Literatura, Poznań 2010.
Przyjaźń i przygoda
Smak klasyki, zmysł humoru, wyobraźnia przeniesiona do rzeczywistości i lekkie pióro – tym Paweł Wakuła przekonuje do siebie. Tom „Kajtek i Yetik” cieszy tradycyjnymi przygodami i dowcipem – to książka, na którą warto zwrócić uwagę dzieci, na pewno wygra z innymi rozrywkami. Bo w końcu każdy chciałby mieć takiego przyjaciela jak Yetik. Zwłaszcza Kajtek.
Kajtek nie ma przyjaciół, dręczony przez dzieci sąsiadów niechętnie wychodzi z domu: woli czytać książki i marzyć o doświadczeniach bohaterów ulubionych lektur. Jeszcze nie wie, że w willi obok mieszka prawdziwy kapitan. Przypuszcza za to, że po zmroku krąży po okolicy Wielka Krwiożercza Zmutowana Wiewiórka. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy w ogrodzie zoologicznym poznaje Yetika – stwora niepodobnego do innych zwierząt, inteligentnego i silnego, wielkiego i dobrodusznego. Yetik bez trudu radzi sobie z wrogami, a w dodatku przyjaźni się z kapitanem Rumplem – a kapitan ma u siebie tajemniczą mapę skarbów. Tak zaczyna się powieść głęboko zakorzeniona w krainie fantazji. Yetik, kapitan i Kajtek muszą przeprowadzić ważne śledztwo, a potem stoczyć walkę ze złym bratem kapitana – będzie się tu sporo działo.
Paweł Wakuła nawiązuje tematem do najbardziej przez maluchy pożądanych historii awanturniczych. Wykorzystuje konwencje literackie, lekko je parodiując i momentami zniekształcając – a to za sprawą prześmiewczego stylu, który przenika narrację. Autor sięga po system dowcipnych przypisów, w których ironiczny opowiadacz może dzielić się zgryźliwymi czasem uwagami (te wprowadzają dodatkowy komizm) i dopowiedzeniami mocno prześmiewczymi. Czasami w tych marginesowych dopiskach Wakuła rozbija frazeologizmy, niekiedy wprowadza… satyrę obyczajową (za cel wziął tu sobie niezbyt błyskotliwego policjanta – i stereotyp wolno myślącego funkcjonariusza konsekwentnie utrzymuje).
Daje też Wakuła popis wyobraźni, zwłaszcza przy omawianiu wyjątkowych gatunków zwierząt zamieszkujących zoo. Przegląd niezwykłych obrazów stanowi dobre wprowadzenie do powieściowego świata, w którym wszystko, choć niby normalne, zyskuje nagle inny wymiar. Autor nie jest zwolennikiem przewidywalnych, dydaktycznych i bezpiecznych fabuł: na pierwszy plan wprawdzie wysuwa się przyjaźń rywalizująca z miłą przygodą, ale droga do celu będzie dla bohaterów bardzo trudna. Tu warto wspomnieć o graniu z domysłami czytelników – kiedy rozwiązanie wydaje się oczywiste, Wakuła rezygnuje z niego i natychmiast podsuwa dzieciom wyjście alternatywne – jednak to nie może być skuteczne, odbiorców czeka zatem nie lada rozczarowanie. Kiedy już je przeżyją, znajdzie się kolejny przywracający nadzieję zabieg – w ten sposób Wakuła podbija ciągle emocje i utrzymuje koncentrację dzieci na stałym poziomie.
Książka napisana z humorem z jednej strony podtrzymuje tradycje literatury czwartej, imponuje staroświeckością (czy też brakiem modnych dzisiaj pomysłów na rozwój akcji), z drugiej natomiast niesie miłe odświeżenie schematów. Najważniejsze jest w niej to, że budzi ciekawość, sympatia wobec bohaterów (przynajmniej tych dobrych) okazuje się bardzo silna – i przyczynia się do zainteresowania żywymi przygodami. Trzeba też wspomnieć o tym, że Paweł Wakuła sam ilustrował tom. Rysunki utrzymał w stylu komiksowo-satyrycznym. Pewna kreska i wyraziste twarze bohaterów oraz zabawne często sytuacje – to sprawia, że chociaż grafiki mają być tylko dodatkiem do powieści, bardzo ją uatrakcyjniają. Do tego Wakuła proponuje też kilka kolorowych pełnostronicowych ilustracji z podpisami-cytatami z książki. To znów przypomnienie dawnych publikacji z zakresu literatury czwartej.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 10 stycznia 2012
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Agata Widzowska-Pasiak: Myszka Precelka nie umie się dzielić
Wilga, Warszawa 2010.
Radość dzielenia się
Myszka Precelka, bohaterka książeczek Agaty Widzowskiej-Pasiak, przeżywa rozmaite przygody o zabarwieniu dydaktycznym. W klasycznych opowiastkach imitujących te opowiadane dzieciom na dobranoc autorka przedstawia myszkę w sytuacjach zrozumiałych dla maluchów – i prowadzi akcję tak, by Precelka, a wraz z nią i odbiorcy, nauczyła się czegoś ważnego o życiu i postępowaniu. Żeby kilkulatki nie przegapiły ważnej lekcji, wyniesionej z lektury, autorka stawia na przypominanie istotnych reguł: na koniec tomu, więc i na zamknięcie określonego rodzaju przygód, mysia bohaterka zapisuje sobie, czego się dowiedziała – a najważniejszą myśl w ogóle wpisuje wielkimi literami. Trudno byłoby przeoczyć tak wyraźny morał. Precelka razem z całą rodziną mieszka w bibliotece – miejscu dobrym do snucia opowieści, które zresztą myszka – jako pasjonatka książek – bardzo lubi. I to biblioteka stanie się ważną areną wydarzeń z tomiku „Precelka nie umie się dzielić”. Oto bowiem myszka zaczyna zdradzać egoistyczne myśli. Najpierw nie chce częstować innych myszy pysznym serem, w zamian za to proponuje im tylko dziury i przekonana jest dość długo o swojej hojności. Z tej drogi ładnego absurdu Widzowska-Pasiak schodzi, gdy na pierwszy plan wysuwa się kwestia szanowania książek. Część czytelników bowiem oddaje do biblioteki tomy bardzo zniszczone – i często pobrudzone jedzeniem. Precelka nie znosi takiego zachowania i ma zamiar uratować swoje ulubione historie przed tymi, którzy postępują jak prosiaki i są flejtuchami (tak ludzi ocenia mysz). Planuje założyć własną bibliotekę, do której nikt nie będzie miał dostępu. Po raz kolejny ujawnia się zatem podstawowy problem: Precelka nie umie się dzielić. Chociaż ma sporo racji w trosce o książki, musi dostać nauczkę, by przestała być samolubna.
