* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony Konik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony Konik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Ola Woldańska-Płocińska: Prosiaczek i pojazdy

Czerwony Konik, Kraków 2016.

Zabawa z wujkiem

Prosiaczek z Czerwonego Konika jest postacią, która rośnie wraz z czytelnikami i chociaż jego przygody układają się w serię, same książeczki serii nie przypominają, różnią się formatami i sposobem wydania. Nikomu – a zwłaszcza docelowej grupie odbiorców – nie będzie to przeszkadzało, skoro Prosiaczek zaangażuje dzieci w swoje zabawy. Za każdym razem dzieje się tu coś innego. Tomik „Prosiaczek i pojazdy” jest naturalną konsekwencją wychowywania synów (o czym zresztą autorka i wydawczyni przypominają na czwartej stronie okładki). Prostym chwytem zapewnia sobie Ola Woldańska-Płocińska uwagę dzieci. „Prosiaczek i pojazdy” to ukłon w stronę zainteresowań kilkulatków, nawet tych niechętnych książkom. A ponieważ wujek zabiera Prosiaczka na cały dzień do sklepu z zabawkami, dzieci będą zachwycone.

Sklep z zabawkami to idealny pomysł na uniknięcie ponurego poranka. Bohater przekonuje się na własnej skórze, że nie należy ulegać złym nastrojom, bo zawsze może zdarzyć się coś przyjemnego. Wujek to już zapowiedź kolejnych przyjemności: to nie rodzic, może sobie pozwolić nawet na dziecięce wybryki, a i na szczodrość (żaden wujek nie odmówi przecież bratankowi czy siostrzeńcowi zabawki – a że Prosiaczek niczego nie żąda, niespodzianka będzie jeszcze bardziej przyjemna). W tomiku „Prosiaczek i pojazdy” wujek bawi się tak samo dobrze jak Prosiaczek. Obaj znajdują się w swoim żywiole, sięgają po kolejne pojazdy i wykorzystują ich potencjał do wspólnych wygłupów (na hak dźwigu można próbować łapać sprzedawców). Wkroczenie do dziecięcego świata oznacza tu łamanie zwykłych codziennych zasad. Wujek i Prosiaczek nie muszą przejmować się innymi: nikt z kupujących ani sprzedawców nie zwraca im uwagi. Mogą zatarasować pociągiem drzwi wejściowe, a drabiną wozu strażackiego zarysować sufit – wszystko mieści się w konwencji bajki, należy do sielankowego świata dzieci. Gdyby Prosiaczek (czy jakikolwiek maluch) wyobrażał sobie idealny pobyt z wujkiem w świecie zabawek, tak właśnie by przeżywał swoją przygodę – bez psujących rozrywkę postaci, które nie potrafią się bawić. Wujek jest dobrym kompanem, podrzuca najciekawsze pomysły i sprawia, że Prosiaczek nie ma czasu, by znudzić się konkretną zabawką. Nie stoi z boku, sam aranżuje zabawy. To dorosły, który nie stracił umiejętności bycia dzieckiem, a dla maluchów zamieni się to w czynnik komiczny (efekt nieoczekiwanej zamiany ról). Woldańska-Płocińska oczywiście ilustruje też swój tomik, więc może jeszcze bardziej niż w tekście uwypuklić charakter wujka (i komizm scenek). Prosiaczek i wujek na każdej rozkładówce robią coś innego, a słowna narracja zdradza tylko część wydarzeń. Maluchy poza słuchaniem książki czytanej przez dorosłych (starsze rodzeństwo mogłoby mieć problem z liternictwem) będą od razu oglądać obrazki i dowiadywać się więcej na temat charakteru samych zabaw. Woldańska-Płocińska ilustruje w swoim stylu, z prostymi kształtami i komputerowymi płaszczyznami koloru. Tu ozdobnikiem ma być również tekst – autorka operuje urozmaiconymi fontami, co pozwala nie tylko na rozkład akcentów zdaniowych, ale i na wyodrębnienie z opowieści nazw kolejnych pojazdów. W ten sposób publikacja zyskuje jeszcze charakter edukacyjny. W książeczce „Prosiaczek i pojazdy” warstwa graficzna przypomina jeszcze o domowych zabawkach – kieruje odbiorców z powrotem do samochodzików i kolejek. Ola Woldańska-Płocińska zapewnia sobie zaangażowanie maluchów w tomik – i nie pozwala zapomnieć o postaci, która w Czerwonym Koniku co pewien czas powraca. Połączenie bohatera znanego już od paru lat z tematem ważnym dla dzieci to przepis na sukces.

wtorek, 25 października 2016

Ola Woldańska-Płocińska: Rekordziści

Czerwony Konik, Kraków 2016.

Osiągnięcia absurdalne

Takich ciekawostek nigdy zbyt wiele. Chociaż dla Oli Woldańskiej-Płocińskiej są one pretekstem do graficznych popisów, to jednak wywołają też śmiech dzieci i zachęcą małych odbiorców do czytania. „Rekordziści” to tomik rozbudzający wyobraźnię, a do tego zawierający kilka bardzo absurdalnych rekordowych dokonań. Nie będzie tu mowy o typowych „naj” autorka wyszukuje w Księdze Rekordów Guinnessa fakty, których zwykle się nie szuka i nie potrzebuje. Jak na przykład ten o wyścigu ludzi przebranych za indyki, o ustawianiu jajek pionowo czy o mieszczeniu się w autobusie. Pojawiają się tu ciekawostki z różnych dziedzin: futro najbardziej kudłatej owcy świata i rozmiary bałwana. A zaczyna autorka od… największej kuli z gum do żucia. Ważne, żeby znaleźć informacje niebanalne, interesujące dla dzieci, a i bardzo dziwne. To przepis na sukces – i na „Rekordzistów” przy okazji. Ola Woldańska-Płocińska zamierza udowodnić dzieciom, że czytanie – i dowiadywanie się o różnych rzeczach – nie jest związane tylko ze szkolnymi lekturami i obowiązkami. Absurd z „Rekordzistów” musi się podobać tym bardziej, że w tomiku pojawiają się przecież prawdziwe osiągnięcia.

„Rekordziści” to mała kartonowa książeczka z zaokrąglonymi rogami. Taki rodzaj wydania jeszcze do niedawna sugerował najmłodszych jako grupę docelową odbiorców – obecnie to rozwiązanie stosowane coraz częściej po prostu w picture bookach, które zresztą przechodzą podobną drogę: nie są już adresowane do nieumiejących czytać maluchów, a coraz częściej i do starszych. Tutaj kartonowe strony nikogo nie wykluczają, więcej nawet: poszerzają krąg potencjalnych odbiorców o dzieci młodsze, te, które preferują obrazkowe historyjki. Równie dobrze sprawdzi się ta pozycja u samodzielnie czytających pociech, które będą w stanie podzielić się zdobytymi ciekawostkami z rówieśnikami. Ponieważ te z kolei mogłyby poczuć się urażone „dziecinnym” sposobem wydania, warto zaznaczyć dojrzałą formę graficzną. Ola Woldańska-Płocińska nie należy do autorek, które bawiłyby się w kreskówkowe obrazki. Serwuje odbiorcom grafiki a nie rysuneczki i miejsca dla siebie upatruje wśród ilustratorów właśnie przez ucieczkę od typowo dziecięcych rysunków. Nie daje się zaszufladkować jako ilustratorka dla najmłodszych – jej prace w zasadzie nie mają jasno określonego wieku odbiorcy. Woldańska-Płocińska bawi się kształtami (nie stosuje kreskówkowych konturów), zarzuca proporcje. Postaciom z tomiku maluje na czerwono uszy, nosy i policzki – akcentując w ten sposób nieco związek z dziecięcymi rysunkami – ale nie stara się tych obrazków infantylizować. Bywa, że posługuje się komizmem w ilustracjach (przerysowana owca) i wyolbrzymieniami, ale częściej odnosi się do samego tekstu, w ilustracjach po prostu powiela to, co zostało właśnie opowiedziane. Do tego używa tylko pastelowych kolorów i barw złamanych, czym również przekracza schemat typowych książeczek dla maluchów. Poza rysunkami dla autorki również „nagłówki” poszczególnych rekordów stają się plastycznym tworzywem. Tu Woldańska-Płocińska bawi się liternictwem i pokazuje, jak tekst przemienia się w ozdobę bez utraty podstawowego zadania.

Zadziwiająco dużo tu tekstu jak na kartonowy picture book, ale autorka poza przytaczaniem rekordowych ciekawostek zajmuje się też stosowaniem obrazowych dla dzieci porównań. Coś waży tyle, ile tata po śniadaniu, a włosy w uszach rekordzista ma długości ołówka. Nie są to zbyt precyzyjne porównania, ale dla dzieci na pewno wartościowe, dają bowiem choćby zbliżone pojęcie na dany temat, pozwalają użyć wyobraźni i przerabiają abstrakcyjne miary na coś konkretnego, bliskiego dziecku. Czasami Woldańska-Płocińska zalicza stylistyczne wpadki (wzrostu się przecież nie oblicza a mierzy!), ale i tak „Rekordziści” znajdą uznanie odbiorców. To tomik pomysłowy i zabawny, przypominający o tym, że nauki nie trzeba traktować serio – i że nie wszystkie wiadomości muszą być pożyteczne czy przydatne w codziennym życiu. To tomik dla znudzonych edukacyjnymi lekturami.

niedziela, 26 czerwca 2016

Rascal: Przed twoim urodzeniem

Czerwony Konik, Kraków 2016.

