* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 7 listopada 2011

Hanan Asz-Szajch: Szarańcza i ptak

WNK, Warszawa 2011.

Matka prosi jedną ze swoich córek, by ta opowiedziała całemu światu jej historię. Historię w pewnych kulturach dawniej przełomową i szokującą, w innych natomiast zwykłą (czy pozbawioną elementów niezwykłości). Historię intymną, dotyczącą miłości i realizowania własnych pragnień mimo najbardziej niesprzyjających warunków. I córka, która do tej pory zajmowała się przede wszystkim dziennikarstwem, oskarżana przez niepiśmienną matkę, że wciąż podjada z cudzych talerzy, ulega namowom i spełnia prośbę (a o przyczynach tej decyzji mówi w posłowiu). Powstaje „Szarańcza i ptak”.

Kamila nie może decydować o swoim życiu: rodzina wydaje ją za mąż za starszego o dwie dekady mężczyznę, kiedy bohaterka ma czternaście lat i w dodatku oddała już swe serce innemu. Stara się ze wszystkich sił zatruwać życie znienawidzonemu człowiekowi, stawiając czoła nie tylko jemu, ale i całej arabskiej rodzinie. Pracuje przy tym także na opinię leniwej i złej kobiety. Rodzi córki, wikła się w romans i w końcu decyduje się na opuszczenie męża i dzieci – i na powrót do dawnej miłości, zwłaszcza że ukochany chce się ustatkować i coraz bardziej natarczywie próbuje wpłynąć na Kamilę, by ta romans zamieniła na małżeństwo. Kamila uzyskuje rozwód i wiąże się z uwielbianym od dawna mężczyzną, rodzi mu kolejne dzieci, aż zauważa, w jaką pułapkę wpadła. Nie potrafi czytać i pisać (choć drugi mąż karmi ją literaturą), swoje życie ocenia przez pryzmat filmów o miłości i nie do końca wie, czy o takiej egzystencji marzyła.

Hannan Asz-Szajch w „Szarańczy i ptaku” proponuje ramowe odautorskie wyjaśnienie o przyczynach napisania tej książki, ale całą właściwą akcję prowadzi z punktu widzenia matki. Wczuwa się w nią, buduje jej emocje i myśli i… odzyskuje w ten sposób rodzicielkę, którą straciła jako kilkuletnia dziewczynka. Odtwarza całe serie anegdot i wzruszeń, chwile rozczarowań i radości, ale ze względu na pierwszoosobową narrację nie podejmuje się oceny wydarzeń. Obok historii o miłości tak silnej, że zdolnej przezwyciężyć tradycję i potęgę opinii publicznej, Asz-Szajch prowadzi też wątek dodatkowy: moc literatury. Niepiśmienna Kamila uczy się na pamięć wierszy, wynajdowanych dla niej przez drugiego męża (miłość zyskuje tu wymiar wręcz kiczowatej przesady, ale w świecie bohaterów jest szczytem romantyzmu i niemożliwym do przecenienia obrazem wzajemnego oddania), jednak nie może sobie poradzić ze sprawami prawnymi, gdy ukochanego zabraknie. W Kamili narasta pragnienie opowiedzenia swojego życia – ale kobieta nie może znaleźć słuchacza. Córka spełnia jej marzenie. Fakt, że dla Kamili potrzeba podzielenia się z innymi własnymi przeżyciami była tak intensywna, rozwiewa wszelkie wątpliwości co do naruszania sfery intymnej bliskich. Zresztą Hanan z przekazanych jej wspomnień stworzyła dzieło warte uwagi, opowiedziane w bardzo ładny sposób i wzruszające.

