* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 7 czerwca 2011

Szmoncesy albo ulubione dowcipy Olka Rozenfelda

Zysk i S-ka, Poznań 2011.

Żart z dawnych lat

Żydowski humor nie podlega modom i trendom w satyrze. Oparty jest na bardzo charakterystycznej filozofii, skierowany do wewnątrz wspólnoty, a jednocześnie przepełniony celnymi ocenami kondycji człowieka w ogóle. Nawet kiedy wydawnictwa i kabarety nie przypominają przez jakiś czas o szmoncesach, powrót do nich kończy się sukcesem. Humor żydowski jest uniwersalny i czerpie tematy ze sfery obyczajowej, posługuje się wyrazistą i specyficzną logiką, zgodnie z którą bohater żartu porządkuje świat według własnych reguł bądź własnych interpretacji ogólnie przyjętych zasad. W szmoncesach powracają określone schematy, typowe scenki, za każdym razem na nowo rozwijane i za każdym razem zaskakujące, chociaż przecież możliwe do przewidzenia.

Mimo że szmoncesy cieszą się niesłabnącą popularnością, rzadko publikowane są antologie dowcipów żydowskich. Te najbardziej znane – z „Przy szabasowych świecach” Safrina prezentują świat nieco już archaiczny, a i zawartość komizmu, mimo mniejszej efemeryczności humoru obyczajowego, nieco blednie. Czasem jednak na rynek wydawniczy powracają zbiorki szmoncesów podobne książce „Szmoncesy albo ulubione dowcipy Olka Rozenfelda” – i wtedy można na nowo cieszyć się dobrymi kawałami, przefiltrowanymi przez żydowskie spojrzenie na rzeczywistość – ironiczne, kpiące i pełne paradoksów. W zasadzie postać Olka Rozenfelda, służąca do uzasadnienia publikacji, pojawia się tylko w tytule i na czwartej stronie okładki: „Olek jest poetą, filozofem, mistyfikatorem. Gdziekolwiek się pojawi, ludzie i tak w końcu chcą od niego jednej rzeczy: żeby opowiadał dowcipy”. I takie uzasadnienie wystarczy, przecież liczy się możliwość zabawnej lektury – i dobrej rozrywki, a tych dzięki „Szmoncesom” nie zabraknie.

W „Ulubionych dowcipach Olka Rozenfelda”, choć takie kryterium doboru żartów usprawiedliwiałoby nawet największy chaos, daje się wyznaczyć kilka grup tematów dominujących. Głównym motywem będzie zagadnienie zdrady i problemów małżeńskich, przede wszystkim obracających się wokół seksu. Drugą kwestię stanowią pieniądze. Na trzecim miejscu wymienić można tematy wiążące się z religią i sposobami świętowania, a także z modlitwami i rabinami. Pojawi się kilka żartów o kształcie aforystycznym, ale znacznie więcej będzie mocno rozbudowanych historii z dobrymi puentami. Nikt nie zadbał o to, by wystylizować te dowcipy i dodać im żydowskiego charakteru w formie – z jednej strony trochę szkoda, bo atmosfera mikroopowiastek w wielu wypadkach mogła być jeszcze lepsza, a same żarty – bardziej dla współczesnych czytelników egzotyczne. Z drugiej strony to mogłoby część odbiorców zniechęcić do lektury, wymagałoby bowiem zwiększonego wysiłku.

O pochodzeniu szmoncesów (mimo że da się wśród nich znaleźć przeszczepione z obiegowych dowcipów kawały oraz żarty uwspółcześnione) przypominają za to mocno rewelacyjne ilustracje Franciszka Maśluszczaka. Sylwetki starych Żydów o karykaturalnych proporcjach ciał przykuwają uwagę i przyprawiają całość. Uzupełniają książkę o to, czego czasem trochę może brakować w samych tekstach.

Szmoncesy zebrane w książce są kierowane do szerokiego grona odbiorców. Bez wielkiego trudu można je przenieść na „zwyczajny” grunt – staną się wtedy dowcipami o wadach normalnych ludzi. Wyśmiewane w tym tomie cechy nie są przecież przypisane wyłącznie do narodu żydowskiego. Śmiech z odrobiną refleksji – oto, co przynoszą „Szmoncesy”.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Dorota Gellner: Czekoladki dla sąsiadki

Wilga, Warszawa 2011.

