Zakamarki, Poznań 2016.
Sztuka
Lasse i Maja działają już od dawna: na rynku pojawiło się ponad dwadzieścia tomików z przygodami dla dzieci. Martin Widmark zapoczątkował modę na kryminały dla najmłodszych i wciąż próbuje zaskoczyć ich nowymi zagadkami. Zawojował świat, bo z Lassego i Mai przykład wzięło już wielu bohaterów, także z dziecięcych historii – a wiele maluchów marzy o założeniu własnego biura detektywistycznego i tropieniu przestępców. Lasse i Maja wyrobili sobie markę również wśród dorosłych – liczy się z nimi komisarz policji, którego parę razy wyprzedzili w logicznym rozumowaniu, szanuje ich dyrektorka więzienia. Wszyscy zresztą wiedzą, że Lasse i Maja potrafią rozwiązywać zagadki. Korzystają przy tym z dobrodziejstw internetu – sprawdzają w sieci, jeśli czegoś nie wiedzą czy nie rozumieją. Wybierają się na miejsce przestępstwa i rozmawiają ze świadkami, gromadzą informacje na różne sposoby, ale zawsze na końcu tego procesu jest umiejętność dedukcji. Lasse i Maja podsumowują dostępne wiadomości, łączą fakty i bezbłędnie wskazują przestępców. Są niezawodni, radzą sobie z każdą zagadką. Lubią swoją pracę, co przejawia się w każdym kolejnym tomiku.
„Tajemnica więzienia” ma nieco inną konstrukcję niż seria na początku. Zwykle na miejscu zdarzenia okazywało się, że jest trzech podejrzanych, z których każdy ma motyw i możliwość popełnienia przestępstwa – ale i alibi. Do dzieci należy wybór jednego z trzech osobników i uzasadnienie (częściowo wpisane w dedukcję). Lasse i Maja w ten sposób pozwalali też odbiorcom uczestniczyć w zagadkach: maluchy mogły w trakcie lektury próbować rywalizacji z bohaterami i samodzielnie wyciągać wnioski, a potem sprawdzać je z książkowymi. W samej strukturze tomiku były bardzo proste – dla dorosłych niemal nudne w schematyzmie – dzieci odbierały je jako świetną interaktywną przygodę. Ale Martin Widmark stopniowo zaczął odchodzić od początkowych wyznaczników, jakby sam uznał, że dzieci w końcu zmęczą się powtarzalnością rytmu. W „Tajemnicy więzienia” wyraźna jest już ucieczka od typowości.
Teraz Lasse i Maja zostają zaproszeni do więzienia. Wizyta wywołuje w nich lekką niepewność – w końcu za kratami mają samych znajomych, przestępców, których schwytali lub wskazali. Łatwo się domyślić, że więźniowie nie muszą darzyć Lassego i Mai sympatią, spotkanie z nimi wiąże się z niepewnością. Niby pastor jest gwarancją bezpieczeństwa, a jednak dreszcz emocji zostaje. Lasse i Maja powinni tym razem pomóc inaczej. Pastor przygotowuje z więźniami sztukę teatralną i potrzebuje pracowników technicznych: akustyka i oświetleniowca. Dzieci bez problemu włączają się w pracę, rozwijają kable i rozstawiają sprzęt. Nie wiedzą jeszcze, że więźniowie mają swoje plany i, jak to więźniowie, marzą o brawurowej ucieczce.
W „Tajemnicy więzienia” nie ma wskazywania konkretnego przestępcy, wszyscy wiedzą, kto jest winny, liczy się natomiast sposób przygotowania ucieczki. Lasse i Maja muszą odkryć plany osadzonych i odpowiedzieć na pytanie, jak udało im się zbiec. Ponieważ więźniowie mimo wszystko jawią się bardzo sympatycznie, autor trochę łagodzi też ich karę. Znajduje możliwość pokazania, że zatrzymani są w gruncie rzeczy dobrzy i wcale nie muszą budzić lęku. „Tajemnica więzienia” to historia inna niż dotąd proponowane. Martin Widmark coraz śmielej wykorzystuje gatunkowe schematy, sprawia, że najmłodsi bawią się w detektywów na równi z bohaterami. Lasse i Maja nie przedstawiają żadnych supermocy: bystrość umysłu i umiejętność kojarzenia faktów to coś, co każdy może sobie wypracować. Widmark zawsze przekonuje maluchy do czytania przez wartką fabułę i szansę rozwiązywania zagadek. I tym razem pozwala brać udział w kryminalnej przygodzie. Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai dorosłych raczej nie przekona, za to wśród kilkulatków zrobi furorę. Jest to namiastka powieści rozrywkowych z dorosłej literatury, fakt, że w tropieniu przestępców sprawdzają się dzieci, podsyca zainteresowanie tymi lekturami. Martin Widmark nie wpada w tony moralizatorskie i nie próbuje się wywyższać. Pisze dla najmłodszych, żeby zapewnić im dreszcz emocji, zagadkę do rozwiązania i ciekawą historię, w którą każdy może się włączyć. Dlatego też „Tajemnica więzienia” zyskuje fanów i przygotowuje do czytania jako zabawy.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Widmark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Widmark. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 października 2016
sobota, 23 lipca 2016
Martin Widmark: Wyspa Obłąkanych
Zakamarki, Poznań 2016.
Tajemnica zmarłych
Martin Widmark swoich sił próbuje w kolejnych gatunkach. Ogromną popularność przyniosła mu na świecie seria o dziecięcym biurze detektywistycznym Lassego i Mai. Teraz buduje cykl historii o Dawidzie i Larisie – dla nieco starszych dzieci i uruchamia w nim nie tylko kryminalne intrygi. W „Wyspie Obłąkanych” widać tendencję do poszukiwania nastroju grozy i elementów thrillera. Oczywiście autor na tym nie poprzestaje, nakreśla też rodzące się między bohaterami uczucie, zapewnia i szereg wiadomości (w tym wypadku przydaje się zwłaszcza fizyka). „Wyspa Obłąkanych” to tomik krótki, akcja dzieje się w nim bardzo szybko. Widmark zajmuje się przede wszystkim wprowadzaniem odpowiedniej do sytuacji atmosfery, więc nie rozwija przesadnie fabuły. Pozwala za to swoim postaciom uczestniczyć w wydarzeniach, które raz budzą lęk, raz – złość.
