rodem z Wiecha. Pojawia się tu przemiły absurd w stylu Kaestnera i zupełnie dorosła satyra. Szymanowicz zresztą wyraźnie dzieli świat na dorosły i dziecięcy. Z tego pierwszego otwarcie się naśmiewa i naprawdę warto, żeby rodzice zajrzeli do tej lektury. Zobaczą tu mściwą kadrową, szkolnego woźnego z oryginalnym podejściem do tematu reanimacji, posterunkowego, kierowników i wielu na co dzień utrudniających życie dorosłych w bardzo krzywym zwierciadle. Wyjdzie na jaw, jak powinny brzmieć urzędowe pisma i jak w codziennym zabieganiu przeszkadza biurokracja. Wykoślawiony świat dorosłych zasługuje tu na uwagę, Szymanowicz zamienia się bowiem w satyryka i rozprawia z rozmaitymi utrudnieniami. Urozmaici w ten sposób lekturę dzieciom, ale i dorosłym poda parę powodów do śmiechu. Sam dobrze się bawi, tworząc tę historię – nie można tego nie docenić, bo przekłada się na komiczną książkę.
Równie interesujące są portrety dzieci. Nie ma tu mowy o uroczych maluchach. Dzieci są ponure i niesympatyczne, przynajmniej na początku – bo troska o los Słonika jednoczy je w szlachetnym działaniu. Marzenna Wirek nie cierpi się uczyć, za to wszystkie konflikty rozwiązuje hojnie rozdawanymi bumami. Pąsikówna to typ kujonki, a Maurycy o wszystkim zapomina i w dodatku się jąka. Takie towarzystwo gwarantuje ciekawe przygody, a do tego zapewnia oryginalność opowieści. Dzieci nie będą wiedziały, czego spodziewać się po tak nietypowych bohaterach, więc trójka klasowych dziwaków wciągnie je w lekturę.
Szymanowicz wykorzystuje intertekstualia po to, żeby bez przerwy się bawić. Niemal wszystkie motywy z tomu potrzebne mu są jako pretekst do wzbudzania śmiechu. Mrożące krew w żyłach sceny (porwanie Słonika czy dzieci) również. Czarne charaktery stają się tu własnymi karykaturami, a jedyni „normalni” bohaterowie to Słonik i jego rodzice. Jeśli tylko przymknąć oko na wyolbrzymiane rodzicielsko-domowe postawy. Maciej Szymanowicz kocha absurd i bardzo umiejętnie go wykorzystuje, więc lektura pełna jest humoru i niespodzianek. Przypadnie do gustu wszystkim, bo wciąż mało jest w literaturze czwartej opowieści-dowcipów. Sam autor zabrał się też za zilustrowanie swojej historii. Postacie jak z niegrzecznych kreskówek z pewnością zaintrygują małych odbiorców. Szymanowicz zyskuje natomiast jeszcze jedną ważną płaszczyznę żartu. W „Najmniejszym słoniu świata” śmiech liczy się najbardziej. No i jeszcze morał. Ważny dla dzieci i dorosłych.
Najśmieszniejszy słoń
Wydaje się podczas czytania książki Macieja Szymanowicza „Najmniejszy słoń świata”, że prawie wszystko już gdzieś było. Zwierzęta zamknięte w zoo myślą o swoich prawdziwych ojczyznach, ktoś decyduje się na ucieczkę z niewoli, ktoś trafia na nieuczciwych ludzi i do kolejnego więzienia, znacznie gorszego od pierwszego domu. Niby tak i można by wskazać całą serię zwierzęcych opowiadań opartych na tym motywie. A jednak „Najmniejszy słoń świata” urzeka pomysłami na wypełnienie akcji. Bohater, Słonik, słyszy od rodziców o Afryce i postanawia zmaleć (je w tym celu tylko dwa fistaszki dziennie), żeby wyjść przez kraty i pójść do Afryki. Nie słucha ostrzeżeń Panakota i nie myśli o rozpaczy rodziców. Musi zrealizować swoje wielkie marzenie. Trafia do szkoły, gdzie znajduje sojuszników w trójce nieprzepadających za sobą urwisów, a potem zostaje porwany do… najmniejszego cyrku świata. Co prawda bandziory miały zlecenie na pawiana, ale właściwie co za różnica, pawian czy miniaturowy słoń. Zrozpaczeni przyjaciele tymczasem szukają Słonika, ale do najmniejszego cyrku świata nie mają wstępu dzieci, więc sytuacja się komplikuje.