Przypadki sąsiadki

Wyczulonym na brzmienia maluchom przeważnie podoba się proza rymowana (wystarczy wspomnieć sukces opowiastek o wróbelku Elemelku). Z pomysłu na połączenie dynamicznego rytmu wierszyka, echowości wywoływanej przez rymy i formy krótkiego opowiadania-anegdotki korzysta Dorota Gellner, która w tomie „Czekoladki dla sąsiadki” roztacza przed odbiorcami barwny i uporządkowany świat. W świecie tym pierwsze skrzypce grają kot i pies, a także bezimienna choć wszechobecna sąsiadka – i kilka dalszoplanowych postaci, które wpadają w odwiedziny bez uprzedzenia.

Fabułę tworzy Dorota Gellner przez skojarzenia brzmieniowe: to, co zdarzy się w ultrakrótkich historyjkach, zależy przede wszystkim od tego, jakie rymy uda się autorce znaleźć. Wiele współbrzmień będzie się tu powtarzać: trudno tego uniknąć, nawet gdy korzysta się z rozszerzonego przez ubezdźwięcznienia repertuaru podobieństw. W siedemnastu utworach, pomieszczonych w tomie „Czekoladki dla sąsiadki” fabularnym punktem wyjścia zawsze będzie rym do „sąsiadki” (chociaż autorka wszystkich możliwości rymowych i tak nie wyczerpała). Dalej historyjki rozwijają się różnie, nie zawsze zgodnie z przypuszczeniami małych odbiorców. Co ważne, Dorota Gellner dba o zaskakujące puenty dla swoich tekstów, sprawia, że bohaterowie często sami nie przypuszczają, jaki będzie rozwój wypadków. To przyniesie sporo radości małym odbiorcom.

Sama sąsiadka prowadzi zupełnie zwyczajne życie – to ugotuje obiadek, to zrobi sałatkę, to przyszyje łatkę do swetra sąsiada, albo wyszyje makatkę. Czasem odwiedzi dziadka lub dostanie papugi w klatce. Zdarza się też, że jej egzystencją kierować zaczyna absurd – na przykład gdy załamie się pod nią kładka. To dzięki pudlowi i kotu życie sąsiadki nabiera barw. Zwierzęta bowiem nie mają zamiaru podporządkowywać się ludzkim zwyczajom. Irytuje je, że na obiadek dla sąsiadek gotuje się kość (która przecież bardziej przyda się czworonogom) – czy że sąsiadka ma bałagan w szufladkach, a nie trzyma w nich naprawdę pożytecznych rzeczy (typu: pluszowa mysz). Konflikt interesów staje się przeważnie źródłem humorystycznych nieporozumień i dobrej zabawy dzieci, które przy rymowanych opowiastkach Gellner nudzić się nie będą mogły.

Autorka stawia na krótkie i szybkie historyjki, utrzymując w nich rytm ośmiozgłoskowca (najbardziej chyba charakterystycznego dla bajek), ma dobry słuch rymowy, więc jej teksty stają się naprawdę płynne i błyskawicznie przykują uwagę dzieci, działając na ich wyobraźnię. Gellner pisze z lekkością i swobodą, nie ma tu nienaturalnych zmian szyku wyrazów czy podporządkowywania formy rymom – owszem, akcja rozwija się według następujących po sobie współbrzmień, ale Gellner panuje nad całością, wydaje mi się, że bez wysiłku.

Natomiast zupełnie nie przekonują mnie – charakterystyczne dla Złotej Serii – ilustracje Macieja Szymanowicza: nastawienie na pozorną trójwymiarowość postaci jest zabójcze dla tła, w efekcie ten ilustrator proponuje rysunki, na których dzieje się zbyt mało. Mistrzowskie wierszyki i opowiadania zasługują na mistrzowską oprawę graficzną – a do tej Szymanowiczowi daleko.

niedziela, 5 czerwca 2011

Andrzej Grabowski: Zenek i mrówki

Media Rodzina, Poznań 2011.