Dawid i Larisa doskonale się ze sobą rozumieją, działają wspólnie i wypracowali już specyficzną więź (która rozwija się w nieprzewidziany przez nich sposób). Kiedy pewnego dnia trafiają na cmentarz (zapomniany i zaniedbany) i znajdują na nim groby młodych, nastoletnich dziewcząt, chcą za wszelką cenę rozwiązać zagadkę i dowiedzieć się czegoś o historii. Odpowiedzi na wiele pytań przynieść może nietypowy teatr, zestaw wizjonerskich scen, które właściwie nie pozostawiają wątpliwości co do sygnałów z zaświatów. Ale dla bohaterów liczą się intuicja i przeczucia, drobne wskazówki nawet bez naukowego oparcia. Mimo to sięgają do zasobów wiedzy – Widmark woli konkrety niż niedookreślenia.
W przeszłości kryje się tajemnica, a w teraźniejszości – szereg zagrożeń, i to bardzo poważnych. Bohaterowie mają prawdziwego przeciwnika, który nie cofnie się przed niczym i za nic ma, że walczy z dziećmi. W takim obrazku – i takim starciu – nie ma miejsca na żadne sentymenty ani na taryfę ulgową. Martin Widmark bardzo dobrze czuje się właśnie wtedy, gdy poszukuje alternatywy dla normalności, świata jak z sennego koszmaru. Nie zależy mu na prostym straszeniu młodych czytelników, sięga z przekonaniem do klasycznych pod tym względem tematów, żeby móc ozdabiać je dodatkowymi atutami, w tym wypadku tworzy sobie miejsce na przekazywanie wiadomości z pogranicza nauk ścisłych oraz filozofii. Zajmuje się odbieraniem śmierci przez wciąż żyjących, bazuje na tematach psychologicznych, ale przy tym wszystkim najbardziej powraca do kwestii ludzi. Dzięki temu może tworzyć iluzje thrillerowe. Bo już w relacjach obyczajowych Widmark czuje się znacznie mniej pewnie. Kiedy szkicuje wizje pierwszego zakochania się, czy zauroczenia między Dawidem i Larisą, jest w tym raczej mało przekonujący, nie podaje obyczajowych rodzajowych obrazków, a zmusza bohaterów do dostrzeżenia swojej atrakcyjności – w tej dziedzinie zdecydowanie przegrywa, nawet z twórcami literatury dziecięcej, dla których przecież motyw miłości bohaterów nie jest i nie może być priorytetem. Ale Widmark gdzie indziej bryluje. Co ciekawe, fani Lassego i Mai zdziwią się absolutną zmianą literackich kierunków i wyborów – chociaż i tu detektywistyczna żyłka się przydaje. „Wyspa Obłąkanych” to lektura dla młodych miłośników literatury sensacyjnej i thrillerów, a także dla tych, którzy nie przesadzają z uwielbieniem dla rozłożystych narracji. Widmark, chociaż dostarcza szeregu silnych przeżyć tym, którzy w jego świat uwierzą, to nie skupia się na przesadzonych opisach, bardziej niż na objętości książki zależy mu na jej atrakcyjności z punktu widzenia młodego poszukiwacza sensacji. W „Wyspie Obłąkanych” proporcje w stosunku do klasyki są może i zachwiane, ale to rozwiązanie nie spotyka się z krytyką docelowej grupy odbiorców.
Tajemnica zmarłych
Martin Widmark swoich sił próbuje w kolejnych gatunkach. Ogromną popularność przyniosła mu na świecie seria o dziecięcym biurze detektywistycznym Lassego i Mai. Teraz buduje cykl historii o Dawidzie i Larisie – dla nieco starszych dzieci i uruchamia w nim nie tylko kryminalne intrygi. W „Wyspie Obłąkanych” widać tendencję do poszukiwania nastroju grozy i elementów thrillera. Oczywiście autor na tym nie poprzestaje, nakreśla też rodzące się między bohaterami uczucie, zapewnia i szereg wiadomości (w tym wypadku przydaje się zwłaszcza fizyka). „Wyspa Obłąkanych” to tomik krótki, akcja dzieje się w nim bardzo szybko. Widmark zajmuje się przede wszystkim wprowadzaniem odpowiedniej do sytuacji atmosfery, więc nie rozwija przesadnie fabuły. Pozwala za to swoim postaciom uczestniczyć w wydarzeniach, które raz budzą lęk, raz – złość.
Dawid i Larisa doskonale się ze sobą rozumieją, działają wspólnie i wypracowali już specyficzną więź (która rozwija się w nieprzewidziany przez nich sposób). Kiedy pewnego dnia trafiają na cmentarz (zapomniany i zaniedbany) i znajdują na nim groby młodych, nastoletnich dziewcząt, chcą za wszelką cenę rozwiązać zagadkę i dowiedzieć się czegoś o historii. Odpowiedzi na wiele pytań przynieść może nietypowy teatr, zestaw wizjonerskich scen, które właściwie nie pozostawiają wątpliwości co do sygnałów z zaświatów. Ale dla bohaterów liczą się intuicja i przeczucia, drobne wskazówki nawet bez naukowego oparcia. Mimo to sięgają do zasobów wiedzy – Widmark woli konkrety niż niedookreślenia.
W przeszłości kryje się tajemnica, a w teraźniejszości – szereg zagrożeń, i to bardzo poważnych. Bohaterowie mają prawdziwego przeciwnika, który nie cofnie się przed niczym i za nic ma, że walczy z dziećmi. W takim obrazku – i takim starciu – nie ma miejsca na żadne sentymenty ani na taryfę ulgową. Martin Widmark bardzo dobrze czuje się właśnie wtedy, gdy poszukuje alternatywy dla normalności, świata jak z sennego koszmaru. Nie zależy mu na prostym straszeniu młodych czytelników, sięga z przekonaniem do klasycznych pod tym względem tematów, żeby móc ozdabiać je dodatkowymi atutami, w tym wypadku tworzy sobie miejsce na przekazywanie wiadomości z pogranicza nauk ścisłych oraz filozofii. Zajmuje się odbieraniem śmierci przez wciąż żyjących, bazuje na tematach psychologicznych, ale przy tym wszystkim najbardziej powraca do kwestii ludzi. Dzięki temu może tworzyć iluzje thrillerowe. Bo już w relacjach obyczajowych Widmark czuje się znacznie mniej pewnie. Kiedy szkicuje wizje pierwszego zakochania się, czy zauroczenia między Dawidem i Larisą, jest w tym raczej mało przekonujący, nie podaje obyczajowych rodzajowych obrazków, a zmusza bohaterów do dostrzeżenia swojej atrakcyjności – w tej dziedzinie zdecydowanie przegrywa, nawet z twórcami literatury dziecięcej, dla których przecież motyw miłości bohaterów nie jest i nie może być priorytetem. Ale Widmark gdzie indziej bryluje. Co ciekawe, fani Lassego i Mai zdziwią się absolutną zmianą literackich kierunków i wyborów – chociaż i tu detektywistyczna żyłka się przydaje. „Wyspa Obłąkanych” to lektura dla młodych miłośników literatury sensacyjnej i thrillerów, a także dla tych, którzy nie przesadzają z uwielbieniem dla rozłożystych narracji. Widmark, chociaż dostarcza szeregu silnych przeżyć tym, którzy w jego świat uwierzą, to nie skupia się na przesadzonych opisach, bardziej niż na objętości książki zależy mu na jej atrakcyjności z punktu widzenia młodego poszukiwacza sensacji. W „Wyspie Obłąkanych” proporcje w stosunku do klasyki są może i zachwiane, ale to rozwiązanie nie spotyka się z krytyką docelowej grupy odbiorców.
wtorek, 21 maja 2013
Martin Widmark: Tajemnica szpitala
Zakamarki, Poznań 2013.