Skąd

Odwieczne pytanie maluchów, skąd się biorą dzieci, zainspirowało twórców tomiku „Przed twoim urodzeniem”. Prościutka opowieść jest bardzo poetycka i piękna, mimo że utrzymana w lubianej przez dzieci konwencji wyliczanki. Rodzice stają się tu twórcami, a dziecko jest ich najlepszym dziełem. „Przed twoim urodzeniem” to narracja taty. I to narracja kierowana wprost do malucha zadającego trudne pytania, swoiste wyznanie angażujące emocjonalnie nie tylko mówiącego, ale i jego słuchacza. Ta książka podkreśla więź między rodzicem i dzieckiem, bez wielkich słów pokazuje moc miłości. To dobry sposób, żeby zapewnić najmłodszych członków rodziny o uczuciu czy więzi z nimi – bo chociaż Rascal nie zamierza nic wyjaśniać, to przecież tłumaczy wszystko.

„Przed twoim urodzeniem” to książeczka obrazkowa, tekst na każdej rozkładówce (z wyjątkiem tej najważniejszej) składa się z dwóch wersów – zapisu „wydarzeń” czy twórczo-rodzicielskich poszukiwań poprzedzających urodzenie się adresata historyjki w pierwszej linijce. To relacja z tworzenia rozmaitych ludzików z ziaren, zapałek czy piasku. Przypomina to do złudzenia proste dziecięce zabawy, malowanie czy układanie figur z dostępnych materiałów. Ale jest nietrwałe. O losach wykreowanych ludzików mówi zawsze druga linijka tekstu. Tu dorosły znów stawia się w pozycji dziecka: nie potrafi przewidzieć, jaki będzie los figurki. Nieprawdziwe ludziki są jednocześnie bardzo podatne na zniszczenia. Rascal czasem jest pragmatyczny i dosłowny – przede wszystkim w przypadkach, kiedy mali odbiorcy mogą z własnych doświadczeń potwierdzić sytuację (jeśli ludzika z piasku na plaży zabiera woda), ale bywa też, że odwołuje się do wyobraźni, ozdabiając nią normalne scenki. Tu nie boi się nawet delikatnego humoru, a to bardzo dobrze pasuje do ogólnego tonu historyjki. Kolejne próby działania – różne akty twórcze – kończą się zawsze niepowodzeniem. Ale ponieważ nie są to sprawy najważniejsze, nie budzą przygnębienia w małych odbiorcach. Zwłaszcza że prowadzą do wielkiej sprawy – stworzenia ludzika z miłości. Na pewnym etapie rozmów z dziećmi takie informacje wystarczają. Rascal poza podsunięciem odpowiedzi na ważne pytanie zapewnia też szereg propozycji zabaw, zupełnie poza przesłaniem tomiku. Sprawi, że maluchy poczują się rozumiane i doceniane. „Przed twoim urodzeniem” składa się z oczywistości bardzo ładnie – wzruszająco także dla rodziców – opracowanej.

Mandana Sadat zajmuje się stroną graficzną, ważną, bo do czynienia mamy z picture bookiem. Wybiera bardzo zabawnego ludzika, postać bez wieku. Ludzik ma okrągłą główkę, rumieńce, czerwony nos i uszy, a do tego minę i fryzurę z kilku prostych kresek. Nie ma w sobie nic pięknego i może być równie dobrze dzieckiem co dorosłym. Ludzik przenosi odbiorców do wyobraźniowego świata: porusza się w prostych przestrzeniach, towarzyszą mu zwierzęta robione z kleksów farb rozmywających się w wodzie. Często wystarczy jeden drobiazg, by tylko zasugerować odbiorcom temat albo znaczenie danego elementu. „Przed twoim urodzeniem” obywa się bez wielkich słów, tak samo jak bez dosłowności w ilustracjach. Tu pojawia się subtelny humor i stonowane kolory. Twórcy książeczki nie chcą, żeby wyglądała na typowo dziecięcą, raczej próbują trafić do odbiorców w różnym wieku. Poetyckość i odejście od infantylizmu w treści i rysunkach to wielkie atuty tej publikacji, zresztą nie pierwszej w takim stylu w Czerwonym Koniku. „Przed twoim urodzeniem” to dobra pomoc przy rozmowach z dziećmi o ważnych sprawach, ale też dowcipna realizacja istotnego zagadnienia. W tej książeczce najważniejsza jest miłość – czytelna dla wszystkich.

niedziela, 16 listopada 2014

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak: Niekalendarz

Czerwony Konik, Kraków 2014.

Niespodzianki

Tuwim i Słonimski bardzo cieszyliby się z takich następców. Wielkie brawa i gratulacje dla wydawnictwa Czerwony Konik, które podobnie jak większość czytelników – uwielbia dziecięco-dorosłe zabawy Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka. Zabawy formą, treścią i pomysłami. Po serii „nieporadników” przyszła kolej na drwiny z terminarza. „Podręczny kalendarz. Przydatny poradnik. Porządny notes” to książka niezwykła. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście przypomina terminarz na każdy rok. Na marginesach ma porady, ciekawostki i cytaty, a co pewien czas przerywany jest opowiadaniami z profesorem Kurzawką i adiunktem Kwasem, mistrzami absurdu z „nieporadników”. Ten kalendarz ma nawet wszytą zakładkę (która jest także… centymetrem krawieckim) oraz wykaz imion. Imion nieistniejących w kalendarzach prawdziwych – ale tworzonych na bazie istniejących imion.

Zaczyna się od alfabetycznego układu województw z mapą polecanych (to jest robiących najlepsze ujęcia) fotoradarów. Potem stężenie absurdu gwałtownie rośnie (stopki redakcyjnej nie można pominąć!). W danych personalnych należy między innymi wpisać numer PIN karty kredytowej szwagra oraz ulubione słowo. Jest tu uniwersalny minikalendarz na każdy rok i skrócone kalendarze na wybrane lata. W podręcznych minirozmówkach pojawiają się kompletnie nieprzydatne zdania, błyszczki towarzyskie służą do zasypywania mądrze brzmiącymi określeniami, a przysłowia i motta powracają w kolejnych wariantach. Wśród proponowanych imion pojawia się Gwizdor, Kromuald czy Mafiozofia (a na każdy dzień roku przypadają dwa lub trzy podobne słowotwórcze błyski). Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas przywołują korporacyjne ćwiczenia grafomotoryczne, prognozy pogody i rozrywki umysłowe. Niekalendarz przerywają też czasem dowcipnymi stylizowanymi reklamami.

Tu wszystko podporządkowane jest dowcipowi. „Wybitni autorzy, wybitne dzieło, wybitna treść. Nie znajduję słów, by wyrazić mój zachwyt. Szwagier” – pisze odręcznie szwagier na czwartej stronie okładki. A za szwagrem wyrazy uznania będą powtarzać kolejni odbiorcy niekalendarza. Wojciech Widłak i Paweł Pawlak dostarczają bowiem czytelnikom rozrywki opartej na nonsensie i wykorzystującej formalne zabawy. W parodii terminarza czysty śmiech okazuje się największą wartością. Tej publikacji nie przegląda się po to, by dowiedzieć się, co będzie dalej, a dla przyjemności odkrywania kolejnych nieprzydatnych pomysłów. W lekturze nie można pomiąć żadnego (graficznego czy tekstowego) drobiazgu, bo nawet elementy obowiązkowe zostały podporządkowane humorowi. Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas to bohaterowie, których nie obowiązują żadne reguły. Swoimi odkryciami dzielą się radośnie z całym światem inteligentnych czytelników. Dają jedyną szansę na beztroski śmiech. Dzisiaj absurd nie cieszy się już takim uznaniem jak w czasach dwudziestolecia, ale Widłak, Pawlak, profesor Kurzawka i adiunkt Kwas nic sobie nie robią z mód na rynku wydawniczym. Ich niekalendarz ma same zalety: rozśmiesza do łez. I gdyby ktoś akurat nie wiedział, jakie imię nadać dziecku…

Niekalendarz to książka, która wymyka się schematom. Humor pojawia się w niej w warstwie graficznej równie często co w tekstowej, a tomik wcale nie jest kierowany do najmłodszych. Widłak i Pawlak, zamiast zyskiwać sławę w literaturze czwartej, wpisują się w księgę nonsensów i absurdów, uświadamiając odbiorcom, że wszędzie znaleźć można powody do radości. Ta lektura nie przynosi ciekawych fabuł ani ważnych wiadomości. Dostarcza za to inteligentnej rozrywki, beztroskiego komizmu i zabaw, na które dorośli w swoim zabieganiu zwykle nie mają czasu. To rzeczywiście „książka, jakiej jeszcze nie było” – imponuje pomysłami i rozwiązaniami. Chociaż jest zabawą, to warto jej się uważnie przyjrzeć.

sobota, 25 października 2014

Aleksandra Polewska: Trzecie urodziny Prosiaczka

Czerwony Konik, Kraków 2014.