Świat bez komputera

Literatura czwarta służy czasem do oswajania najmłodszych ze zjawiskami dość dla nich egzotycznymi. Wpisanie wiadomości w przygodę małego bohatera sprawia, że czytelnicy chłoną wiedzę i odkrywają nowe światy przy okazji dobrej zabawy. Zdarza się i tak, że intencja edukowania dzieci dominuje nad fabułą i zamienia historię w zbiór mało ekspresyjnych danych. Andrzej Grabowski próbował znaleźć złoty środek, ale w „Zenku i mrówkach” widać, jak bardzo zależało mu na przekonaniu odbiorców do buddyzmu i praktyk z nim związanych.

Zenek dowiaduje się, że nie pojedzie na wymarzone wakacje, zamiast tego spędzi tydzień z tatą na ango – podwarszawskim obozie „gdzie dorośli bawią się w buddyjski klasztor”. Chłopiec nie ma na to ochoty, zwłaszcza że tata nie pozwala mu na zabranie laptopa czy telefonu komórkowego. Zapowiada się koszmarnie nudny tydzień. Zenek zabiera ze sobą pamiętniki jednego z przodków, prapradziadka Zenobiusza – i umila sobie czas lekturą, co ciekawsze fragmenty z ucieczki krewnego z zesłania na Sybir przepisując do swojego dziennika. Dodatkowo poznaje nowy rytm życia na ango i z czasem przekonuje się do niektórych praktyk (wyzwaniem jest na przykład policzenie do dziesięciu bez odwracania myśli ku przeszłości lub przyszłości). Obserwuje też mrówki – i trochę informacji o nich ściąga też z internetu w biurze. A poza tym studiuje życiorys Buddy i opowiada rodzinne historyjki. Niby się nie nudzi, więc jest szansa, że nie będą się nudzić też czytelnicy, ale… brakuje tu trochę pożywki dla wyobraźni. Pobyt na ango, który mógłby zaintrygować zabieganych dorosłych, pragnących wytchnienia, nie może, mimo zapewnień, przekonać kilkulatka do rezygnacji z zabaw, ruchu i snucia marzeń. Tymczasem Zenek przekonuje się do zainteresowań ojca właściwie bez konkretnego powodu.

Andrzej Grabowski stopił tu w jedną cztery odrębne narracje. Pierwszą stanowi dziennik Zenka – relacja z teraźniejszości na ango i domowych perypetii. Drugą – pamiętnik prapradziadka – bardzo delikatnie stylizowany tekst (stylizowany tak delikatnie, że prawie niedostrzegalnie), pełen awanturniczych przygód, strzelania, niebezpieczeństw i grozy. Trzecią narrację tworzą krótkie ciekawostki o mrówkach, przefiltrowane przez komentarz małego, podekscytowanego nimi chłopca, czwartą – opowieść o życiu Siddharthy. Najbardziej niejednorodna jest oczywiście pierwsza narracja – Zenek opowiada o wszystkim. Z przejęciem tłumaczy zachowania dorosłych i znaczenia gestów, próbując oswoić siebie i czytelników z nieznanym. Czasem popełnia błędy, które powracają w wyrzutach sumienia (ale szybko je naprawia, przyznając się ojcu). Przytacza historie z życia rodziców, napomyka też o kolegach. To, co Andrzejowi Grabowskiemu się udało w „Zenku i mrówkach” to drobne, błyskotliwe spostrzeżenia chłopca, które dają się prosto przełożyć na doświadczenia odbiorców. Zenek potrafi nazwać swoje emocje i skojarzyć je z konkretnymi sytuacjami, dzięki temu oswoi z odczuciami także inne dzieci.

Grabowskiemu nie chodzi o propagowanie buddyzmu, ale raczej o zaproponowanie małym czytelnikom innego stylu życia. Obawiam się jednak, że nie znalazł w tym pomyśle niczego, co przekonałoby maluchy do rezygnowania z gier komputerowych i telewizora. Mimo wszystko cenny jest fakt próby oswajania dzieci z mniej znaną w Polsce religią.


sobota, 4 czerwca 2011

Sanna Töringe, Kristina Digman: O duchu, który się bał

Zakamarki, Poznań 2010.