Mała myszka przekona się na własnej skórze, dlaczego przyjemnie się dzielić i dowie się, dlaczego postępowała niewłaściwie – a wszystko to w zgrabnej historyjce, która parę razy wywołać może dreszczyk emocji, mimo wyraźnego pedagogicznego zacięcia. W świecie bohaterki panują w końcu zasady, do których powinny się stosować także dzieci. Z Precelką łatwiej będzie je poznać, przyswoić i zapamiętać.
Agata Widzowska-Pasiak prowadzi swoje opowiastki lekko i proponuje dzieciom nie tylko budzącą ciekawość fabułę, ale i ładny literacko opis. Jej bajki nadają się do czytania przed snem, bo nie wystraszą maluchów, za to zawierają w sobie zrytmizowane opisy i wierszyki, które dobrze ukołyszą do snu. Myszka Precelka to bohaterka sympatyczna – niczym szczególnym wśród innych postaci literatury czwartej się nie wyróżnia, ale też i nie musi; to, co robi, wystarczy, żeby wciągnąć dzieci w opowieść. Cała seria o myszce Precelce została też wydana w sposób, który budzi zachwyt. Precelka, choć jak każdy ma sporo wad, stanie się przyjaciółką małych odbiorców i przewodniczką po skomplikowanym świecie.
Radość dzielenia się
Myszka Precelka, bohaterka książeczek Agaty Widzowskiej-Pasiak, przeżywa rozmaite przygody o zabarwieniu dydaktycznym. W klasycznych opowiastkach imitujących te opowiadane dzieciom na dobranoc autorka przedstawia myszkę w sytuacjach zrozumiałych dla maluchów – i prowadzi akcję tak, by Precelka, a wraz z nią i odbiorcy, nauczyła się czegoś ważnego o życiu i postępowaniu. Żeby kilkulatki nie przegapiły ważnej lekcji, wyniesionej z lektury, autorka stawia na przypominanie istotnych reguł: na koniec tomu, więc i na zamknięcie określonego rodzaju przygód, mysia bohaterka zapisuje sobie, czego się dowiedziała – a najważniejszą myśl w ogóle wpisuje wielkimi literami. Trudno byłoby przeoczyć tak wyraźny morał. Precelka razem z całą rodziną mieszka w bibliotece – miejscu dobrym do snucia opowieści, które zresztą myszka – jako pasjonatka książek – bardzo lubi. I to biblioteka stanie się ważną areną wydarzeń z tomiku „Precelka nie umie się dzielić”. Oto bowiem myszka zaczyna zdradzać egoistyczne myśli. Najpierw nie chce częstować innych myszy pysznym serem, w zamian za to proponuje im tylko dziury i przekonana jest dość długo o swojej hojności. Z tej drogi ładnego absurdu Widzowska-Pasiak schodzi, gdy na pierwszy plan wysuwa się kwestia szanowania książek. Część czytelników bowiem oddaje do biblioteki tomy bardzo zniszczone – i często pobrudzone jedzeniem. Precelka nie znosi takiego zachowania i ma zamiar uratować swoje ulubione historie przed tymi, którzy postępują jak prosiaki i są flejtuchami (tak ludzi ocenia mysz). Planuje założyć własną bibliotekę, do której nikt nie będzie miał dostępu. Po raz kolejny ujawnia się zatem podstawowy problem: Precelka nie umie się dzielić. Chociaż ma sporo racji w trosce o książki, musi dostać nauczkę, by przestała być samolubna.
Mała myszka przekona się na własnej skórze, dlaczego przyjemnie się dzielić i dowie się, dlaczego postępowała niewłaściwie – a wszystko to w zgrabnej historyjce, która parę razy wywołać może dreszczyk emocji, mimo wyraźnego pedagogicznego zacięcia. W świecie bohaterki panują w końcu zasady, do których powinny się stosować także dzieci. Z Precelką łatwiej będzie je poznać, przyswoić i zapamiętać.
Agata Widzowska-Pasiak prowadzi swoje opowiastki lekko i proponuje dzieciom nie tylko budzącą ciekawość fabułę, ale i ładny literacko opis. Jej bajki nadają się do czytania przed snem, bo nie wystraszą maluchów, za to zawierają w sobie zrytmizowane opisy i wierszyki, które dobrze ukołyszą do snu. Myszka Precelka to bohaterka sympatyczna – niczym szczególnym wśród innych postaci literatury czwartej się nie wyróżnia, ale też i nie musi; to, co robi, wystarczy, żeby wciągnąć dzieci w opowieść. Cała seria o myszce Precelce została też wydana w sposób, który budzi zachwyt. Precelka, choć jak każdy ma sporo wad, stanie się przyjaciółką małych odbiorców i przewodniczką po skomplikowanym świecie.
niedziela, 8 stycznia 2012
Martin Widmark: Tajemnica szafranu
Zakamarki, Poznań 2011.
Znikająca przyprawa
Nie zawsze Martin Widmark postępuje według wygodnego schematu w swoich minipowieściach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”, a najlepszym na to dowodem jest część zatytułowana „Tajemnica szafranu”. Na jej kartach powracają już znani z wcześniejszych książek przestępcy, a Lasse i Maja muszą się sporo nabiegać, by nadążyć za rozwojem sytuacji. Oczywiście dzielne dzieci i tym razem odniosą sukces, ale ponieważ autor nieco zmyli na początku tropy, mali czytelnicy będą musieli bardzo uważać, by nie wpaść na fałszywy trop.
W „Tajemnicy szafranu” zagrożone są nadchodzące święta – bez drogiej przyprawy nie da się przecież przyrządzić ani pysznych bułeczek, ani zupy rybnej – a smaki te nierozerwalnie łączą się ze świąteczną atmosferą. Tymczasem ze sklepu ginie cały zapas tej przyprawy. Lasse i Maja przypadkowo znajdują się w centrum wydarzeń – wysłani do sklepu po szafran bezpośrednio odczują działanie wyjątkowo perfidnego złodzieja. A przy okazji przekonają się, jak bardzo mylić mogą ślady zostawione na świeżym śniegu.