Długo można by wyliczać historie, do których Maciej Szymanowicz między wersami się odwołuje. W kreacjach niesfornych uczniów widać wpływy Niziurskiego (a pani Euglena Orzęska jest chyba koleżanką Okulli), złodzieje są rodem z Wiecha. Pojawia się tu przemiły absurd w stylu Kaestnera i zupełnie dorosła satyra. Szymanowicz zresztą wyraźnie dzieli świat na dorosły i dziecięcy. Z tego pierwszego otwarcie się naśmiewa i naprawdę warto, żeby rodzice zajrzeli do tej lektury. Zobaczą tu mściwą kadrową, szkolnego woźnego z oryginalnym podejściem do tematu reanimacji, posterunkowego, kierowników i wielu na co dzień utrudniających życie dorosłych w bardzo krzywym zwierciadle. Wyjdzie na jaw, jak powinny brzmieć urzędowe pisma i jak w codziennym zabieganiu przeszkadza biurokracja. Wykoślawiony świat dorosłych zasługuje tu na uwagę, Szymanowicz zamienia się bowiem w satyryka i rozprawia z rozmaitymi utrudnieniami. Urozmaici w ten sposób lekturę dzieciom, ale i dorosłym poda parę powodów do śmiechu. Sam dobrze się bawi, tworząc tę historię – nie można tego nie docenić, bo przekłada się na komiczną książkę.
Równie interesujące są portrety dzieci. Nie ma tu mowy o uroczych maluchach. Dzieci są ponure i niesympatyczne, przynajmniej na początku – bo troska o los Słonika jednoczy je w szlachetnym działaniu. Marzenna Wirek nie cierpi się uczyć, za to wszystkie konflikty rozwiązuje hojnie rozdawanymi bumami. Pąsikówna to typ kujonki, a Maurycy o wszystkim zapomina i w dodatku się jąka. Takie towarzystwo gwarantuje ciekawe przygody, a do tego zapewnia oryginalność opowieści. Dzieci nie będą wiedziały, czego spodziewać się po tak nietypowych bohaterach, więc trójka klasowych dziwaków wciągnie je w lekturę.
Szymanowicz wykorzystuje intertekstualia po to, żeby bez przerwy się bawić. Niemal wszystkie motywy z tomu potrzebne mu są jako pretekst do wzbudzania śmiechu. Mrożące krew w żyłach sceny (porwanie Słonika czy dzieci) również. Czarne charaktery stają się tu własnymi karykaturami, a jedyni „normalni” bohaterowie to Słonik i jego rodzice. Jeśli tylko przymknąć oko na wyolbrzymiane rodzicielsko-domowe postawy. Maciej Szymanowicz kocha absurd i bardzo umiejętnie go wykorzystuje, więc lektura pełna jest humoru i niespodzianek. Przypadnie do gustu wszystkim, bo wciąż mało jest w literaturze czwartej opowieści-dowcipów. Sam autor zabrał się też za zilustrowanie swojej historii. Postacie jak z niegrzecznych kreskówek z pewnością zaintrygują małych odbiorców. Szymanowicz zyskuje natomiast jeszcze jedną ważną płaszczyznę żartu. W „Najmniejszym słoniu świata” śmiech liczy się najbardziej. No i jeszcze morał. Ważny dla dzieci i dorosłych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