Strach

Tak do końca nie przekonuje mnie Bettelheim, kiedy twierdzi, że dziecko potrzebuje książek, w których pojawiają się elementy budzące grozę. Nie cierpiałam takich motywów jako kilkulatka, unikam ich i dzisiaj – i jestem pewna, że od tomu „O duchu, który się bał” odstraszyłaby mnie już sama okładka: czarne nietoperze z posępnymi minami, drzewo, którego konary zakończone są dłońmi, ociekające krwią litery, a na pierwszym planie biała zjawa w szarej sukience. Z głową pod pachą. Z bladą, wykrzywioną w strachu twarzą i podkrążonymi oczami. I dwa wampiry, patrzące na przerażonego upiora zza drzewa. Dziękuję za takie rozrywki, mam za słabe nerwy.

Straszna historia jest jednak bardzo dowcipna i ładnie gra konwencjami – chociaż nie sądzę, że kilkulatki je wyłapią (obrazkowe książeczki Zakamarków przeznaczone są dla dzieci w wieku 0-3 lat, ta raczej nadaje się dla przedszkolaków, a i to nie dla wszystkich). Wszystko jak w dobrym horrorze (lub strasznej opowieści o duchach, przedstawianej przy ognisku): jest noc, ciemność, samotny stary dom w głębi lasu i mrożący krew w żyłach krzyk. To mała bohaterka, Kruszynka, protestuje przeciwko myciu zębów. Ustępuje dopiero pod warunkiem opowiedzenia jej strasznej historii. Mama zgadza się i przedstawia szkatułkową, przerażającą opowieść o tym, jak to duch spod łóżka idzie na strych, a tam tata wampir opowiada synkowi na dobranoc bajkę o kościotrupie w garderobie. Synek boi się, więc idzie z tatą sprawdzić, czy w garderobie nie zagnieździł się jakiś szkielet. Niestety się zagnieździł. Kościotrup boi się za to potwora z piwnicy, a potwór boi się myszek. Wszyscy uciekają przed sobą w popłochu, a Kruszynka oczywiście nie może zasnąć – mama zabiera ją więc na obchód domu, by dziecko sprawdziło, że nie ma w nim żadnych zjaw. Nie ma. Kruszynka może się uspokoić. Czytelnicy nie, bo zaraz dowiedzą się, że wszystkie zjawy uciekły do zamku i tam będą mieszkać.

Owszem, Sanna Töringe i Kristina Digman wykorzystały motyw ważny w rozwoju dziecka, ale wydaje mi się, że trochę przesadziły i tom „O duchu, który się bał” naprawdę przerazi wielu małych odbiorców, którzy przecież nie będą w stanie wyłapać ironii ani zabaw wątkami. Spiętrzenie wizji lękających się potworów może przynieść odwrotny do zamierzonego skutek i zamiast rozbawić dziecko – przyprawi je o koszmary. Pamiętać trzeba, że stwory na ilustracjach także nie wyglądają zbyt sympatycznie, a fakt, że duchowi stale odpada głowa, niekoniecznie musi być przyjęty przez dzieci z radością. Różne reakcje może ta książka wywołać, ale na pewno będzie silnie działać na emocje dzieci – obawiam się, że zbyt silnie i zamiast rozproszyć ich płynące z wyobraźni lęki, sprawi, że maluchy jeszcze bardziej uwierzą w wyimaginowany świat potworów. Jasne, że przy dzisiejszym nasyceniu kreskówek przemocą bohaterowie z tego tomu mogą wydawać się sympatyczni i bardzo ludzcy (w końcu każdy z nich czegoś się boi i żaden nie robi innym krzywdy), ale to nie wystarczy chyba do oswojenia z nimi dziecka. Tę książkę lepiej dawkować ostrożnie – i nie zostawiać malucha samego z własną fantazją po zakończeniu lektury.

piątek, 3 czerwca 2011

Carlos Ruiz Zafón: Pałac Północy

Muza SA, Warszawa 2011.

