* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 14 czerwca 2011

Leszek K. Talko: Pitu i Kudłata dają radę

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Pomysły dzieci

Dorośli nigdy nic nie rozumieją! Sami nie wiedzą, czego chcą. Ciągle się czepiają, chociaż nigdy nie mają racji. Naprawdę trudno jest być dzieckiem, ale „Pitu i Kudłata dają radę”. Leszek K. Talko, który do tej pory opisywał trudy wychowania dzieci z punktu widzenia zdumionego ojca, teraz przerzuca się na dwie narracje dziecięce i tworzy książeczkę, która nie bez powodu ma na okładce zachętę „dla fanów Mikołajka” – ucieszy bowiem starszych i młodszych czytelników, być może tych pierwszych nawet bardziej.

Codzienne życie zwyczajnej rodziny przedstawiają tym razem siedmioletni Pitu i jego o rok młodsza siostrzyczka, Kudłata, którzy w kolejnych rozdziałach na przemian zabierają głos. Zmiana perspektywy, proponowana przez autora, pociąga za sobą nie tylko zabawy stylistyczne (Talko lekko unaiwnia tekst, imitując mowę trochę przejętego dziecka0, ale i humorystyczne obrazy świata dorosłych. Pitu i Kudłata niemal na każdym kroku przekonują się, że rodzice są niesprawiedliwi i nie potrafią się zdecydować, czego oczekują od potomstwa. Dzieci wiernie powtarzają sarkastyczne uwagi taty, opatrując je zwykle zaskoczeniem – i z dużą spostrzegawczością opisują ciekawe zmiany w fizjonomii wyprowadzanego z równowagi ojca. Koncentrują się na zwyczajnych sprawach: opowiadają o szkole i nieodrobionych (zawsze z winy rodziców) zadaniach domowych, o chorobach, kłótniach i zabawach z kolegami. Niby to, co interesujące dla kilkulatka, nie przyciągnie uwagi dorosłych czytelników – ale Talko rzeczywiście idzie w ślady Goscinny’ego i tworzy opowiastkę wielowymiarową, pełną uniwersalnego humoru.

Jednym ze źródeł śmiechu są w tej książce nieporozumienia płynące z przenośni. Dzieci odczytują komunikaty ojca dosłownie – jeśli ten mówi „trzymaj mnie”, znaczy prawdopodobnie, że nie chce się przewrócić, jeśli grozi, że zamknie kogoś w piwnicy, wychodzi na sklerotyka, bo przecież nie ma piwnicy. Drugim czynnikiem wyzwalającym komizm będzie natomiast bezradność rodziców w obliczu pomysłów dzieci. W prawdziwym życiu podpowiedzi z fachowych poradników w ogóle się nie sprawdzają: potomstwo wykazuje się nie lada sprytem – na przykład odkrywając, że rodziców da się naciągnąć na każdą zabawkę, jeśli wmówi się im, że zakup ma walory edukacyjne. Pitu i Kudłata porządkują swój świat według przejrzystych reguł (jeśli Pitu powie, że walnie Kudłatą, zrobi to, co przecież dowodzi, że zawsze dotrzymuje słowa – więc czemu rodzice mają pretensje?). Tyle że zasady zrozumiałe i jasne dla dzieci nie przystają kompletnie do tego, czego spodziewają się rodzice.

Pomysły, od których dorośli mogliby osiwieć, trudności w komunikacji i interpretowanie przez dzieci wszystkiego na swoją korzyść – a wszystko opisane w dowcipny i zabawny sposób – „Pitu i Kudłata dają radę” to tomik, który banalne wydarzenia przedstawia w niebanalny sposób. Talko udaje niezrozumienie i zdumienie tworzonym w dziecięcych umysłach światem, ale faktycznie jawi się jako genialny tłumacz i sam cieszy się odkrywanymi wciąż absurdami. Przy Pitu i Kudłatej nie sposób się nudzić. Dobrze też, że Talko nie wpada w zachwyt nad swoimi pociechami, a spogląda na nie z ironią i dystansem, co uprzyjemnia lekturę. Z równym dystansem traktuje rodziców – choć bywa, że im – więc i sobie przede wszystkim – współczuje.