Magiczny bilet

Prosiaczek to jeden z tych bohaterów, którzy dorastać mogą razem z małymi odbiorcami. Ukazał się w wydawnictwie Czerwony Konik tomik „Trzecie urodziny Prosiaczka” – specjalnie dla tych dzieci, które były świadkami pierwszych i drugich urodzin tej postaci. Oraz dla wszystkich maluchów mających ochotę na barwną historyjkę z elementami magii. Prosiaczek tym razem przeżywa bardziej rozbudowaną przygodę – w końcu dzieci mogą już na dłużej skupiać na nim uwagę i z pewnością ucieszą się z szansy wspólnej zabawy.

Prosiaczek czeka na urodzinowe przyjęcie, ale wie, że odbędzie się ono dopiero wieczorem. Żeby zabić czas, idzie do zoo, a tam otrzymuje specjalny urodzinowy bilet ze zdrapką. Ponieważ to jego trzecie urodziny, Prosiaczek może pomyśleć sobie trzy życzenia – spełnią się, jeśli zdrapie kolejne kropki z biletu. Mały bohater nie marnuje tych życzeń na głupstwa: najpierw prosi, by wszystkie zwierzęta wyszły z klatek i mogły się razem z nim pobawić, a potem o swoim magicznym bilecie na długo zapomina, bo zajmuje go zabawa w chowanego.

Nie wiadomo, z jakich powodów – działają tu reguły bajki, albo magia urodzin, Prosiaczek nie zostaje zmuszony do zastanowienia się nad sensem i konsekwencjami swoich życzeń. Wypuszczenie zwierząt z klatek nie stanowi żadnego zagrożenia, kolejne marzenia Prosiaczka też nie przynoszą pouczających refleksji, na szczęście autorka odrzuca zapędy moralizatorskie i dostarcza maluchom czystej rozrywki – a wraz z nią także i pożywki dla wyobraźni. Bo przecież przygody Prosiaczka to nie wszystko: każdy odbiorca będzie mógł się zastanowić nad własnymi życzeniami.

„Trzecie urodziny Prosiaczka” to również książka, która wprowadza temat uczuć. Prosiaczek poznaje piękną Świnkę i zakochuje się w niej, wiedząc, że teraz każdy wspólnie spędzony dzień to skarb. Jest to interesująca próba wprowadzenia najmłodszych w świat uczuć, chociaż raczej nie do końca potrzebna – dla kilkulatków wątek zakochiwania się nie jest w lekturach priorytetem, o wiele ważniejsze wydają się dynamiczne historie i konkretne przygody. Tu też Prosiaczek odchodzi od typu bohatera powielającego emocje małych odbiorców – pokazuje swoją odrębność i dorasta nieco szybciej (a na pewno inaczej).

Po raz pierwszy o Prosiaczku pisze Aleksandra Polewska (Ola Woldańska-Płocińska pozostaje za to autorką grafik). Polewska starannie się wysławia, szuka synonimów na określanie Prosiaczka (dziwnie brzmi, kiedy pisze o nim „Prosiak”) i skupia się na konstruowaniu literackich zdań. Bohaterowie często się uśmiechają, a do tego zdradzają kilka ciekawostek ze świata zwierząt – dlatego ci, którzy poznali już Prosiaczka, nie będą rozczarowani kolejnym tomikiem jego doświadczeń. Chociaż nie jest to już stricte książeczka obrazkowa, Woldańska-Płocińska dba o ciekawe ilustracje. Stawia na proste kształty i symbole, jest oszczędna w ozdabianiu kolejnych stron, miny postaci lubi za to zaznaczać w bardziej rozbudowany sposób. Nie tworzy obrazków w duchu bajkowym, za to bardzo często buduje scenki z podstawowych figur geometrycznych. Uczy innego spojrzenia na ilustracje w literaturze czwartej. Jej Prosiaczek wcale nie musi rozczulać czy przypominać bajkowego malucha, żeby dzieci dały się wciągnąć w opowieść. „Trzecie urodziny Prosiaczka” nie wymagają znajomości poprzednich dwóch książeczek – pozwalają dzieciom za to na radosne oczekiwanie nadchodzących urodzinowych przyjemności razem z małym bohaterem. A Prosiaczek ma zawsze wiele pomysłów i stara się je wcielać w życie.

sobota, 27 września 2014

Tina Oziewicz: Dzicy lokatorzy

Czerwony Konik, Warszawa 2014.

Mieszkanie z pestkami

Tina Oziewicz nie ogląda się na mody w literaturze czwartej. Mało tego – nie interesują jej nawet żadne fabularne schematy. Tematów szuka tam, gdzie inni autorzy nigdy by nie dotarli. Udowadnia to książką „Dzicy lokatorzy” – opowieścią o małym robaczku, mieszkańcu jabłkowej willi. Oziewicz to autorka, która lubi nietypowe konteksty, cieszy ją wynajdowanie coraz to nowych oryginalnych zagadnień. Dzięki temu zyskuje historie, których zakończenia nie da się przewidzieć – i dzięki temu zdobędzie uznanie małych odbiorców. Tinie Oziewicz nie można odmówić wyobraźni.

Robaczek mieszka sobie spokojnie w jabłku i jest przekonany, że to ekskluzywna dzielnica willowa. Rajskie życie zaburzają – oczywiście – ludzie. Przybywają pewnego dnia i zbierają wszystkie domki do skrzyń. Grozę budzi fakt, że ludzie te wille zamierzają zjeść. Robaczkowi wiele rzeczy wyjaśnia wąż (właściwie – zaskroniec), oczytany kolega. To wąż znalazł w pewnej bardzo starej książce scenę, w której jabłko dało ludziom wiedzę. Biblijny motyw bohaterowie zamierzają powtórzyć, bo wszystko wydaje się dobre, jeśli uchroni przed utratą domu. Ale ludzie nie rozumieją interkulturowych aluzji. Trzeba na nich więcej sprytu. Kłopot w „Dzikich lokatorach” bierze się ze zmiany perspektywy: kto by pomyślał, że zwyczajne zbieranie jabłek może spotkać się z ogromnym sprzeciwem.

Sama w sobie ta historia jest atrakcyjna z uwagi na nowy rytm fabuły. Dzieci na rzeczywistość spojrzą oczami robaczka – w tej wersji ludzie są intruzami i brakuje im empatii. Bez jakiejkolwiek refleksji niszczą piękne i ekskluzywne osiedla i nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Tu działanie wykracza poza dziecięce pomysły. Tina Oziewicz odwołuje się bowiem do… GMO. Modyfikowana genetycznie żywność odstrasza ewentualnych amatorów jabłek – co skrzętnie wykorzystuje robaczek. Autorka nie wyjaśnia zbyt szczegółowo, co oznacza tajemniczy skrót. Ważne, że działa (chociaż zapewne myślący smakosze powiązaliby obecność robaków ze zdrowymi owocami). Zresztą w tomiku „Dzicy lokatorzy” dorosłych aluzji jest wiele. Oziewicz traktuje swoich małych odbiorców z pełną powagą. Objawia się to już na początku w rozbudowanych i synestezyjnych opisach przyrody. Tina Oziewicz dba o melodię tekstu i o jego literackie piękno, sięga do stylu niezbyt już popularnego w literaturze czwartej. Do tego dodaje elementy czytelne dla rodziców – każdy odgadnie, o jakim dziele mówi wąż, ale małym odbiorcom się tego nie tłumaczy. Autorka wprowadza też drobne żarty (śpiewanie pod prysznicem, ksiądz Robak) – ale to wszystko elementy, które doceni krytyka i rodzice towarzyszący maluchom w lekturze – a nie zawsze same dzieci. Nie brakuje tu też scen ciekawych dla właściwych odbiorców. Tina Oziewicz zwraca się zatem do różnych pokoleń z historią dla wielu ciekawą, bo niespotykaną. Czasem sporo ryzykuje, ale sympatia do bohatera sprawi, że „Dzicy lokatorzy” będą się cieszyć uznaniem.

Marta Szudyga próbuje w ilustracjach znaleźć równowagę między bajkowością i przygodą. Lubi scenki przedstawiać z różnych perspektyw, żeby zasugerować rzeczywistość bohaterów. Operuje też na rysunkach światłem i kolorem, idealnie oddając nastroje postaci. W „Dzikich lokatorach” ilustracje są bajkowe w treści, ale nie w stylu – te obrazki wydają się poważne, na pewno nie dziecinne. Marta Szudyga chce uzyskać określony, pasujący do fabuły klimat. Tu nie powinno być cukierkowo, bo problem w „Dzikich lokatorach: istnieje bardzo poważny.

