Dwie Siostry, Warszawa 2023.
Cisza
Tina Oziewicz na rynek powraca z książką, którą docenią nawet bardziej dorośli niż dzieci - jest to tomik niemal poetycki, picture book dziwny w swoim gatunku, bo z ilustracjami Aleksandry Zając, które dalekie są od kreskówkowych i bajecznie kolorowych obrazków. Słów jest mało: asceza w tym zakresie z kolei zmusza do zastanowienia nad wyborami, jakie autorka proponuje. Bo Tina Oziewicz nie będzie definiować uczuć ani stanów emocjonalnych. Przypomni o ich istnieniu i o konsekwencjach ich przeżywania dla przeciętnego człowieka - niezależnie od wieku. Proponuje książkę, która idealnie wpisuje się w ideę slow-life i jest sposobem na poznawanie siebie z dala od psychologicznych i parapsychologicznych poradników. To niby bajka dla najmłodszych, a jednak - także książka, w której zatracą się dorośli czytelnicy. Takie lektury trafiają do przekonania jurorom w konkursach literackich, za to mniej zapadają w pamięć najmłodszym. Bo przecież nie ma tu fabuły, nie ma tu narracji w rozbudowany sposób prezentującej kolejnych bohaterów. Wprawdzie każde uczucie jest tu przedstawione z imienia (nazwy uczucia) i narysowane jako nietypowy stworek, niby antropomorfizowany, ale nie do końca, istota z wyobraźni i klasyki (nawiązanie do "Tam, gdzie żyją dzikie stwory" Sendaka może stać się dla niektórych wręcz wyznacznikiem odbioru). Nie wszystkie uczucia - gości swojej książki - Tina Oziewicz traktuje identycznie. Części poświęca zaledwie jedno zdanie, inne opatruje nieco dłuższym, kilkuwersowym komentarzem. Zdarza się, że wybranym do sportretowania bohatera zdaniem trafia w sedno jego istnienia - innym razem zmusza czytelników do dokładniejszego przeanalizowania treści, tak, żeby wykryć zestaw skojarzeń i docenić sposób przedstawiania bohatera. Tina Oziewicz nie boi się metafor czy niedomówień, czasami ucieka od dosłowności - i nie wynika to z chęci zarzucania definicji, a z niemożności podania precyzyjnego zestawu cech. Zresztą autorka często próbuje po prostu zmusić czytelników do refleksji nad wybranym uczuciem - podpowiada, na co zwrócić uwagę albo zachęca do podążania za swoim zbiorem skojarzeń. Wtedy trafia przeważnie w punkty wspólne w doświadczeniach i przeżyciach. Każdy przecież, kto sięgnie do tej książki, ma jakieś - choćby intuicyjne - pojęcie na temat konkretnej emocji. Może zatem sprawdzić, na ile uwagi autorki pokrywają się z tymi twierdzeniami. Z kolei dzieci, które sięgną do tomiku, znajdą tutaj sporo drogowskazów, prób skomentowania rzeczywistości, która wymyka się poznaniu - albo przynajmniej komentowaniu. To nietypowe podejście, ale być może właśnie najlepsze w przypadku, gdy nie da się jednoznacznie określić każdego kolejnego uczucia. Autorka podpiera się przeżyciami i przemyśleniami na temat uczuć, ale kondensuje je, składa w zestaw celnych, wręcz aforystycznych drobiazgów.
W lekturze warstwa graficzna nie odwraca uwagi od przesłań. Tu jest noc, wszystkie obrazki należą do ciemnych, stonowanych, niekolorowych. Są magnetyczne, ale nie spodobają się dzieciom przyzwyczajonym do feerii barw i do popisów kolorystycznych. Czasami zresztą rysunki trochę podpowiadają sposób interpretowania wiadomości przekazanej w tekście, dopowiadają ją - i wypełniają miejsce na rozkładówce. Wszystko razem jednak pozwala zrozumieć uczucia - stanowi więc ważną podpowiedź w procesie rozwoju.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tina Oziewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tina Oziewicz. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 listopada 2023
sobota, 27 września 2014
Tina Oziewicz: Dzicy lokatorzy
Czerwony Konik, Warszawa 2014.