„Szarańcza i ptak” to książka o pogoni za marzeniem, które nie zawsze przybrać może oczekiwany kształt. To, co przydarzyło się Kamili, w innym kręgu kulturowym nie byłoby nawet godne wzmianki; wokół decyzji, które zrewolucjonizowały życie młodej dziewczyny, nie pojawiłoby się tak wiele pytań. „Szarańcza i ptak” to również opowieść o ogromnej odwadze w pokonywaniu przeciwności losu, o pomysłowości i uczuciu, które w europejskiej kulturze nie mogłoby stać się kanwą podobnej książki jako zbyt intensywne, zbyt przesłodzone i mało prawdopodobne. Tymczasem wystarczy zanurzyć się w inny świat, by spotkać uzewnętrznienie wielu tęsknot. Poza kuszącą egzotyką (środowiskiem naturalnym dla autorki i jej bohaterki) tom „Szarańcza i ptak” uwodzi rozkładem akcentów, sposobem przedstawienia historii i szansą gruntownego poznania przeżyć anonimowej kobiety, która miała odwagę, by podjąć walkę o własne szczęście.

niedziela, 6 listopada 2011

Andrzej Mleczko: Obraz 3D

Iskry, Warszawa 2011.

Słowo i obraz

Andrzej Mleczko co jakiś czas przypomina o sobie odbiorcom nie tematycznymi zbiorkami, a albumami, które łączą słowa i rysunki – nowe przeplatane znanymi (a nawet rozsławiającymi autora). Taki jest też najnowszy tom, „Obraz 3D” – pojedynek aforystycznych i celnych stwierdzeń różnych znanych ludzi oraz przegląd rysunków satyrycznych. Tyle że tym razem złote i dowcipne myśli to cytaty nie zawsze z prześmiewców, a rysunki nie łączą się w jeden wyraźny tematyczny ciąg. Chodzi w końcu o to, żeby złożoność świata i aktualnych odniesień wyrazić w jak najbardziej lapidarny sposób: w jednozdaniowym komentarzu czy maksymalnie dwukadrowym obrazku. Książka ma zatem nieść porcjowane zaskoczenia, celne i przy okazji rozśmieszające, a także – jak to z dobrą satyrą bywa – skłaniające do refleksji.

Mleczko oferuje powrót do najbardziej typowych dla siebie tematów – relacji damsko-męskich, religii i władzy – czyli tego, co wywołuje zawsze najgorętsze dyskusje i emocjonuje odbiorców bez względu na to, czy są fanami Mleczki, czy są jego twórczością zniesmaczeni lub oburzeni. Pod tym względem „Obraz 3D” nie może zawieść – zwłaszcza że zróżnicowanie tematyczne zostało tu jeszcze wsparte odpowiednim doborem prac. Miłe dla odbiorców będzie z pewnością stawianie na realizacje pojedynczych pomysłów, a co za tym idzie – oryginalność kolejnych kadrów. I tak obok typowo seksualnych skojarzeń pojawi się rozwódka, karmiąca matka, uabstrakcyjniająca męski akt malarka czy narzeczony, nastawiony materialistycznie a nie idealistycznie. W ujęciach nieba zaskakująco dużo będzie aluzji do ziemskich rozwiązań, w przedstawieniu kleru satyra (momentami bardzo ostra) przeplata się z celnymi obserwacjami społecznymi. W przypadku władzy Mleczko chętnie ucieka do przedstawień królów i stereotypowych postaci z nimi związanych, tradycyjnie też kpi sobie z polityków. Do tego dodaje garść obrazków społecznych, trochę gier słownych i odrobinę abstrakcji. Kilka razy w tym tomie pojawią się znane postacie, ale znacznie więcej będzie ponadczasowych skojarzeń.

Cały album jest tłumaczony na angielski – i w paru miejscach będzie się można przekonać, jak ciężko jest przełożyć niektóre pomysły bez dodatkowych wyjaśnień i opisania sedna żartu. Mleczko doskonale zdaje sobie sprawę, że większość jego pomysłów będzie zrozumiała także dla zagranicznych odbiorców – chociaż wiadomo, że rodzimi czytelnicy odszyfrują bez trudu większość ukrytych znaczeń, a dziś jeszcze wyłapią również kontekst zewnętrzny, bezpośrednią przyczynę powstania niektórych żartów.

