* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 8 sierpnia 2014

Ludmiła Piasecka: 52 tygodnie

WNK, Warszawa 2014.

Pomysły

„Domowy ludek” lub „rodzinny ludek” to określenia, którymi najczęściej narratorka tomu „52 tygodnie” obdarza swoją rodzinę. Ale Ludmiła Piasecka wprost uwielbia zawoalowane formy, metaforyzowanie i zmianę zwykłego języka nazywającego codzienność na jego bardziej poetycką (za to mniej prostą i mniej wyrazistą) odmianę. Łzy będą tu zatem obowiązkowo „słonymi grochami”, aparat fotograficzny – „trzecim okiem”. Za każdym razem bohaterka tomu próbuje upiększać prozaiczne czynności przez kaskady słów. Logoreiczne fascynacje bywają niebezpieczne, ale Majka niewiele sobie z tego robi. Zresztą całe „52 tygodnie” mają rzucać wyzwanie zwyczajności i marazmowi.

Bohaterka – żona i matka – nie zachowuje się jak postacie z amerykańskich czytadeł, szukające szczęścia dzięki precyzyjnie obmyślanym planom. Majka wie jedno – chce wzbogacić swoje życie, spróbować rzeczy nowych, szalonych i oryginalnych. Przez rok będzie eksperymentować w różnych dziedzinach a rok dzieli na tematyczne tygodnie. Tyle że Majka nie ma pojęcia, za co zabierze się w niedalekiej przyszłości. Nie czerpie wskazówek z podręczników samorozwoju, czeka na to, co przyniesie los, by postępować impulsywnie. Nie przejmuje się narzekającym (lub naigrawającym się) mężem, dziećmi ani matką. Pozwala sobie na swobodę, jakiej dawno nie doświadczyła. Przy okazji może też rozwiązać część swoich problemów – na marginesie cotygodniowych zmian.

Majka zaczyna od spraw prostych – pierwszym krokiem jest wprawdzie dość ekstrawaganckie zamrożenie wydatków, ale to bardziej wabik powieściowy. Bohaterka pisze listy do różnych ludzi, wypróbowuje nowe przepisy i czyta książki dla dzieci. Urozmaica swoje życie seksualne. Próbuje swoich sił w różnych technikach handmade, przygotowuje freegański posiłek dla rodziny i znajomych, ogląda ważne i wartościowe filmy. Na każdy tydzień ma inny pomysł. Często stara się połączyć tygodniowe wyzwanie z zajęciem przydatnym w domu – na którego przetestowanie do tej pory brakowało jej czasu.

Majka nie rozlicza się z każdego dnia, chociaż niektóre tygodnie opisuje mniej lakonicznie. Chce, żeby czytelnicy sami wyciągali wnioski z efektów wyzwania, zamierza raczej inspirować i zachęcać do działania. I rzeczywiście przy takim festiwalu możliwości oraz odkryć trudno nie rozważyć opcji wprowadzania zmian. Może nie tak radykalnych jak u Majki, ale na pewno twórczych. Jedno odbiorców będzie zapewne czasami dziwić: bohaterka prawie w ogóle nie spotyka na swojej drodze przeszkód. Kiedy produkuje upominki dla najbliższych, wychodzą jej od razu dzięki wskazówkom z internetu, kiedy szuka jedzenia na śmietnikach, znajduje prawdziwe rarytasy bez jakiegokolwiek obrzydzenia. Jedynym punktem zakłócającym sielankę może okazać się dość sceptycznie nastawiony mąż, ale nawet on nie studzi entuzjazmu bohaterki. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że Majka żyje we własnym świecie, nie bierze pod uwagę opinii obcych, od rodziny nauczyła się dystansować. Jest asertywna do granic możliwości, nie daje się powstrzymać, kiedy realizuje dzieło życia. Niektóre pomysły Majki czytelnicy przyjmą bez wahania, inne – bez wahania odrzucą, ale pewne jest, że otrzymają 52 sposoby na urozmaicenie rutyny. A to rozbudzi w nich kreatywność – wymyślanie kolejnych, tym razem własnych tygodniowych eksperymentów przyjdzie im z łatwością.

„52 tygodnie” to tom, który nie przypomina typowej powieści, zarówno ze względu na sposób poprowadzenia fabuły – nie ma tu wyraźnych punktów kulminacyjnych, do których zmierza akcja – jak i ze względu na styl pisania. Ludmiła Piasecka stawia na nieprzezroczystą narrację, szuka licznych tekstowych ozdobników i dba o to, by w języku działo się co najmniej tyle, co w życiu jej bohaterki. To książka, która ma podsuwać pomysły (można na przykład wypróbować podawane przez bohaterkę przepisy) i inaczej podpowiadać zalecenia z poradników do samorozwoju.

