* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellona. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 stycznia 2022

Iwona Kienzler: Cudzoziemskie żony i matki władców Polski

Bellona, Warszawa 2021.

Przy koronie

Iwona Kienzler w zasadzie produkuje książki - popularyzuje wiadomości historyczne. Kluczem do dotarcia do czytelników jest odpowiedni dobór tematów. Jednak pośpiech w tworzeniu ma też swoje wady. Chociaż autorka bazuje na odkryciach i pismach historyków i bez wątpienia jest znakomita w kwerendach, problem pojawia się czasami w narracji. Ta w przypadku "Cudzoziemskich żon i matek władców Polski" okazuje się bardzo bezpłciowa. Rozczarowuje o tyle, że niejeden już raz Iwona Kienzler urzekała rytmem i rodzajem opowieści - jednak tym razem odbiorcy mają do czynienia niemal wyłącznie z referowaniem wiadomości. Przedstawia autorka kolejne ciekawe żony i matki obcego pochodzenia, zaznacza ich wpływ na losy królów, czasami może się dodatkowo pokusić o towarzyskie i obyczajowe anegdoty odrobinę ubarwiające życiorysy. Wśród postaci, które wybiera do omówienia, znajdują się Rycheza Lotaryńska, Bona Sforza czy królowa Marysieńka. Dziewięć historii to szansa na przyjrzenie się rodom i relacjom. Iwona Kienzler uwzględnia w tomie nie tylko polityczne zależności i rolę dla kraju, ale też aspekty bez znaczenia dla poddanych (między innymi uwzględnia autorka urodę wybranek - próbuje zrozumieć, dlaczego niektórzy władcy nie kryli się ze swoimi nałożnicami lub płodzili zbyt mało dzieci). Stara się przyciągnąć czytelników tego typu podejściem. Zanim jednak dojdzie do dzielenia się plotkami, mniej lub bardziej pikantnymi, musi autorka przedstawić całą otoczkę. Tłumaczy, jakie sojusze lub jakie oczekiwania doprowadziły do zetknięcia się późniejszych małżonków, odnotowuje choroby i problemy, zastanawia się nad tym, kogo połączyła namiętność. Nie interesują autorki tylko aspekty osobiste: odrywa się od nich, kiedy musi nakreślić czytelnikom kontekst historyczny. Rezygnuje z przedstawiania bitew czy przemian obyczajowych, za to analizuje dokładnie konsekwencje związków. Dostrzega istotę układów - nie tylko tych międzypaństwowych. Przyciągnie zatem odbiorców zainteresowanych strukturami kraju oraz relacjami na szczycie, ale w pierwszej kolejności trafi właśnie do czytelników lubujących się w rozszyfrowywaniu zależności. "Cudzoziemskie żony i matki władców Polski" to książka dość szybka. Autorka w kolejnych rozdziałach próbuje zaintrygować czytelników, podsuwając im przynajmniej pozorną możliwość poznawania sekretów władców. I to w zasadzie jedyny motyw przyciągający do tomu. Autorka potraktowała ten temat jako samograj, nie troszczy się o zachęty do czytania dla odbiorców. Chociaż potrafi uwodzić narracją, tym razem tylko przytacza uporządkowane wiadomości. Widać w tomie dobrą orientację w opracowaniach i umiejętność wybierania konkretnych twierdzeń - ale brakuje tego gawędziarskiego przekształcenia, które owocuje barwną relacją, żywą mimo upływu czasu. Fakt, że do tego typu książek sięgają wyłącznie zainteresowani tematem, nie ma przypadkowych odbiorców, jednak szkoda, że autorka nie pomyślała o możliwości poszerzenia grup czytelników i docierania do osób spoza targetu. Potrafi przecież to robić. "Cudzoziemskie żony i matki władców Polski" to tom, który staje się też przeglądem pomysłów oraz decyzji politycznych zahaczających o życie prywatne na szczycie. Można się przekonać, że nawet wielkie pieniądze i władza nie zapewniają szczęścia (i to nie tylko w miłości).

niedziela, 13 marca 2016

Iwona Kienzler: Bodo i jego burzliwe romanse

Bellona, Warszawa 2016.