Talko nie pastiszuje Goscinny’ego, mimo że jest jego wiernym uczniem. Jego historyjki są nieco mniej uniwersalne (co nie znaczy, że słabsze). Do tego dochodzą jeszcze cudownie wpasowujące się w konwencję rysunki Juliana Bohdanowicza, autora, który kreską nawiązuje do stylu Sempego – to jego naturalny sposób rysowania i trudno sobie wyobrazić twórcę, który bardziej pasowałby do opowiastek o Pitu i Kudłatej.

Mówiąc w skrócie – jest tomik „Pitu i Kudłata dają radę” lekturą odprężającą i ciekawą nie tylko dla tych, którzy sami zmagają się z trudami rodzicielstwa czy dla ich pociech, ale dla wszystkich, którzy cenią sobie dobrą rozrywkę i zgrabne narracje. Niby wielu rodziców było świadkami podobnych scen, ale niewielu potrafi przedstawić je z humorem, jak Leszek K. Talko.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Vanessa Diffenbaugh: Sekretny język kwiatów

Świat Książki, Warszawa 2011.

Szyfr

Dość często ludzie, którzy uczyli się pisania kreatywnego osnuwają swoje powieści na motywie spajającym motywacje bohaterów i czytelników. W ten sposób zapewniają sobie po pierwsze – porozumienie z odbiorcami, po drugie oryginalność, która nada ton zwykłej obyczajowej fabule i przekształci ją w opowieść atrakcyjną. Vanessa Diffenbaugh łącznikiem świata książkowego i realnego uczyniła symbolikę kwiatów – zagadnienie, które wciąż cieszy się popularnością u co wrażliwszych czytelniczek (mimo że zakres „rozumianych” kwiatów coraz bardziej się kurczy).

Victoria kończy właśnie osiemnaście lat i musi się usamodzielnić. Trudne doświadczenia z przeszłości (trzydzieści dwa domy dziecka i rodziny zastępcze) oraz wrodzona nieśmiałość i niechęć do bliższych kontaktów z ludźmi sprawiają, że dziewczyna początkowo sypia w parku i tylko cudem dostaje pracę jako florystka. Tu może ujawnić swoje talenty. Rozumie język kwiatów i potrafi dopasować bukiety do potrzeb klientów. W końcu spotyka na swej drodze Granta, mężczyznę, który także zna ów sekretny kod. Victoria zachodzi w ciążę i… ucieka. Równolegle toczy się historia z przeszłości: jedyna szansa Victorii na szczęśliwe dzieciństwo: porozumienia i konflikty z Elizabeth. Tyle że Elizabeth skrywa w swoim życiorysie ogromną ranę, a z traumą nie do końca może sobie poradzić, co w końcu musi się odbić na relacjach z dziewczynką. Vanessa Diffenbaugh otwiera coraz to nowe wątki i buduje skomplikowane portrety psychologiczne bohaterów dalszoplanowych, konsekwentnie rozwijając u Victorii niechęć do bliskości. Ze stopniowo odsłanianej historii powoli czytelnicy dowiadują się rzeczy, których by się nie spodziewali – trzeba przyznać Diffenbaugh, że nawet jeśli postępuje zgodnie z instrukcjami na stworzenie dobrej powieści, atrakcyjną fabułą przysłania schemat konstrukcyjny. Achronologizacja jest w końcu dość typowym sposobem na unikanie rutyny i wprowadzanie elementu zaskoczenia – autorka wybrała przeplatanie migawek z przeszłości i teraźniejszości, by zaakcentować punkty kulminacyjne opowieści. Ten zabieg przestaje być istotny z chwilą zatopienia się w lekturze – „Sekretny język kwiatów” wciąga z uwagi na nietypowy sposób dążenia do szczęścia, wpisany w postawę głównej bohaterki.