Na ratunek chorym
Martin Widmark w rozrastającej się serii minikryminałów dla najmłodszych posługuje się od początku bardzo charakterystycznym schematem – kiedy dzieci wpadają na trop przestępstwa, zawsze okazuje się, że istnieje troje podejrzanych, a każdy z nich dodatkowo ma powód, by postępować niezgodnie z prawem i z kodeksem moralnym. „Tajemnica szpitala” to już dziewiętnasty tom specyficznego cyklu – a fabuła rozwija się zawsze podobnie. A jednak Widmark nie nudzi małych odbiorców. Powtarzalny rytm pomaga mu jedynie w uporządkowaniu historii, a uwagę i tak przykuwają działania dzieci oraz pomysły na rozwiązanie zagadki.
Przeważnie chodzi tu o nietypowe kradzieże, autor nie bawi się w drobne wykroczenia: giną cenne przedmioty, kamienie szlachetne czy biżuteria. W „Tajemnicy szpitala” ktoś okrada chorych, dzielny komisarz policji zastawia nawet pułapkę na złodzieja, ale nic nie udaje się wykryć. Dopiero doświadczeni dziecięcy detektywi, Lasse i Maja, pomogą w schwytaniu sprawcy. Zawsze im się to udaje, więc nie zdradzam tu zakończenia. Książki z serii Widmarka czyta się po to, by dowiedzieć się, jak pracował przestępca i jak został schwytany, a nie po to, aby sprawdzić, czy bohaterom się udało. I Martin Widmark coraz lepiej czuje się w rozwijaniu opowiastek w tym kierunku. Pozwala dzieciom na dedukcję, ale poza tym Lasse i Maja mogą obserwować wydarzenia z bliska. Nad ich bezpieczeństwem czuwa komisarz policji, ale też nikt nie traktuje poważnie dwojga małych dzieci – Lasse i Maja narażają się najwyżej na złość ze strony zdenerwowanych dorosłych (podejrzanych, bo pokrzywdzeni z chęcią witają każdą pomoc). W związku z tym dzieci mogą też obmyślać pułapki na przestępców i od razu oceniać rezultaty. Raczej za to Lasse i Maja nie skupiają się na ocenie ważności motywów; traktują je jako równorzędne wyjaśnienia. W grze chodzi o to, by wykryć przestępcę i jego metody kradzieży – oto prawdziwe wyzwanie. Wyzwanie, które podjąć też mogą mali czytelnicy, bo otrzymują oni identyczne informacje, co Lasse i Maja – mają zatem szansę pobawić się w detektywów, poćwiczyć logiczne myślenie i przeprowadzać własne śledztwa. W tym tkwi klucz do rozrywki podczas lektury.
Martin Widmark upraszcza swoje historie. Stawia na błyskawiczną akcję i sekwencje wydarzeń, tutaj nie ma czasu na budowanie atmosfery i zarzucanie czytelników obszernymi opisami. Nieprzypadkowo króluje w tomie czas teraźniejszy – odbiorcy zostają wstrzeleni w centrum wydarzeń i mogą w nich uczestniczyć. Ciekawość rozbudzają problemy do rozwiązania, każdy więc chce się dowiedzieć, kto jest przestępcą i jak działał, by przechytrzyć wszystkich – dzieciom nie są zatem potrzebne inne lekturowe wartości. „Tajemnica szpitala” dostarcza rozrywki zakodowanej w fabule.
Prosty język i sporo emocji w nim zawartych, czas teraźniejszy, zgrabnie podsycana ciekawość i sam motyw kryminału, czyli namiastka literatury dorosłej – to czynniki, które sprawią, że dzieci będą chciały samodzielnie czytać o przygodach Lassego i Mai, a co za tym idzie – że będą wprawiać się w sztuce czytania. Autor sprawdzi się jako pisarz pomysłowy: dorosłych nie zachęciłby do regularnego śledzenia przygód małych detektywów, ale w wersji kryminału dla dzieci można mu pozazdrościć niewyczerpanych pomysłów. Te książeczki, chociaż utrzymane w stylu pop, chociaż niepozorne i upraszczane do granic możliwości (mimo że autor nie rezygnuje z drobnych dowcipów i nawet ironii), spodobają się maluchom i dostarczą im sporo rozrywki. Uczą logicznego myślenia i zachęcają do czytania. Schemat fabularny umożliwia utrzymanie spójności cyklu.
Na ratunek chorym
Martin Widmark w rozrastającej się serii minikryminałów dla najmłodszych posługuje się od początku bardzo charakterystycznym schematem – kiedy dzieci wpadają na trop przestępstwa, zawsze okazuje się, że istnieje troje podejrzanych, a każdy z nich dodatkowo ma powód, by postępować niezgodnie z prawem i z kodeksem moralnym. „Tajemnica szpitala” to już dziewiętnasty tom specyficznego cyklu – a fabuła rozwija się zawsze podobnie. A jednak Widmark nie nudzi małych odbiorców. Powtarzalny rytm pomaga mu jedynie w uporządkowaniu historii, a uwagę i tak przykuwają działania dzieci oraz pomysły na rozwiązanie zagadki.