Portret Aldony Jankowskiej

Materiał ze „Sztajgerowego Cajtunga”, gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

Kameleon
portret Aldony Jankowskiej

Aldona Jankowska to kobieta-kameleon. Jedna z tych nielicznych aktorek, które na scenie chcą przede wszystkim rozśmieszać i wciągać w historię niebanalnych postaci, a nie olśniewać wyglądem. Aktorskie kreacje buduje często w oparciu o karykaturę i przesadnię. Lubi rozbawiać publiczność, uwielbia błaznować na scenie, a jednak nie przekracza przy tym granic przedstawianych charakterów. Paradoksalnie w przerysowaniu zachowuje szczerość postaci, a to sztuka, która udaje się niewielu, wymaga bowiem wyczucia.

W artystycznym portrecie Aldony Jankowskiej dominuje zmysł obserwacji przekładanych na trafne imitacje. Ta aktorka jest urodzoną parodystką. W efekcie nie musi zatrzymywać się nad przekonującym pomysłem na danego bohatera, wystarczy, że pierwowzór zaobserwuje na żywo. Naśladowanie połączone z wyolbrzymianiem wad to jej podstawowy atut. Aldona Jankowska jest jak krzywe lustro: wynaturza to, co i tak odstawało od normy, załamuje proporcje, ale zachowuje przy tym podobieństwo do punktu wyjścia. Tak tworzy najciekawsze sceniczne wcielenia. Zamiast pastiszu zawsze proponuje parodię, o różnym stopniu ośmieszenia. W ten sposób może szybciej i celniej zarysowywać przedstawianą sylwetkę. Jednak mimo parodystycznego rozchwiania postaci pozostaje w niej prawdziwa: nadal może wzruszać, rozbudzać tęsknotę czy uruchamiać współczucie. Zyskuje Jankowska coś, czego przeważnie aktorki nie mają: świadomość możliwego zniekształcenia. W związku z tym nie wypadnie z roli, nawet najbardziej jaskrawej. A takich w jej dorobku przecież nie brakuje. Jankowska wyposażona jest również w improwizacyjne umiejętności, a, co za tym idzie, także w znakomite wyczucie puenty. Dla niej rola nie kończy się na zapiskach w scenariuszu i reżyserskich uwagach. To dopiero początek w nadawaniu postaci życia. Sposób mówienia i poruszania się, tembr głosu, wygłaszane kwestie to narzędzia właściwe wszystkim aktorom. Jankowska do tego zestawu przy kształtowaniu postaci dodaje zawsze coś jeszcze: osobowość wzbogaconą o indywidualne i potencjalne cechy bohatera.

Szkicowane mocną kreską charaktery nie oznaczają nigdy rutyny. Jankowska do każdego swojego bohatera przywiązuje się w inny sposób i na każdego znajduje osobny pomysł. To sprawia, że najlepiej oglądać ją w monodramach. Ona nie potrzebuje wsparcia w postaci innych aktorów, cały aktorski kunszt uruchamia najpełniej w konfrontacji sam na sam z publicznością. Wówczas najlepiej widać rozmaite techniki gry, a i metody przedstawiania postaci w różnym wieku, różnej płci i o różnych życiowych doświadczeniach. Ba, nawet różne gatunki się tu zdarzają, bo Jankowska uwielbia wyzwania. Przy serialowych wyczynach młodych pseudogwiazdek widzowie coraz bardziej doceniają prawdziwy artystyczny warsztat. Jankowska proponuje znacznie więcej niż opanowanie tekstu i bycie na scenie. Swoją opowieść zamienia za każdym razem w wielogłosowe przedstawienie. Rodzaje wywoływanych przez nią emocji są już tylko pochodną perfekcyjnie dopracowanych ról. Metamorfozy Jankowskiej na scenie należą do błyskawicznych, przez co aktorka cieszy się niesłabnącym uznaniem odbiorców. Teatr w wykonaniu Aldony Jankowskiej to teatr zamaszysty, ale i niebywale precyzyjny, drapieżny, ale i subtelny w co bardziej delikatnych uczuciach. Tej aktorce warto się przyjrzeć: funduje widzom nie tylko zwielokrotnienie postaci wraz z ich historiami, ale też dobre aktorstwo. Komedia bez półśrodków to jej żywioł.

Izabela Mikrut

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i wynalazki

Media Rodzina, Poznań 2014.

HistoRyjki

Wesoły Ryjek to bohater, przy którym trudno się nie uśmiechnąć. Mały prosiaczek z bajek Wojciecha Widłaka spodoba się wszystkim bez wyjątku – dzieciom i dorosłym. To postać pogodna, sympatyczna, a przede wszystkim bardzo zabawna. Wesoły Ryjek relacjonuje swoje codzienne przygody w krótkich opowiadaniach, a każde z tych opowiadań rozpoczyna od słów „Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek”. Z kolei puenta to zawsze komentarz Wesołego Ryjka do tego, czego z danej przygody się dowiedział – często w humorystycznej i dziecięcej interpretacji.