Diffenbaugh napisała książkę apetyczną, a momentami niewygodną. Umiejętnie nakreśla zarówno obrazy emocjonalnego spełnienia postaci, jak i prywatne ich obsesje. Światem zewnętrznym idealnie dopełnia charaktery skomplikowane, więc i kuszące nieprzewidywalnością. Victoria przeżywa rozmaite rozterki, których nikt nie próbuje racjonalnie wyjaśniać – spotyka się za to z całym szeregiem emocji i reakcji, nie zawsze sensownie umotywowanych, ale bezwzględnie szczerych. Być może na tym polega magia „Sekretnego języka kwiatów”: chociaż bohaterka jest tak aspołeczna, jak to tylko możliwe, spotyka w życiu ludzi, którzy chcą jej pomóc, nie oczekując niczego w zamian; trafia na przyjaciół, którzy próbują ją zrozumieć. Owszem, tworzy Vanessa Diffenbaugh powieść skrajnie optymistyczną, kiedy pozwala Victorii ciągle odrzucać innych, a mimo to ocala ją z poważnych tarapatów – ale właśnie ta baśniowa cząstka dodaje książce smaku.

Czytelniczki mogą bez trudu wkroczyć w świat bohaterki i poznać sekretny język kwiatów. Victoria w tomie przygotowuje słownik kwiatowy – autorka w aneksie proponuje jego tekstową wersję dla odbiorczyń, które chciałyby poznać szyfr postaci – lub stworzyć więź porozumienia z najbliższymi. To bez wątpienia miły dodatek, który uwiarygodni powieść i pozwoli czytelniczkom lepiej pojąć jej bohaterkę. „Sekretny język kwiatów” to miła lektura wypoczynkowa, napisana ładnym stylem i z pomysłem. Do walorów rozrywkowych dochodzi jeszcze nieoceniona warstwa psychologiczna.


niedziela, 12 czerwca 2011

Raymond Maufrais: Zielone piekło

Zysk i S-ka, Poznań 2011.

Śmiertelny smak przygody

Żądze przygód u młodych chłopaków rozpalają przeważnie relacje podróżników i powieści, w których bohaterowie wyruszają na niebezpieczne wyprawy i odkrywają nieznane lądy. Z większości młodzieńczo-lekturowych marzeń przeważnie się wyrasta. Są jednak tacy, jak Raymond Maufrais, którzy decydują się na podjęcie ryzyka i rezygnują z wygodnego życia, by przeżywać niebezpieczne lecz ekscytujące przygody.

Raymond Maufrais miał dziewiętnaście lat, gdy – wraz z innymi zapaleńcami i odkrywcami trafił do brazylijskiej dżungli, poznając Indian z jednego z wędrownych plemion. Z pasją badacza, rzadko spotykaną u tak młodych osób, spisywał swoje obserwacje i próbował jak najpełniej przedstawić zwyczaje koczowników. Obok komentarzy na temat „miejscowych” postaw i sposobów organizowania codziennego życia powracają też informacje przyrodnicze, pobudzające niekiedy wyobraźnię (pirania, która po śmierci i półgodzinnym suszeniu na słońcu wciąż silnie zaciska szczęki na ostrzu podsuniętego noża) i całkiem zwyczajne reakcje organizmu na życie w ekstremalnie trudnych warunkach. Raymond Maufrais w swoim dzienniku stara się być szczery – nie chce upiększać ani stylizować rzeczywistości, entuzjazm nie przyćmiewa mu logicznego myślenia i szczerości, co daje w efekcie tekst barwny i ciekawy, a przy tym mający wartość poznawczą.

Dopiero druga część „Zielnego piekła”, „Gujana”, przynosi coraz bardziej przerażającą historię, której finał czytelnicy poznają już przy pierwszych stronach wstępu. Kilka lat po opisywanej wyprawie Raymond Maufrais wybrał się samotnie do dżungli, by szukać indiańskich plemion. Z tej ekspedycji nigdy nie wrócił, nie znaleziono też jego ciała. „Gujan” to studium cierpienia i głodu, co pewien czas zagłuszanego ekscytacją i nadzieją – emocjami, które uniemożliwiały autorowi trzeźwą ocenę sytuacji, a może po prostu pozwalały przetrwać, gdy wiadomo było, że nie ma już odwrotu. Maufrais, błąkający się po dżungli samotnie (choć niemal do końca z wiernym psem) potrafił swoje uczucia przelewać na papier tak, by odbiorcy i teraz, kilkadziesiąt lat po szaleńczej eskapadzie, odczuwali dreszcze podczas lektury.