Partnerki

Iwona Kienzler nie tropi obyczajowych skandali, za to usiłuje zapewnić odbiorcom rozrywkę połączoną z zaspokajaniem ciekawości. Tom „Bodo i jego burzliwe romanse” to publikacja, w której jedynie tytuł nawiązuje do poszukiwania sensacji. Zresztą i na ten zabieg marketingowy można spojrzeć z przymrużeniem oka, bo Eugeniusz Bodo – przedwojenny gwiazdor filmowy – nie jest dzisiejszym celebrytą. Pozwala za to zagłębić się w dawnej obyczajowości i poznać elementy życia gwiazd dwudziestolecia międzywojennego.

Tom dzieli autorka na kolejne postacie, miłosne podboje Eugeniusza Bodo, prawdziwe lub domniemane, prawdopodobne oraz… niemożliwe. Na tej zasadzie, gdyby na serio wziąć tytuł jak z plotkarskiego czasopisma, można by książkę ciągnąć w nieskończoność. Zwłaszcza że Kienzler odwołuje się to ustaleń biografów i sama nic nowego o Bodo nie odkrywa. Konstrukcja publikacji umożliwia jej natomiast przybliżanie sylwetek różnych aktorek i postaci z życia publicznego, które mogły trafić do serca przedwojennego amanta. I tak prezentuje tu Kienzler Zulę Pogorzelską, Norę Ney, Reri, Elnę Gistedt czy… Polę Negri. Za każdym razem stara się mocno przybliżyć odbiorcom sylwetki, nawiązuje do artystycznych dokonań i życiowych wyborów bohaterek rozdziałów. Same ewentualne związki z Eugeniuszem Bodo wcale nie wybijają się na pierwszy plan – czasami w ogóle Iwona Kienzler wręcz przypomina sobie w ferworze opowiadania o artystce, że jeszcze był Bodo, pretekst do przytoczenia okołobiograficznego szkicu. Ale to nie wada i nie przeszkoda w lekturze, bo autorka – jak zwykle zresztą – ciekawie portretuje rodzący się świat polskiego filmu dźwiękowego. Z sentymentem opisuje kolejne role Eugeniusza Bodo, stara się przedstawić techniczne możliwości kręcenia i wyświetlania filmów, zajmuje się całym raczkującym filmowym biznesem. Dodatkowo usiłuje też ukrócić plotki na temat rzekomego homoseksualizmu Bodo – kilka razy w książce podkreśla, że dyskrecja na temat pań to raczej efekt dżentelmenerii Bodo niż upodobania do mężczyzn.

Bodo powraca tu też w kilku życiorysowych punktach. Kienzler nie zamierza powtarzać biografii, ale uważa, że powinna się odnieść do wypadku samochodowego (ewidentnej przyczyny późniejszej abstynencji) czy do samej śmierci Eugeniusza Bodo (tu przedstawia cały zestaw fałszywych tropów i efekt „śledztwa”). Samych „burzliwych romansów” jest w książce bardzo niewiele – lecz autorka wynagradza to szczegółowością w prezentowaniu realiów dwudziestolecia. Dba o udokumentowanie wiadomości – każdy rozdział opatrzony został całym zestawem przypisów. Często mimo obfitości opracowań pojawiają się stwierdzenia, że biografom nie udało się czegoś ustalić, co przypomina, że autorka przetwarza już sprawdzone dane, a nie wprowadza do stanu wiedzy nowych informacji. Czytelnicy jednak nie będą rozczarowani – wiele już razy Iwona Kienzler udowadniała narracyjną sprawność w prezentowaniu kulturalno-obyczajowej przeszłości. I tu pisze z wprawą, zapewnia odbiorcom sporą dawkę wrażeń i przypomina o dawnym amancie kinowym. Bożyszcze ekranu, Eugeniusz Bodo, nie gra w tej publikacji najważniejszej roli – staje się pretekstem do przedstawiania barwnych anegdot i towarzyskich układów. Kienzler dobrze się orientuje w realiach dwudziestolecia międzywojennego, potrafi odtworzyć dawną atmosferę i przekonująco nakreślać rodzajowe scenki.