Spotkanie po latach

Pierwsze powieści Carlosa Ruiza Zafóna przeznaczone są dla młodzieży oraz dorosłych odbiorców (autor przyjął taką strategię pisania, kierując się własnymi upodobaniami, tłumacząc: „Przyświecała mi chęć napisania książek, które pragnąłbym przeczytać nie tylko w dzieciństwie, ale również jako nastolatek, młody dwudziestotrzyletni mężczyzna, czterdziestolatek czy osiemdziesięcioletni starszy pan”). Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet gdyby autor nie zasłynął „Cieniem wiatru”, jego książki, którymi wchodził na rynek literacki, przyniosłyby mu sławę. „Pałac Północy” to druga po „Księciu Mgły” historia, silnie działająca na wyobraźnię i stanowiąca dobrą alternatywę dla współczesnych tomów spod szyldu paranormal romance, choć zaszeregowanie jej do tego gatunku byłoby krzywdzące.

W jednym z sierocińców w Kalkucie dorasta Ben, chłopak, któremu wkrótce zacznie grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Ben nie ma pojęcia o swojej przeszłości: o tym, że jako niemowlę został wraz z siostrą bliźniaczką wyrwany z rąk okrutnego demona, Jawahala; nie wie, że gdy ukończy szesnaście lat i będzie musiał opuścić swój dotychczasowy dom, Jawahal wróci po niego. Koniec beztroskiej egzystencji staje się w powieści początkiem mrożącej krew w żyłach przygody, wciągającej tym bardziej, że Zafón nie uznaje happy endów czy chronienia nastoletnich bohaterów przed tragediami.

„Pałac Północy” to książka bardziej odważna i bardziej mroczna niż „Książę Mgły”, ale w obu daje się zauważyć upodobanie autora do budowania klimatu grozy za pomocą prezentowania powracających nocą widm: wcześniej był to cyrkowy kamienny ogród, teraz – płonący pociąg pełen niewinnych sierot, ginących w strasznej katastrofie. Zafón niemal w całości przenosi akcję powieści do świata zrodzonego w wyobraźni, pełnego postaci z najgorszych koszmarów i scen wolnych od rutyny, a jednocześnie, żeby zakotwiczyć ów świat w rzeczywistości, dba o precyzyjne oddawanie realiów: usystematyzowaną i uporządkowaną codzienność przeciwstawia krainie zła, wyłaniającej się z przeszłości.

Bohaterowie książki są członkami Chowbar Society, tajnego stowarzyszenia, które zrzesza tylko siedem osób. Dołącza do nich jeszcze siostra Bena – młodzi ludzie przysięgali sobie wzajemną pomoc i wsparcie – już wkrótce okaże się, że w walce z siłami ciemności stawką może być nawet ich życie. Zafón dawne założenia literatury czwartej i literatury spod znaku płaszcza i szpady przeszczepia na nowy grunt. W tej historii liczy się przyjaźń, wzajemne zaufanie i poświęcenie – nie tylko w deklaracjach. „Pałac Północy” to powieść akcji, wydarzenia następują po sobie błyskawicznie (chociaż całą opowieść po latach przytacza jeden z członków stowarzyszenia), a Zafón umiejętnie spowalnia lub przyspiesza narrację. Dobrze czuje się w konstruowaniu przerażających obrazów i w odwzorowywaniu relacji między bohaterami, budzi ciekawość i ładnie stopniuje napięcie, tak, że do końca „Pałac Północy” czyta się z zapartym tchem. Obecność zjaw czyni tę powieść nieprzewidywalną. Chociaż przyjmując taką strategię mógł autor łatwo popaść w infantylizm, udało mu się tego uniknąć: jego tom nie jest naiwny, przyciągnie zatem i młodszych, i starszych odbiorców. Zafón włącza do tekstu motywy powieści psychologicznej, rozbudowuje nie tylko fabułę, ale i płaszczyznę emocjonalną, kreśli sceny z rozmachem i fantazją.

Uderza w „Pałacu Północy” bezkompromisowość. Momentami nosi ta książka znamiona baśni, ale baśni wynaturzonej i pozbawionej klasycznego podziału na dobro i zło. Bohaterowie muszą dokonywać wyborów trudnych i kosztownych. Biorą pełną odpowiedzialność za swoje decyzje. Zafón zamiast ucieczki do bezpiecznego lekturowego świata proponuje czytelnikom przejście do krainy makabry. Nie tworzy jednak bezmyślnego horroru, a piękną opowieść, która na długo zapada w pamięć.