Mieszkanie z pestkami
Tina Oziewicz nie ogląda się na mody w literaturze czwartej. Mało tego – nie interesują jej nawet żadne fabularne schematy. Tematów szuka tam, gdzie inni autorzy nigdy by nie dotarli. Udowadnia to książką „Dzicy lokatorzy” – opowieścią o małym robaczku, mieszkańcu jabłkowej willi. Oziewicz to autorka, która lubi nietypowe konteksty, cieszy ją wynajdowanie coraz to nowych oryginalnych zagadnień. Dzięki temu zyskuje historie, których zakończenia nie da się przewidzieć – i dzięki temu zdobędzie uznanie małych odbiorców. Tinie Oziewicz nie można odmówić wyobraźni.
Robaczek mieszka sobie spokojnie w jabłku i jest przekonany, że to ekskluzywna dzielnica willowa. Rajskie życie zaburzają – oczywiście – ludzie. Przybywają pewnego dnia i zbierają wszystkie domki do skrzyń. Grozę budzi fakt, że ludzie te wille zamierzają zjeść. Robaczkowi wiele rzeczy wyjaśnia wąż (właściwie – zaskroniec), oczytany kolega. To wąż znalazł w pewnej bardzo starej książce scenę, w której jabłko dało ludziom wiedzę. Biblijny motyw bohaterowie zamierzają powtórzyć, bo wszystko wydaje się dobre, jeśli uchroni przed utratą domu. Ale ludzie nie rozumieją interkulturowych aluzji. Trzeba na nich więcej sprytu. Kłopot w „Dzikich lokatorach” bierze się ze zmiany perspektywy: kto by pomyślał, że zwyczajne zbieranie jabłek może spotkać się z ogromnym sprzeciwem.
Sama w sobie ta historia jest atrakcyjna z uwagi na nowy rytm fabuły. Dzieci na rzeczywistość spojrzą oczami robaczka – w tej wersji ludzie są intruzami i brakuje im empatii. Bez jakiejkolwiek refleksji niszczą piękne i ekskluzywne osiedla i nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Tu działanie wykracza poza dziecięce pomysły. Tina Oziewicz odwołuje się bowiem do… GMO. Modyfikowana genetycznie żywność odstrasza ewentualnych amatorów jabłek – co skrzętnie wykorzystuje robaczek. Autorka nie wyjaśnia zbyt szczegółowo, co oznacza tajemniczy skrót. Ważne, że działa (chociaż zapewne myślący smakosze powiązaliby obecność robaków ze zdrowymi owocami). Zresztą w tomiku „Dzicy lokatorzy” dorosłych aluzji jest wiele. Oziewicz traktuje swoich małych odbiorców z pełną powagą. Objawia się to już na początku w rozbudowanych i synestezyjnych opisach przyrody. Tina Oziewicz dba o melodię tekstu i o jego literackie piękno, sięga do stylu niezbyt już popularnego w literaturze czwartej. Do tego dodaje elementy czytelne dla rodziców – każdy odgadnie, o jakim dziele mówi wąż, ale małym odbiorcom się tego nie tłumaczy. Autorka wprowadza też drobne żarty (śpiewanie pod prysznicem, ksiądz Robak) – ale to wszystko elementy, które doceni krytyka i rodzice towarzyszący maluchom w lekturze – a nie zawsze same dzieci. Nie brakuje tu też scen ciekawych dla właściwych odbiorców. Tina Oziewicz zwraca się zatem do różnych pokoleń z historią dla wielu ciekawą, bo niespotykaną. Czasem sporo ryzykuje, ale sympatia do bohatera sprawi, że „Dzicy lokatorzy” będą się cieszyć uznaniem.