Zwykle w określonym miejscu – miejscu popełnienia przestępstwa – pojawia się trzech podejrzanych, pośród których znajduje się i sprawca, którego należy tylko wskazać (lub złapać na gorącym uczynku). Tym razem jednak wytypowanie trzech potencjalnych przestępców nic nie da, zuchwałej kradzieży dokonuje ktoś inny. Lasse i Maja zyskają cały szereg przesłanek i tropów – muszą je tylko zgrabnie ze sobą powiązać, by wszystko stało się jasne, szafran wrócił na półki, a przestępcy ponieśli karę. Przed happy endową sielanką czeka ich zatem sporo pracy umysłowej, a i fizycznej, bo przecież dowody same nie pchają się małym detektywom w ręce. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte – i dotyczy to także czytelników, bo i oni mogą pobawić się w śledczych i łączyć ze sobą zaobserwowane fakty.
A skoro tym razem Lasse i Maja przeprowadzają bardziej niż zwykle skomplikowane procesy wyciągania wniosków, zadanie odbiorcom ułatwia nieco Helena Willis, ilustratorka, która na kilku rysunkach przedstawia po prostu tok myślenia i działania dzieci. Z takimi ściągami nadążanie za bohaterami nie powinno już nikomu sprawiać problemów – nie trzeba się będzie cofać w lekturze, żeby jeszcze raz sprawdzić kolejne etapy działania, wystarczy ilustracja, by przypomnieć sobie akcję. To dobre rozwiązanie w książce, w której bardziej niż zwykle zdynamizowana fabuła może odwracać uwagę od kryminalnej zagadki.
Martin Widmark dostarcza dzieciom rozrywki umysłowej i lekturowej przyjemności. Wybiera najlepszy sposób, żeby zainteresować małych odbiorców i odpędzić od nich nudę: proponuje w końcu niemal dorosłą serię: z prawdziwymi przestępcami, problemami do rozwikłania i tajemnicami, które da się rozwiązać metodą dedukcji. Może zatem autor rozwijać u dzieci logiczne myślenie – obok nauki czytania, bo mało który amator detektywistycznych zagadek przeszedłby obojętnie obok książki, którą da radę samodzielnie poznać.
Znikająca przyprawa
Nie zawsze Martin Widmark postępuje według wygodnego schematu w swoich minipowieściach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”, a najlepszym na to dowodem jest część zatytułowana „Tajemnica szafranu”. Na jej kartach powracają już znani z wcześniejszych książek przestępcy, a Lasse i Maja muszą się sporo nabiegać, by nadążyć za rozwojem sytuacji. Oczywiście dzielne dzieci i tym razem odniosą sukces, ale ponieważ autor nieco zmyli na początku tropy, mali czytelnicy będą musieli bardzo uważać, by nie wpaść na fałszywy trop.
W „Tajemnicy szafranu” zagrożone są nadchodzące święta – bez drogiej przyprawy nie da się przecież przyrządzić ani pysznych bułeczek, ani zupy rybnej – a smaki te nierozerwalnie łączą się ze świąteczną atmosferą. Tymczasem ze sklepu ginie cały zapas tej przyprawy. Lasse i Maja przypadkowo znajdują się w centrum wydarzeń – wysłani do sklepu po szafran bezpośrednio odczują działanie wyjątkowo perfidnego złodzieja. A przy okazji przekonają się, jak bardzo mylić mogą ślady zostawione na świeżym śniegu.
Zwykle w określonym miejscu – miejscu popełnienia przestępstwa – pojawia się trzech podejrzanych, pośród których znajduje się i sprawca, którego należy tylko wskazać (lub złapać na gorącym uczynku). Tym razem jednak wytypowanie trzech potencjalnych przestępców nic nie da, zuchwałej kradzieży dokonuje ktoś inny. Lasse i Maja zyskają cały szereg przesłanek i tropów – muszą je tylko zgrabnie ze sobą powiązać, by wszystko stało się jasne, szafran wrócił na półki, a przestępcy ponieśli karę. Przed happy endową sielanką czeka ich zatem sporo pracy umysłowej, a i fizycznej, bo przecież dowody same nie pchają się małym detektywom w ręce. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte – i dotyczy to także czytelników, bo i oni mogą pobawić się w śledczych i łączyć ze sobą zaobserwowane fakty.
A skoro tym razem Lasse i Maja przeprowadzają bardziej niż zwykle skomplikowane procesy wyciągania wniosków, zadanie odbiorcom ułatwia nieco Helena Willis, ilustratorka, która na kilku rysunkach przedstawia po prostu tok myślenia i działania dzieci. Z takimi ściągami nadążanie za bohaterami nie powinno już nikomu sprawiać problemów – nie trzeba się będzie cofać w lekturze, żeby jeszcze raz sprawdzić kolejne etapy działania, wystarczy ilustracja, by przypomnieć sobie akcję. To dobre rozwiązanie w książce, w której bardziej niż zwykle zdynamizowana fabuła może odwracać uwagę od kryminalnej zagadki.
Martin Widmark dostarcza dzieciom rozrywki umysłowej i lekturowej przyjemności. Wybiera najlepszy sposób, żeby zainteresować małych odbiorców i odpędzić od nich nudę: proponuje w końcu niemal dorosłą serię: z prawdziwymi przestępcami, problemami do rozwikłania i tajemnicami, które da się rozwiązać metodą dedukcji. Może zatem autor rozwijać u dzieci logiczne myślenie – obok nauki czytania, bo mało który amator detektywistycznych zagadek przeszedłby obojętnie obok książki, którą da radę samodzielnie poznać.
sobota, 7 stycznia 2012
Gimnastyka dla języka. Wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej. Audiobook logopedyczny
Media Rodzina, Poznań 2011.
Logopedia na wesoło
Po audiobooki logopedyczne sięgać powinny tylko dzieci z wadami wymowy? Niby racja, ale wiele straci ten, kto „Gimnastykę dla języka” z wierszami Małgorzaty Strzałkowskiej od siebie odsunie. Po pierwsze dlatego, że płyta zawiera naprawdę zabawne i skomplikowane pod względem brzmieniowym utwory, po drugie z uwagi na wykonawców – 52 wiersze czytają bowiem Anna Seniuk, Jerzy Stuhr i Piotr Fronczewski. Dla maluchów to okazja we wprawianiu się w sztuce poprawnego mówienia. Dla całej reszty – raj dla ucha i źródło niezłej rozrywki.