czwartek, 2 czerwca 2011

Maria Ulatowska: Pensjonat Sosnówka

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Szczęście bezwarunkowe

Jednym z zadań literatury rozrywkowej jest dostarczanie czytelnikom wzruszeń i wrażeń, jakich próżno by szukać w codziennym życiu. W powieściach obyczajowych dla kobiet szczególnym zainteresowaniem cieszą się zwykle idealizowane motywy, opierające się na emocjach. To przepis uniwersalny na poczytność książek z tej dziedziny. Do niego dodać należy raczej efemeryczne mody, objawiające się w zmiennej tematyce. Po sukcesie Grocholi posypały się historie o kobietach po przejściach. Zapotrzebowanie na sielankowe relacje wykorzystała Małgorzata Kalicińska i jej epigonki. W ostatnich latach pojawił się jeszcze pomysł na nowe życie: otwarcie w odziedziczonym, leżącym w górach, domu – pensjonatu. Z reguły jednak wyposażanie owego pensjonatu i troszczenie się o gości stanowi tło dla przeżyć bohaterki. U Marii Ulatowskiej jest inaczej – wydaje się, że autorka przyjemność czerpie z organizowania wyimaginowanego świata.

„Pensjonat Sosnówka” to kontynuacja historii przedstawionej w „Sosnowym dziedzictwie”, można by rzec – opis szczęścia bezwarunkowego. Wszystko wszystkim (dobrym) bohaterom się udaje. Opatrzność pomaga z całych sił, a idyllicznej atmosfery nie psują drobne niepokoje. Samotni znajdują swoje drugie połówki, problemy finansowe rozwiązują się same, kto nie ma pracy, ten ją natychmiast dostaje. W Sosnówce pojawia się mnóstwo nowych zwierząt i nawet proces oddawania szczeniaczków i kociąt w dobre ręce nie spędza Annie snu z powiek – tak się bowiem szczęśliwie składa, że każde zwierzę zjednuje sobie swojego idealnego opiekuna. Wszelkie przewidywane troski nie zaistnieją naprawdę – zanim dojdzie do stresogennego wydarzenia, znajdzie się jego rozwiązanie. Nic nie zakłóca spokoju mieszkańców Sosnówki – ani gości, którzy szybko zostają przyjaciółmi.

Maria Ulatowska zdecydowała się tym razem na statyczną opowiastkę, bardzo przesłodzoną – przeznaczoną zatem dla wyraźnie określonej grupy odbiorczyń, ceniących sobie spokój i sielankową atmosferę, daleką przy tym od realizmu. Można jej książkę także traktować jako specyficzne uzupełnienie dla standardowych publikacji tego rodzaju. Informacje i sceny, które zwykle autorki pomijają, tu są rozbudowywane do granic możliwości. Widać wyraźnie, że autorce opisywanie wnętrz sprawia ogromną przyjemność. Niestety, Ulatowska przy tych fragmentach zaczyna się rozczulać, co objawia się… licznymi zdrobnieniami (które nie przedostają się raczej do innych warstw książki).

W „Pensjonacie Sosnówka” nadrzędnym tematem w stosunkach międzyludzkich staje się miłość – o ile w pierwszym tomie autorka próbowała jeszcze podążać za modą i wprowadzać elementy erotyzmu, o tyle już w drugim tomie ucieka w literaturę: stroni od pisania o seksie, wycisza opowieść i uspokaja ją. Po drugą książkę Ulatowskiej sięgnąć mogą panie zmęczone i szukające ukojenia. Z pewnością nie nadaje się ta powieść dla odbiorców, którzy lubią prawdopodobne fabuły, pozbawione ckliwości. Ulatowska sprzedaje marzenia, pisząc nie tyle książkę co zestaw codziennych cudów.

Co ciekawe, czytelniczki, do których ta książka rzeczywiście jest kierowana – miłośniczki literatury obyczajowo-romansowej – nie będą dostrzegać błędów, które autorka popełniła – odnajdą się natomiast w baśniowej historii o kopciuszku i będą razem z bohaterką-ideałem przeżywać jej doświadczenia. Ulatowska nie zwraca uwagi na tempo fabuły, nie tworzy też wielowymiarowych postaci: wszyscy są tu albo zaprezentowani jednostronnie, albo – stereotypowo (jak gospodyni księdza). „Pensjonat Sosnówka” ma być książką, przy której odpoczną wszyscy – i jako taka została wręcz przerysowana.