„Bodo i jego burzliwe romanse” to zestaw szkiców biograficznych o postaciach nieco zapomnianych – i fragmentów z życiorysu tytułowego bohatera, który staje się modelowym przykładem przedwojennego kinowego amanta. Tę książkę można czytać dla wiadomości – ale dużo lepiej sprawdzi się jako pozycja rozrywkowa, zbiór w miarę lekkich wydarzeń i obserwacji obyczajowych z dawnych lat.

niedziela, 6 grudnia 2015

Iwona Kienzler: Uwodzicielki, skandalistki i seksbomby PRL

Bellona, Warszawa 2015.

Bez skandalu

Wielu badaczy i dziennikarzy pisze dzisiaj o gwiazdach PRL-u, ale Iwona Kienzler robi to w sposób, który… uzależnia od jej książek. „Uwodzicielki, skandalistki i seksbomby PRL” to publikacja wzorcowa pod tym względem. O prezentowanych tu artystkach istnieje na polskim rynku całkiem sporo (i to niestarych) tomów i szkiców. A jednak Kienzler nie tworzy uproszczonej popnarracji, a proponuje czytelnikom bardzo apetyczną i mocno opartą na źródłach opowieść o biografiach sławnych pań.

Zmieściło się tu osiem esejów o życiu i twórczości kobiet, które przetrwały w świadomości społecznej lub (jak w przypadku Tetetki) zostały niedawno przypomniane. Autorka przygląda się co barwniejszym życiorysom, dostęp do ploteczek, anegdot i ciekawostek traktując jako dopełnienie portretów, a nie ich podstawową treść. Zestawia przedstawicielki różnych artystycznych zawodów: są tu aktorki (Elżbieta Czyżewska, Nina Andrycz), są poetki (Agnieszka Osiecka), aktorki śpiewające (Kalina Jędrusik) czy piosenkarki (Violetta Villas). Łączy je skłonność do ubarwiania szarej rzeczywistości PRL-u, rozbudzania wyobraźni widzów oraz… do skandali. Żadna z prezentowanych tu pań nie przejmowała się konwenansami ani opinią publiczną, wszystkie żyły kolorowo i według własnych pomysłów, co nieraz bulwersować mogło uwięzionych w codziennej szarzyźnie. Kienzler jednak nie zajmuje się analizowaniem filmowych ról. Chociaż to one definiowały bohaterki tego tomu i na długo je kształtowały w świadomości społecznej, autorka wybiera ciekawostki z prawdziwego życia. Wie, że w ten sposób dotrze do większej liczby odbiorców: kulturoznawcze analizy zainteresowałyby nielicznych, smaczki z życia gwiazd są tematem nośnym i same napędzają reklamę. „Uwodzicielki, skandalistki i seksbomby PRL” to jednak nie książka, która ujawniałaby wielkie sekrety. Kienzler opiera się na faktach dostępnych czytelnikom i zdradzanych już a to przez bliskich i przyjaciół opisywanych tu postaci, a to przez dziennikarzy. Nie jest tajemnicą ani choroba alkoholowa Czyżewskiej, ani konflikt rodziny Violetty Villas z jej „gosposią” – Kienzler jedynie ubiera te fakty w ciekawe opowieści i pogłębia, w sprawnej narracji odwołując się do sporej liczby materiałów źródłowych. Dla młodszych odbiorców to również szansa na zorientowanie się w dawnych towarzyskich skandalach i relacjach.

Iwona Kienzler bez wątpienia potrafi wykorzystywać zgromadzone dane. Sięga do wielu wywiadów i opracowań opublikowanych drukiem lub w internecie – każde wydarzenie ma u niej bibliograficzny adres. To ważne nie tylko z uwagi na chętnych do pogłębiania wiedzy popkulturze. Czytelników przyciągać będzie raczej sposób, w jaki Kienzler pisze swoją (nie pierwszą przecież) książkę. Nie ma tu ratowania się kolejnymi sklejanymi w jedną całość cytatami ani tworzenia słownej waty, która wypełniłaby przestrzenie między cudzymi wypowiedziami. Autorka opisuje świat „seksbomb PRL-u” z zaangażowaniem, jakby kolejne bohaterki tomu były jej bliskie. To sprawia, że dyskretnie wpasowuje się w modę na publikacje poświęcone rzeczywistości PRL-u, ale zachowuje przy tym indywidualny styl, styl, który chętnie się przyjmuje. Mniej w „Uwodzicielkach, skandalistkach i seksbombach PRL” chodzi o rewolucje obyczajowe czy kulturalne, bardziej o rozrywkę połączoną z prezentacją biograficzną. Iwona Kienzler nie próbuje przerabiać faktów na swoją modłę, wybiera spokojne relacjonowanie doświadczeń sław. Jakby na przekór tytułowi, ton książki – spokojny i rzeczowy, niesentymentalny, ale też i nie do końca obojętny, przyciągnie najwięcej odbiorców. Ale Iwona Kienzler zasługuje na wierne grono czytelników.