Małgorzata Strzałkowska bawi się słowami, nawarstwia wyrazy z naddatkiem określonych głosek lub zbitek głoskowych, komplikuje brzmienie, a przy tym zachowuje sensowną treść. Sensowną – to jest konsekwentną, ale też utrzymaną w tonie cudownego absurdu i humoru. Zadziwiające, że te onomatopeiczne i ekwilibrystyczne rymowanki prowadzą do przemyślanego finału, a w większości pojawiają się nawet puenty, nie zawsze przewidywalne. Zresztą trudno cokolwiek przewidzieć, gdy uwagę od potencjalnych zakończeń odciąga sama melodia słów: wierszyków Strzałkowskiej słucha się często z niedowierzaniem, że do czegoś takiego można doprowadzić, posługując się istniejącymi w języku polskim wyrazami. Rejestr trudno brzmiących słów i historii autorka uzupełnia o wyrazy dźwiękonaśladowcze, którymi bawi się z wyraźnym upodobaniem – jej radość tworzenia przekłada się na radość odbioru i chęć powtarzania tekstów. Tekstów niełatwych nawet dla dorosłych: na tym audiobooku każdy może poćwiczyć dykcję…
… Bo przypuszczalnie większość czytaczy-amatorów, odbiorców, którzy z aktorstwem (tym dobrym, nie serialowym) nie mają nic wspólnego, nie dorówna – przynajmniej na początku – znakomitym wykonawcom. Seniuk, Fronczewski i Stuhr czytają te wiersze mistrzowsko, dołączając interpretację, dzięki której nie będzie problemu z wyłuskaniem treści z utworów. Przy wyraźnej artykulacji nadużywane głoski zaczynają atakować słuchacza, po to, by zaprosić go do wspólnej zabawy. Teksty i ich wykonanie są na najwyższym możliwym poziomie. Obecność aktorów „swojskich”, znanych z filmów i dubbingów bajek sprawi, że ćwiczenia nie wydadzą się dzieciom niemożliwe do powtórzenia, a co za tym idzie – mali odbiorcy nie zniechęcą się do zadania. A zadanie wymaga sporego wysiłku.
Zestaw podzielony został na trzy części: „Nie tak trudno to powiedzieć”, „Oj, niełatwo to powiedzieć” i „Ekwilibrystyka języka” – dzięki temu zabiegowi stopniowo zwiększającemu poziom skomplikowania tekstów, dzieci mogą rzeczywiście się rozwijać i nie zostaną od razu rzucone na głęboką wodę. Co nie znaczy, że na początku pojawią się zadania banalne. Typowe „trudne” zwroty z języka potocznego tracą na znaczeniu przy tych utworach, które jednocześnie bawią, intrygują i budzą podziw. Strzałkowska maskuje pracę nad wymową dobrą zabawą – i w pełni jej się to udaje.
Płyta przygotowana przez logopedów zawiera też ćwiczenia – po każdym utworze Ewa Krajna (jedna z autorek wyboru) czyta co trudniejsze słowa i zwroty – można ich słuchać lub słuchać i powtarzać. Jednak daleko jej do dykcji aktorów i czasem lepiej po prostu po raz kolejny wysłuchać (bądź próbować się nauczyć) całego wierszyka.
Do płyty dołączona jest też książeczka z wybranymi zasadami wymowy – czasem wyjaśnienia są bardzo fachowe i części mniej zaangażowanych w temat dorosłych mogą sprawić nieco problemów, lecz to i tak tylko dodatek do płyty. W książeczce pojawiają się również ćwiczenia z płyty – i już po nich można się zorientować, przed jak wielkim wyzwaniem staną odbiorcy.
Nauka poprawnej wymowy nie musi być nudna i męcząca – może okazać się znakomitą zabawą, czego dowodem jest ta płyta.
Logopedia na wesoło
Po audiobooki logopedyczne sięgać powinny tylko dzieci z wadami wymowy? Niby racja, ale wiele straci ten, kto „Gimnastykę dla języka” z wierszami Małgorzaty Strzałkowskiej od siebie odsunie. Po pierwsze dlatego, że płyta zawiera naprawdę zabawne i skomplikowane pod względem brzmieniowym utwory, po drugie z uwagi na wykonawców – 52 wiersze czytają bowiem Anna Seniuk, Jerzy Stuhr i Piotr Fronczewski. Dla maluchów to okazja we wprawianiu się w sztuce poprawnego mówienia. Dla całej reszty – raj dla ucha i źródło niezłej rozrywki.
Małgorzata Strzałkowska bawi się słowami, nawarstwia wyrazy z naddatkiem określonych głosek lub zbitek głoskowych, komplikuje brzmienie, a przy tym zachowuje sensowną treść. Sensowną – to jest konsekwentną, ale też utrzymaną w tonie cudownego absurdu i humoru. Zadziwiające, że te onomatopeiczne i ekwilibrystyczne rymowanki prowadzą do przemyślanego finału, a w większości pojawiają się nawet puenty, nie zawsze przewidywalne. Zresztą trudno cokolwiek przewidzieć, gdy uwagę od potencjalnych zakończeń odciąga sama melodia słów: wierszyków Strzałkowskiej słucha się często z niedowierzaniem, że do czegoś takiego można doprowadzić, posługując się istniejącymi w języku polskim wyrazami. Rejestr trudno brzmiących słów i historii autorka uzupełnia o wyrazy dźwiękonaśladowcze, którymi bawi się z wyraźnym upodobaniem – jej radość tworzenia przekłada się na radość odbioru i chęć powtarzania tekstów. Tekstów niełatwych nawet dla dorosłych: na tym audiobooku każdy może poćwiczyć dykcję…
… Bo przypuszczalnie większość czytaczy-amatorów, odbiorców, którzy z aktorstwem (tym dobrym, nie serialowym) nie mają nic wspólnego, nie dorówna – przynajmniej na początku – znakomitym wykonawcom. Seniuk, Fronczewski i Stuhr czytają te wiersze mistrzowsko, dołączając interpretację, dzięki której nie będzie problemu z wyłuskaniem treści z utworów. Przy wyraźnej artykulacji nadużywane głoski zaczynają atakować słuchacza, po to, by zaprosić go do wspólnej zabawy. Teksty i ich wykonanie są na najwyższym możliwym poziomie. Obecność aktorów „swojskich”, znanych z filmów i dubbingów bajek sprawi, że ćwiczenia nie wydadzą się dzieciom niemożliwe do powtórzenia, a co za tym idzie – mali odbiorcy nie zniechęcą się do zadania. A zadanie wymaga sporego wysiłku.
Zestaw podzielony został na trzy części: „Nie tak trudno to powiedzieć”, „Oj, niełatwo to powiedzieć” i „Ekwilibrystyka języka” – dzięki temu zabiegowi stopniowo zwiększającemu poziom skomplikowania tekstów, dzieci mogą rzeczywiście się rozwijać i nie zostaną od razu rzucone na głęboką wodę. Co nie znaczy, że na początku pojawią się zadania banalne. Typowe „trudne” zwroty z języka potocznego tracą na znaczeniu przy tych utworach, które jednocześnie bawią, intrygują i budzą podziw. Strzałkowska maskuje pracę nad wymową dobrą zabawą – i w pełni jej się to udaje.