Marta Szudyga próbuje w ilustracjach znaleźć równowagę między bajkowością i przygodą. Lubi scenki przedstawiać z różnych perspektyw, żeby zasugerować rzeczywistość bohaterów. Operuje też na rysunkach światłem i kolorem, idealnie oddając nastroje postaci. W „Dzikich lokatorach” ilustracje są bajkowe w treści, ale nie w stylu – te obrazki wydają się poważne, na pewno nie dziecinne. Marta Szudyga chce uzyskać określony, pasujący do fabuły klimat. Tu nie powinno być cukierkowo, bo problem w „Dzikich lokatorach: istnieje bardzo poważny.
Tina Oziewicz przekonuje, że nie warto upraszczać fabuł, kiedy pisze się dla najmłodszych. Jej lektura sprawi, że odbiorcy będą potrzebowali kilku wyjaśnień od dorosłych – ale to prosta droga do edukowania młodszych pokoleń, a także do wpajania dzieciom kultury języka. „Dzicy lokatorzy” przynoszą dodatkowo lekcję empatii i zachowań społecznych. Ironia tekst podoba się za to również dorosłym.
Mieszkanie z pestkami
Tina Oziewicz nie ogląda się na mody w literaturze czwartej. Mało tego – nie interesują jej nawet żadne fabularne schematy. Tematów szuka tam, gdzie inni autorzy nigdy by nie dotarli. Udowadnia to książką „Dzicy lokatorzy” – opowieścią o małym robaczku, mieszkańcu jabłkowej willi. Oziewicz to autorka, która lubi nietypowe konteksty, cieszy ją wynajdowanie coraz to nowych oryginalnych zagadnień. Dzięki temu zyskuje historie, których zakończenia nie da się przewidzieć – i dzięki temu zdobędzie uznanie małych odbiorców. Tinie Oziewicz nie można odmówić wyobraźni.
Robaczek mieszka sobie spokojnie w jabłku i jest przekonany, że to ekskluzywna dzielnica willowa. Rajskie życie zaburzają – oczywiście – ludzie. Przybywają pewnego dnia i zbierają wszystkie domki do skrzyń. Grozę budzi fakt, że ludzie te wille zamierzają zjeść. Robaczkowi wiele rzeczy wyjaśnia wąż (właściwie – zaskroniec), oczytany kolega. To wąż znalazł w pewnej bardzo starej książce scenę, w której jabłko dało ludziom wiedzę. Biblijny motyw bohaterowie zamierzają powtórzyć, bo wszystko wydaje się dobre, jeśli uchroni przed utratą domu. Ale ludzie nie rozumieją interkulturowych aluzji. Trzeba na nich więcej sprytu. Kłopot w „Dzikich lokatorach” bierze się ze zmiany perspektywy: kto by pomyślał, że zwyczajne zbieranie jabłek może spotkać się z ogromnym sprzeciwem.
Sama w sobie ta historia jest atrakcyjna z uwagi na nowy rytm fabuły. Dzieci na rzeczywistość spojrzą oczami robaczka – w tej wersji ludzie są intruzami i brakuje im empatii. Bez jakiejkolwiek refleksji niszczą piękne i ekskluzywne osiedla i nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Tu działanie wykracza poza dziecięce pomysły. Tina Oziewicz odwołuje się bowiem do… GMO. Modyfikowana genetycznie żywność odstrasza ewentualnych amatorów jabłek – co skrzętnie wykorzystuje robaczek. Autorka nie wyjaśnia zbyt szczegółowo, co oznacza tajemniczy skrót. Ważne, że działa (chociaż zapewne myślący smakosze powiązaliby obecność robaków ze zdrowymi owocami). Zresztą w tomiku „Dzicy lokatorzy” dorosłych aluzji jest wiele. Oziewicz traktuje swoich małych odbiorców z pełną powagą. Objawia się to już na początku w rozbudowanych i synestezyjnych opisach przyrody. Tina Oziewicz dba o melodię tekstu i o jego literackie piękno, sięga do stylu niezbyt już popularnego w literaturze czwartej. Do tego dodaje elementy czytelne dla rodziców – każdy odgadnie, o jakim dziele mówi wąż, ale małym odbiorcom się tego nie tłumaczy. Autorka wprowadza też drobne żarty (śpiewanie pod prysznicem, ksiądz Robak) – ale to wszystko elementy, które doceni krytyka i rodzice towarzyszący maluchom w lekturze – a nie zawsze same dzieci. Nie brakuje tu też scen ciekawych dla właściwych odbiorców. Tina Oziewicz zwraca się zatem do różnych pokoleń z historią dla wielu ciekawą, bo niespotykaną. Czasem sporo ryzykuje, ale sympatia do bohatera sprawi, że „Dzicy lokatorzy” będą się cieszyć uznaniem.