Tina Oziewicz przekonuje, że nie warto upraszczać fabuł, kiedy pisze się dla najmłodszych. Jej lektura sprawi, że odbiorcy będą potrzebowali kilku wyjaśnień od dorosłych – ale to prosta droga do edukowania młodszych pokoleń, a także do wpajania dzieciom kultury języka. „Dzicy lokatorzy” przynoszą dodatkowo lekcję empatii i zachowań społecznych. Ironia tekst podoba się za to również dorosłym.

wtorek, 10 grudnia 2013

Tina Oziewicz: Tyranozaur i traktorzystki

Czerwony Konik, Kraków 2013.

Przygoda z porcelany

Czerwony Konik stawia zawsze na oryginalne publikacje dla najmłodszych – niekoniecznie edukacyjne, niekoniecznie klasycyzujące – ważne, żeby miały w sobie coś, co każe odbiorcom wracać do propozycji tego wydawnictwa. Historyjką, która rozbudza wyobraźnię dzieci, jest tym razem „Tyranozaur i traktorzystki”, bajka już samym tytułem sugerująca nieszablonowość pomysłu. Tina Oziewicz wybiera nietypową jak na dzisiejszą literaturę czwartą inspirację – sięga po motywy właściwie od dawna niemodne, więc też siłą rzeczy nieobecne w wyobraźni najmłodszych. W ten sposób może zyskać ich uznanie i uwagę.

Dwie traktorzystki to dziewczynki namalowane na talerzu – jedna jeździ po jego brzegach na motorze, druga wybiera traktor. Nie znają żadnego innego świata poza swoim, porcelanowym – więc wiodłyby całkiem nudny żywot, nawet jeśli wziąć pod uwagę tajemnice porcelanowych malunków. Ale Tina Oziewicz nie poprzestaje na prezentowaniu codzienności traktorzystek. Pewnego dnia talerz rozbija się i dziewczynki tracą swój dom. Nie mogą się odnaleźć na innych talerzach, więc wyruszają w nieznane – a to oznacza przygody. Traktorem z wmontowanym silnikiem motocykla jeżdżą po suficie i ścianach. A na ścianach są tapety z rozmaitymi motywami, które, tak samo jak traktorzystki na porcelanowym talerzu, ożywają, kiedy nikt nie patrzy. To oznacza, że przed bohaterkami otwiera się inna, nieodkryta do tej pory rzeczywistość. Traktorzystki wpadną w kłopoty zanim odnajdą swoje miejsce. Tina Oziewicz sięga tu po motywy stale obecne w wyobraźni dzieci, między innymi po dinozaury. To łącznik między niespotykanymi pomysłami, a stałą z opowieści dla maluchów. Oziewicz zapewnia jeszcze rozbudzanie ciekawości – nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się opowieść, skoro stworzona została z pomysłów dotąd w literaturze czwartej nieznanych. „Tyranozaur i traktorzystki” to zatem zapowiedź literackiej atrakcji. Autorka odwołuje się do fantazji najmłodszych, prezentując im świat, który mógłby istnieć tuż obok: elementy ludzkiej codzienności są w nim reinterpretowane i podlegają zupełnie innym ocenom. Wystarczy zmiana perspektywy, aby to, co zwykle niedostrzegane, uaktywniło się w nowym kontekście.

Ola Woldańska-Płocińska tworzy dla najmłodszych porcelanową rzeczywistość tak, by nie odwoływać się do przesłodzonych dziecięcych ilustracji, a zasugerować „malowane”, czyli sztuczne z punktu widzenia człowieka, przestrzenie. Stąd biorą się dość rachityczne drzewka czy traktor z kresek. Ilustratorka odrzuca kontury przedmiotów, posługuje się plamami kolorów i kiedy tylko się da- upraszcza obrazki. Rezygnuje z tradycyjnego i naiwnego stylu, lubi zmiany perspektywy i pewną oniryczność prezentowanych scenek – tutaj łatwo zagubić się w odwiedzanych przez bohaterki przestrzeniach, chociaż traktorzystki siłą rzeczy nie mogą przebywać w krainach zbyt skomplikowanych. Woldańska-Płocińska jednak unika monotonii czy powtarzalności. Potrafi zasugerować kształt talerza z namalowanymi bohaterkami po to, by za chwilę wprowadzić odbiorców w głąb krain. Lubi zmieniać nastroje przez agresywne (to znaczy widoczne) operowanie kolorystyką tła – jeśli tylko potrzebne jest wprowadzenie innej atmosfery. Wśród kolorowych kształtów z tapet i talerzy pojazd traktorzystek staje się jedynym motywem bogatym w detale – co może dzieciom uświadomić różnice między miejscami.

W malowanych krainach zdarzyć się może bardzo wiele, a ludzie, którzy tuż przed nosem mają konkretne ilustracje i dające do myślenia motywy, ani na moment nie zatrzymują się nad tym, co mogłoby się przytrafiać bohaterom z rysunków. Tina Oziewicz zachęca do uważnego przyglądania się temu, czego na co dzień już się nie dostrzega. Funduje dzieciom podróż daleką bez wychodzenia z domu – i dobrze się bawi rozwijaniem wyobraźniowych doświadczeń. Traktorzystki nie mają literackich przyjaciół ani poprzedników. Czerwony Konik po raz kolejny udowadnia swoje nietuzinkowe podejście do literatury dziecięcej – i proponuje maluchom coś odkrywczego. To docenią także dorośli.

środa, 15 sierpnia 2012

Łukasz Łęcki: Spacer

Czerwony Konik, Kraków 2012.

Żuki

Prosty wierszyk napisany z pomysłem i dowcipnie, do tego kartonowe kartki i nietypowy sposób rozkładania książeczki, tak, by wyznaczała trasę przebytą przez bohaterów. Do tego oryginalne ilustracje – i po raz kolejny malutkie, lecz bardzo cenione wydawnictwo Czerwony Konik udowadnia, że można publikować nie tylko edukacyjne bajki, ale i książeczki o atrakcyjnej dla maluchów formie. „Spacer” Łukasza Łęckiego z ilustracjami Marty Liszki to miła propozycja dla najmłodszych. Liczy się w niej abstrakcyjny humor, bajka dla bajki, niepodporządkowana celom pedagogicznym, wyraźna puenta i rytm niespodziewanej wyliczanki, co jeszcze uprzyjemnia lekturę, bo wpisuje się w charakterystyczny rytm wierszyka. Na upartego można by doszukiwać się tu prób oswajania dziecka z kolejnymi cyframi przez prostą zabawę – ale po co, skoro „Spacer” sam w sobie będzie dla dzieci ciekawą historyjką. Ciekawą i zabawną bez trudu mogę sobie wyobrazić radość maluchów przy każdym kolejnym wersie.

Siedmiozgłoskowiec dynamizowany jest mocno przez rymy męskie, bajka więc sama wpada w ucho i przyciąga uwagę dziecka. Łukasz Łęcki nie powtarza rymów, choć pozwala się im prowadzić, patrzy, dokąd uda mu się z nimi zajść i bawi się efektem – to prawdziwa przyjemność śledzić tak przygotowany tekst. Zwłaszcza że nie tylko rytm fraz się w tej historii liczy – oto bowiem żuk podczas spaceru spotyka kolejne żuki, za każdym razem spotkanie jest niespodzianką, nowym zaskoczeniem, więc i powodem do beztroskiego śmiechu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przyzwyczajonych już do wierszykowej rzeczywistości autor poczęstuje niebanalną puentą rodem z krainy wyobraźni, puentą, której często boją się znani i uznani wydawcy – bo wkraczającą ochoczo w świat absurdu, uwielbianego przez dzieci, niezrozumiałego dla dorosłych. Łęcki ma swój pomysł na „Spacer”, w głębszych warstwach tekstu ukrywa znaczenia, które w lekturze naiwnej oczywiste nie będą (siedem żuków i siedem kolorów tęczy), dodatkowo bawi się onomatopejami tak, by podczas czytania można było nakłonić dziecko do wspólnej zabawy. Udowadnia, że nawet prosta i z pozoru absurdalna historia ma swoją wartość, nie tylko rozrywkową – ale w „Spacerze” zależy mu przede wszystkim na wywołaniu śmiechu dzieci.

Ilustracje Marty Liszki są dość skomplikowane i odchodzą od standardowych czy disneyowskich wzorców zdobienia bajek. To obrazki, które wymagają cierpliwości i spostrzegawczości, na pierwszy rzut oka nie da się dostrzec ich szczegółów i przesłań. Liszka popisuje się tu umiejętnością tworzenia kolaży z wycinanek, chętnie sięga po rozmaite faktury i daleka jest od chęci porządkowania świata. W jej scenkach, powiązanych szlakiem niby to z mapy, dominują złamane i raczej ciemne kolory, a także szczegóły. Nie ma mowy o upraszczaniu prac czy powtarzalności elementów, ilustratorka nie chce stosować zbanalizowanych form i kształtów typowych dla książeczek dla dzieci. Tym samym odsłania możliwości tkwiące w grafice, zmusza maluchy do poznawczego wysiłku (w odróżnieniu od historyjki Łęckiego – nie mam pewności, czy przekona dzieci, może za to przekonać dorosłych, bo jej pomysły wyróżniają się spośród szeregu propozycji na rynku wydawniczym). Czerwony Konik zatem po raz kolejny sięga po twórczy eksperyment, klasyczny w treści, nietradycyjny w formie – i zapewnia małym odbiorcom sporo dobrej zabawy.

sobota, 10 grudnia 2011

Jacek Cygan: Cyferki

Czerwony Konik, Kraków 2011.