Zacięcie literackie autora (który utrzymywał się między innymi z pisania reportaży z wypraw) da się w „Zielonym piekle” zauważyć na każdej stronie. To opowieść doświadczonego podróżnika i świadomego literata, który mimo młodego wieku potrafi przekonująco prezentować własne doświadczenia. Zwraca uwagę wysoka kultura słowa i staranność w opisywaniu ekstremalnych warunków życia. Co ciekawe, Raymond Maufrais nawet w chwilach ogromnego cierpienia (wyniszczające jego ciało choroby) nie przestaje pisać. Z czasem zaczyna traktować dziennik jako rodzaj psychicznego azylu, ucieczki przed samotnością, szaleństwem i strachem. Zapiski pełnią funkcję terapeutyczną, a przy tym są przez cały czas nieocenionym źródłem wiedzy.

Z „Zielonego piekła”, mimo mało optymistycznego tytułu, przebija ciągle witalizm, młodzieńcza energia, zapał do odkrywania nieznanego i radość ze spełnianych właśnie marzeń. Autor nie uskarża się na trudy wyprawy, nie żałuje, że się na nią zdecydował, choć wielu na jego miejscu wolałoby jak najszybciej wracać do cywilizacji. „Zielone piekło” pełne jest radości, przebijającej się między wierszami, jakby Maufrais odruchowo wpisywać się chciał w konwencję literatury przygodowej. Jego zwierzenia czyta się świetnie – ale i z uczuciem ulgi. „Zielone piekło” fascynuje i przeraża.

sobota, 11 czerwca 2011

Temple Grandin, Catherine Johnson: Zrozumieć zwierzęta

Media Rodzina, Poznań 2011.

Tajemnice zwierząt

Ludzie stykają się ze zwierzętami codziennie – ale niewielu zastanawia się nad tym, skąd biorą się u „braci mniejszych” określone zachowania i reakcje. Dla tych, którzy zdecydują się sięgnąć po tom „Zrozumieć zwierzęta” autystycznej autorki Temple Grandin, sporo wiadomości może okazać się prawdziwym zaskoczeniem, zwłaszcza że Grandin proponuje niezwykłą perspektywę badawczą – analizuje zachowania rozmaitych zwierząt z punktu widzenia autystyka – kojarzy i porównuje fakty, próbuje zrozumieć sposób myślenia zwierząt i ich postrzeganie rzeczywistości – a wywód przetyka uwagami na temat osób dotkniętych autyzmem i bogato ilustruje własnymi doświadczeniami czy wspomnieniami. Przy omawianiu konkretnych przykładów postaw zwierząt – odwołuje się do obserwacji przyjaciół i znajomych: nagle okazuje się, że najbliższe otoczenie pełne jest intrygujących przypadków i sytuacji, które mogą posłużyć do obrazowania kolejnych całostek.