Przeważnie chodzi tu o nietypowe kradzieże, autor nie bawi się w drobne wykroczenia: giną cenne przedmioty, kamienie szlachetne czy biżuteria. W „Tajemnicy szpitala” ktoś okrada chorych, dzielny komisarz policji zastawia nawet pułapkę na złodzieja, ale nic nie udaje się wykryć. Dopiero doświadczeni dziecięcy detektywi, Lasse i Maja, pomogą w schwytaniu sprawcy. Zawsze im się to udaje, więc nie zdradzam tu zakończenia. Książki z serii Widmarka czyta się po to, by dowiedzieć się, jak pracował przestępca i jak został schwytany, a nie po to, aby sprawdzić, czy bohaterom się udało. I Martin Widmark coraz lepiej czuje się w rozwijaniu opowiastek w tym kierunku. Pozwala dzieciom na dedukcję, ale poza tym Lasse i Maja mogą obserwować wydarzenia z bliska. Nad ich bezpieczeństwem czuwa komisarz policji, ale też nikt nie traktuje poważnie dwojga małych dzieci – Lasse i Maja narażają się najwyżej na złość ze strony zdenerwowanych dorosłych (podejrzanych, bo pokrzywdzeni z chęcią witają każdą pomoc). W związku z tym dzieci mogą też obmyślać pułapki na przestępców i od razu oceniać rezultaty. Raczej za to Lasse i Maja nie skupiają się na ocenie ważności motywów; traktują je jako równorzędne wyjaśnienia. W grze chodzi o to, by wykryć przestępcę i jego metody kradzieży – oto prawdziwe wyzwanie. Wyzwanie, które podjąć też mogą mali czytelnicy, bo otrzymują oni identyczne informacje, co Lasse i Maja – mają zatem szansę pobawić się w detektywów, poćwiczyć logiczne myślenie i przeprowadzać własne śledztwa. W tym tkwi klucz do rozrywki podczas lektury.
Martin Widmark upraszcza swoje historie. Stawia na błyskawiczną akcję i sekwencje wydarzeń, tutaj nie ma czasu na budowanie atmosfery i zarzucanie czytelników obszernymi opisami. Nieprzypadkowo króluje w tomie czas teraźniejszy – odbiorcy zostają wstrzeleni w centrum wydarzeń i mogą w nich uczestniczyć. Ciekawość rozbudzają problemy do rozwiązania, każdy więc chce się dowiedzieć, kto jest przestępcą i jak działał, by przechytrzyć wszystkich – dzieciom nie są zatem potrzebne inne lekturowe wartości. „Tajemnica szpitala” dostarcza rozrywki zakodowanej w fabule.
Prosty język i sporo emocji w nim zawartych, czas teraźniejszy, zgrabnie podsycana ciekawość i sam motyw kryminału, czyli namiastka literatury dorosłej – to czynniki, które sprawią, że dzieci będą chciały samodzielnie czytać o przygodach Lassego i Mai, a co za tym idzie – że będą wprawiać się w sztuce czytania. Autor sprawdzi się jako pisarz pomysłowy: dorosłych nie zachęciłby do regularnego śledzenia przygód małych detektywów, ale w wersji kryminału dla dzieci można mu pozazdrościć niewyczerpanych pomysłów. Te książeczki, chociaż utrzymane w stylu pop, chociaż niepozorne i upraszczane do granic możliwości (mimo że autor nie rezygnuje z drobnych dowcipów i nawet ironii), spodobają się maluchom i dostarczą im sporo rozrywki. Uczą logicznego myślenia i zachęcają do czytania. Schemat fabularny umożliwia utrzymanie spójności cyklu.
niedziela, 8 stycznia 2012
Martin Widmark: Tajemnica szafranu
Zakamarki, Poznań 2011.
Znikająca przyprawa
Nie zawsze Martin Widmark postępuje według wygodnego schematu w swoich minipowieściach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”, a najlepszym na to dowodem jest część zatytułowana „Tajemnica szafranu”. Na jej kartach powracają już znani z wcześniejszych książek przestępcy, a Lasse i Maja muszą się sporo nabiegać, by nadążyć za rozwojem sytuacji. Oczywiście dzielne dzieci i tym razem odniosą sukces, ale ponieważ autor nieco zmyli na początku tropy, mali czytelnicy będą musieli bardzo uważać, by nie wpaść na fałszywy trop.
W „Tajemnicy szafranu” zagrożone są nadchodzące święta – bez drogiej przyprawy nie da się przecież przyrządzić ani pysznych bułeczek, ani zupy rybnej – a smaki te nierozerwalnie łączą się ze świąteczną atmosferą. Tymczasem ze sklepu ginie cały zapas tej przyprawy. Lasse i Maja przypadkowo znajdują się w centrum wydarzeń – wysłani do sklepu po szafran bezpośrednio odczują działanie wyjątkowo perfidnego złodzieja. A przy okazji przekonają się, jak bardzo mylić mogą ślady zostawione na świeżym śniegu.
Zwykle w określonym miejscu – miejscu popełnienia przestępstwa – pojawia się trzech podejrzanych, pośród których znajduje się i sprawca, którego należy tylko wskazać (lub złapać na gorącym uczynku). Tym razem jednak wytypowanie trzech potencjalnych przestępców nic nie da, zuchwałej kradzieży dokonuje ktoś inny. Lasse i Maja zyskają cały szereg przesłanek i tropów – muszą je tylko zgrabnie ze sobą powiązać, by wszystko stało się jasne, szafran wrócił na półki, a przestępcy ponieśli karę. Przed happy endową sielanką czeka ich zatem sporo pracy umysłowej, a i fizycznej, bo przecież dowody same nie pchają się małym detektywom w ręce. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte – i dotyczy to także czytelników, bo i oni mogą pobawić się w śledczych i łączyć ze sobą zaobserwowane fakty.
A skoro tym razem Lasse i Maja przeprowadzają bardziej niż zwykle skomplikowane procesy wyciągania wniosków, zadanie odbiorcom ułatwia nieco Helena Willis, ilustratorka, która na kilku rysunkach przedstawia po prostu tok myślenia i działania dzieci. Z takimi ściągami nadążanie za bohaterami nie powinno już nikomu sprawiać problemów – nie trzeba się będzie cofać w lekturze, żeby jeszcze raz sprawdzić kolejne etapy działania, wystarczy ilustracja, by przypomnieć sobie akcję. To dobre rozwiązanie w książce, w której bardziej niż zwykle zdynamizowana fabuła może odwracać uwagę od kryminalnej zagadki.
Martin Widmark dostarcza dzieciom rozrywki umysłowej i lekturowej przyjemności. Wybiera najlepszy sposób, żeby zainteresować małych odbiorców i odpędzić od nich nudę: proponuje w końcu niemal dorosłą serię: z prawdziwymi przestępcami, problemami do rozwikłania i tajemnicami, które da się rozwiązać metodą dedukcji. Może zatem autor rozwijać u dzieci logiczne myślenie – obok nauki czytania, bo mało który amator detektywistycznych zagadek przeszedłby obojętnie obok książki, którą da radę samodzielnie poznać.