Marta Szudyga próbuje w ilustracjach znaleźć równowagę między bajkowością i przygodą. Lubi scenki przedstawiać z różnych perspektyw, żeby zasugerować rzeczywistość bohaterów. Operuje też na rysunkach światłem i kolorem, idealnie oddając nastroje postaci. W „Dzikich lokatorach” ilustracje są bajkowe w treści, ale nie w stylu – te obrazki wydają się poważne, na pewno nie dziecinne. Marta Szudyga chce uzyskać określony, pasujący do fabuły klimat. Tu nie powinno być cukierkowo, bo problem w „Dzikich lokatorach: istnieje bardzo poważny.
Tina Oziewicz przekonuje, że nie warto upraszczać fabuł, kiedy pisze się dla najmłodszych. Jej lektura sprawi, że odbiorcy będą potrzebowali kilku wyjaśnień od dorosłych – ale to prosta droga do edukowania młodszych pokoleń, a także do wpajania dzieciom kultury języka. „Dzicy lokatorzy” przynoszą dodatkowo lekcję empatii i zachowań społecznych. Ironia tekst podoba się za to również dorosłym.
wtorek, 10 grudnia 2013
Tina Oziewicz: Tyranozaur i traktorzystki
Czerwony Konik, Kraków 2013.
Przygoda z porcelany
Czerwony Konik stawia zawsze na oryginalne publikacje dla najmłodszych – niekoniecznie edukacyjne, niekoniecznie klasycyzujące – ważne, żeby miały w sobie coś, co każe odbiorcom wracać do propozycji tego wydawnictwa. Historyjką, która rozbudza wyobraźnię dzieci, jest tym razem „Tyranozaur i traktorzystki”, bajka już samym tytułem sugerująca nieszablonowość pomysłu. Tina Oziewicz wybiera nietypową jak na dzisiejszą literaturę czwartą inspirację – sięga po motywy właściwie od dawna niemodne, więc też siłą rzeczy nieobecne w wyobraźni najmłodszych. W ten sposób może zyskać ich uznanie i uwagę.
Dwie traktorzystki to dziewczynki namalowane na talerzu – jedna jeździ po jego brzegach na motorze, druga wybiera traktor. Nie znają żadnego innego świata poza swoim, porcelanowym – więc wiodłyby całkiem nudny żywot, nawet jeśli wziąć pod uwagę tajemnice porcelanowych malunków. Ale Tina Oziewicz nie poprzestaje na prezentowaniu codzienności traktorzystek. Pewnego dnia talerz rozbija się i dziewczynki tracą swój dom. Nie mogą się odnaleźć na innych talerzach, więc wyruszają w nieznane – a to oznacza przygody. Traktorem z wmontowanym silnikiem motocykla jeżdżą po suficie i ścianach. A na ścianach są tapety z rozmaitymi motywami, które, tak samo jak traktorzystki na porcelanowym talerzu, ożywają, kiedy nikt nie patrzy. To oznacza, że przed bohaterkami otwiera się inna, nieodkryta do tej pory rzeczywistość. Traktorzystki wpadną w kłopoty zanim odnajdą swoje miejsce. Tina Oziewicz sięga tu po motywy stale obecne w wyobraźni dzieci, między innymi po dinozaury. To łącznik między niespotykanymi pomysłami, a stałą z opowieści dla maluchów. Oziewicz zapewnia jeszcze rozbudzanie ciekawości – nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się opowieść, skoro stworzona została z pomysłów dotąd w literaturze czwartej nieznanych. „Tyranozaur i traktorzystki” to zatem zapowiedź literackiej atrakcji. Autorka odwołuje się do fantazji najmłodszych, prezentując im świat, który mógłby istnieć tuż obok: elementy ludzkiej codzienności są w nim reinterpretowane i podlegają zupełnie innym ocenom. Wystarczy zmiana perspektywy, aby to, co zwykle niedostrzegane, uaktywniło się w nowym kontekście.