Temple Grandin wychodzi właściwie od motywu, który wielu czytelników może zniechęcić: od sposobu na zapewnienie krowom w ubojni dobrych warunków do śmierci. Ponieważ sama autorka deklaruje, że ze wszystkich zwierząt najbardziej lubi krowy, praca dla wielkich sieci fastfoodów przez pewien czas będzie dziwić lub nawet zniesmaczać odbiorców, ale już za moment opowieść o stworzonym dla siebie (na wzór zwierzęcego) kojcu uciskowym odwróci uwagę od przykrych aspektów, dotyczących zabijania zwierząt. I zacznie się pasjonująca historia o uczuciach zwierząt, odczuwaniu przez nich bólu i cierpienia, o agresji i tresurze, a także o sposobach myślenia i odbierania świata. Temple Grandin czuje się tłumaczką zwierząt, twierdząc, że jako autystyk – myśli jak one, obrazami, a nie słowami. Pokazuje, jak starała się zrozumieć zwierzęta, na przykład lękające się czegoś bydło: wchodziła do tuneli, którymi przepędzane były krowy i szukała przedmiotów bądź zjawisk, które mogły być przyczyną stresu lub strachu. Opowiada o wynaturzeniach, do których doprowadzają próby wyhodowania ras o określonych właściwościach lub cechach charakteru: kogutach-gwałcicielach czy konkretnych rasach psów. Zastanawia się nad tresurą i nad zwierzętami hodowanymi masowo – zwraca szczególną uwagę na warunki, w jakich trzymane są kurczaki na fermach i prezentuje listę dziesięciu wymogów, które muszą spełniać hodowcy, by móc dostarczać mięso do wielkich sieci restauracyjnych. Kończy natomiast poradnikiem dla tresujących zwierzęta: pokazuje problem i jego rozwiązania. Cały czas oczywiście poza dodatkiem odnosi się do mentalności i zasad zachowania autystyków, co stanowi równie ciekawą warstwę tomu.

Opowieści Temple Grandin kształt nadała Catherine Johnson. Sprawiła ona, że całą książkę czyta się niemal tak dobrze jak powieść – nie ma naukowego żargonu, który odstraszyłby część czytelników, nie ma hermetycznego stylu, jest mnóstwo ciekawostek, opisanych z gawędziarską prawie swadą i swobodą, mocno zakorzenionych w prywatnym życiu autorki. Spor rozdziałów czyta się niemal jak pamiętnik, dużo tu informacji prywatnych, ale też takich, które przydadzą się choćby bliskim osób dotkniętych autyzmem – nie mówiąc już o właścicielach zwierząt i hodowcach, którzy często nie zdają sobie sprawy ze znaczenia drobiazgów i nie potrafią dostrzegać sygnałów wysyłanych przez zwierzęta.
Temple Grandin proponuje książkę, która zainteresuje z pewnością specjalistów od psychologii i zachowania zwierząt, ale także zwykłym odbiorcom może się spodobać – to naprawdę cenna publikacja.


piątek, 10 czerwca 2011

Agnieszka Osiecka: Jabłonie. Wybrane utwory sceniczne. Tom 1

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.


Apetyt na życie

Piosenki Agnieszki Osieckiej do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością. Prozę tej autorki przekuwa się także na przedstawienia teatralne. Tymczasem utwory sceniczne – nawet te, które doczekały się licznych adaptacji – coraz rzadziej funkcjonują w przestrzeniach teatru. Wielbiciele twórczości Osieckiej nie będą już skazani na żmudne poszukiwania tekstów, rozproszonych po dawnych publikacjach książkowych i pismach literackich – lub zalegających w archiwach. Prószyński przygotowuje bowiem edycję wybranych utworów scenicznych, z których pierwszy tom, „Jabłonie”, ukazał się niedawno.