Znikająca przyprawa
Nie zawsze Martin Widmark postępuje według wygodnego schematu w swoich minipowieściach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”, a najlepszym na to dowodem jest część zatytułowana „Tajemnica szafranu”. Na jej kartach powracają już znani z wcześniejszych książek przestępcy, a Lasse i Maja muszą się sporo nabiegać, by nadążyć za rozwojem sytuacji. Oczywiście dzielne dzieci i tym razem odniosą sukces, ale ponieważ autor nieco zmyli na początku tropy, mali czytelnicy będą musieli bardzo uważać, by nie wpaść na fałszywy trop.
W „Tajemnicy szafranu” zagrożone są nadchodzące święta – bez drogiej przyprawy nie da się przecież przyrządzić ani pysznych bułeczek, ani zupy rybnej – a smaki te nierozerwalnie łączą się ze świąteczną atmosferą. Tymczasem ze sklepu ginie cały zapas tej przyprawy. Lasse i Maja przypadkowo znajdują się w centrum wydarzeń – wysłani do sklepu po szafran bezpośrednio odczują działanie wyjątkowo perfidnego złodzieja. A przy okazji przekonają się, jak bardzo mylić mogą ślady zostawione na świeżym śniegu.
Zwykle w określonym miejscu – miejscu popełnienia przestępstwa – pojawia się trzech podejrzanych, pośród których znajduje się i sprawca, którego należy tylko wskazać (lub złapać na gorącym uczynku). Tym razem jednak wytypowanie trzech potencjalnych przestępców nic nie da, zuchwałej kradzieży dokonuje ktoś inny. Lasse i Maja zyskają cały szereg przesłanek i tropów – muszą je tylko zgrabnie ze sobą powiązać, by wszystko stało się jasne, szafran wrócił na półki, a przestępcy ponieśli karę. Przed happy endową sielanką czeka ich zatem sporo pracy umysłowej, a i fizycznej, bo przecież dowody same nie pchają się małym detektywom w ręce. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte – i dotyczy to także czytelników, bo i oni mogą pobawić się w śledczych i łączyć ze sobą zaobserwowane fakty.
A skoro tym razem Lasse i Maja przeprowadzają bardziej niż zwykle skomplikowane procesy wyciągania wniosków, zadanie odbiorcom ułatwia nieco Helena Willis, ilustratorka, która na kilku rysunkach przedstawia po prostu tok myślenia i działania dzieci. Z takimi ściągami nadążanie za bohaterami nie powinno już nikomu sprawiać problemów – nie trzeba się będzie cofać w lekturze, żeby jeszcze raz sprawdzić kolejne etapy działania, wystarczy ilustracja, by przypomnieć sobie akcję. To dobre rozwiązanie w książce, w której bardziej niż zwykle zdynamizowana fabuła może odwracać uwagę od kryminalnej zagadki.
Martin Widmark dostarcza dzieciom rozrywki umysłowej i lekturowej przyjemności. Wybiera najlepszy sposób, żeby zainteresować małych odbiorców i odpędzić od nich nudę: proponuje w końcu niemal dorosłą serię: z prawdziwymi przestępcami, problemami do rozwikłania i tajemnicami, które da się rozwiązać metodą dedukcji. Może zatem autor rozwijać u dzieci logiczne myślenie – obok nauki czytania, bo mało który amator detektywistycznych zagadek przeszedłby obojętnie obok książki, którą da radę samodzielnie poznać.
niedziela, 1 stycznia 2012
Martin Widmark: Tajemnica biblioteki
Zakamarki, Poznań 2011.
Zagadka książkowa
Lasse i Maja, mali bohaterowie książek Martina Widmarka, rozwiązali już wspólnie kilkanaście detektywistycznych zagadek i tak naprawdę powinni już łapać przestępców na moment przed popełnieniem przez nich pierwszych złych uczynków. Ale autor cyklu dba o to, by młodzi detektywi za każdym razem musieli się trochę natrudzić i sporo nagłowić, żeby zrozumieć, co się stało.
W „Tajemnicy biblioteki”, chociaż tomy nie mają określonej kolejności i można je czytać jako opowiastki samodzielne, komisarz policji w Valleby sam zwraca się z prośbą o pomoc do dwójki wyjątkowo rozgarniętych dzieciaków. Pomogły mu już przecież w wielu sprawach – teraz mają obserwować bibliotekę, z której znikają cenne książki. Jak zwykle, wyłania się troje podejrzanych o kradzież – tym Widmark nie zaskoczy. Zaskoczy natomiast ich profesjami. Oto bowiem wśród potencjalnych złodziei znajdzie się życzliwy wszystkim elektryk, pani profesor oraz… pastor. Dzieci muszą sprawdzić wszystkie tropy i odkryć, w jaki sposób ktoś wynosi z dobrze strzeżonej biblioteki cenne dzieła. Poza metodą dedukcji, dzięki zaangażowaniu komisarza – trzeciego i, przyznajmy, mniej uzdolnionego detektywa, Lasse i Maja sprawdzą, jakie zabezpieczenia posiada biblioteka, a także sprytnie poznają zawartość toreb podejrzanych, nie łamiąc przy tym prawa. Reszta będzie już bardzo zaskakująca.
Martin Widmark nigdy nie tworzył przestępców o skomplikowanej psychice – w konwencji minipowieści detektywistycznych wystarczy przecież analiza trzech motywów postępowania. Jednak w „Tajemnicy biblioteki” motywacje złodzieja są chyba najbardziej w całej serii naiwne, a i cel kradzieży może rozbawić. Autor całkowicie zarzucił prawdopodobieństwo akcji i uruchomił wyobraźnię, zakrawając o absurd – co, oczywiście, ma rację bytu w historyjce dla kilkulatków.
Nie stracił za to Widmark posmaku sensacyjności w kolejnym tomie cyklu. Skandal na miarę małego miasteczka jest poważny, bibliotekarka rozpacza, bo nie wie, jak ma uchronić cenny księgozbiór przed złodziejami, a policja jest bezradna, bo komisarza współpraca z dziećmi jednak w dalszym ciągu nie wybystrza. To wystarczające powody, by emocjonalnie zaangażować w opowieść odbiorców. Pytania i zagadki się mnożą, atmosfera gęstnieje, do końca nie wiadomo, kogo oskarżać, a kto jest niewinny. Ten nastrój, namiastka dorosłych kryminałów, aura sensacyjności – to ogromny sukces Widmarka, który bez większego trudu przekona do siebie dzieci i zachęci je do samodzielnej lektury. Zdania są proste i krótkie, autor konsekwentnie stosuje czas teraźniejszy i wprowadza sporo dialogów, więc dzieci chcące samodzielnie czytać nie powinny mieć z tym problemów. Zwłaszcza że to dla nich wydawnictwo proponuje duży druk.