Płyta przygotowana przez logopedów zawiera też ćwiczenia – po każdym utworze Ewa Krajna (jedna z autorek wyboru) czyta co trudniejsze słowa i zwroty – można ich słuchać lub słuchać i powtarzać. Jednak daleko jej do dykcji aktorów i czasem lepiej po prostu po raz kolejny wysłuchać (bądź próbować się nauczyć) całego wierszyka.
Do płyty dołączona jest też książeczka z wybranymi zasadami wymowy – czasem wyjaśnienia są bardzo fachowe i części mniej zaangażowanych w temat dorosłych mogą sprawić nieco problemów, lecz to i tak tylko dodatek do płyty. W książeczce pojawiają się również ćwiczenia z płyty – i już po nich można się zorientować, przed jak wielkim wyzwaniem staną odbiorcy.
Nauka poprawnej wymowy nie musi być nudna i męcząca – może okazać się znakomitą zabawą, czego dowodem jest ta płyta.
piątek, 6 stycznia 2012
Juliusz Słowacki: Kolęda; Julian Tuwim: Choinka; Emil Zegadłowicz: Kolęda
Zysk i S-ka, Poznań 2011.
Święta w książce
Święta Bożego Narodzenia to również czas specyficzny dla rynku literackiego. W ostatnim kwartale ogromnym powodzeniem cieszą się nowe książki bestsellerowych autorów, a także publikacje z zakresu literatury czwartej. Od niedawna zauważyć można tendencję do tematyzowania utworów – atmosfera świąt przenika i do tekstów, które przede wszystkim na początku grudnia stają się towarem poszukiwanym przez odbiorców. Minęły już czasy, kiedy „Opowieść wigilijna” była jedynym dziełem kojarzonym z bożonarodzeniowymi klimatami.
Wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelników i zaproponowało im świąteczną serię, niezwykłą, bo sięgającą do tradycji literatury polskiej. Z arcydzielnych utworów najznakomitszych pisarzy wyłuskane zostały drobiazgi odnoszące się do świątecznych symboli, zwyczajów i motywów – i te miniatury zyskały nową oprawę. W świątecznej serii pojawiły się między innymi tomiki „Choinka” Juliana Tuwima, „Kolęda” Emila Zegadłowicza i „Kolęda” Juliusza Słowackiego. Publikacje te łączy sposób wydania i rozwiązania autorskie, każda natomiast ma innego ilustratora, co ładnie przełamuje monotonię i ożywia cykl. Kwadratowe książeczki w grubych i twardych okładkach zawierają bardzo krótkie wiersze. Na stronie pojawiają się zatem nie więcej jak dwa wersy. Ogromny druk to nie tylko pomysł na optyczne rozbicie utworów, ale i ukłon w stronę najmłodszych, którzy będą mogli wprawiać się na tej serii w czytaniu. Tekst jest też gęsto przetykany ilustracjami, a właściwie momentami sprawia wrażenie, jakby był tylko dodatkiem do strony graficznej – jednak nie mamy tu do czynienia z przypadkowymi rymowankami, a z pracami najwybitniejszych – każdy wers zatem ma szansę właściwie i mocno wybrzmieć, bez obaw, że zginie przy rysunkach.
Trzej autorzy pokazują, w jak różny sposób mówić można o czasie świąt i jak operować bożonarodzeniowymi metaforami. U Tuwima symbole współgrają z pełnym magii językiem, zabawy słowne towarzyszą obrazowym scenkom. Wszystko tu jest nowe, odkrywcze i zachęca do tworzenia własnych interpretacji. Słowacki proponuje pastorałkę, przedstawiając radość świata ptaków z narodzenia Jezusa. W tym utworze wszyscy się śmieją i wesoło śpiewają – tę atmosferę podsyca jeszcze rymowanie łacińskich słów w pierwszej, opisowej partii tekstu. Druga część wraca w kierunku tradycyjnej kolędy. Egzotyczne zwroty zostają przetłumaczone w nawiasach, więc nikt nie będzie mieć problemów ze zrozumieniem treści. „Kolęda” Zegadłowicza to z kolei opowieść o błogosławieństwie od Dzieciątka. Każdy z trzech tekstów przynosi zatem inne spojrzenie na dni Bożego Narodzenia – ale i każdy pełen jest radości i świątecznego czy odświętnego nastroju, jednego z nieodłącznych składników dziecięcych zachwytów. Te utwory pomogą maluchom pozostać w uczuciu radosnego oczekiwania czy przeżywania świąt – co przecież składa się zawsze na jedne z piękniejszych wspomnień z beztroskich czasów.
Wanda Piskorska u Emila Zegadłowicza gra światłem. Jej ilustracje wypełniają całe strony, są kompletne, a przy tym mają magnetyczny urok, między innymi dzięki wprawnemu operowaniu rysunkowymi efektami świetlnymi. Scenki zwyczajne przenikają się tu z postaciami świetlistych aniołów, sceneria za każdym razem się zmienia. Katarzyna Sadowska tomik z tekstem Słowackiego ilustruje kreskówkowo i komputerowo (z ostrymi konturami kontrastuje rozmazane w programie graficznym tło, co momentami daje wrażenie głębi). Piotr Fąfrowicz u Tuwima wybiera proste i duże kształty, symbole i nieskomplikowane, lekko naiwne czasem w kresce motywy, dosłownie przedstawia to, co w wierszu zamienia się w metaforę.
Cała seria przynosi dziecięcy niemal zachwyt nad czasem niezwykłym. Pomaga dostrzec i zapamiętać to, co w Bożym Narodzeniu cieszy – i co zapewnia niezapomniane duchowe przeżycia.


Święta w książce
Święta Bożego Narodzenia to również czas specyficzny dla rynku literackiego. W ostatnim kwartale ogromnym powodzeniem cieszą się nowe książki bestsellerowych autorów, a także publikacje z zakresu literatury czwartej. Od niedawna zauważyć można tendencję do tematyzowania utworów – atmosfera świąt przenika i do tekstów, które przede wszystkim na początku grudnia stają się towarem poszukiwanym przez odbiorców. Minęły już czasy, kiedy „Opowieść wigilijna” była jedynym dziełem kojarzonym z bożonarodzeniowymi klimatami.
Wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelników i zaproponowało im świąteczną serię, niezwykłą, bo sięgającą do tradycji literatury polskiej. Z arcydzielnych utworów najznakomitszych pisarzy wyłuskane zostały drobiazgi odnoszące się do świątecznych symboli, zwyczajów i motywów – i te miniatury zyskały nową oprawę. W świątecznej serii pojawiły się między innymi tomiki „Choinka” Juliana Tuwima, „Kolęda” Emila Zegadłowicza i „Kolęda” Juliusza Słowackiego. Publikacje te łączy sposób wydania i rozwiązania autorskie, każda natomiast ma innego ilustratora, co ładnie przełamuje monotonię i ożywia cykl. Kwadratowe książeczki w grubych i twardych okładkach zawierają bardzo krótkie wiersze. Na stronie pojawiają się zatem nie więcej jak dwa wersy. Ogromny druk to nie tylko pomysł na optyczne rozbicie utworów, ale i ukłon w stronę najmłodszych, którzy będą mogli wprawiać się na tej serii w czytaniu. Tekst jest też gęsto przetykany ilustracjami, a właściwie momentami sprawia wrażenie, jakby był tylko dodatkiem do strony graficznej – jednak nie mamy tu do czynienia z przypadkowymi rymowankami, a z pracami najwybitniejszych – każdy wers zatem ma szansę właściwie i mocno wybrzmieć, bez obaw, że zginie przy rysunkach.
Trzej autorzy pokazują, w jak różny sposób mówić można o czasie świąt i jak operować bożonarodzeniowymi metaforami. U Tuwima symbole współgrają z pełnym magii językiem, zabawy słowne towarzyszą obrazowym scenkom. Wszystko tu jest nowe, odkrywcze i zachęca do tworzenia własnych interpretacji. Słowacki proponuje pastorałkę, przedstawiając radość świata ptaków z narodzenia Jezusa. W tym utworze wszyscy się śmieją i wesoło śpiewają – tę atmosferę podsyca jeszcze rymowanie łacińskich słów w pierwszej, opisowej partii tekstu. Druga część wraca w kierunku tradycyjnej kolędy. Egzotyczne zwroty zostają przetłumaczone w nawiasach, więc nikt nie będzie mieć problemów ze zrozumieniem treści. „Kolęda” Zegadłowicza to z kolei opowieść o błogosławieństwie od Dzieciątka. Każdy z trzech tekstów przynosi zatem inne spojrzenie na dni Bożego Narodzenia – ale i każdy pełen jest radości i świątecznego czy odświętnego nastroju, jednego z nieodłącznych składników dziecięcych zachwytów. Te utwory pomogą maluchom pozostać w uczuciu radosnego oczekiwania czy przeżywania świąt – co przecież składa się zawsze na jedne z piękniejszych wspomnień z beztroskich czasów.
Wanda Piskorska u Emila Zegadłowicza gra światłem. Jej ilustracje wypełniają całe strony, są kompletne, a przy tym mają magnetyczny urok, między innymi dzięki wprawnemu operowaniu rysunkowymi efektami świetlnymi. Scenki zwyczajne przenikają się tu z postaciami świetlistych aniołów, sceneria za każdym razem się zmienia. Katarzyna Sadowska tomik z tekstem Słowackiego ilustruje kreskówkowo i komputerowo (z ostrymi konturami kontrastuje rozmazane w programie graficznym tło, co momentami daje wrażenie głębi). Piotr Fąfrowicz u Tuwima wybiera proste i duże kształty, symbole i nieskomplikowane, lekko naiwne czasem w kresce motywy, dosłownie przedstawia to, co w wierszu zamienia się w metaforę.
Cała seria przynosi dziecięcy niemal zachwyt nad czasem niezwykłym. Pomaga dostrzec i zapamiętać to, co w Bożym Narodzeniu cieszy – i co zapewnia niezapomniane duchowe przeżycia.
czwartek, 5 stycznia 2012
Agata Widzowska-Pasiak: Myszka Precelka się nie nudzi
Wilga, Warszawa 2011.
Sposób na nudę
Nuda to uczucie znane każdemu dziecku. Kiedy zabraknie pomysłu na zabawę, maluchy – w samej zabawie kreatywne wręcz imponująco – są bezradne. Ten stan zna dobrze Myszka Precelka, literackie wcielenie kilkulatków i przewodniczka po zwykłym życiu. Agata Widzowska-Pasiak, przedstawiając losy sympatycznej mieszkanki biblioteki w Orzeszkowie zadbała o to, by przygody Precelki były nie tylko wartościowe pod względem dydaktycznym, ale też inspirujące. Co prawda niekoniecznie tak, jakby to chętnie widziały dzieci, a jednak…
Precelka tym razem szuka swojego sposobu na odpędzenie nudy – w końcu ile można bawić się z pająkiem czy spać? Mała bohaterka ma ochotę na większą przygodę i w pogoni za emocjami wyrusza do pokoju pani Dody, bibliotekarki, która za myszami nie przepada. Wreszcie wpada na idealny pomysł – zabiera młodsze rodzeństwo do Strefy Ludzkiej Niechlujności i proponuje mecz w koszykówkę. Pod pretekstem tej gry myszki nieświadomie sprzątają park. Na szczęście autorka dobrze wie, że gdyby zaproponowała sprzątanie jako antidotum na nudę, straciłaby w oczach dzieci uznanie, a do tego zostałaby prawdopodobnie zaliczona w poczet marudnych i irytujących rodziców – więc spostrzeżenia z tajnego „Sekretnika” wyniesione przez Precelkę dotyczą uprawiania sportu, zabawy w miłym towarzystwie czy robienia czegoś pożytecznego. Tym samym „nudny” aspekt sprzątania zostaje skutecznie zamaskowany i zagadany, a zaufanie ze strony kilkulatków – nienaruszone.
Myszka Precelka dowiaduje się z tej przygody, że warto mieć swój sposób na nudę – chociaż może szkoda, że znajduje tylko jeden i odbiorcy będą musieli szukać samodzielnie innych rozwiązań. Autorka za to w jednej książeczce porusza aż trzy istotne dla dzieci tematy: wątek śmiecenia (przypomina o nim nie tylko zawoalowana gra w sprzątanie parku, ale także zamieszczone w tomiku rymowanki), kwestię rozprawiania się z nudą i – ledwie na początku zarysowany – temat korzyści czerpanych z czytania książek. Zresztą miłość do książek to motyw, który u Widzowskiej-Pasiak dość regularnie powraca, autorka przecież specjalnie domem myszy czyni bibliotekę, a Precelkę kreuje na wielką miłośniczkę lektur (poezji w szczególności). Nienachalnie, ale konsekwentnie przypomina się w tej serii o zasadach postępowania (przy czym nigdy autorka nie wychodzi poza tematy wiodące w danym tomiku, zapewne po to, by małym czytelnikom nie wprowadzać zbyt wielu nakazów naraz), beztroska z pozoru zabawa zawsze podporządkowana jest nauczce, którą trzeba dziecku przekazać. Na szczęście Widzowska-Pasiak do wszystkich dorosłych prawd i kodeksów pozwala bohaterce dojść samodzielnie, dzięki czemu jej opowiastki nie brzmią jak napomnienia i surowe uwagi ze strony dorosłych, a jak elementy samodzielnych odkryć, które niosą satysfakcję i sporo radości. W konsekwencji maluchy będą lepiej przyswajały wnioski Myszki Precelki i nie powinny się zniechęcać do moralizatorskich historii. W końcu Myszka Precelka naprawdę da się lubić.