Ta monumentalna pozycja zawiera sześć sztuk – w tym najbardziej znane „Niech no tylko zakwitną jabłonie” oraz „Apetyt na czereśnie”, fragmenty „Listów śpiewających” oraz teksty „Dziś straszy”, „Dama z walizką” i „Znajomi znajomych”. Ci, którym Osiecka kojarzy się wyłącznie z lekkimi i uniwersalnymi piosenkami o tematyce obyczajowej, będą z pewnością zaskoczeni silnym zakotwiczeniem utworów z „Jabłoni” w upolitycznionej codzienności szarego PRL-u. W utworach scenicznych autorka sięgała chętnie po różne rodzaje tekstów użytkowych, swoisty recykling pozwalał jej na obnażanie pustosłowia i pozbawionego treści patosu. Osiecka zderzała toporne, sztuczne frazy z delikatnym absurdem liryzmu, doprowadzała do konfrontacji bohaterów z różnych, sprzecznych ze sobą światów. Efemeryczne istoty wprowadzała bez litości w realia „zwykłego” życia, ale pozwalała postaciom przenoszonym na obcy grunt do końca zachowywać odrębność i lekko naiwne zadziwienie (nie)normalnością. Zabawy stylami nadają rytm olejnym utworom, a dziś, czytane po latach, przynoszą też odrobinę egzotyki. Niegdyś aktualny a obecnie wręcz archaiczny język staje się teraz, gdy wszelkie aluzje straciły na wartości, głównym bohaterem tekstów: wypiera z nich Zuzannę reakcjonistkę czy Pozytywnego. Wyblakły kreacje postaci, ale sposób ich prezentowania wciąż budzić może emocje. Zwłaszcza że mnóstwo w książce fragmentów piosenek, którymi bohaterowie się przerzucają. Osiecka sięgała po cytaty z prasy i utworów literackich, podsłuchiwała język ulicy i polityki – by w ogromnym, dramatycznym tyglu zmieszać kolejne spostrzeżenia. „Jabłonie” są smakowitą lekturą dzięki stałemu testowaniu możliwości, jakie daje język.

Warstwa publicystyczna (dziś już – historyczna) jest niewątpliwie cennym składnikiem utworów, ale współcześni czytelnicy (a zwłaszcza czytelniczki) zachwycą się z pewnością sferą obyczajową. Osiecka nie zrezygnowała z właściwego sobie, a znanego choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” sposobu prezentowania damsko-męskich relacji. W obliczu miłości, częściej przelotnego lecz pięknego i miłego romansu niż uczucia na wieczność, wszystkie kobiety stają się stęsknionymi dziewczynami, panie po przejściach i te skłonne do rozwiązłości – kiedy tylko mogą się zakochać, są z powrotem niewinne i czyste: namiętność usprawiedliwia wszystko. Można tę tendencję odczytywać przez biografię autorki, można i poetycko, jak proponuje Magda Umer – jako tęsknotę za prawdziwą miłością – faktem jest, że nadaje ona niezwykłości i blasku scenicznym dziełom.

Pozostaje jeszcze mnóstwo tematów wartych omówienia – wśród nich na pierwszy plan wysuwa się oniryczna atmosfera. Chociaż bohaterowie poruszają się w ściśle określonej przestrzeni i podlegają regułom zapożyczonym z pozaliterackiej rzeczywistości, zawsze mają możliwość wywołania zaskoczenia odbiorców. Drobne odejścia od kanonu w stronę snu budują niepowtarzalny klimat książki i zapewniają jeszcze jeden kontrast między sztuką i polityką.

W „Jabłoniach” nie ma prostego sentymentalizmu, Osiecka rzuciła wyzwanie banałowi dzięki wielopłaszczyznowej opowieści. „Jabłonie” da się czytać na wiele sposobów: jako unieśmiertelniającą przeszłość, rozbitą na głosy opowieść, historię o języku, prawdę o ludziach i ich marzeniach, wreszcie jako zabawę konwencjami i wyzwanie rzucone szarzyźnie. Wystarczy oddać głos bohaterom.

czwartek, 9 czerwca 2011

Liane Schneider: Zuzia jeździ konno

Media Rodzina, Poznań 2011.

Marzenie Zuzi

Zuzia, bohaterka obyczajowej części niemieckiej serii edukacyjnej dla dzieci Mądra Mysz, poznaje świat, doświadczając tego wszystkiego, co dorosłym wydaje się – najogólniej mówiąc – niewarte uwagi. Kilkuletnia rezolutna dziewczynka ma jednak dawać przykład najmłodszym i sprawiać, by ci nie bali się rutynowych czynności czy zadań. Czasami Zuzia próbuje czegoś nowego, niekoniecznie wpisanego w obowiązki z codzienności wszystkich maluchów. Od rodziców zależeć będzie, czy zechcą otworzyć dziecko na nowe, czasem kosztowne, marzenia, czy sięgną po bliższe zwykłego życia tomiki z cyklu. Dla tych, którzy lubią fundować dzieciom coraz to nowe wrażenia (a ściślej mówiąc, dla ich pociech), przeznaczona jest książeczka Liane Schneider „Zuzia jeździ konno”.