Wiadomo, że Lasse i Maja odniosą sukces. Wszystkie historie przebiegają według jednego schematu – to jednak wcale nie przeszkadza w czytaniu i śledzeniu przygód małych detektywów. Zwłaszcza gdy ma się kilka lat.
Zagadka książkowa
Lasse i Maja, mali bohaterowie książek Martina Widmarka, rozwiązali już wspólnie kilkanaście detektywistycznych zagadek i tak naprawdę powinni już łapać przestępców na moment przed popełnieniem przez nich pierwszych złych uczynków. Ale autor cyklu dba o to, by młodzi detektywi za każdym razem musieli się trochę natrudzić i sporo nagłowić, żeby zrozumieć, co się stało.
W „Tajemnicy biblioteki”, chociaż tomy nie mają określonej kolejności i można je czytać jako opowiastki samodzielne, komisarz policji w Valleby sam zwraca się z prośbą o pomoc do dwójki wyjątkowo rozgarniętych dzieciaków. Pomogły mu już przecież w wielu sprawach – teraz mają obserwować bibliotekę, z której znikają cenne książki. Jak zwykle, wyłania się troje podejrzanych o kradzież – tym Widmark nie zaskoczy. Zaskoczy natomiast ich profesjami. Oto bowiem wśród potencjalnych złodziei znajdzie się życzliwy wszystkim elektryk, pani profesor oraz… pastor. Dzieci muszą sprawdzić wszystkie tropy i odkryć, w jaki sposób ktoś wynosi z dobrze strzeżonej biblioteki cenne dzieła. Poza metodą dedukcji, dzięki zaangażowaniu komisarza – trzeciego i, przyznajmy, mniej uzdolnionego detektywa, Lasse i Maja sprawdzą, jakie zabezpieczenia posiada biblioteka, a także sprytnie poznają zawartość toreb podejrzanych, nie łamiąc przy tym prawa. Reszta będzie już bardzo zaskakująca.
Martin Widmark nigdy nie tworzył przestępców o skomplikowanej psychice – w konwencji minipowieści detektywistycznych wystarczy przecież analiza trzech motywów postępowania. Jednak w „Tajemnicy biblioteki” motywacje złodzieja są chyba najbardziej w całej serii naiwne, a i cel kradzieży może rozbawić. Autor całkowicie zarzucił prawdopodobieństwo akcji i uruchomił wyobraźnię, zakrawając o absurd – co, oczywiście, ma rację bytu w historyjce dla kilkulatków.
Nie stracił za to Widmark posmaku sensacyjności w kolejnym tomie cyklu. Skandal na miarę małego miasteczka jest poważny, bibliotekarka rozpacza, bo nie wie, jak ma uchronić cenny księgozbiór przed złodziejami, a policja jest bezradna, bo komisarza współpraca z dziećmi jednak w dalszym ciągu nie wybystrza. To wystarczające powody, by emocjonalnie zaangażować w opowieść odbiorców. Pytania i zagadki się mnożą, atmosfera gęstnieje, do końca nie wiadomo, kogo oskarżać, a kto jest niewinny. Ten nastrój, namiastka dorosłych kryminałów, aura sensacyjności – to ogromny sukces Widmarka, który bez większego trudu przekona do siebie dzieci i zachęci je do samodzielnej lektury. Zdania są proste i krótkie, autor konsekwentnie stosuje czas teraźniejszy i wprowadza sporo dialogów, więc dzieci chcące samodzielnie czytać nie powinny mieć z tym problemów. Zwłaszcza że to dla nich wydawnictwo proponuje duży druk.
Wiadomo, że Lasse i Maja odniosą sukces. Wszystkie historie przebiegają według jednego schematu – to jednak wcale nie przeszkadza w czytaniu i śledzeniu przygód małych detektywów. Zwłaszcza gdy ma się kilka lat.
piątek, 20 maja 2011
Martin Widmark, Helena Willis: Tajemnica meczu
Zakamarki, Poznań 2011.
Emocje w piłce
Raz na rok mieszkańcy miasteczka Valleby rozgrywają ze swoimi sąsiadami z Sandby mecz piłki nożnej. Pięcioosobowe drużyny stają naprzeciwko siebie i walczą o srebrny puchar. Kibicują im mieszkańcy obu miasteczek – wszyscy gromadzą się w jednym miejscu – któż by przypuszczał, że ktoś dopuści się zuchwałej kradzieży prawie na ich oczach? A jednak drogocenny przedmiot w pewnym momencie znika. Dobrze, że na miejscu są dzielni młodzi detektywi, Lasse i Maja – a także sam komisarz policji (który reprezentuje Valleby jako bramkarz). Na domiar złego Valleby przegrywa w meczu aż sześcioma bramkami i wszystko wskazuje na to, że Sandby po raz kolejny udowodni swoją wyższość. Ale Sandby nie ma tak dobrych śledczych jak Valleby: Lasse, Maja i komisarz natychmiast przystępują do akcji.
Widmark stara się, by przestępstwo nie było zbyt oczywiste i łatwe do wykrycia: poza graczami i kibicami (żaden z nich nie wyniósł pucharu) są tu jeszcze sprzedawca kiełbasek, trener, który zajmuje się przygotowywaniem boiska czy pani, której sąsiedztwo boiska bardzo przeszkadza. Podczas meczu dzieją się dziwne rzeczy: ktoś spuszcza powietrze z opon rowerów oraz z piłki, co też trzeba będzie wyjaśnić. Co ciekawe, w „Tajemnicy meczu” nie od początku wiadomo, czego ma dotyczyć śledztwo. Najpierw Widmark dość długo zajmuje się omawianiem meczu (relacjonuje go tak, by wywołać uśmiech na twarzach małych odbiorców) i prezentowaniem scenek teoretycznie mniej istotnych (rozmowa z przeciwną meczom panią czy ze sprzedawcą kiełbasek) – samo poszukiwanie pucharu oraz sprawcy jego zniknięcia, chociaż zepchnięte dość daleko w fabule, wolne jest od oczywistości. Owszem, wiadomo, w którym momencie ginie cenny przedmiot (co zresztą podkreśla potem celnym spostrzeżeniem Lasse), ale wręcz niemożliwe jest przedwczesne wykrycie złodzieja – Widmark prowadzi w rozmaitych kierunkach mylące tropy i kilka razy, gdy już wydawałoby się, że wiadomo, kto ukradł puchar, wychodzą na jaw nowe przesłanki, a sam mecz schodzi na dalszy plan.