Cytaty mają – podobnie jak rysunki – przynieść zastanowienie. Na kartach tej książki spotykają się Woody Allen, Konfucusz, Stanisław Jerzy Lec czy Zygmunt Bauman. Każda strona może się wiązać z odkryciem lub przypomnieniem sobie prostej prawdy, która – jako że zapisana jest „dymkową” dużą czcionką, brzmi bardziej swobodnie i staje się łatwiejsza do przyswojenia dla masowych odbiorców, którzy przecież także sięgną z chęcią po nowy tom najbardziej dzisiaj znanego rysownika satyrycznego. Mleczko jako moralista? Czemu nie.

sobota, 5 listopada 2011

Andrea Pinnington: Piraci. 100 kreatywnych zabaw i gier

Muza SA, Warszawa 2011.

Skarb w książce

Ta książka rozbudzi wyobraźnię każdego małego pirata: kto bowiem powiedział, że zestawy łamigłówek mają być nudne czy monotonne? Tom „Piraci. 100 kreatywnych zabaw i gier” to książka idealna jako antidotum na nudę, zapewniająca sporo przygód i ciekawych propozycji zajęć dla najmłodszych. Zgodnie z piracką konwencją – jest także skrzynią pełną skarbów. I to skarbów z punktu widzenia malucha prawdziwych: pojawi się tu bowiem całe mnóstwo naklejek do zabawy lub uzupełniania rysunków, rozkładany obrazek, gra planszowa, zawieszka do przyczepienia na drzwiach pokoju i szablony do odrysowywania gotowych wzorów, przepis na pirackie ciasteczka oraz… piracki kapelusz i opaska na oko. Będzie trochę tradycyjnych gier logicznych w nowej odsłonie: kolorowanki, porównywanki, uzupełnianki, labirynty do przejścia czy obliczanie wartości skarbów. Mali piraci nauczą się rozpoznawać gwiazdy i stworzą plakat poszukiwanego pirata. Uzupełnią piracką spiżarnię i poznają kilku piratów, którzy przeszli do historii. Mało tego – spróbują nawet swoich sił w opowieściach – będą kończyć proste historyjki i być może rozsmakują się w pisaniu książek? Z pewnością wszystkie zaproponowane tu zadania pozytywnie wpłyną na rozwój dzieci, przyczynią się do karmienia wyobraźni i dostarczą maluchom nie tylko sporo rozrywki, ale i naprawdę ogromną dawkę radości. Z jedną książką dzieci otrzymają bowiem całe mnóstwo „prawdziwych” akcesoriów oraz podpowiedzi, które ubarwią każdą zabawę w piratów.

Andrea Pinnington proponuje dzieciom zróżnicowane zadania, maskując ich edukacyjne i rozwojowe walory. Kilkulatki będą więc ćwiczyć oko i rękę, wprawiać się w rysowaniu i wycinaniu (pomysł z pirackimi papierami ozdobnymi zachwyca), a przy tym w żadnym momencie nie stwierdzą że zadania stały się nudne czy powtarzalne. W „Piratach” nie istnieje bowiem schematyzm: każde kolejne zadanie wymaga twórczego podejścia i uruchamia inne pokłady kreatywności. Część daje się przenieść na codzienne zajęcia i pozwala przynajmniej trochę ubajkowić rzeczywistość, część staje się zalążkiem ciekawych zabaw, a część po prostu dostarcza rozrywki i wymaga zaangażowania w pracę. Dobór tych zadań, ich stematyzowanie oraz rozmieszczenie w książce sprawiają, że maluchy będą mogły emocjonalnie podejść do lektury, a właściwie – do nieograniczonej i pełnej niespodzianek zabawy. Książka nie zniszczy się łatwo, bo kartki przyczepione są jak w kołonotatniku.

W części kolorowych adaptowanych czasopism dla maluchów wkładki z grami i zabawami cieszą się ogromnym powodzeniem i dostarczają rozrywki dłużej niż sama lektura. „Piraci” składają się wyłącznie z oryginalnych i pomysłowych podpowiedzi, stanowią zatem idealną pożywkę dla fantazji najmłodszych. A że książka jest w dodatku duża i kolorowa, ma elementy, które można wycinać, da się po niej rysować i pisać – maluchów nie trzeba będzie zachęcać do działania. Oglądając ten tom żałuję tylko, że nie wypada mi paradować po mieście z pirackim kordelasem – bo i ten można przygotować dzięki książce. Kilkulatki będą miały mnóstwo radości – ich rodzice za to dużo spokoju, kiedy pociechy zaangażują się bez reszty w świat pirackich odkryć. Więcej takich publikacji, a komputery przestaną być konkurencją dla książek i tradycyjnych łamigłówek.

piątek, 4 listopada 2011

Monique Roffey: Biała kobieta na zielonym rowerze

WNK, Warszawa 2011.