Po kolei

Czerwony Konik po raz kolejny zwraca się w stronę najmłodszych odbiorców, tym razem stawiając na lekturę edukacyjną, do której przyciągnąć może także nazwisko autora – bo bajkę „Cyferki” napisał Jacek Cygan. Zilustrowała natomiast już „etatowa” w tym wydawnictwie graficzka Aleksandra Woldańska-Płocińska. Tomik „Cyferki” to kolejna po „Pierwszych urodzinach Prosiaczka” kartonowa książka dla najmłodszych, a odnosi się tym razem do nauki liczenia i do oswajania dzieci z kształtem cyfr.

Fabuła, jak łatwo się domyślić, nie może być skomplikowana: bohaterowie-cyfry – ustawiają się w kolejce do okienka na poczcie (mają w tym zresztą konkretny cel) – ustawiają się po kolei i czekają zgodnie, dopóki nie wpada spóźnione Zero. Zero wszczyna awanturę, twierdząc, że jest ważne i powinno być pierwsze. Motyw ten od dawna w literaturze czwartej obecny, nie może zatem zaskoczyć, ale też i nie o to naprawdę chodzi. Liczy się bowiem to, by dzieci dzięki prostej rymowanej bajce zapamiętały kolejność i wygląd cyfr. W tym celu Cygan co pewien czas powtarza po kilka z nich, niby mimochodem wprowadzając odliczanie. W tle pobrzmiewają echa „Abecadła”, gdy autor szuka podobieństwa między kształtem cyfr a znanymi dzieciom figurami czy postaciami.

Jacek Cygan zdecydował się na rozwiązanie najlepsze chyba w tym wypadku – to jest na rymy niedokładne (dokładnie współbrzmienia uniemożliwiłyby czasem ustawianie cyfr w klauzulach wersów, to zredukowałoby mnemotechniczne walory tekstu). Nieregularności brzmieniowe wynagradza dostosowany do nich rytm – całość, dzięki dość swobodnemu podejściu do rygorów formalnych, wydaje się lekka i przyjemna do czytania dzieciom. Niestety, Cygan nie oparł się pokusie „dziubdziania”, to jest zdrabniania sporej części wyrazów – przez co całość nabiera niepotrzebnie infantylnego charakteru. Również często posługuje się rymami gramatycznymi, ale obecność tych usprawiedliwia swoboda formy (choć niewykluczone, że u mniej wprawnego autora trąciłoby to banałem). Nie brakuje tu i ładnych, bo oryginalnych pomysłów – na przykład na postać pana profesora Liczebnego, ogólnie więc „Cyferki” budzą sympatię.

Aleksandra Woldańska-Płocińska stawia w dalszym ciągu na komputerowo wygładzone formy pozbawione konturów i subtelności, co przy ogólnych tendencjach ilustrowania książek dla dzieci zwraca uwagę, ale i coraz mniej cieszy – grafika komputerowa wydaje się być mniej prawdziwa (mniej cenna?) od rysunków, w których widać ślady kreski. Jest też bardziej bezosobowa, bezduszna, co może mieć znaczenie dla maluchów. Szkoda, że w prezentowaniu cyfr trójka i ósemka przedstawione są przez odwołanie do przestrzeni negatywowych – może lepiej byłoby jednak pokusić się o kontur, bo w tym wypadku trochę trudno będzie dziecku przyswoić sobie właściwy kształt. Na grafikach tych ilustratorka rezygnuje także z cieszących oko drobiazgów (jeden ładny wyjątek, choć pozbawiony tekstowego odniesienia, to cyferki stojące w ciemności, a oświetlane z góry słabym światłem latarni – takich zabaw jest jednak zdecydowanie za mało).


niedziela, 16 października 2011

Aleksandra Woldańska-Płocińska: Marchewka z Groszkiem

Czerwony Konik, Kraków 2011.

Problem z importu

Warzywa są równie dobrymi bohaterami bajek jak zwierzęta, przekonuje o tym Aleksandra Woldańska-Płocińska w bajce, która bajką mimo wszystko nie do końca jest. „Marchewka z Groszkiem” to jednowątkowa opowieść o dziwnej przygodzie, w której udział biorą polskie i sprowadzane z zagranicy warzywa. Samochód, wiozący te ostatnie do sklepu, przewraca się na drodze. Marchewka, Groszek i ich przyjaciele próbują pomóc przybyszom – ci jednak, mimo dobrej i troskliwej opieki, nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wolnej od środków chemicznych i plastikowych toreb. Szybko tracą świeżość i uratować ich może jedynie szybka reakcja dostawców.

Mam wrażenie, że autorka tej książki spóźniła się z nią o dobre kilkadziesiąt lat (chociaż problem głośny jest dopiero dzisiaj) – i że chce dotrzeć nie tylko do dzieci, ale i przede wszystkim do dorosłych, którzy więcej niewyjaśnionych w opowiastce zjawisk pojmą. Może to być reklama polskich warzyw i oskarżenie kierowane w stronę tych, którzy zbyt zawierzają chemicznym środkom. Jakie są warzywa zagraniczne? Boją się ziemi, potrzebują szklarni, by się rozwijać. Świecą w ciemności (to jeden z tych niepokojących i niewytłumaczonych widoków bardziej dla dorosłych), kochają pestycydy i plastikowe reklamówki, a pozostawione przez chwilę na powietrzu natychmiast tracą świeżość. To bez wątpienia głos w sprawie zdrowej żywności – tyle że przecież maluchy nie mają wpływu na to, co kupują ich rodzice – mogą jedynie zniechęcić się do warzyw jako takich. Poza tym często dzieci pozostają poza dyskusjami o jakości pożywienia i zwyczajnie mogą nie zrozumieć, jakie były intencje autorki. I jeszcze fakt, że dziś i polskie uprawy nie są wolne od nawozów sztucznych… zbyt wiele tu wątpliwości i pomysłów, które wydają się nie do końca dopracowane. Inna rzecz, że mamom będzie łatwiej przekonać dzieci do zjedzenia nielubianej przeważnie marchewki z groszkiem… Chwalebny cel i nieprzekonująca do końca realizacja spotykają się w tym tomiku. Nie można natomiast odmówić książce wartości edukacyjnych: autorka objaśnia parę terminów, których dzieci mogą jeszcze nie znać – to z pewnością atut historyjki.

Woldańska-Płocińska chce stworzyć fabułę pełną emocji i to jej się w zasadzie udaje. Jest tu straszny czterokołowy potwór, groźny królik (który jednak nie ma zamiaru tknąć importowanych i nafaszerowanych chemią warzyw), niespodziewana kąpiel w strumyku czy tragedia gości. Autorka robi wszystko, by w pozornie nieciekawą egzystencję warzyw wprowadzić pierwiastek niepokoju, a nawet widmo grozy. Zatem obok przesłania pojawia się zgrabna fabułka, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i dla maluchów atrakcyjna.

Poza tym w książce wyraźnie odczuwalny jest humor. Objawia się on przede wszystkim w nazwach egzotycznych przybyszy (Elpomidor czy Mr Chevka) oraz w modyfikowaniu związków frazeologicznych dotyczących świata ludzi w taki sposób, by elementy anatomii zastępować częściami warzyw. Do tego dochodzą jeszcze owe trudne do wychwycenia przez dzieci związku przyczynowo-skutkowe, zachowania importowanych warzyw, które zdradzają ich nieprzystosowanie do życia w naturalnych warunkach.

Woldańska-Płocińska sama tworzy grafiki do swojej opowiastki. Pozbawia postacie konturów, stawia na duże kształty o gładkich, komputerowo stworzonych krawędziach, niespecjalnie też przejmuje się detalami – ale do tego zdążyła już czytelników przyzwyczaić. Te pomysły ilustracyjne sprawdzają się w książeczce o warzywach.

niedziela, 9 października 2011

Wojciech Widłak: Samotny Jędruś

Czerwony Konik, Kraków 2011.

Bajka na ulicy

Czerwony Konik za cel stawia sobie publikowanie książek dla dzieci – ale wybiera projekty niebanalne i graficznie atrakcyjne także dla dorosłych odbiorców, a czasem nawet tych dorosłych urzekające od strony treści. Po raz kolejny swoje siły połączyli Wojciech Widłak i Joanna Rusinek, tworząc opowieść o dość prostym pomyśle tekstowym i niezwykłej stronie rysunkowej – książkę „Samotny Jędruś”.