Martin Widmark pozwala małym detektywom, Lassemu i Mai, na rozszyfrowywanie kolejnych dorosłych zagadek, z którymi nie radzi sobie na przykład sam komisarz policji – ten ostatni zresztą zdążył już poznać dedukcyjne talenty dzieci i chętnie z nimi współpracuje. Lasse i Maja przekładają na rozwiązywane sprawy zwykłe codzienne obserwacje: Lasse pokazuje na przykład, jak łatwo można odwrócić czyjąś uwagę i zrobić coś tak, by obserwator nic nie zauważył. Dzięki temu dzieci domyślają się, w którym momencie zginął puchar. Cała reszta to już wynik logicznego myślenia i dokładnego sprawdzania kolejnych przesłanek. Tym razem Lasse, Maja i komisarz muszą połączyć siły, żeby poradzić sobie z wyjątkowo trudnym zadaniem.
„Tajemnica meczu” to jedna z tych książek, które mają przygotować młodych odbiorców do samodzielnego czytania. Sprzyja temu po pierwsze duży druk, po drugie prosta narracja (czas teraźniejszy, nierozbudowane zdania), po trzecie wciągająca fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki: dzieciom na pewno spodoba się namiastka dorosłej lektury, kryminał przystosowany do ich wieku. „Tajemnica meczu” to jeden z wielu tomów z serii – ale każda książka przynosi osobną historię, w dodatku można je czytać w dowolnej kolejności.
Historie o Lassem i Mai łączą w sobie prostotę opisu z logicznymi łamigłówkami, zagadkami, które trzeba rozwiązać, by zrozumieć, co naprawdę się wydarzyło. Dają namiastkę powieści detektywistycznej i zapewniają maluchom dreszcz emocji.
Emocje w piłce
Raz na rok mieszkańcy miasteczka Valleby rozgrywają ze swoimi sąsiadami z Sandby mecz piłki nożnej. Pięcioosobowe drużyny stają naprzeciwko siebie i walczą o srebrny puchar. Kibicują im mieszkańcy obu miasteczek – wszyscy gromadzą się w jednym miejscu – któż by przypuszczał, że ktoś dopuści się zuchwałej kradzieży prawie na ich oczach? A jednak drogocenny przedmiot w pewnym momencie znika. Dobrze, że na miejscu są dzielni młodzi detektywi, Lasse i Maja – a także sam komisarz policji (który reprezentuje Valleby jako bramkarz). Na domiar złego Valleby przegrywa w meczu aż sześcioma bramkami i wszystko wskazuje na to, że Sandby po raz kolejny udowodni swoją wyższość. Ale Sandby nie ma tak dobrych śledczych jak Valleby: Lasse, Maja i komisarz natychmiast przystępują do akcji.
Widmark stara się, by przestępstwo nie było zbyt oczywiste i łatwe do wykrycia: poza graczami i kibicami (żaden z nich nie wyniósł pucharu) są tu jeszcze sprzedawca kiełbasek, trener, który zajmuje się przygotowywaniem boiska czy pani, której sąsiedztwo boiska bardzo przeszkadza. Podczas meczu dzieją się dziwne rzeczy: ktoś spuszcza powietrze z opon rowerów oraz z piłki, co też trzeba będzie wyjaśnić. Co ciekawe, w „Tajemnicy meczu” nie od początku wiadomo, czego ma dotyczyć śledztwo. Najpierw Widmark dość długo zajmuje się omawianiem meczu (relacjonuje go tak, by wywołać uśmiech na twarzach małych odbiorców) i prezentowaniem scenek teoretycznie mniej istotnych (rozmowa z przeciwną meczom panią czy ze sprzedawcą kiełbasek) – samo poszukiwanie pucharu oraz sprawcy jego zniknięcia, chociaż zepchnięte dość daleko w fabule, wolne jest od oczywistości. Owszem, wiadomo, w którym momencie ginie cenny przedmiot (co zresztą podkreśla potem celnym spostrzeżeniem Lasse), ale wręcz niemożliwe jest przedwczesne wykrycie złodzieja – Widmark prowadzi w rozmaitych kierunkach mylące tropy i kilka razy, gdy już wydawałoby się, że wiadomo, kto ukradł puchar, wychodzą na jaw nowe przesłanki, a sam mecz schodzi na dalszy plan.
Martin Widmark pozwala małym detektywom, Lassemu i Mai, na rozszyfrowywanie kolejnych dorosłych zagadek, z którymi nie radzi sobie na przykład sam komisarz policji – ten ostatni zresztą zdążył już poznać dedukcyjne talenty dzieci i chętnie z nimi współpracuje. Lasse i Maja przekładają na rozwiązywane sprawy zwykłe codzienne obserwacje: Lasse pokazuje na przykład, jak łatwo można odwrócić czyjąś uwagę i zrobić coś tak, by obserwator nic nie zauważył. Dzięki temu dzieci domyślają się, w którym momencie zginął puchar. Cała reszta to już wynik logicznego myślenia i dokładnego sprawdzania kolejnych przesłanek. Tym razem Lasse, Maja i komisarz muszą połączyć siły, żeby poradzić sobie z wyjątkowo trudnym zadaniem.
„Tajemnica meczu” to jedna z tych książek, które mają przygotować młodych odbiorców do samodzielnego czytania. Sprzyja temu po pierwsze duży druk, po drugie prosta narracja (czas teraźniejszy, nierozbudowane zdania), po trzecie wciągająca fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki: dzieciom na pewno spodoba się namiastka dorosłej lektury, kryminał przystosowany do ich wieku. „Tajemnica meczu” to jeden z wielu tomów z serii – ale każda książka przynosi osobną historię, w dodatku można je czytać w dowolnej kolejności.
Historie o Lassem i Mai łączą w sobie prostotę opisu z logicznymi łamigłówkami, zagadkami, które trzeba rozwiązać, by zrozumieć, co naprawdę się wydarzyło. Dają namiastkę powieści detektywistycznej i zapewniają maluchom dreszcz emocji.
piątek, 6 maja 2011
Martin Widmark, Helena Willis: Tajemnica zwierząt
Zakamarki, Poznań 2011.