Ciemna strona Trynidadu

Monique Roffey otwiera swoją powieść „Biała kobieta na zielonym rowerze” sceną niezwykle brutalną i typową raczej dla męskiej mocnej prozy. I, jak się okazuje, jej książka niemal do końca w tej konwencji będzie pozostawać – a do początkowego okrucieństwa dojdzie jeszcze kwestia polityki. W tym wszystkim łatwo będzie stracić z oczu marzenia i cierpienia bohaterki, Sabine.

Autorka wybrała egzotyczne miejsce na akcję historii: wszystko rozgrywa się na Trynidadzie. Tu Anglik George przywozi swoją żonę – początkowo przekonuje ją, że to tymczasowe rozwiązanie. Szybko jednak wrasta w Trynidad i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Dzieci George’a i Sabine traktują to miejsce jak swoją ojczyznę. Tylko Sabine nie może się tu odnaleźć i coraz bardziej nienawidzi kraju. Dostrzega jego niesprawiedliwości i złe traktowanie tubylców (sama wciąż czuje się obco). Widzi, że rodzina służącej nie potrafi walczyć o swoje prawa. I w końcu staje się świadkiem rewolucji. Obok tych politycznych zagadnień rozgrywa się opowieść obyczajowa – obraz małżeństwa Sabine i George’a – jej tajemnicze listy, pisane do rządzącego krajem Erica Williamsa: nie dowód klasycznej zdrady, a dziwnej ucieczki, pełne paradoksów i zagadek – i jego liczne romanse, których nie potrafi utrzymać w tajemnicy. W tym obrazie nie ma miejsca na szczęśliwe stadło, a jednak małżonkowie trwają przy sobie mimo wszystko. Nie idą na kompromisy, nie przejmują się długo swoimi wzajemnymi potrzebami, lecz nie podejmują decyzji o rozstaniu. Tylko tak wypełnić się może tragedia Sabine.

Roffey nie pozostawia swojej bohaterce nawet cienia szansy na osiągnięcie pełni szczęścia. „Biała kobieta na zielonym rowerze” to powieść, która stawia niewygodne pytania i nie przynosi ukojenia, nie pozwala odpocząć, drażni i jątrzy – a chociaż dotyczy rzeczywistości oddalonej w przestrzeni (i tylko nieznacznie w czasie), przekazuje prawdy uniwersalne.

Równie ważne jak kwestia rodziny i dylematów Sabine są motywy związane z traktowaniem rdzennych mieszkańców kraju. Służący są na każdym kroku poniżani – i to nie przez pracodawców (ci bardzo często starają się pomagać ludziom, do których czują sympatię), a przez rządzących. Nie mają żadnych praw i nie potrafią walczyć o swoje. Sama autorka też przyjmuje specyficzny sposób podkreślania ich odmienności: okalecza ich język. W książce bez trudu poznać można, kto jest przedstawicielem gorszej części społeczeństwa: wypowiedzi rodowitych Trynidadczyków zapisywane są z błędami, dla zaakcentowania ograniczeń „gorszych” bohaterów. W tym ujęciu dużo łatwiej sugerować autorce niższość postaci i kontrast między nimi a wykształconymi i bogatymi przyjezdnymi. Nie pomaga natomiast to ujednolicenie głosów w odróżnianiu dobrych i złych przedstawicieli mrocznej strony Trynidadu.
Dzieje się w tej powieści bardzo wiele, zarówno w sferze języka, jak i w planie treści, ciekawa jest przyjęta perspektywa achronologicznego przedstawiania wydarzeń. „Biała kobieta na zielonym rowerze” to nie książka, którą przeczyta się szybko i o której od razu się zapomni.


czwartek, 3 listopada 2011

Alessandro D'Avenia: Biała jak mleko, czerwona jak krew

Znak, Kraków 2011.