Samotny Jędruś pewnego dnia wyrusza na poszukiwania nieokreślonego „czegoś”, czego mu brakuje. W swojej wędrówce kieruje nim przypadek – bohater wciąż na coś wpada (włączając w to wpadanie w złość czy zachwyt) – lub też coś wpada na niego. Nieświadomy lingwistycznych zabaw autora bohater przez dość długi czas nie czuje się szczęśliwy. Wojciech Widłak rejestruje cały zestaw minorowych nastrojów – katalizatora, zmuszającego Samotnego Jędrusia do ruszenia naprzód, aż do kojącego finału. Zbyt okrutne byłoby przecież zsyłanie cierpienia na niewinną postać. Ale Widłak, który do tej pory dawał się poznać raczej jako autor dowcipnych tekstów, tym razem wyraźnie zmienia ton historii. Kolejne niepowodzenia Samotnego Jędrusia pogłębiają frustrację (oby tylko bohatera), a jedyne ożywienie wnosi hiperaktywny gołąb. Nie oznacza to, że książka przygnębia – jedynie nie rozwesela, przynajmniej w pierwszej fazie. Za to mówi o tym, co w życiu jest ważne, a Widłak zamiast prawienia morałów pozostawia ostatnie dopowiedzenie swoim czytelnikom.

Historia drogi, mimo że osnuta na niepowodzeniach, cechuje się dość żywym rytmem i zmiennym tempem. Widłak nie planuje długości rozdziałów i rozdziałków, cały czas towarzyszy swojemu bohaterowi i rejestruje jego obserwacje czy rozmowy, co sprawia, że wydarzenia raz występują błyskawicznie po sobie, raz są pooddzielane dłuższymi opisami czy fragmentami, które ilustrują samotność postaci. Zresztą ten ponurawy miejscami świat podkreśla też sam sposób prezentowania tekstu: na większości stron tło jest ciemnoszare. I tu właśnie pojawia się kwestia opracowania graficznego.

Samotnego Jędrusia bowiem można spotkać na ulicy. Jego twarz stanowi… studzienka kanalizacyjna (reszta Jędrusia dorysowana jest jaskrawokolorową kredą). Joanna Rusinek wykorzystała różne studzienki (a mapka trasy spaceru Jędrusia znajduje się na końcu książki). To, co brzydkie, szpecące i irytujące dorosłych, ma się tu zamienić w bajkowy świat dla dzieci: popękany asfalt posłuży na zdjęciu za roślinę, połamane płytki chodnikowe ułożą się w intrygujący wzór. Plama po deszczu może przypominać smoka, a nieudolnie załatana dziura – fokę. Czasem wystarczy coś dorysować, coś zaznaczyć, coś przestawić, żeby dostrzec w pozornie zwykłym fragmencie uliczki tło rozgrywających się w alternatywnym świecie bajkowych wydarzeń. A jak bardzo prawdziwa wydaje się przygoda Jędrusia, kiedy na zdjęciu koło niego stoi gołąb… Kolejny raz wydawnictwo Czerwony Konik udowodniło, że nie boi się przełamywania schematów i potrafi zaproponować publikację niezwykłą.

sobota, 27 listopada 2010

Aleksandra Woldańska-Płocińska: Pierwsze urodziny prosiaczka

Czerwony Konik, Kraków 2010.

Impreza

Wydawnictwo Czerwony Konik publikuje książki dla najmłodszych, ale stara się też – co docenią zapewne rodzice, czytający maluchom – zaskakiwać i cieszyć dorosłych. Jedną z zasad konstrukcyjnych poszczególnych historii staje się w Czerwonym Koniku ciepły uśmiech i humor – czynniki, które zawsze przyciągają do lektury i czynią ją bardziej zajmującą, nawet jeśli fabuła nie porywa, bo książeczka przeznaczona jest dla dzieci do lat trzech.

Aleksandra Woldańska-Płocińska postawiła w swojej opowieści na wydarzenie ważne w życiu każdego malucha (a i nie tylko malucha) – na urodziny. W przypadku bohatera jej historyjki są to urodziny bardzo ważne, bo pierwsze. Prosiaczek kończy właśnie rok – jest jednak na tyle duży i samodzielny, by wyprawić przyjęcie i zaprosić na nie swoich przyjaciół. Wita ich w progu mieszkania, przyodziany w błyszczące buciki i elegancji strój (który, według ilustracji autorki, stanowią ogrodniczki). Dostaje mnóstwo prezentów, niewymyślnych, ale wręczanych od serca i nierzadko przy olbrzymim wysiłku ofiarodawców. Potem goście przynoszą tort, prosiaczek zdmuchuje świeczki i słucha chóralnego wykonania pieśni okolicznościowej – „Sto lat”. Niby urodzinowy standard… ale…

Ale książeczka jest kierowana do najmłodszych, którzy nie zdążyli się jeszcze przyzwyczaić do rozmaitych uroczystości i niekoniecznie kojarzą, jakie przyjemności wiążą się z uczestniczeniem w podobnym wydarzeniu. Właściwi odbiorcy tej historii będą więc z zapartym tchem śledzić kolejność przybywających gości i zwiększającą się liczbę prezentów. Nie zabraknie tu i wątku dramatycznego, kiedy prosiaczek spostrzeże, że wśród gości zabrakło jego najlepszego przyjaciela, na którego obecność bardzo się cieszył – na szczęście (bo jakże by inaczej) wszystko skończy się dobrze i prosiaczek będzie mógł bawić się razem ze wszystkimi znajomymi na swoich pierwszych urodzinach.

Autorka wykazała się sporą kreatywnością, którą można potem wykorzystać przy lekturze i zabawie z dzieckiem. Kura przynosi prosiaczkowi w prezencie jajka – to w miarę zrozumiałe. Ale już niedźwiedź dostarcza pół słoiczka miodu: kontrast olbrzymiego zwierzęcia i nie do końca wypełnionego słoiczka każe się zastanowić, co stało się z drugą połową (wielbiciele „Kubusia Puchatka” z pewnością się tego domyślą). Dżdżownica przynosi balon, który niemal unosi ją do góry, a suseł przychodzi z bardzo kolorowym pióropuszem. Każda kartka będzie tu zaskoczeniem dla dzieci – ale też i dla rodziców, nie sposób przewidzieć, kto i z czym za chwilę się pojawi. Sympatyczny i subtelny jest tu też morał – nie liczą się prezenty, a obecność przyjaciół, bez których przecież nie byłoby zabawy.

Woldańska-Płocińska uzupełnia tekst rysunkami – artystycznymi i naiwnymi jednocześnie, bardzo prostymi, a przy tym i estetycznymi, czasem także w rysunkach umieszcza żarty (pszczoły lecą z kwiatami w pyszczkach, a dzik przynosi jabłka nabite na kły). Grafiki są duże i czytelne, pozbawione detali, pomogą dzieciom w śledzeniu akcji i będą budziły zainteresowanie. Skrajne oceny mogą za to budzić wariacje czcionkowe. Autorka lubuje się w wymyślnych i fantazyjnych krojach, które czasem mogą nawet sprawiać problemy dorosłym – ale dla dzieci będą one dodatkowym ciekawym elementem graficznym, czymś, co przyciąga wzrok i kusi obietnicą niespodzianki.

Szesnaście kartonowych kartek to rzadkość – ale widać, że Czerwony Konik stawia na niebylejakie dziełka literatury czwartej i chce sprawiać radość małym odbiorcom, a przy tym zaistnieć jako wydawca z klasą – oryginalny i kreatywny. „Pierwsze urodziny prosiaczka” to świetna propozycja dla najmłodszych.


czwartek, 18 marca 2010

Wojciech Widłak: Podręczny nieporadnik. Grzebień

Czerwony Konik, Kraków 2010.

Instrukcja obsługi grzebienia

Jeśli pierwsza część zamierzonej serii okazała się strzałem w dziesiątkę, istnieją zwykle obawy, że następna wybrzmi słabiej. Nie znajduje to potwierdzenia w przypadku „Podręcznych nieporadników” profesora Kurzawki i adiunkta Kwasa, czyli zabawnych książeczek Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka. „Grzebień” cieszy tak samo jak „Młotek”, choć przecież pomysł na publikację pozostał niezmieniony.

Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas próbują tym razem odpowiedzieć na pytanie, czy warto inwestować w przemysł grzebieniarski – sprawdzają więc w szeregu eksperymentów, do czego grzebień się nie nadaje. Serie testów przynoszą nieoczekiwane (lecz sensowne) wnioski, przedstawiane czytelnikom w formie krótkiego podsumowania. Po lekturze jasna stanie się opinia Wdzięcznego Czytelnika (pseudorecenzje na czwartej stronie okładki to kolejny obszar twórczo wykorzystany przez autorów i przesycony dowcipem): „Ta książka otworzyła mi oczy. Już po jej trzykrotnym przeczytaniu przestałem przetykać rury grzebieniem. Teraz używam do tego saksofonu”. To akurat nie absurd w czystej postaci, a rzeczowy komentarz do kolejnego wybitnego naukowego dzieła profesora Kurzawki i jego dzielnego pomocnika. Absurd mieści się w samych pomysłach na zastosowanie przedmiotów codziennego użytku – reszta w naturalny sposób z owych pomysłów wynika.