Śledztwo w sprawie świnek
Lasse i Maja prowadzą własne biuro detektywistyczne – o tym wiedzą wszyscy, nawet komisarz policji chętnie współpracuje z parą błyskotliwych kilkulatków i korzysta z ich podpowiedzi. Lasse i Maja mają na koncie mnóstwo rozwiązanych spraw (ich przygody zostały opisane już w dwunastu książeczkach – a to nie koniec cyklu), więc z chęcią podejmują kolejne wyzwania. W „Tajemnicy zwierząt” dzieci mogą wreszcie przejść od procesu dedukcji (który to sposób rozstrzygania trudnych kwestii dominował dotąd) do prawdziwego detektywistycznego działania: mali bohaterowie fotografują wszystko, co ma związek z aktualnie prowadzoną sprawą, mierzą pozostawione przez sprawców ślady i notują wszystkie dane, żeby nie zgubić się w gąszczu informacji, czasem chaotycznych i pozornie nieprzydatnych.
A sprawa ma tym razem prawdziwy posmak kryminalny, w dodatku budzi sprzeciw nie tylko postaci: ktoś prawdopodobnie usiłuje otruć zwierzęta w sklepie zoologicznym. Nie można tego inaczej wyjaśnić: ptaki, króliki, świnki morskie, a nawet rybki są osowiałe i całymi dniami śpią, jakby ktoś dosypywał im truciznę do witamin. Lasse i Maja nie mogą tego tak zostawić: wspólnie z przyjaciółką, córką dyrektora cyrku, Mirandą, zabierają się do rozwikłania trudnej zagadki. Przy okazji trafiają na trop dziwnych konfliktów, rozgrywających się w otoczeniu sklepu. Tu już nie wystarczy przenikliwy umysł – trzeba będzie sprytu, czujności, spostrzegawczości, a także nie lada odwagi, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w sklepie. Lasse i Maja, wspierani przez dzielną Mirandę, która nieźle radzi sobie z wyzwaniem, muszą przecież uratować zwierzęta: jeśli oni nie pomogą właścicielowi sklepu, nikt tego nie zrobi.
Martin Widmark postawił na odważną i emocjonującą fabułkę, wybrał opowieść, która rozgrywa się szybko, ale jednocześnie pełna jest nietypowych zwrotów akcji i rozwiązań, których naprawdę nie da się przewidzieć. Jak zwykle każdy z podejrzanych ma swoje powody, by dopuścić się niecnego czynu – wytłumaczenie (i właściwy przebieg wydarzeń, który łagodzi wyjściowe założenia) leży gdzie indziej i małym odbiorcom trudno będzie domyślić się, co naprawdę działo się w sklepie – mimo że Widmark bardzo dba o szczegóły i proponuje cały szereg trudnych do jednoznacznej oceny (dla niewtajemniczonych) zjawisk, których sens wychodzi na jaw dopiero po rozstrzygnięciu kryminalnych łamigłówek.
Duży druk i taka interlinia sprawiają, że małym odbiorcom łatwiej będzie przyswajać tekst. Proces czytania okaże się tym przyjemniejszy, że prowadzi przez lekturę imitującą dorosłe powieści, wyzwalającą dreszczyk emocji i pełną zagadek. Widmark zadbał o to, by czytelnicy ani przez moment się nie nudzili i mogli ze swoimi ulubionymi bohaterami podążać tropem przestępców. W książce wartka akcja jest równie ważna jak logiczne rozwiązania – i jedno, i drugie dla dzieci powinno być magnesem, przykuwającym uwagę.
Śledztwo w sprawie świnek
Lasse i Maja prowadzą własne biuro detektywistyczne – o tym wiedzą wszyscy, nawet komisarz policji chętnie współpracuje z parą błyskotliwych kilkulatków i korzysta z ich podpowiedzi. Lasse i Maja mają na koncie mnóstwo rozwiązanych spraw (ich przygody zostały opisane już w dwunastu książeczkach – a to nie koniec cyklu), więc z chęcią podejmują kolejne wyzwania. W „Tajemnicy zwierząt” dzieci mogą wreszcie przejść od procesu dedukcji (który to sposób rozstrzygania trudnych kwestii dominował dotąd) do prawdziwego detektywistycznego działania: mali bohaterowie fotografują wszystko, co ma związek z aktualnie prowadzoną sprawą, mierzą pozostawione przez sprawców ślady i notują wszystkie dane, żeby nie zgubić się w gąszczu informacji, czasem chaotycznych i pozornie nieprzydatnych.
A sprawa ma tym razem prawdziwy posmak kryminalny, w dodatku budzi sprzeciw nie tylko postaci: ktoś prawdopodobnie usiłuje otruć zwierzęta w sklepie zoologicznym. Nie można tego inaczej wyjaśnić: ptaki, króliki, świnki morskie, a nawet rybki są osowiałe i całymi dniami śpią, jakby ktoś dosypywał im truciznę do witamin. Lasse i Maja nie mogą tego tak zostawić: wspólnie z przyjaciółką, córką dyrektora cyrku, Mirandą, zabierają się do rozwikłania trudnej zagadki. Przy okazji trafiają na trop dziwnych konfliktów, rozgrywających się w otoczeniu sklepu. Tu już nie wystarczy przenikliwy umysł – trzeba będzie sprytu, czujności, spostrzegawczości, a także nie lada odwagi, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w sklepie. Lasse i Maja, wspierani przez dzielną Mirandę, która nieźle radzi sobie z wyzwaniem, muszą przecież uratować zwierzęta: jeśli oni nie pomogą właścicielowi sklepu, nikt tego nie zrobi.
Martin Widmark postawił na odważną i emocjonującą fabułkę, wybrał opowieść, która rozgrywa się szybko, ale jednocześnie pełna jest nietypowych zwrotów akcji i rozwiązań, których naprawdę nie da się przewidzieć. Jak zwykle każdy z podejrzanych ma swoje powody, by dopuścić się niecnego czynu – wytłumaczenie (i właściwy przebieg wydarzeń, który łagodzi wyjściowe założenia) leży gdzie indziej i małym odbiorcom trudno będzie domyślić się, co naprawdę działo się w sklepie – mimo że Widmark bardzo dba o szczegóły i proponuje cały szereg trudnych do jednoznacznej oceny (dla niewtajemniczonych) zjawisk, których sens wychodzi na jaw dopiero po rozstrzygnięciu kryminalnych łamigłówek.
Duży druk i taka interlinia sprawiają, że małym odbiorcom łatwiej będzie przyswajać tekst. Proces czytania okaże się tym przyjemniejszy, że prowadzi przez lekturę imitującą dorosłe powieści, wyzwalającą dreszczyk emocji i pełną zagadek. Widmark zadbał o to, by czytelnicy ani przez moment się nie nudzili i mogli ze swoimi ulubionymi bohaterami podążać tropem przestępców. W książce wartka akcja jest równie ważna jak logiczne rozwiązania – i jedno, i drugie dla dzieci powinno być magnesem, przykuwającym uwagę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