Wojciech Widłak stworzył Wesołego Ryjka tak, że łatwo uwierzyć w istnienie takiej postaci. Mały i naiwny nieco prosiaczek codziennie doświadcza czegoś ciekawego, a jednocześnie zwyczajnego. Raz jest to awaria ogrzewania, raz kupno balonika. Wesoły Ryjek myje z tatą samochód, uczy się wiązać sznurówki i wraca z wakacji. Za każdym razem w zwykłej scence maluch dostrzega coś, co warte jest utrwalenia i przekazania innym. Wnioski, jakie wyciąga Wesoły Ryjek, bywają oderwane od dorosłego widzenia świata, ale zawsze logicznie wynikają z obserwacji poczynionych przez bohatera. I tak na przykład Wesoły Ryjek łączy zimny nos z czasem spędzonym z tatą, a zapomniane klucze z wizytą u babci. Zresztą bohater najbardziej cieszy się, gdy może spędzać czas z bliskimi – zwykle optymistyczne wnioski wiążą się z długą zabawą z ukochanym tatą. Widłak w ten sposób subtelnie przypomina rodzicom, co spodoba się ich pociechom – i sugeruje, by spędzać z dzieckiem więcej czasu. W końcu Wesoły Ryjek nie posiada się z radości, gdy może pobawić się z tatą.

Wesoły Ryjek jest rezolutnym dzieckiem, które uważnie analizuje wszystko, co dzieje się w pobliżu. Nie spuszcza też z oka swojego przytulankowego żółwia, którego – ku uciesze odbiorców – traktuje jak prawdziwego. W każdej sytuacji Wesoły Ryjek chce dostrzegać dobre strony, nigdy się nie nudzi i niczym się nie zamartwia. To bohater, który dostarcza uśmiechu i pokazuje, jak przyjemnie spędzać czas. Zdarza się, że chciałby mieć więcej zabawek (ale obecność taty wystarcza za sto plastikowych figurek), jednak nigdy nie narzeka. Nieprzypadkowo nazywa się Wesoły Ryjek.

Wojciech Widłak stawia na humor. W bardzo krótkich opowiadaniach wykorzystuje sytuacje typowe dla maluchów i doskonale wszystkim znane, ale w ujęciu Wesołego Ryjka owe sytuacje szybko stają się źródłem dowcipu. Codzienne wydarzenia z tomiku „Wesoły Ryjek i wynalazki” nie służą edukowaniu najmłodszych (chociaż jest tu na przykład rysunkowy kurs wiązania sznurówek), a rozbawianiu ich. Z takim towarzystwem jak Wesoły Ryjek nie można być ponurym. Widłak pokazuje dzieciom, że lektury mogą dostarczać naprawdę przyjemności – przyzwyczaja maluchy do czytania i zapewnia im dobranockowe historyjki.

Wesoły Ryjek na ilustracjach Agnieszki Żelewskiej jest niemal zawsze uśmiechnięty. Zresztą ilustratorka też chętnie tworzy rysunkowe dowcipy – wystarczy zawsze sprawdzać, co robi żółw Wesołego Ryjka. Kredkowe rysunki są doskonale dopasowane do stylu narracji – podkreślają komizm książeczki i zapraszają do lektury. Tomik „Wesoły Ryjek i wynalazki” to kolejna już seria przygód śmiesznego bohatera – w dalszym ciągu Wojciech Widłak znajduje sposób na to, by dzieci i dorośli polubili Wesołego Ryjka i opowiadania o jego codzienności. Widłak wie, jak pisać dla dzieci – nie ma tu dłużyzn ani męczącego dydaktyzmu, jest za to czysto dziecięca radość i takie też spojrzenie na świat, w którym wiele rzeczy czeka jeszcze na odkrycie.

środa, 6 sierpnia 2014

Sarah Jio: Dom na plaży

Między Słowami, Kraków 2014 (wyd. II)

Wojenny romans

Miłość jest zawsze taka sama, bez względu na przemiany obyczajowe i czasy. Historie miłosne z kolei zawsze noszą w sobie indywidualne cechy. Sarah Jio dokonuje połączenia tych dwóch motywów, by „Domem na plaży” przypomnieć czytelniczkom, co w życiu powinno się liczyć. Jednocześnie nie boi się wplatania do romansu elementów grozy i kryminału, żeby pokazać odbiorczyniom wiele rodzajów przeszkód na drodze do szczęścia.

Wnuczka Anne właśnie kończy studia, kiedy znajduje w koszu na śmieci zagadkowy list adresowany do babci. Wyjaśnienia, jeśli mają być szczere i pełne, wymagają czasu. Anne decyduje się na opowiedzenie historii z czasów swojej młodości, kiedy świat ogarnięty był wojną. We wspomnieniach przenosi się na Bora-Bora. Anne tuż przed zaplanowanym ślubem decyduje się zostać pielęgniarką i pomagać rannym żołnierzom – tę kontrowersyjną decyzję podejmuje pod wpływem swojej odważnej przyjaciółki, Kitty. Tyle że Kitty w kraju nie zostawiła narzeczonego a żonatego kochanka, a na miejscu nic sobie nie robi z ostrzeżeń przed spragnionymi kobiet żołnierzami. Kitty żyje chwilą, inaczej niż przezorna Anne.