Sposób na nudę
Nuda to uczucie znane każdemu dziecku. Kiedy zabraknie pomysłu na zabawę, maluchy – w samej zabawie kreatywne wręcz imponująco – są bezradne. Ten stan zna dobrze Myszka Precelka, literackie wcielenie kilkulatków i przewodniczka po zwykłym życiu. Agata Widzowska-Pasiak, przedstawiając losy sympatycznej mieszkanki biblioteki w Orzeszkowie zadbała o to, by przygody Precelki były nie tylko wartościowe pod względem dydaktycznym, ale też inspirujące. Co prawda niekoniecznie tak, jakby to chętnie widziały dzieci, a jednak…
Precelka tym razem szuka swojego sposobu na odpędzenie nudy – w końcu ile można bawić się z pająkiem czy spać? Mała bohaterka ma ochotę na większą przygodę i w pogoni za emocjami wyrusza do pokoju pani Dody, bibliotekarki, która za myszami nie przepada. Wreszcie wpada na idealny pomysł – zabiera młodsze rodzeństwo do Strefy Ludzkiej Niechlujności i proponuje mecz w koszykówkę. Pod pretekstem tej gry myszki nieświadomie sprzątają park. Na szczęście autorka dobrze wie, że gdyby zaproponowała sprzątanie jako antidotum na nudę, straciłaby w oczach dzieci uznanie, a do tego zostałaby prawdopodobnie zaliczona w poczet marudnych i irytujących rodziców – więc spostrzeżenia z tajnego „Sekretnika” wyniesione przez Precelkę dotyczą uprawiania sportu, zabawy w miłym towarzystwie czy robienia czegoś pożytecznego. Tym samym „nudny” aspekt sprzątania zostaje skutecznie zamaskowany i zagadany, a zaufanie ze strony kilkulatków – nienaruszone.
Myszka Precelka dowiaduje się z tej przygody, że warto mieć swój sposób na nudę – chociaż może szkoda, że znajduje tylko jeden i odbiorcy będą musieli szukać samodzielnie innych rozwiązań. Autorka za to w jednej książeczce porusza aż trzy istotne dla dzieci tematy: wątek śmiecenia (przypomina o nim nie tylko zawoalowana gra w sprzątanie parku, ale także zamieszczone w tomiku rymowanki), kwestię rozprawiania się z nudą i – ledwie na początku zarysowany – temat korzyści czerpanych z czytania książek. Zresztą miłość do książek to motyw, który u Widzowskiej-Pasiak dość regularnie powraca, autorka przecież specjalnie domem myszy czyni bibliotekę, a Precelkę kreuje na wielką miłośniczkę lektur (poezji w szczególności). Nienachalnie, ale konsekwentnie przypomina się w tej serii o zasadach postępowania (przy czym nigdy autorka nie wychodzi poza tematy wiodące w danym tomiku, zapewne po to, by małym czytelnikom nie wprowadzać zbyt wielu nakazów naraz), beztroska z pozoru zabawa zawsze podporządkowana jest nauczce, którą trzeba dziecku przekazać. Na szczęście Widzowska-Pasiak do wszystkich dorosłych prawd i kodeksów pozwala bohaterce dojść samodzielnie, dzięki czemu jej opowiastki nie brzmią jak napomnienia i surowe uwagi ze strony dorosłych, a jak elementy samodzielnych odkryć, które niosą satysfakcję i sporo radości. W konsekwencji maluchy będą lepiej przyswajały wnioski Myszki Precelki i nie powinny się zniechęcać do moralizatorskich historii. W końcu Myszka Precelka naprawdę da się lubić.
środa, 4 stycznia 2012
Joanna Opiat-Bojarska: Kto wyłączy mój mózg?
Zysk i S-ka, Poznań 2011.
Atak
W tych książkach scenariusz zwykle jest taki sam: młodą, pełną życia i energiczną osobę znienacka atakuje groźna choroba. Człowiek z dnia na dzień traci możliwość normalnego funkcjonowania, staje się uzależniony od pomocy innych i nie wie, czego jeszcze może się spodziewać. Niezdolny do samodzielnego poruszania się, lecz z prawidłowo funkcjonującym umysłem, zaczyna zastanawiać się nad własnymi priorytetami. A potem podejmuje walkę o wyzdrowienie. Spisywanie codziennych wyzwań okazuje się swoistą terapią, a potem – świadectwem niezłomności dla czytelników, nie tylko dotkniętych podobną chorobą. Pytanie, czy tego rodzaju wyznania traktować w kategoriach krytycznoliterackich czy emocjonalnych pozostaje otwarte; wiadomo, że po ten typ zapisków sięgną przede wszystkim czytelnicy świadomi wymogów i ograniczeń quasi-gatunku.
Joanna Opiat-Bojarska decyduje się jednak pamiętnik z okresu choroby uczynić bardziej literackim i skręca w stronę autobiograficznej powieści obyczajowej. Z blogowych zapisków tworzy krótkie relacje – migawki z kolejnych wyzwań w szpitalu, ale to nie wszystko, co ma do zaoferowania czytelnikom. Zaczyna się jednak niemal klasycznie: niedoleczona grypa przynosi dziwny ból i słabość mięśni. Joanna dowiaduje się, że cierpi na zespół Guillaina-Barrégo, choroba atakuje połączenia nerwów i mięśni – nagle ciało energicznej i nieskłonnej do użalania się nad sobą trzydziestolatki, szczęśliwej żony i matki dwuletniej dziewczynki, odmawia posłuszeństwa. Kobieta przykuta do łóżka nie potrafi samodzielnie przewrócić się z boku na bok, ani nawet przycisnąć guzika wzywającego pielęgniarkę. Ta, która wcześniej nie pozwalała sobie na chwilę słabości czy zależność od innych, zostaje skazana na pomoc przy najbardziej podstawowych czynnościach. Musi pokonać wstyd, zaakceptować własną niemoc, a złość na chorobę przekuć na postanowienie szybkiego powrotu do zdrowia i normalnego życia. Tymczasem w szpitalu na oddziale neurologicznym pojawiają się przeważnie pacjenci z uszkodzeniami mózgu. Joanna czuje, że kolejne awantury źle wpływają na jej psychikę – a skoro nie może wyłączyć własnego mózgu, skupia się na snuciu planów ozdrowieńczych.