Ola Woldańska-Płocińska tworzy dla najmłodszych porcelanową rzeczywistość tak, by nie odwoływać się do przesłodzonych dziecięcych ilustracji, a zasugerować „malowane”, czyli sztuczne z punktu widzenia człowieka, przestrzenie. Stąd biorą się dość rachityczne drzewka czy traktor z kresek. Ilustratorka odrzuca kontury przedmiotów, posługuje się plamami kolorów i kiedy tylko się da- upraszcza obrazki. Rezygnuje z tradycyjnego i naiwnego stylu, lubi zmiany perspektywy i pewną oniryczność prezentowanych scenek – tutaj łatwo zagubić się w odwiedzanych przez bohaterki przestrzeniach, chociaż traktorzystki siłą rzeczy nie mogą przebywać w krainach zbyt skomplikowanych. Woldańska-Płocińska jednak unika monotonii czy powtarzalności. Potrafi zasugerować kształt talerza z namalowanymi bohaterkami po to, by za chwilę wprowadzić odbiorców w głąb krain. Lubi zmieniać nastroje przez agresywne (to znaczy widoczne) operowanie kolorystyką tła – jeśli tylko potrzebne jest wprowadzenie innej atmosfery. Wśród kolorowych kształtów z tapet i talerzy pojazd traktorzystek staje się jedynym motywem bogatym w detale – co może dzieciom uświadomić różnice między miejscami.
W malowanych krainach zdarzyć się może bardzo wiele, a ludzie, którzy tuż przed nosem mają konkretne ilustracje i dające do myślenia motywy, ani na moment nie zatrzymują się nad tym, co mogłoby się przytrafiać bohaterom z rysunków. Tina Oziewicz zachęca do uważnego przyglądania się temu, czego na co dzień już się nie dostrzega. Funduje dzieciom podróż daleką bez wychodzenia z domu – i dobrze się bawi rozwijaniem wyobraźniowych doświadczeń. Traktorzystki nie mają literackich przyjaciół ani poprzedników. Czerwony Konik po raz kolejny udowadnia swoje nietuzinkowe podejście do literatury dziecięcej – i proponuje maluchom coś odkrywczego. To docenią także dorośli.
Przygoda z porcelany
Czerwony Konik stawia zawsze na oryginalne publikacje dla najmłodszych – niekoniecznie edukacyjne, niekoniecznie klasycyzujące – ważne, żeby miały w sobie coś, co każe odbiorcom wracać do propozycji tego wydawnictwa. Historyjką, która rozbudza wyobraźnię dzieci, jest tym razem „Tyranozaur i traktorzystki”, bajka już samym tytułem sugerująca nieszablonowość pomysłu. Tina Oziewicz wybiera nietypową jak na dzisiejszą literaturę czwartą inspirację – sięga po motywy właściwie od dawna niemodne, więc też siłą rzeczy nieobecne w wyobraźni najmłodszych. W ten sposób może zyskać ich uznanie i uwagę.