I tak większa część powieści rozgrywa się w latach 40. XX wieku na wyspie, która mogłaby być rajem, gdyby nie wojenne okoliczności. Znajduje się tu bungalow obłożony rzekomo klątwą – który Anne daje schronienie. Bohaterka nie musi obawiać się samotności – i coraz mniej myśli o pozostawionym w kraju narzeczonym, co do którego nie ma pewności, czy naprawdę go kocha. Ale poza wojennymi przeżyciami Anne odkrywa na wyspie coś jeszcze, coś, co zmusi ją do wieloletniego milczenia. Izolacja od normalnego świata weryfikuje wszelkie przekonania i związki. Sarah Jio funduje swoim czytelniczkom koktajl emocji i najsilniejszych uczuć.

Dylematy pielęgniarki z czasów drugiej wojny światowej nie pobrzmiewają tu archaicznie. Chociaż inne są pobudki, którymi kieruje się Anne w układaniu sobie życia, niewiele zmienia się w temacie zauroczenia czy pożądania. „Dom na plaży” wykorzystuje w fabule uniwersalny portret kobiety, która marzy o wielkiej miłości, a przy tym wie, czego się od niej oczekuje. Za to narzeczony bohaterki, postać z dalekiego planu, mimo oddalenia wypada bardzo marionetkowo. Jio nakreśla jedną namiętność i nie chce zaciemniać obrazu przez opisywanie przywiązania, więc czytelniczki – podobnie jak bohaterka – łatwiej odnajdą się na wyspie, która oddala zwykłe zasady funkcjonowania w społeczeństwie.

Sarah Jio stworzyła tu romans klasyczny, o czym przypomina także czas akcji. Przez nawiązania do minionych zwyczajów ta autorka zapewnia sobie ochronę przed dosłownością i banałem, a także uzasadnienie dla silnych wzruszeń – w końcu sentymenty są zjawiskiem zrozumiałym przy wspomnieniach z czasów młodości. Do tego autorka dodała trochę tajemnic z różnych sfer – w ramach romansu zdecydowała się na ograne chwyty – listy pozostawiane w skrytce czy wspólne sekrety. W ramach kryminału – ukryła sprawcę zapadających w pamięć wydarzeń. Poprowadziła opowieść z wprawą i z pełnym przekonaniem co do rozwoju uczuć. Jio wykorzystała tu proste i ponadczasowe psychologiczne obserwacje. Nie komplikuje przesadnie charakterów swoich postaci, ale znajduje sposób na to, by wydobyć z nich prawdę. „Dom na plaży” nie jest lekturą wakacyjną ani tanim romansidłem – autorka potrafi opowiadać historie i to się w tej powieści najbardziej liczy, nawet jeśli ktoś nie ma ochoty na śledzenie miłosnej przygody sprzed dekad.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Cornelia Funke: Rycerz widmo

Egmont, Warszawa 2014.

Strach w katedrze

Cornelia Funke pisze tak, że dokładnie widać szablony, które wykorzystuje do kreowania postaci i fabuły. Nie przejmuje się prawdopodobieństwem i nie tłumaczy obecności tworów wyobraźni oraz kultury masowej w historiach. A wreszcie – uwielbia straszyć, a raczej dostarczać dzieciom adrenaliny przez historie zupełnie niedzisiejsze, napisane tak, by podkreślały swoją literackość i przypominały, że nie ma się czego bać, chyba że bardzo się tego chce. I dlatego zawsze u Cornelii Funke roi się od potworów, straszydeł, duchów i zjaw. Mogą one pozwalać sobie na wszystko, a śmierć w tych opowieściach nie jest tematem tabu. Bohaterowie silnie przeżywają wydarzenia, bo są w nie, w odróżnieniu od odbiorców, bez reszty zaangażowani. Odbiorcy natomiast czerpią przyjemność z tego, że mogą nad lekturą czuć strach.