Miłość idealizowana

Nic dziwnego, że Alessandro D’Avenia jest określany jako „odkrycie włoskiej literatury”: książką „Biała jak mleko, czerwona jak krew” nie tylko wstrzelił się w potrzeby rynku powieści dla młodzieży, ale jeszcze zrealizował ją w stylu, którego wielu mogłoby mu pozazdrościć. Połączył w tomie poetycką wrażliwość i spostrzegawczość, wielkie uczucia i ogromne cierpienie oraz typowe dla nastolatków troski i problemy. Do tego zaprezentował się jako wrażliwy nauczyciel tego, co w życiu jest najważniejsze, więc jego powieść trafiła do przekonania czytelnikom. Atutem autora może też być odrzucenie typowego dla współczesnej prozy, zakotwiczonego w realizmie sposobu opowiadania, dzięki któremu „Biała jak mleko” zyskuje na uniwersalności.

Leo to typowy szesnastolatek. Trochę bezmyślny (zwłaszcza gdy urządza sobie z przyjacielem wyścigi na niesprawnym skuterze), trochę zbuntowany. Nie marzy o wielkich rzeczach i nie wyróżnia się z tłumu. Jest zupełnie zwyczajny. Pewnego dnia jednak odkrywa, że podoba mu się starsza o rok rudowłosa dziewczyna ze szkoły, Beatrice. Leo zaczyna o niej marzyć, a dzięki mądrości nowego nauczyciela dowiaduje się, jaką siłę mają marzenia. Tylko że Beatrice jest chora na białaczkę. Leo chciałby ją uratować, przywrócić jej krwi czerwień – sam panicznie boi się bieli, uznając ją za źródło zła.
Jest jeszcze Silvia, prawdziwa przyjaciółka. W każdej chwili gotowa nieść pomoc, będąca na każde wezwanie Leo. W tajemnicy podkochuje się w chłopaku, ale że jest jego jedyną powiernicą, wie o uczuciu do Beatrice. Musi wybierać między lojalnością a walką o własne szczęście.

Alessandro D’Avenia nie zdecydował się na zmianę odwiecznego schematu, realizuje zagadnienie od wieków w literaturze rozpracowywane. Ratunkiem dla jego prozy staje się jednak intensywność uczuć i obrazowe przenośnie, które idealnie sprawdzają się w relacji filozoficznie nastawionego chłopaka. Leo bowiem lubi analizować kolejne wydarzenia i oswajać je przez porównanie do walki czerwieni i bieli. Dzięki temu, chociaż używa wielkich słów, jego monologi wewnętrzne nie brzmią patetycznie ani egzaltowanie, łatwiej je przyjąć i zaakceptować. Miłość w tej książce powraca do schematów znanych z arcydzieł literatury, niemal wolna jest od cielesności, idealizowana i czysta: w momencie, gdy Leo dowiaduje się o chorobie Beatrice, pożądanie usuwa się w cień, a D’Avenia może realizować opowieść pozbawioną modnych w literaturze czwartej zagadnień, stawiając na ponadczasowość.

Wystawiony na poważną próbę Leo przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania i dowiaduje się rzeczy, o których jego rówieśnicy przeważnie nie myślą. Ma to szczęście, że ze swoimi troskami nigdy nie zostaje sam – z pomocą przychodzi Silvia, wyśmiewany niegdyś nauczyciel, a nawet rodzice, którzy – jak się okazuje – rozumieją więcej niż wydaje się bohaterowi. Chociaż nikt do końca nie zrozumie, co dzieje się w duszy chłopaka, Leo zawsze może liczyć na wsparcie innych.

D’Avenia pisze prostymi słowami, buduje krótkie zdania i bardzo krótkie, niemal urywane rozdziały. Koncentruje się na przemyśleniach nastolatka, którego życiem targają kolejne wstrząsy – to rozwiązanie pozwala uniknąć banału i rutyny i sprawia, że opowieść może poruszać. W tej konwencji nie przeszkadza idealizm i jednokierunkowość wysiłków postaci – liczy się bowiem najbardziej sposób przedstawienia wielkiej miłości.