Młotek był potraktowany w kreatywnym kursie obsługi (raczej: nieobsługi) jak typowy przedmiot. Przy grzebieniu poza rzeczowymi zastosowaniami Wojciech Widłak proponuje też odejście w stronę abstrakcji (wyciąganie wniosków i poszerzanie horyzontów przy użyciu grzebienia nie prowadzi do oszałamiających rezultatów, może mieć natomiast dla małych odbiorców wymiar edukacyjny, łączy też dosłowność z metaforyką, co oczywiście rozwija wyobraźnię). Przejście do dwóch pomysłów niedosłownych pozwala odkryć nowe, niewyeksploatowane jeszcze płaszczyzny żartu i uniknąć rutyny. O tej zresztą nie można w przypadku „Grzebienia” mówić, jako że pomysły Widłaka i Pawlaka nie należą do schematycznych. Najbardziej cieszy fakt, że autorzy nie poprzestają na prostych obserwacjach, lecz wyciągają z nich dalsze wnioski, dodając w ten sposób odrębną płaszczyznę komizmu: śmiech z wizji na zastosowanie grzebienia potęgują jeszcze logicznymi konsekwencjami doświadczeń.

Jak w poprzednim tomiku, tak i teraz, Wojciech Widłak satyrycznie nasyca wszystkie standardowe i zwykle stypizowane elementy książki. Nie dziwi już instrukcja obsługi skrzydełka, ale w stopce ponownie pojawiają się dowcipy wysokiej klasy. Swojego miejsca i roli doczekały się żony, a zwykłe zapewnienie o przypadkowości podobieństwa występujących na ilustracjach bohaterów do rzeczywistych żyjących postaci (nie ma znaczenia, że – kogutów) staje się jedną z przyczyn śmiechu odbiorców. Ręczne dopiski zwracają uwagę – wśród zabaw zmienia się nawet nazwę wydawnictwa (Czerwony Konik to jedyny znany mi wydawca, który nie boi się podobnych operacji na swoim logo). Dalej: jak na dzieło naukowe przystało, „Grzebień” wyposażony jest w bibliografię (cóż z tego, że zastępczą) – i, jak nietrudno się domyślić, to miejsce również podlega humorystycznym modyfikacjom, autorzy wymyślają sobie kolejne pozycje, coraz bardziej dając się ponieść wyobraźni.

Wielbicieli graficznej strony (w końcu „Młotek” otrzymał nagrodę polskiej sekcji Ibby) ucieszy fakt, że i tym razem Paweł Pawlak stanął na wysokości zadania. W rysunkach nie tylko uwzględnił konkretne doświadczenia, ale przemycił też żarty sytuacyjne, chociaż w „Grzebieniu” najbardziej sprawdza się w warstwie komizmu słownego, kiedy ubarwia ilustracje podpisami, które dodatkowo wprowadzają płaszczyznę śmiechu. Na kartach książki mnóstwo jest absurdalnych pieczątek i rysunków, które nie licują z powagą i dostojeństwem uczonych.

„Grzebień” nie należy wcale do literatury czwartej. A raczej: należy nie tylko do literatury czwartej, to w końcu pozycja, która rozbawi także dorosłych, umieszczam ją zatem na półce z satyrą – nie byle jaką satyrą. Wydawałoby się, że pomysły Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka nie nadadzą się do powtórnego wykorzystania, tymczasem autorzy udowadniają swoją niebywałą kreatywność i poczucie tego, co absurdalne i śmieszne.
Jest publikacja Czerwonego Konika książką krótką, ale pełną żartu, a przy tym – pięknie wydaną. Ucieszy każdego miłośnika humoru niebanalnego i z pewnością nie znudzi się po pierwszej lekturze. A to przecież nie koniec podręcznych nieporadników…


wtorek, 2 lutego 2010

Jorge LuJan, Mandana Sadat: Zimowe popołudnie

Czerwony Konik, Kraków 2008.


Powrót mamy

„Zimowe popołudnie” jest książką-impresyjką, filmowym niemal zapisem z kilku chwil życia dziecka. Trudno tu nawet mówić o fabule – historię wyznacza jedna mała obserwacja: dziecko spogląda zza zamarzniętej szyby na powracającą do domu mamę. Streszczenie okazuje się niewiele krótsze od tekstu w książce – a przecież wszystko robi tu spore wrażenie.

„Zimowe popołudnie” to tomik, który można by uznać za poetycki – właśnie za jego ulotność, pewną zwiewność i impresyjny charakter. Świat (rozmiarami ograniczony do widoku z okna, a dokładniej jeszcze – mieszczący się w półksiężycu, który rysuje dziecko) przybiera inny niż zazwyczaj kształt – maluch koncentruje się wyłącznie na znajomej sylwetce i – chociaż w narracji nie ma miejsca ani czasu na nazywanie emocji oraz uczuć – w swej tęsknocie wyraża cały bezmiar miłości. Apogeum książki i uczucia łączącego dziecko z matką – to ostatnia scena tej urokliwej miniatury.

Piękna jest w tej książce gra symbolami, zarówno w warstwie tekstowej, jak i na płaszczyźnie ilustracji. Rysunki artystyczne przemycają dodatkowe, niewypowiedziane treści. Kontury mamy, widzianej w półksiężycu na oknie, zdobi aureola z odbłysku światła, ścieżka, która interesuje dziecko, wpada natomiast przez okno do domu. Niczym niezmącona radość malucha wyraża się przez przejście do świata fantazji, świata, w którym wszystko jest możliwe. Obrazki zostały przygotowane tak, by ucieszyć małych odbiorców i dorosłych czytelników – dla dzieci są tu bajeczne kolory i bardzo proste kształty (kontury domków, bez dodatkowych szczegółów). Dla dorosłych – poza zmiennymi fakturami farby pojawiają się sceny jakby z baśniowego świata, wciąż proste, ale dopowiadające kolejną historię, naiwne, a przy tym dopracowane i starannie przemyślane. Rysunki, które pokazują wszystkim czytelnikom, że także zwykła, codzienna rzeczywistość, przynieść może sytuacje jak z bajki. Autorzy udowadniają, że niezwykłość jest powszechna, trzeba tylko umieć ją dostrzec.

Nasycenie tekstu przesłania emocjami powtarzane jest w warstwie graficznej przez mocne kolory. Obrazki od początku wprowadzają niepowtarzalną atmosferę, sugerują zwyczajność, która jednak stać się musi świętem. Olbrzymi księżyc nad miastem i pędzące po czarnych ulicach samochody, których światła zaginają się łukowato – tak wygląda rozpoczynająca historię ilustracja. Opowieść zamyka się powtórzeniem jej w dużo cieplejszym wymiarze – z ciemnym, usianym gwiazdami niebem oraz białymi ulicami. Ta zmiana klimatu wiąże się bezpośrednio z rozwiązaniem fabularnym, przynosi też spokój oglądającym. To wyraźny sygnał: wszystko jest w porządku, nie trzeba się niczym martwić.

Podobają mi się rysunki zza szyby, w których wyraźnie widać jedynie to, co odsłoni dziecko, rysując palcami. Prosty zabieg pozwala zorientować się w przeżyciach i doznaniach malca, a przy tym – zapewnia miłe wrażenia estetyczne. Obraz staje się ważniejszy niż zredukowany do minimum tekst, co pozwala kierować książkę także do najmłodszych dzieci. Sam tekst został tu podwojony – pod polskimi frazami znajdują się angielskie – można zatem także rozpocząć tą pozycją naukę języka. Tekst nie jest najprostszy – styl wydaje się być zmetaforyzowany po to, by uwypuklić jeszcze wzruszające piękno normalności, a przy tym, żeby zwiększyć wartość książki.

„Zimowe popołudnie” to jedna z tych publikacji, które znakomicie nadają się na prezent – więcej dzieje się tu w umysłach czytelników (rozbudowany proces konkretyzacji utworu zapewnia z kolei satysfakcję odbiorcom) niż w przedstawionej słowami historii. Nie ma tu przesady ani nudy, wszystko za to może przykuwać uwagę.

czwartek, 28 stycznia 2010

Jan Sienkiewicz: Owadzie opowieści

Czerwony Konik, Kraków 2008.


W owadzisku


„Owadzie opowieści” reklamowane są jako debiut autora, którego przodkiem był Henryk Sienkiewicz. To zbiór opowiadań, na razie raczej dość ostrożnych i klasycznych – zarówno ze względu na formę, jak i na treść. Jan Sienkiewicz bohaterami swoich krótkich opowieści czyni owady. Ów motyw powracał do tej pory najczęściej w rymowanych utworach dla maluchów – owadzi świat inspirował bardziej kreatywnych autorów do prezentowania barwnych i bajkowych przygód na co dzień niedocenianych krain. Mniej twórczy autorzy z kolei sięgali do encyklopedycznych wątków, by w króciutkich tekstach przedstawiać latających, pełzających i drepczących, przeważnie niechcianych gości. Jan Sienkiewicz czerpie z obu tych propozycji i postaw pisarskich, choć skłania się bardziej w kierunku bezpiecznych realizacji. Z jednej strony chce osnuć fabułę wokół przygód, czasem mrożących krew w żyłach, barwnych i niezwykłych, z drugiej za to wykorzystuje znane powiedzenia lub prawdy o życiu – które umieszcza przeważnie w pozycji puenty. Dodatkowo autor próbuje zawrzeć w swych opowiadaniach wiadomości o relacjach w świecie insektów (tłumaczy na przykład, że ważki i pająki zjadają muchy), nie zawsze natomiast zachowuje ścisłość, odwołując się do bajkowych stereotypów (świerszcze grające na skrzypcach).