W te założenia „Rycerz widmo” wpasowuje się bez zarzutu. Cornelia Funke za nic ma zastrzeżenia pedagogów dotyczące wpływu strachu i agresji w literaturze czwartej na zachowania młodzieży. Hołduje zasadom głoszonym przez Bettelheima, a dodatkowo wychodzi ze słusznego założenia, że po jej tomy sięgają już świadomi i ukształtowani odbiorcy. W tomie „Rycerz widmo” autorkę wyraźnie pasjonuje i inspiruje katedra w Salisbury. Do miejscowej szkoły katedralnej mama i przyszły ojczym, Brodacz, wysyłają jedenastoletniego Jona. Pierwsze dni w nowym miejscu dla każdego dziecka są trudne. Jon dowiaduje się jednak, że czekają go dużo gorsze przeżycia. Pod oknem pokoju chłopca pojawiają się trzy duchy, które pałają żądzą zemsty. Dalsze wydarzenia toczą się w błyskawicznym tempie – żeby przetrwać, Jon chce uzyskać pomoc ducha dzielnego rycerza. W zamian musi pomóc wojennemu bohaterowi z przeszłości w bardzo skomplikowanej sprawie. Duchy zadziwiająco dobrze władają mieczami i chociaż rzekomo nie powinny stanowić zagrożenia dla ludzi, lepiej nie przekonywać się o tym na własnej skórze. Jon znajduje w tej szkole przyjaciółkę, Ellę, której babcia wie wiele o duchach.

Cornelia Funke kompletnie nie przejmuje się wiekiem odbiorców tomu. Wie, że aby ich nastraszyć, musi odwoływać się do motywów mrożących krew w żyłach – i robi to tym chętniej, że owe motywy zostały już przez popkulturę wchłonięte i opracowane tak, że funkcjonują zawsze bardziej na prawach cytatu niż realnego czynnika przerażającego. Uzyskuje jednak autorka zaplanowany efekt – atmosferę grozy w narracji. Tym samym dostarczy młodzieży pożądanych wrażeń. Funke dobrze zna upodobania młodych czytelników – w tomie „Rycerz widmo” podkreśla zatem te uczucia postaci, które spotkają się ze zrozumieniem. Oszczędza też „niepotrzebnych” opisów, koncentrując się na dynamicznej i wybujałej (wyobraźniowo) akcji.

„Rycerz widmo” to thriller dla młodzieży, tom, który można ze względu na poruszane wątki określić jako klasyczny. Autorka nie odnosi się do tego, co wszechobecne w mediach, nie kopiuje fabuł filmów sensacyjnych. Wystarczają jej stare poczciwe (złowrogie) duchy i krwawe legendy, wizje rodowej zemsty i to wszystko, co kiedyś w znacznie mniejszym stężeniu składało się na powieści awanturnicze. To zawsze przyjemna odmiana w dzisiejszej literaturze czwartej. Co najciekawsze, chociaż Cornelia Funke posługuje się schematami tak, że wszyscy je widzą, nikomu nie przeszkadza szorstkość historii. Książka obroni się ze względu na samą intrygę oraz wrażenia związane ze „straszną” lekturą. To jedna z tych powieści, w których chodzi o przygodę powiązaną z czarnymi charakterami. Ożywające tu postacie przeniesione ze średniowiecza zwracają jeszcze uwagę na wybrane przez autorkę otoczenie. Może nie dodałyby otuchy dzieciom, które boją się przeniesienia do szkoły z internatem, ale też nie do nich tom jest kierowany. Cornelia Funke zestawia tradycje literackie z niemiecką surowością w narracji. Jej „Rycerz widmo” to coś dla miłośników mocnych wrażeń.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Agnieszka Tyszka: Koniki z Szumińskich Łąk. Roki

Egmont, Warszawa 2014.

Smutek i przyśpiewki

W drugim tomie serii Koniki z Szumińskich Łąk narratorami są Paulina i jej kucyk Roki – bohaterowie, którzy w pierwszej części przybyli do Szumina. Paulina uczy się życia w małej mieścinie i wciąż wstydzi się ekscentrycznych zachowań matki, która po ogromnym kryzysie przestała być bizneswoman, a zaczęła zajmować się ezoteryką, medytacją i… ciastami robionymi z trawy. Nic dziwnego, że Paulina czasami pragnie samotności i ucieczki przed ludźmi, nawet tymi najbardziej życzliwymi. Jej kucyk też ma problemy – instruktorzy w stajni twierdzą, że to rodzaj depresji i chociaż Paulina nie chce im wierzyć, Roki zachowuje się, jakby coś go trapiło.

Agnieszka Tyszka zaprasza do Szumina po raz drugi, tym razem organizując bohaterom czas zgodnie z nadchodzącymi świętami. Do tego dokłada chłopca, który nie znosi jazdy konnej i przyprowadzany na lekcje bez przerwy próbuje nowych sposobów na wymiganie się od zajęć. Jego rodzice nie dopuszczają jednak do wiadomości upodobań syna i chcą go na siłę uszczęśliwić. Konie tymczasem zastanawiają się, co zrobić z Gwiazdorem, nowym kolegą, który zachowuje się jeszcze bardziej dziwacznie i nie daje sobie pomóc. Dobrze, że August potrafi informować o wydarzeniach ze stajni Klarę, a Roki – Paulinę. Dziewczynki rozumieją mowę koni bez trudu (a raczej właściwie odczytują wysyłane przez nie sygnały) i mogą zacząć działać wtedy, gdy interwencja jest już bardzo potrzebna.