środa, 2 listopada 2011

Urszula Glensk, Marcin Hamkało, Karol Maliszewski, Leszek Pułka, Paweł Urbaniak, Andrzej Zawada: Jak zostać pisarzem?

... Pierwszy polski podręcznik dla autorów

Bukowy Las, Wrocław 2011.

Szkoła pisania

Pytanie, czy ci, którzy chcą zawojować rynek wydawniczy, korzystają z podpowiedzi, jak pisać, pozostaje otwarte. Z reguły autorzy bestsellerów nie potrzebują tego typu pomocy i ułatwień, a książki dotyczące kreatywnego pisania znajdują odbiorców wśród tych, którzy nie wychodzą poza marzenie o pisaniu. Jednak może się zdarzyć i tak, że poradniki dla autorów pozwolą komuś usystematyzować wiedzę, nabrać pewności siebie lub stworzą wyraźną zachętę do pisania – i wtedy można uznać, że spełniły swoją rolę. Ponieważ warsztaty kreatywnego pisania cieszą się coraz większą popularnością a wydawców na rynku jest coraz więcej (co za tym idzie – coraz więcej jest też marzących o książkowym debiucie), rośnie zapotrzebowanie na publikacje spod znaku creative writing. Ukazała się właśnie książka, na którą jednak uwagę zwrócić mogą nie tylko chcący nauczyć się pisania, ale i ludzie związani z książkową codziennością – tom zatytułowany po prostu „Jak zostać pisarzem”.

Niech nikogo nie zwiedzie podtytuł tej pozycji – „Pierwszy polski podręcznik dla autorów”. Już przed tym tomem funkcjonowały – choćby wśród e-booków – poradniki poświęcone twórczemu pisaniu, układane przez rodzimych twórców. Nie jest to też podręcznik, o czym szerzej za chwilę. Wątpliwości budzi również adres: autorom, czyli tym, którzy już potrafią coś samodzielnie stworzyć, ta publikacja przyda się przede wszystkim jako przyczynek do dyskusji nad procesem pisania, niekoniecznie do doskonalenia warsztatu.

Bowiem twórcy książki – Urszula Glensk, Marcin Hamkało, Karol Maliszewski, Leszek Pułka, Paweł Urbaniak i Andrzej Zawada (wszyscy związani z Uniwersytetem Wrocławskim) stawiają raczej na humanistyczną refleksję nad pisaniem. Zamiast ścisłych, rzeczowych i konkretnych porad wybierają rozbudowane analizy i komentarze, wolą opowiadać o tym, jak się pisze, niż mówić, jakimi środkami osiągnąć cel. Owszem, nawiązują do najważniejszych elementów potencjalnego dzieła: do powieściowego miejsca i czasu, do fabuły i historycznego konkretu, do ewentualnych eksperymentów literackich i do konstrukcji postaci, ale nie uczą krok po kroku, jak wypracować w sobie umiejętność tworzenia tych partii książki. Porady trzeba dopiero wypreparować z ich przemyśleń. Zdarzają się tu cenne wskazówki i podpowiedzi, ale przy lekturze ma się wrażenie, że jak na poradnik – jest ich za mało. Podobnie zresztą jak przygotowanych na końcu każdego rozdziału ćwiczeń. Zupełnie jakby autorzy chcieli odejść od belferskiego ujęcia i etykiet mentorów w stronę filozofii pisania – jednak może się zdarzyć, że początkujący będą woleli właśnie konkretne wskazówki i porady. I tu znowu powraca pytanie, czy tacy ludzie – złaknieni szczegółowych porad odbiorcy – są w ogóle w stanie pisać książki.

Autorzy tomu „Jak zostać pisarzem” sięgają po ciekawe przykłady, przeprowadzają ankiety wśród pisarzy (z tych odpowiedzi także wiele można się nauczyć), z rzadka lekko żartują i zakotwiczają opowieść o pisaniu w świecie internetu. Piszącym z pewnością przyda się też – złożony w końcu przez fachowców – rozdział o gatunkach okołoliterackich oraz dodatki: informacje o pracy z redaktorem czy o prawach autorskich i copywritingu.
Mam nadzieję, że książka ta zostanie dostrzeżona i doceniona – prowadzi bowiem do dyskusji nad literaturą z innego niż najczęściej stosowany punktu widzenia i wyzwala intrygujące refleksje. Jeśli nawet nie przyczyni się do rosnącej liczby pisarzy, przypomni o literaturze i jej miejscu we współczesnym świecie.

wtorek, 1 listopada 2011

Stanisław Milewski: Niezwykli klienci Temidy

Iskry, Warszawa 2011.