Dwie traktorzystki to dziewczynki namalowane na talerzu – jedna jeździ po jego brzegach na motorze, druga wybiera traktor. Nie znają żadnego innego świata poza swoim, porcelanowym – więc wiodłyby całkiem nudny żywot, nawet jeśli wziąć pod uwagę tajemnice porcelanowych malunków. Ale Tina Oziewicz nie poprzestaje na prezentowaniu codzienności traktorzystek. Pewnego dnia talerz rozbija się i dziewczynki tracą swój dom. Nie mogą się odnaleźć na innych talerzach, więc wyruszają w nieznane – a to oznacza przygody. Traktorem z wmontowanym silnikiem motocykla jeżdżą po suficie i ścianach. A na ścianach są tapety z rozmaitymi motywami, które, tak samo jak traktorzystki na porcelanowym talerzu, ożywają, kiedy nikt nie patrzy. To oznacza, że przed bohaterkami otwiera się inna, nieodkryta do tej pory rzeczywistość. Traktorzystki wpadną w kłopoty zanim odnajdą swoje miejsce. Tina Oziewicz sięga tu po motywy stale obecne w wyobraźni dzieci, między innymi po dinozaury. To łącznik między niespotykanymi pomysłami, a stałą z opowieści dla maluchów. Oziewicz zapewnia jeszcze rozbudzanie ciekawości – nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się opowieść, skoro stworzona została z pomysłów dotąd w literaturze czwartej nieznanych. „Tyranozaur i traktorzystki” to zatem zapowiedź literackiej atrakcji. Autorka odwołuje się do fantazji najmłodszych, prezentując im świat, który mógłby istnieć tuż obok: elementy ludzkiej codzienności są w nim reinterpretowane i podlegają zupełnie innym ocenom. Wystarczy zmiana perspektywy, aby to, co zwykle niedostrzegane, uaktywniło się w nowym kontekście.
Ola Woldańska-Płocińska tworzy dla najmłodszych porcelanową rzeczywistość tak, by nie odwoływać się do przesłodzonych dziecięcych ilustracji, a zasugerować „malowane”, czyli sztuczne z punktu widzenia człowieka, przestrzenie. Stąd biorą się dość rachityczne drzewka czy traktor z kresek. Ilustratorka odrzuca kontury przedmiotów, posługuje się plamami kolorów i kiedy tylko się da- upraszcza obrazki. Rezygnuje z tradycyjnego i naiwnego stylu, lubi zmiany perspektywy i pewną oniryczność prezentowanych scenek – tutaj łatwo zagubić się w odwiedzanych przez bohaterki przestrzeniach, chociaż traktorzystki siłą rzeczy nie mogą przebywać w krainach zbyt skomplikowanych. Woldańska-Płocińska jednak unika monotonii czy powtarzalności. Potrafi zasugerować kształt talerza z namalowanymi bohaterkami po to, by za chwilę wprowadzić odbiorców w głąb krain. Lubi zmieniać nastroje przez agresywne (to znaczy widoczne) operowanie kolorystyką tła – jeśli tylko potrzebne jest wprowadzenie innej atmosfery. Wśród kolorowych kształtów z tapet i talerzy pojazd traktorzystek staje się jedynym motywem bogatym w detale – co może dzieciom uświadomić różnice między miejscami.
W malowanych krainach zdarzyć się może bardzo wiele, a ludzie, którzy tuż przed nosem mają konkretne ilustracje i dające do myślenia motywy, ani na moment nie zatrzymują się nad tym, co mogłoby się przytrafiać bohaterom z rysunków. Tina Oziewicz zachęca do uważnego przyglądania się temu, czego na co dzień już się nie dostrzega. Funduje dzieciom podróż daleką bez wychodzenia z domu – i dobrze się bawi rozwijaniem wyobraźniowych doświadczeń. Traktorzystki nie mają literackich przyjaciół ani poprzedników. Czerwony Konik po raz kolejny udowadnia swoje nietuzinkowe podejście do literatury dziecięcej – i proponuje maluchom coś odkrywczego. To docenią także dorośli.
niedziela, 6 października 2013
Tina Oziewicz: Pamiątka z Paryża
Dwie Siostry, Warszawa 2013.
Samosiejki
Żeby zapoznawać dzieci z dorosłym malarstwem (czy, szerzej, sztuką), trzeba mieć na to dobry pomysł: nie można pozwolić, by maluch się znudził. W serii Mały Koneser wydawnictwa Dwie Siostry pojawiają się tytuły inspirowane obrazami. „Pamiątka z Paryża” Tiny Oziewicz nawiązuje do dzieł Wilhelma Sasnala, ale jest na tyle autonomiczna, że funkcjonować może również jako bajka s-f dla ciekawskich. Autorce udało się połączenie dość szybkiej akcji z dowcipnymi rozwiązaniami, właściwie zupełnie niewspółgrającymi z surową i ciemną stroną graficzną.