W „Rokim” Agnieszka Tyszka zwraca również uwagę na tworzenie lokalnych zwyczajów – ludowe przyśpiewki pewnej babci stanowią dobry punkt wyjścia dla wielopokoleniowej zabawy. Bohaterki same próbują swoich sił w tworzeniu rymowanek i wiedzą, jak przygotować prawdziwe niespodzianki dla starszych mieszkańców Szumina. Tu prawie wszyscy mogą na siebie liczyć, dzięki czemu żyje się tak przyjemnie. Nikt nie tęskni za wielkomiejskim zgiełkiem. Dziewczynki mogą zajmować się swoimi końmi, co – w związku z modą na lekcje jazdy (i to z modą pozaliteracką) zapewni odbiorczyniom sporo przeżyć lekturowych.

Bo Agnieszka Tyszka tematem przewodnim trafiła w zapotrzebowanie rynku. Obok zagadnienia przyjaźni z końmi i kucykami niemal żadna mała czytelniczka nie przejdzie obojętnie. Tu otrzymują temat z marzeń i bajkową obecność ukochanych zwierząt. A że autorka rezygnuje z prostych zachwytów i stawia na opisywanie codzienności z jej rozmaitymi troskami, tym ciekawiej wypadają historie z cyklu. W „Rokim” pojawia się też odrobina magii – tajemnicza złota kurka przepowiada Paulinie przyszłość. Tyszka dołącza tu drobne wstawki kryminalne, żeby nadać fabule dynamizmu, pisze o potrzebie samotności i zadumy, ale zwraca też uwagę na motywy frapujące różne pokolenia. Kiedy przechodzi do koni (które również mają swoje spojrzenie na świat i są bardzo spostrzegawcze), umiejętnie zmienia perspektywę. Ważniejsze okazują się wówczas kwestie, które ludzie nie zawsze mogą zauważyć, zmieniają się także interpretacje wydarzeń. Agnieszka Tyszka pisze tak, żeby odbiorczynie znalazły w książce odzwierciedlenie przynajmniej części własnych trosk i rozterek – ale też tak, by dostarczyć dzieciom sporo rozrywki w dobrym gatunku. Nie zamierza zbyt długo teoretyzować czy bawić się w długie opisy – dla niej najważniejsza jest akcja, wszystko z czasem wyświetli się w działaniu. Dlatego też Koniki z Szumińskich Łąk to cykl, który cieszyć się będzie uznaniem małych odbiorców. Trafiony temat, ciekawa realizacja i wiele przygód z różnych sfer codzienności, a do tego odrobina egzotyki w postaci bezpośredniej bliskości stajni – tym razem to przepis na sukces.

Centrum Kultury Katowice: O upartym "u" otwartym - muzyczna bajka ortograficzna

tekst: Kazimierz Szymeczko
reżyseria: Artur Sędzielarz, Marta Saciuk
muzyka: Zdzisław Smucerowicz
scenografia: Izabela Kosowska, Ryszard Wardęga
występują: uczestnicy warsztatów teatralno-muzycznych organizowanych przez CKK
premiera: 3.08.2014


Co psują dorośli?

„Nie poznałem własnego tekstu” wyznał na scenie wzruszony Kazimierz Szymeczko, autor bajki „O upartym u otwartym” przygotowanej przez Centrum Kultury Katowice. Szczęściarz. Obecni na widowni (poza rodzinami występujących maluchów) wiele by dali, żeby też jego tekstu nie poznać. Od razu zaznaczam: występujące dzieci – uczestnicy warsztatów teatralno-muzycznych organizowanych przez CKK – stanęły na wysokości zadania. Dorośli zawiedli na całej linii, proponując „bajkę” kompletnie bez świadomości wymogów gatunkowo-audytoryjnych. Ale po kolei.