Pasja Zuzi rozwija się tak typowo, jak to tylko możliwe: mała bohaterka podczas festynu ma okazję przejechać się na kucyku. Od tej pory nie mówi i nie marzy o niczym innym; chciałaby powtarzać to doświadczenie, a najlepiej by było, gdyby na urodziny dostała własnego konia. Zuzia marzy o jeździe konnej tak mocno, jak tylko dzieci potrafią. Mama w końcu pozwala dziewczynce zapisać się na lekcje jazdy. Zuzia powoli uczy się, jak postępować z końmi, jak zachowywać się podczas przejażdżek i jak sprzątać w stajni. Dziewczynka jest szczęśliwa, kiedy może realizować swoje marzenia, nawet jeśli z początku wydawało jej się, że jazda konna wygląda inaczej.

Liane Schneider dobrze wie, jak sportretować kilkuletnią bohaterkę, by ta wypadła wiarygodnie a przy tym niezbyt moralizatorsko (choć to w końcu seria edukacyjna). Pedagogiczne aspekty przysłania autorka emocjami Zuzi: książeczka, chociaż pozbawiona linii fabularnej i rozkładów napięć, pełna jest drobnych radości. Zuzia z każdym odkryciem ma coraz więcej uciechy, a w końcu może wybrać się na prawdziwą konną przejażdżkę przez las – okazuje się, że warto było z mozołem ćwiczyć i uczyć się, jak zachowywać się przy tych pięknych zwierzętach. Zuzia – i to rys mocno idealizowany – nie przeżywa żadnych kryzysów: nawet kiedy boi się podawać koniowi (kucykowi) przysmaki, nie zniechęci jej to do lekcji. Dziewczynka jest zawsze zadowolona z siebie i pełna energii, nie zdarzają się jej chwile załamania czy grymasy. To postać wręcz idealna, wzór do naśladowania.

I w tym naśladowaniu kryć się będzie tym razem pułapka: może się okazać, że maluch pod samym tylko wpływem lektury zechce spróbować sił w jeździe konnej i niewykluczone, że to zajęcie znudzi mu się znacznie szybciej niż książkowej postaci. Poza tym Liane Schneider nie wspomina ani słowem o tym, że za lekcje jazdy konnej rodzice będą musieli zapłacić – zatem trudniej może być z przetłumaczeniem tego odbiorcom.

Książkę zdobią ilustracje Evy Wenzel-Bürger – wyraźne kontury, zamaszysta kreska, mocne kolory. I oczywiście obowiązkowe zadowolone miny i uśmiechy na niemal każdym rysunku. Strona graficzna sprawia, że przyjemnie się ten tomik ogląda.

środa, 8 czerwca 2011

Uri Orlev: Wyspa na ulicy Ptasiej

Media Rodzina, Poznań 2011.

Cud wojenny

W ostatnich latach daje się w literaturze czwartej zauważyć specyficzny trend związany z powrotem do motywu drugiej wojny światowej. Młodsi autorzy starają się prezentować historie lekko baśniowe, uciekają w oniryzm lub symbole – ale naprawdę silnie motyw drugiej wojny światowej wybrzmiewa u tych twórców, którzy sami doświadczyli okupacyjnej rzeczywistości. Jak przepiękny tom Uri Orleva, przetłumaczony z angielskiego przez Ludwika Jerzego Kerna, „Wyspa na ulicy Ptasiej”. Książka ta liczy sobie już kilkadziesiąt lat, ale wciąż może działać na wyobraźnię młodych czytelników, mało tego – nawet starsi znajdą tu coś z lektur, do których – mimo trudnej tematyki – chętnie się wraca. Bo Orlev proponuje cudowną baśń, utrzymaną w realiach wojennej Warszawy, opowieść o odwadze, nadziei i dojrzewaniu.