W lipcu na ulicach Paryża zaczyna się dziać coś dziwnego: ulice zarastają metalowymi kolcami, które szybko zamieniają się w pręty i cały czas rosną. Okazuje się, że to wieża Eiffla wypuszcza żelazne nasiona, z których wyrastają małe wieże. Uczeni muszą ostrzec świat. Nie wiedzą, że w ogródku w Kazimierzu nad Wisłą nikt nie ma zamiaru ścinać małej eiffli, której właśnie wyrosła pierwsza winda.
Tina Oziewicz proponuje dzieciom bajkę, która rozpoczyna się od sensacji i nie zwalnia tempa przez całą – niedługą przecież – narrację. Chwilami opowieść udaje naukowe wstawki z literatury s-f, chodzi o to, by imitować racjonalne wytłumaczenia dla rozwijającego wyobraźnię zjawiska. Oziewicz wybiera też grę różnymi stylami, bo obok sensacyjnego tonu i dyskursów rodem z s-f, wykorzystuje i klimat wakacyjnych historyjek. Na początku trudna do wyjaśnienia sytuacja wygląda naprawdę groźnie – ale autorka, dzięki przeskokom między konwencjami unika straszenia małych odbiorców, za to podsyca ich ciekawość i przyczynia się do rozwijania słownictwa (w dyskursie naukowym nie może bowiem upraszczać niektórych pojęć, jak nanobiotechnologia) – wątpliwości rozwiewa na marginesie, a w samej narracji unika infantylizowania tekstu. Dzieci mogą zatem czuć dumę z „dorosłej” lektury. Autorka nie straszy nadmierną powagą – dość szybkie wytłumaczenie sedna zjawiska prowadzi do uruchamiania pokładów żartów. Gdy mija pozorne niebezpieczeństwo, można już dowolnie bawić się motywem, co ucieszy najmłodszych, a przy okazji pozwoli im zainteresować się symbolem Paryża – więc spełni też rolę edukacyjną. Obraz Sasnala nie jest w książce nachalnie przedstawiany i przerabiany na wiele sposobów, co sprawia, że może funkcjonować jako rozbudzająca wyobraźnię zagadka, a nie przykry element obowiązkowej edukacji.
Warto wspomnieć o stronie graficznej – niezbyt typowej jak na literaturę czwartą. Jacek Ambrożewski wybiera tu rozwiązania niemal brudnopisowe, kolaże, brudzone szkice i plamy w ponurych kolorach. Wykorzystuje fragmenty gazetowych druków i brzydkie bazgroły – nie ma w ilustracjach dziecięcej radości, jest za to niepokój i mroczna tajemnica. To również sprzyja przekonaniu małych odbiorców, że będą mieć do czynienia z publikacją niemal dorosłą, jakby na przekór kierunkowi samej opowieści. Jakby tego było mało, krój użytej czcionki nawiązuje do telegramów i maszyn do pisania, więc będzie oryginalny dla dzieci ery komputerów. Zdarza się, że niektóre frazy są podkreślane większą czcionką – dla zwiększenia efektu emocjonalnego. Tina Oziewicz zaprasza dzieci na wycieczkę, o której można powiedzieć, że na pewno nie należy do banalnych. Dorosłym przypomina, jak to jest mieć bogatą wyobraźnię, a dzieci rozśmiesza abstrakcyjnym pomysłem. „Pamiątka z Paryża” to publikacja ciekawa również wśród propozycji edukacyjnych: nie ma w niej stałego uczenia dzieci, a sygnalizowanie spraw, które mogą zaprocentować zwiększonym zainteresowaniem i pogłębianiem wiedzy.