Wpadka pierwsza i najpoważniejsza: tekst. W tej produkcji najlepszy jest tytuł. Na tytule kończy się błyskotliwość. Kazimierz Szymeczko niebezpiecznie i bardzo szybko zmierza w stronę czystej grafomanii. Brakuje samoświadomości warsztatowej, kiedy próbuje rymować, to łatwo wpada w banały nieuzasadnione historią (chociaż przecież nawet banały w małych ilościach da się znieść), albo rymuje gramatycznie. Lista zarzutów do autora jest bardzko długa. Nieudolne rymy to jedno, wcale nie najważniejsze kryterium surowej oceny. Szymeczko w swoich rymowankach daje się prowadzić rymom – to znaczy kurczowo trzyma się jednego słowa, by szukać do niego przypadkowego, nieuzasadnionego treścią, współbrzmienia. Znacznie gorzej, że ten autor najwyraźniej nie wie, jak pisać dla dzieci. Nie wie, bo gdyby wiedział, nie używałby w opowieści słów typu „dewaluacja”, „trzos” czy zwrotu „kulturysta ortografii”. W bardzo długich fragmentach dzieci na scenie klepały tekst z malującą się na twarzach niewiedzą i głębokim niezrozumieniem znaczeń, a dzieci z publiczności nie miały szansy domyślić się, o czym mowa. Sama jestem zwolenniczką pisania dla dzieci odrobinę ponad ich poziom, nie znoszę dziubdziania, spieszczeń i zdrobnień, czy mówienia jak do idiotów. Ale w drugą stronę przesadzać absolutnie nie wolno! Jeśli autor zmiękczałby tekst przez nadmiar uproszczeń i deminutywów, byłby niestrawny i samoośmieszający się, ale przynajmniej zrozumiały dla maluchów. A to one miały być odbiorcami bajki (chyba że się mylę?). „Uczoności” tekstu (określenie, które nie oddaje jego istoty…) nie tłumaczy nawet chęć tworzenia bajki edukacyjnej – dziecko, które nie zrozumiało słowa „dewaluacja” (a takie słowa padały bez przerwy), nie mogło natychmiast uzyskać od rodzica wyjaśnienia, co to znaczy – bo straciłoby kawałek akcji. Nie mogło też poprosić o wyjaśnienia w domu, bo nie było szansy, że zestaw trudnych pojęć zapamięta. Nie tak prowadzi się do edukowania i podnoszenia kompetencji językowych… Już nie mówię o tym, że widzowie (przypominam, kilkuletni!) nie mogli zaangażować się w odkrywanie trudnych słów, skoro ich odrobinę starsi koledzy na scenie wyklepywali je z zatrważającą pustką w oczach. Czy ktoś tym dzieciom wytłumaczył, co właściwie mówią? Bo to, że mówiły nienaturalnie nie wynikało z tremy. Wynikało z języka tekstu. Autor bardzo starał się zachować literackie brzmienie, wysławiać się elegancko i dystyngowanie. Efekt? Drętwe rozmówki i wypowiedzi puste. Nie semantycznie. Emocjonalnie.

Wpadka druga. Scenariusz. Brak pomysłu na akcję. W bajce dla dzieci musi się coś dziać. Tu dynamika zatrzymana w pierwszej scenie ciągnęła się przez pięć (albo sześć) kolejnych, za każdym razem anonsując powrót nudy dzwonkiem telefonu. W Biurze Używanych Liter telefon dzwonił bez przerwy, po to, by klienci mogli poprosić o brakujące spółgłoski. I to cała akcja na ponad połowę spektaklu. Sceniczne prawdy: wystarczy dwa razy potwierdzić sytuację, żeby widzowie w nią uwierzyli, a każda scena musi popychać akcję do przodu. Tu tego zabrakło. Doszło do sytuacji, że po czwartej scence zaczynającej się od „dryń dryń” po widowni przeszedł spory szmer zniecierpliwienia. Do biura przychodzi w końcu u otwarte (naprawdę dobra rola!) i wprowadza trochę zamieszania. Za mało, by kogokolwiek poruszyć, zwłaszcza że dotyczy to gry synonimami: tematyka niezrozumiała dla dzieci. W dodatku nikt nie podkreślił, że u otwarte zamienia wyrazy tak, by pojawiało się w nich u – dla kilkulatków to zbyt wysoki poziom abstrakcji (a wystarczyło przedłuuuuużyć wyrazy z u i nie powiedzieć „ałto” – co jest przecież normalnym sposobem wymawiania – tylko „auuuuuto”). Więc – znowu nuda.

A to jeszcze nie koniec, chociaż wrażenia rozbudowują się już ponad miarę.

Wpadka trzecia. Muzyka. Produkcja Centrum Kultury Katowice to „muzyczna bajka ortograficzna”. W związku z tym scenki bez akcji przerywane były piosenkami, w których liczył się sam nastrój. Na samym nastroju nie da się zbudować tempa, ale przynajmniej dało się ożywić widownię, która nagradzała brawami wykonawców. Piosenek zostało tu upchniętych zbyt dużo i nagle mali odbiorcy nie dość, że czekali bez skutku aż rozkręci się akcja, to jeszcze przeczekiwali piosenki, które nic ciekawego do opowieści nie wnosiły, a nad tekstem nie chce mi się już rozwodzić, bo zdecydowanie nie był wart aż takiego zainteresowania. Muzykę napisał Zdzisław Smucerowicz. Nie wiem, czy najpierw powstał tekst, a potem muzyka (wówczas zarzuty mam do kompozytora), czy najpierw muzyka a potem tekst (wtedy zawinił autor). Mam tylko jedno pytanie: czy którykolwiek z twórców słyszał kiedyś o transakcentacji? Mogę pytanie uprościć: czy ktoś zdaje sobie sprawę, na którą sylabę pada (najczęściej) akcent w wyrazach w języku polskim? Naprawdę warto było podjąć wysiłek i wystukać sobie rytm, żeby zrównać akcenty w muzyce i akcenty w tekście. Chyba że panowie zwykle do kawiarni przychodzą na kaWĘ, a później idą do TOalety. Tak tylko sygnalizuję: na tekstach piosenek, nawet najlepszych, zawsze trudniej skupić się małym widzom na żywo. Jeśli utrudni się im zadanie przez zły rozkład akcentów (nie mówię tu o puentowaniu wersów, to w ogóle wyższa półka, moje zarzuty dotyczą podstawowego poziomu), zaczną traktować piosenkę, jakby była po chińsku. Tak rozjeżdżających się akcentów w muzyce i tekście dawno nie słyszałam.