Maria Ulatowska nie jest w swoim tomie oryginalna, czerpie z eksploatowanych bardzo motywów i nie wprowadza nic nowego do literatury rozrywkowej. Ale jej powieść może zyskać uznanie odbiorczyń, spragnionych obietnicy lepszego świata.


środa, 1 czerwca 2011

Kristin Dahl, Mati Lepp: Matematyka ze sznurka i guzika. Zabawy w liczenie, mierzenie i układanie

Zakamarki, Poznań 2010.

Prostokąty w pokoju

Z matematyką jest tak jak z kożuchami na mleku: część lubi, część nienawidzi, większości obecność jednego i drugiego snu z powiek nie spędza. Ale w stereotypowym obrazie opcja negatywna wygrywa. Łatwo od początku uprzedzić się niepotrzebnie do przedmiotu, który może stać się źródłem zabawy. Udowadnia to szwedzka autorka, Kristin Dahl, która w tomie „Matematyka ze sznurka i guzika” proponuje dzieciom szereg zadań i ćwiczeń zabijających nudę, ekscytujących i rozwijających umysł.

W książce nie ma konkretnej fabuły, dwoje dzieci, Magda i Kuba, zajmuje się układaniem rozmaitych przedmiotów, mierzeniem i liczeniem. Postacie (i rekwizyty) przedstawione w przekonujący sposób przez Mattiego Leppa na atrakcyjnych i bardzo kolorowych rysunkach zachęcają do wspólnej zabawy. Autorka natomiast wymyśla kolejne propozycje na matematyczne spędzanie wolnego czasu: uczy, jak rysować koła, wykorzystując sznurek, podpowiada, by liczyć guziki i sprawdzać powtarzalność wzorów. Liczyć i mierzyć można jabłka, buty, a nawet… długość papieru toaletowego w rolce. Tematów nie zabraknie. Autorka przekonuje, jak wiele ciekawych zadań można znaleźć w najbliższym otoczeniu. W wymyślaniu matematycznych rozrywek jest bardzo kreatywna i z pewnością dzieci sporo nauczą się podczas miłej zabawy. Chociaż zadania nie są posegregowane ze względu na płeć (we wszystkich uczestniczą Kuba i Magda), maluchy będą je sobie mogły wybierać w zależności od własnych upodobań. Dziewczynkom zapewne przypadnie do gustu ubieranie postaci w różne komplety czapek i szalików, chłopcom – wybieranie pojazdu, który do pozostałych nie pasuje. Kristin Dahl nie chce zanudzać kilkulatków zadaniami, jakie za moment dostaną w szkole, ale pokazuje przydatność matematyki w codziennym życiu na przykładzie liczenia cukierków, pralinek i oszczędności. To może przekonać maluchy do polubienia tego przedmiotu.

Dzieci będą poszukiwać w domu określonych kształtów (ucząc się przy okazji nazw figur geometrycznych) oraz – metodą jaskiniowców zapisywać i liczyć przejeżdżające za oknem samochody. Będą – w serii doświadczeń – sprawdzać objętość wybranych produktów spożywczych, zbudują też prostą „wagę”, by sprawdzać „ile klocków waży ich ulubiona maskotka”. Zabawy proponowane przez autorkę doskonale przygotowują do nauki przedmiotów ścisłych, a przy okazji też rozwijają wyobraźnię dzieci – Kristin Dahl nie poprzestaje w końcu na prostych działaniach matematycznych, wyszukuje coraz bardziej oryginalne pomysły i stara się zachęcić odbiorców do aktywności. Nie wdaje się w zawiłe tłumaczenia, zadaje pytania, na które nie ma czasem jednoznacznych odpowiedzi. Uczy logicznego myślenia i parę razy nawiązuje nawet – oczywiście nie zaznaczając tego w tekście – do testów na inteligencję. „Matematyka ze sznurka i guzika” to dobra propozycja dla dzieci – chociaż nie nadaje się na lekturę przed snem, ani na czytadło dla rozrywki, jest zbiorem niebanalnych podpowiedzi na rozwijające umysł zabawy.