Pitaval subiektywny

Stanisław Milewski w „Niezwykłych klientach Temidy” przygląda się ciekawym sprawom z polskich sądów począwszy od osiemnastego wieku, a skończywszy na czasach PRL-u. Dzięki temu zgromadzone w tomie opowieści mają przede wszystkim wartość historyczną, funkcjonować mogą na prawach anegdoty lub ciekawostek z dawnych lat. Milewskiemu zależy na tym, żeby zaprezentować kolejne procesy bardzo szczegółowo, z uwzględnieniem realiów społecznych i obyczajowych. Sięga po źródła pisane (a czasem i do własnych obserwacji, wprost z sal sądowych), by odtwarzać barwne dzieje sądownictwa. Przy ogromie materiału do opracowania, nie decyduje się Milewski na pisanie rozrywkowe, a informacyjne. W odróżnieniu od Wiecha, który bawił się tematami procesów i ich przebiegiem, a także inaczej niż dziennikarze, którzy dziś prowadzą podobne rubryki w prasie, Milewski stawia na konkret, rzeczowe referowanie faktów, pozbawione komentarza, a i kryminalnej dramaturgii. W związku z tym „Niezwykłych klientów Temidy” potraktować można raczej jako przewodnik obyczajowy po historii sądownictwa niż jako potencjalny zestaw mrożących krew w żyłach relacji. To dobra podpowiedź dla twórców powieści kryminalnych, źródło inspiracji, a dla ciekawych – także i zestaw oryginalnych przewinień i kar.

Milewski nie porządkuje w żaden sposób (poza układem chronologicznym) tematów kolejnych spraw – sam mówi we wstępie, że to pitaval subiektywny – wybiera raczej te tematy, które z jakiegoś powodu (zupełnie słusznie) wydały mu się atrakcyjne. Początkowe opowieści – z dworu króla Stanisława Augusta – brzmią bardziej jak relacje na marginesie opracowań historycznych: chociaż – jak w oświeceniowych satyrach – uniwersalne są cechy charakterów skazanych, to same sytuacje wprowadzają już element anachronizmu i płynącej z niego spokojnej „egzotyki”. Burzliwe pomysły skazańców mogą rozbudzać ciekawość – a już za chwilę Milewski nawiąże do spraw jeszcze bardziej barwnych. Rozwój kolejnictwa rodzi na przykład pytanie o pierwsze procesy związane z pociągami: pretensje pasażerów i wytaczane kolei sprawy mogą bawić lub… wywoływać ponurą refleksję na temat dzisiejszych problemów. Podobnie wypadają procesy związane z pomyłkami lekarskimi – jeśli dziś to zagadnienie prezentowane na prawach newsa, skrótowo i bez szczegółów, za to z ogromem emocji, u Milewskiego zyskuje inny, bardziej ludzki wymiar. Odwołuje się autor do procesów ludzi pióra i do powszechnie znanej sprawy z dziećmi we Wrześni.

Po tych nietypowych opowieściach przychodzi natomiast czas na bardziej swojskie zagadnienia: Milewski zahacza o sprawy obyczajowe i bliższe autorom kryminałów; przedstawia zazdrosnego męża czy sprawy o morderstwo, atrakcyjne między innymi przez to, że powiązane z przedstawicielami wyższych sfer, dotyczące arystokracji. W międzywojniu zaczyna się liczyć honor, a w czasach PRL-u – kwestie związane choćby ze spekulacjami.
„Niezwykli klienci Temidy” to zestaw opowieści, które stać by się mogły podstawą niejednego interesującego kryminału – ale nawet jako zbiór sądowych relacji dają lekturową przyjemność, zwłaszcza gdy autor pozwala sobie od czasu do czasu na ironiczne podsumowania.