Wpadka czwarta. Scenografia (pod którą, między innymi, dumnie podpisuje się dyrektorka Centrum Kultury Katowice, Izabela Kosowska – nie wnikam, jaki był jej wkład twórczy, a co jest dziełem Ryszarda Wardęgi, to nieważne). Scenografia miała dwie zalety; Po pierwsze cieszyła oko, a po drugie – dawała spore możliwości na scenie. Składała się ze styropianowych, bajecznie kolorowych kostek-klocków, które dawało się dowolnie układać - i okazała się połączona z tekturowymi napierśnikami dla dzieci. Na kostkach i na tekturkach naklejone lub namalowane zostały kolorowe literki i na tym skończyła się dobra historia. Nawet nie czepiam się, że w zeszłym roku Centrum Kultury Katowice uraczyło widzów podobnym pomysłem, dobre własne idee należy wykorzystywać, a ta scenografia wypadła nawet dużo lepiej niż rok temu. Tylko że twórcy nie uwzględnili jednego: że widzowie Letniej Grządki Teatralnej to w dużej części dzieci, które jeszcze nie potrafią czytać. I co z tego, że mali aktorzy ustawili się zgrabnie w napis „kryjówka” i stali cichutko, skoro niewiele maluchów potrafiło sobie ten napis przeczytać? Abstrakcji za dużo było w tekście, żeby jeszcze dorzucać ją do widoków. Przynajmniej jednak okazało się kolorowo i to cieszyło oczy.

Wpadka piąta. Reżyseria. Artur Sędzielarz i Marta Saciuk. Na początku dwie dziewczynki zaimponowały widzom, robiąc w piosence gwiazdy i szpagaty (chociaż w szpagatach ukryły się niechcący za odsłuchami), a na końcu huśtały się na ogromnych huśtawkach (odwracając wreszcie uwagę od marnej akcji). Sędzielarz robił z tymi dziećmi, co mógł, ale mógł niewiele, chyba że uparłby się przy zmianie tekstu i autora. Nie miał pomysłów reżyserskich splecionych ze sobą czy w jakikolwiek sposób powiązanych z akcją (huśtawki były wyłącznie ozdobnikiem!) i nie ożywił sceny. Za to na premierze ożywiał publiczność, śmiał się na całe gardło (jako jedyny) i głośno klaskał, zachęcając innych do tego samego. Starał się dopingować dzieci i być z nimi do końca tej produkcji. Dobrze, bo brak reakcji mógł okazać się dla małych aktorów tak samo deprymujący jak ich nadmiar (co tej bajce nie groziło).

Nie mam już ochoty dłużej argumentować. Napiszę jeszcze tylko, że:
- po dziesięciu minutach (sprawdziłam dokładnie!) publiczność zaczęła się wiercić, rozglądać i marudzić,
- części edukacyjne na scenie mali aktorzy prezentowali tak, jak na to zasługiwały, czyli tonem śmiertelnie znudzonym,
- chłopczyk na krześle obok mnie odkrył sposób, jak dotknąć czubkiem głowy podłogi bez odrywania pleców od siedziska,
- żarty ze sceny (z dwoma wyjątkami) zrozumiałe były wyłącznie dla dorosłych.

I tylko żal mi małych aktorów, którzy dali z siebie wszystko (dziecko „u” już wykazuje aktorski talent). Nie ich wina, że uczestniczyli w… sami sobie znajdźcie określenia na tę produkcję Centrum Kultury Katowice. Dzieci nie powinny padać ofiarą ambicji dorosłych.

Nie kopie się leżącego, ale w notce o bajce czytamy: „bajka ta w lekki, łatwy i przyjemny sposób zaznajamia dzieci z trudnym tematem, jakim jest ortografia”. Lekko nie było. Łatwo też nie. Przyjemnie – najmniej. Nie pytajcie dzieci, czy im się podobało. Po co utrwalać traumy. Mnie, jako widzowi, który teatry dla dzieci uwielbia, było wstyd do tego stopnia, że nawet te przydługie wrażenia publikuję z zażenowaniem – nie po to, żeby potępiać, a po to, żeby ostrzec. Teatr dla dzieci powinien BAWIĆ. Uczyć też, ale bawić przede wszystkim, inaczej na całe życie zniechęci się małych odbiorców do tej formy sztuki.

Uśmiech na twarzy chłopczyka obok mnie zobaczyłam podczas całej bajki jeden raz. Wtedy, kiedy do niego mrugnęłam.