Samosiejki
Żeby zapoznawać dzieci z dorosłym malarstwem (czy, szerzej, sztuką), trzeba mieć na to dobry pomysł: nie można pozwolić, by maluch się znudził. W serii Mały Koneser wydawnictwa Dwie Siostry pojawiają się tytuły inspirowane obrazami. „Pamiątka z Paryża” Tiny Oziewicz nawiązuje do dzieł Wilhelma Sasnala, ale jest na tyle autonomiczna, że funkcjonować może również jako bajka s-f dla ciekawskich. Autorce udało się połączenie dość szybkiej akcji z dowcipnymi rozwiązaniami, właściwie zupełnie niewspółgrającymi z surową i ciemną stroną graficzną.
W lipcu na ulicach Paryża zaczyna się dziać coś dziwnego: ulice zarastają metalowymi kolcami, które szybko zamieniają się w pręty i cały czas rosną. Okazuje się, że to wieża Eiffla wypuszcza żelazne nasiona, z których wyrastają małe wieże. Uczeni muszą ostrzec świat. Nie wiedzą, że w ogródku w Kazimierzu nad Wisłą nikt nie ma zamiaru ścinać małej eiffli, której właśnie wyrosła pierwsza winda.
Tina Oziewicz proponuje dzieciom bajkę, która rozpoczyna się od sensacji i nie zwalnia tempa przez całą – niedługą przecież – narrację. Chwilami opowieść udaje naukowe wstawki z literatury s-f, chodzi o to, by imitować racjonalne wytłumaczenia dla rozwijającego wyobraźnię zjawiska. Oziewicz wybiera też grę różnymi stylami, bo obok sensacyjnego tonu i dyskursów rodem z s-f, wykorzystuje i klimat wakacyjnych historyjek. Na początku trudna do wyjaśnienia sytuacja wygląda naprawdę groźnie – ale autorka, dzięki przeskokom między konwencjami unika straszenia małych odbiorców, za to podsyca ich ciekawość i przyczynia się do rozwijania słownictwa (w dyskursie naukowym nie może bowiem upraszczać niektórych pojęć, jak nanobiotechnologia) – wątpliwości rozwiewa na marginesie, a w samej narracji unika infantylizowania tekstu. Dzieci mogą zatem czuć dumę z „dorosłej” lektury. Autorka nie straszy nadmierną powagą – dość szybkie wytłumaczenie sedna zjawiska prowadzi do uruchamiania pokładów żartów. Gdy mija pozorne niebezpieczeństwo, można już dowolnie bawić się motywem, co ucieszy najmłodszych, a przy okazji pozwoli im zainteresować się symbolem Paryża – więc spełni też rolę edukacyjną. Obraz Sasnala nie jest w książce nachalnie przedstawiany i przerabiany na wiele sposobów, co sprawia, że może funkcjonować jako rozbudzająca wyobraźnię zagadka, a nie przykry element obowiązkowej edukacji.
Warto wspomnieć o stronie graficznej – niezbyt typowej jak na literaturę czwartą. Jacek Ambrożewski wybiera tu rozwiązania niemal brudnopisowe, kolaże, brudzone szkice i plamy w ponurych kolorach. Wykorzystuje fragmenty gazetowych druków i brzydkie bazgroły – nie ma w ilustracjach dziecięcej radości, jest za to niepokój i mroczna tajemnica. To również sprzyja przekonaniu małych odbiorców, że będą mieć do czynienia z publikacją niemal dorosłą, jakby na przekór kierunkowi samej opowieści. Jakby tego było mało, krój użytej czcionki nawiązuje do telegramów i maszyn do pisania, więc będzie oryginalny dla dzieci ery komputerów. Zdarza się, że niektóre frazy są podkreślane większą czcionką – dla zwiększenia efektu emocjonalnego. Tina Oziewicz zaprasza dzieci na wycieczkę, o której można powiedzieć, że na pewno nie należy do banalnych. Dorosłym przypomina, jak to jest mieć bogatą wyobraźnię, a dzieci rozśmiesza abstrakcyjnym pomysłem. „Pamiątka z Paryża” to publikacja ciekawa również wśród propozycji edukacyjnych: nie ma w niej stałego uczenia dzieci, a sygnalizowanie spraw, które mogą zaprocentować zwiększonym zainteresowaniem i pogłębianiem wiedzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