Bohaterem „Wyspy” jest jedenastoletni Alek, Żyd, który mieszka z ojcem w warszawskim getcie. Pewnego dnia chłopiec dzięki pomocy ojca i starego przyjaciela ucieka z obławy. Dowiaduje się, że ma się ukryć w ruinach domu przy ulicy Ptasiej i tam czekać na tatę. Jedenastolatek wykazuje się niezwykłą przytomnością umysłu, organizując sobie w zbombardowanym budynku kryjówkę. Wyposaża ją w rzeczy znalezione w innych domach, gromadzi też zapasy żywności. Z czasem poczyna sobie coraz śmielej, przechodzi za mur na polską stronę, by tam bawić się z innymi dziećmi czy jeździć na łyżwach. Sprytem i inteligencją zadziwia dorosłych – pomaga na przykład uratować rannego polskiego żołnierza. Towarzystwa przez cały czas dotrzymuje mu tylko Śnieżka – mała, oswojona i wytresowana myszka. Urocze są zresztą fragmenty, w których Alek mówi o Śnieżce jak o swojej przyjaciółce, która rozumie wszystko i uczestniczy w rozmowach (Śnieżka nie może między innymi zrozumieć, dlaczego najpierw widzi się błysk, a dopiero po jakimś czasie grzmot – i dziwi się burzom). Chociaż wielu ludzi w ostatniej chwili powstrzymuje się, by nie powiedzieć Alkowi, że jego czekanie na ojca nie ma już sensu, chłopiec mocno wierzy, że spotka się z rodzicem – zostaje w miejscu, w którym się umówili.

„Wyspa na ulicy Ptasiej” to książka pełna cudów – autor wynagradza swojemu bohaterowi zabrane przez wojnę dzieciństwo. Roztropny Alek przeżywa przygodę, chociaż groźną, to i bardzo ładną. Udowadnia sobie, że może przetrwać, zdany tylko na własne siły i na swoją pomysłowość. Z kolejnych pułapek wydostaje się tuż przed ich zaistnieniem: unika niebezpieczeństw z wyjątkową precyzją, jest przezorny i sprytny, a do tego ma ogromne szczęście. Alek, chociaż ma jedenaście lat, nie przypomina prawie w niczym dziecka. Jest przewidujący, uważnie obserwuje otoczenie i wyciąga wnioski z tego, co zobaczył. Potrafi zatem przeobrazić się w polskie dziecko i nie wzbudzać podejrzeń po drugiej stronie muru – i nie wpada w panikę w żadnej sytuacji. Idealizowany obraz nie uprzykrza jednak lektury: w „Wyspę” wpisany jest optymizm, baśniowość pełni ważną funkcję: chroni jedenastoletniego bohatera i daje mu nadzieję. Z czasem Alek zyskuje coraz więcej możliwości ratunku, pomoc proponuje mu jeden z Polaków, a w kryzysowym momencie chłopiec nie zostanie sam. Poza kwestiami związanymi z przygotowaniem i urządzaniem niebanalnej kryjówki, Alek przeżywa też rozmaite uczucia, zakochuje się w dziewczynce z sąsiedztwa, zdobywa mądrość życiową, powraca myślami do czasu spędzanego z rodzicami. Gdyby nie tematyczna nieprzystawalność, można by było skojarzyć „Wyspę” z… „Małą księżniczką” – w obu przypadkach zdany na własne siły małoletni bohater musi przetrwać trudne chwile, by spełniły się jego najskrytsze marzenia.

W „Wyspie” narracja prowadzona z punktu widzenia chłopca pełna jest spokoju, jakby autor, który zechciał poruszyć bardzo trudny temat, bał się dodatkowo straszyć młodych odbiorców. Chaotyczny, wojenny świat (ograniczony do fragmentu ulicy z getta) nie znajduje odzwierciedlenia w opisie, dzięki czemu czytelnicy mogą tę książkę potraktować także jako znakomitą lekturę przygodową, osadzoną w historycznych realiach. Od tej książki trudno się oderwać.