Mimo że znajduje się w książce „tylko” sześć małych opowiadań, trudno opisać je przez uogólnienia. W każdym tekście stosuje autor inne rozwiązania – i do czego innego dąży. W opowiadaniu „o małej biedroneczce”, otwierającym tomik, akcja dzieje się trochę za szybko – znienacka wprowadza Sienkiewicz świetlika, który pomaga małej bohaterce – ponieważ ona kiedyś pomogła jemu. Na tym motywie opiera się przesłanie historii, warto więc było w fabule pokazać, jak kiedyś biedroneczka uratowała świetlika. Inaczej końcowa uwaga nie wybrzmi w pełni. Przygoda konika polnego świadczy o tym, że warto rozwijać swoje pasje (chociaż rymowanka do artystycznych raczej nie należy, nie podkreśla talentu bohatera). Trzecie opowiadanie, historia o małym żuczku, wprowadza wyraźniej zarysowany nastrój zagrożenia, co rzuca nowe światło na zamieszczone w ostatnim zdaniu powiedzenie. Dziwi mnie za to niezbyt optymistyczne zakończenie opowieści o dobrym pająku. Bohaterów, którzy sprzeciwiali się konwencjom (i naturze) było już – także w książkach dla dzieci – sporo. Z reguły jednak zostawali oni w końcu zaakceptowani przez otoczenie, mimo własnej inności. Dobry pająk nie może zachowywać się inaczej niż reszta – jest w tym pewna nostalgia, rezygnacja i poczucie klęski – ale najwyraźniej Jan Sienkiewicz chciał zróżnicować rytm publikacji. Dość ciekawie rozwija się za to relacja o nartniku Zrzędzie – jego naprawdę niebezpieczna przygoda przekształca zarówno charakter bohatera, jak i innych owadów. W „Złośliwej osie” Sienkiewicz jawi się jako twórca, który nie ukrywa, że są na świecie wredne osoby – ale i na nie znajdzie się sposób. Wreszcie w ostatnim opowiadaniu dzieci dowiedzą się, dlaczego rodzice zawsze mają rację.

Łączy więc autor żywe, dynamiczne fabuły, z prawdami o świecie. Próbuje bawić, ale i pouczać, nie chce odchodzić zbyt daleko od typowych, tradycyjnych historyjek. Debiutanckie błędy objawiają się przede wszystkim w zmianach tempa historii – tam, gdzie Sienkiewicz dokonuje niepotrzebnych (lub nieprzemyślanych) skrótów, tam, gdzie dopasowuje opowieść do gotowego przesłania. Podobają mi się za to te punkty, w których świat owadów zostaje osnuty na drobiazgach przeniesionych z dokonań ludzi (to oczywiste, że historyjki mają charakter alegoryczny, chodzi jednak o drobiazgi w rodzaju owadziego menu – przypomina to Tuwima).

Tym, co szczególnie urzeka mnie w tej publikacji, są fantastyczne ilustracje Aleksandry Krzanowskiej. Barwne (i nasycone) plamy farb, o lekko rozmytych konturach, układają się – jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki – w przedstawicieli owadziego świata. Światłocienie tworzą kleksy z mocno rozwodnionych farb, ale przy tej technice, która czasem przypomina strzepywanie pędzla nad zamoczoną kartką (a czasem tym właśnie jest) zaskakuje olbrzymia precyzja. Aleksandra Krzanowska delikatnie szkicuje rysunki, wypełniając je kolorem farbek – pozwala także kolejnym kolorom lekko mieszać na granicach barw – i chociaż wszechobecne są tu „wodniste” plamy i nakładanie akwareli na mokry papier, żadne kształty nie rozmywają się nad miarę. Tym lepsze są bardzo cienkie kreski – owadzie nóżki – które autorka ilustracji rysuje pewnymi, zdecydowanymi pociągnięciami pędzla. Oglądanie tej pięknie wydanej książki jest prawdziwą przyjemnością.


piątek, 8 stycznia 2010

Wojciech Widłak: Podręczny nieporadnik. Młotek

Czerwony Konik, Kraków 2009.


Instrukcja a rebours

Powiedzieć, do czego służy młotek, potrafi chyba każde małe dziecko. Ale żeby powiedzieć, do czego młotek się nie przydaje, potrzeba już serii doświadczeń, przeprowadzonych przez wybitnych uczonych – profesora Kurzawkę i adiunkta Kwasa. Seria „Podręcznych nieporadników” zapoczątkowana arcyzabawną opowiastką o czynnościach, przy których po młotek sięgać się nie powinno, rozbawi do łez nie tylko dzieci: również dorośli propozycją Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka będą usatysfakcjonowani. Książeczka, choć tekstu w niej niezbyt wiele, pozytywnie zaskakuje zarówno ilością żartów, jak i poziomem komizmu, uwypuklanego przez absurd.
Opowieść utrzymana w tonie opisu naukowego doświadczenia zawiera kilkanaście antyprzykładów – scenek, w których młotek użyty został niezgodnie z przeznaczeniem. Powtarzane wielokrotnie eksperymenty pozwalają nietypowym uczonym na wyciąganie daleko idących, sensownych wniosków. Gdzie tu zatem miejsce na żart? Po pierwsze – w doborze codziennych czynności, naturalnych i przeważnie automatycznie, czyli bezrefleksyjnie powielanych. Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas zastępują młotkiem szpadel, durszlak czy szczoteczkę do zębów – i te z pozoru drobne modyfikacje powodują odświeżenie utartych schematów. Po drugie, dowcip mieści się w założeniu nieprzewidywalności doświadczenia. Większość odbiorców (jeśli nie wszyscy) nie ma zamiaru zastanawiać się nad konsekwencjami gry w szachy młotkiem – czy nad próbą pomalowania młotkiem ściany w pokoju. Rezultat tego typu zachowań wydaje się bowiem oczywisty i niegodny uwagi. Profesor Kurzawka i jego dzielny asystent budzą w sobie jednak dziecięcą naiwność i przy tym ciekawość świata – przystępują do swoich doświadczeń nieobarczeni wiedzą, która tłumiłaby pomysłowość. Po trzecie, komiczne okazują się konsekwencje niecodziennych zabiegów – nieprzewidywalne skutki posługiwania się młotkiem: nieprzewidywalne tylko dla bohaterów książki, dla odbiorców zupełnie naturalne.
Urzeka w książeczce prostota. Widać wyraźnie, że to tomik zrodzony z czystej chęci do zabawy – radość twórców przekłada się na satysfakcję czytelników, bez względu na ich wiek. Wojciech Widłak banalne odwrócenie potraktował jako pomysł na książkę. Nie dokonuje w tej publikacji rzeczy niemożliwych, po prostu uruchamia wyobraźnię – okazuje się, że to w zupełności wystarczy do stworzenia niebanalnej pozycji. Partię opisu doświadczeń przejmuje tu warstwa graficzna, Paweł Pawlak unaocznia przede wszystkim małym odbiorcom trudy eksperymentów i wspina się na wyżyny myśli bajkowo-technicznej, na przykład przy urządzeniu do testowania wytrzymałości skorupek jajek. Widłak bierze na siebie za to sformułowanie wniosków – by nadać pracy rysu naukowości.
Uśmiałam się przy „Młotku” do łez: to naprawdę humor wysokiej jakości, odkrywczy i świeży – nie zmęczy i nie zniechęci do lektury. Widłak i Pawlak znakomicie wpływają także na wyobraźnię odbiorców, prowokują do dalszych pytań o bezużyteczność młotka, co z pewnością rozbudzi kreatywność czytelników. W tomiku stale obecna jest zabawa motywami i stylami – począwszy od przeniesienia języka naukowego w sferę dziecięcej fantazji i codzienności, skończywszy na stopce redakcyjnej, pełnej dowcipnych komentarzy (jak choćby tego o pochodzeniu papieru, na którym wydano książkę).
Wojciech Widłak proponuje śmiech inteligentny, żart sytuacyjny opakowuje humorem słownym, zwielokrotniając w ten sposób komizm. Rzadko się zdarza, żeby książki dla dzieci przygotowywane były z taką skrupulatnością. „Podręczny nieporadnik. Młotek” to najlepszy dowód, że warto postarać się i zaproponować odbiorcom książkę niebanalną. Widłak powinien zaskarbić sobie wdzięczność miłośników dobrej satyry.