Migawki ze szpitala i sytuacje, które byłyby w swojej absurdalności komiczne, gdyby nie krył się za nimi smutny obraz służby zdrowia i warunków, w jakich chorzy muszą przebywać, to jedna warstwa książki. Przetykane są one wyprawami w przeszłość: Joanna opowiada o swoich bliskich – chce wyzdrowieć, by niedługo zatańczyć na weselu przyjaciółki, Moniki – snuje więc historię przyjaźni od czasów pierwszych wspólnych kolonii, po spór, który omal nie przekreślił wszystkiego. Prezentuje też swojego męża, kłopoty z ojcem czy przeżycia związane z macierzyństwem, tak, by nie ograniczać się do choroby. Te krótkie retrospekcyjne wstawki nie mają porządku chronologicznego, a kolejne motywy pozwalają uszeregować punkty kulminacyjne różnych historii i rozmieścić je w książce tak, by tom „Kto wyłączy mój mózg?” czytało się naprawdę jak powieść.
Autorka nie użala się nad sobą (choć początkowo jest zrozpaczona), a z jej notatek przebija ogromna determinacja. To już nie optymistyczne założenia, że uda się wyzdrowieć – to agresywna i bezwzględna walka. Nie ma w książce tak charakterystycznego w wyznaniach chorych, pełnego pokory (nabytej za sprawą nowych przeżyć) tonu – jest za to zuchwała śmiałość, wręcz bezczelna roszczeniowa postawa. Z takim nastawieniem Opiat-Bojarska może dokonać niemożliwego i udowadnia innym, jak ważna jest wiara w odzyskanie w pełni sił. Choroba? Chociaż to przez nią pojawiła się ta historia, choroba schodzi na dalszy plan.
Atak
W tych książkach scenariusz zwykle jest taki sam: młodą, pełną życia i energiczną osobę znienacka atakuje groźna choroba. Człowiek z dnia na dzień traci możliwość normalnego funkcjonowania, staje się uzależniony od pomocy innych i nie wie, czego jeszcze może się spodziewać. Niezdolny do samodzielnego poruszania się, lecz z prawidłowo funkcjonującym umysłem, zaczyna zastanawiać się nad własnymi priorytetami. A potem podejmuje walkę o wyzdrowienie. Spisywanie codziennych wyzwań okazuje się swoistą terapią, a potem – świadectwem niezłomności dla czytelników, nie tylko dotkniętych podobną chorobą. Pytanie, czy tego rodzaju wyznania traktować w kategoriach krytycznoliterackich czy emocjonalnych pozostaje otwarte; wiadomo, że po ten typ zapisków sięgną przede wszystkim czytelnicy świadomi wymogów i ograniczeń quasi-gatunku.
Joanna Opiat-Bojarska decyduje się jednak pamiętnik z okresu choroby uczynić bardziej literackim i skręca w stronę autobiograficznej powieści obyczajowej. Z blogowych zapisków tworzy krótkie relacje – migawki z kolejnych wyzwań w szpitalu, ale to nie wszystko, co ma do zaoferowania czytelnikom. Zaczyna się jednak niemal klasycznie: niedoleczona grypa przynosi dziwny ból i słabość mięśni. Joanna dowiaduje się, że cierpi na zespół Guillaina-Barrégo, choroba atakuje połączenia nerwów i mięśni – nagle ciało energicznej i nieskłonnej do użalania się nad sobą trzydziestolatki, szczęśliwej żony i matki dwuletniej dziewczynki, odmawia posłuszeństwa. Kobieta przykuta do łóżka nie potrafi samodzielnie przewrócić się z boku na bok, ani nawet przycisnąć guzika wzywającego pielęgniarkę. Ta, która wcześniej nie pozwalała sobie na chwilę słabości czy zależność od innych, zostaje skazana na pomoc przy najbardziej podstawowych czynnościach. Musi pokonać wstyd, zaakceptować własną niemoc, a złość na chorobę przekuć na postanowienie szybkiego powrotu do zdrowia i normalnego życia. Tymczasem w szpitalu na oddziale neurologicznym pojawiają się przeważnie pacjenci z uszkodzeniami mózgu. Joanna czuje, że kolejne awantury źle wpływają na jej psychikę – a skoro nie może wyłączyć własnego mózgu, skupia się na snuciu planów ozdrowieńczych.
Migawki ze szpitala i sytuacje, które byłyby w swojej absurdalności komiczne, gdyby nie krył się za nimi smutny obraz służby zdrowia i warunków, w jakich chorzy muszą przebywać, to jedna warstwa książki. Przetykane są one wyprawami w przeszłość: Joanna opowiada o swoich bliskich – chce wyzdrowieć, by niedługo zatańczyć na weselu przyjaciółki, Moniki – snuje więc historię przyjaźni od czasów pierwszych wspólnych kolonii, po spór, który omal nie przekreślił wszystkiego. Prezentuje też swojego męża, kłopoty z ojcem czy przeżycia związane z macierzyństwem, tak, by nie ograniczać się do choroby. Te krótkie retrospekcyjne wstawki nie mają porządku chronologicznego, a kolejne motywy pozwalają uszeregować punkty kulminacyjne różnych historii i rozmieścić je w książce tak, by tom „Kto wyłączy mój mózg?” czytało się naprawdę jak powieść.
Autorka nie użala się nad sobą (choć początkowo jest zrozpaczona), a z jej notatek przebija ogromna determinacja. To już nie optymistyczne założenia, że uda się wyzdrowieć – to agresywna i bezwzględna walka. Nie ma w książce tak charakterystycznego w wyznaniach chorych, pełnego pokory (nabytej za sprawą nowych przeżyć) tonu – jest za to zuchwała śmiałość, wręcz bezczelna roszczeniowa postawa. Z takim nastawieniem Opiat-Bojarska może dokonać niemożliwego i udowadnia innym, jak ważna jest wiara w odzyskanie w pełni sił. Choroba? Chociaż to przez nią pojawiła się ta historia, choroba schodzi na dalszy plan.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