czwartek, 3 grudnia 2015

Jerzy Gotowała: Niebo nad głową

Bellona, Warszawa 2015.

Marzenie

Powiedzieć, że ta publikacja została stworzona z pasji, to nic nie powiedzieć. Jerzy Gotowała spisuje swoje przeżycia jako plot wojskowy i chociaż myli się w ocenie rynku wydawniczego, dostarcza czytelnikom świadectwa prawdziwie mocnych wrażeń. Jest przy tym bezlitośnie precyzyjny, dokładny w stopniu nieznanym przeciętnemu odbiorcy. Zabiera wszystkich chętnych w podróż przez życie, a i na podniebne wyprawy. Tom „Niebo nad głową”, zaplanowany jako pierwsza część rozbudowanych memuarów to opowieść o zdobywaniu pierwszych szlifów w lotnictwie, o specyfice służby i o życiowych wyborach. Autor prezentuje rozmaite zadania wymagające odwagi, pomysłowości lub przełamania własnych ograniczeń. Niemal cały czas spędza za sterami samolotów, toczy „walki” powietrzne, analizuje krok po kroku czynności, które wykonuje. Opowiada o reakcjach organizmu na powietrzne akrobacje i o przypływie adrenaliny w powietrznych pojedynkach. Skupia się na każdym, nawet najmniejszym wykonywanym przez siebie geście, nie zapomina też o ujawnianiu najskrytszych myśli. Odbiorcy zyskają zatem najbardziej pełny obraz wydarzeń z perspektywy autora – a do tego przekonanie, co dzieje się w kabinie pilota samolotu wojskowego. Ta drobiazgowość Gotowały dla jednych może być największym atutem tej pozycji, dla innych – największą przeszkodą w lekturze. Jerzy Gotowała nie zmienia bowiem realiów, wszystko przedstawia tak, jak się odbywało. To oznacza, że przywołuje na przykład skrótowe rozkazy i odpowiedzi na wojskowe komendy w ich naturalnym brzmieniu, z całą enigmatycznością i tajemniczością – nie wyjaśnia za to, czego dokładnie dotyczą. Nie przerabia krótkich dialogów na literackie, a to pogłębi rozdźwięk między nim – pilotem wojskowym – a zwykłymi odbiorcami. Inna rzecz, że do „Nieba nad głową” zaglądać będą raczej podobni Gotowale, rozmiłowani w lotach, albo ci, którzy chcieliby poznać „od kuchni” dość egzotyczny zawód.

Pisze Jerzy Gotowała o sytuacjach podczas lotów i ozdabia te wspomnienia zdjęciami z kabiny. To stanowi większą część publikacji i mimo powtarzalności sytuacji podniebnych autor zawsze stara się znaleźć czynnik różniący wspomnienie od innych. Gdyby pracował z ghostem, mógłby zaproponować tom trzymający w napięciu i pełen akcji – jednak sam stawia na uporządkowane fakty, nie na zabawy akcentami literackimi. Poza sprawą lotów przewijają się tu, zupełnie na marginesach, kwestie osobiste: ten, kto chce poświęcić życie swojej pasji, potrzebuje sporo szczęścia, by znaleźć wyrozumiałego partnera. Jerzy Gotowała przekonuje się, że dla wybranki serca ważniejsze jest poczucie stabilizacji niż jego radość. Innym razem znajduje chwilę na wspominanie kolegów, którzy zginęli. Dla Gotowały latanie to sposób na życie, zawód dający szczęście i poczucie spełnienia. Autor dzieli się chętnie wrażeniami i nie szuka dla nich punktu odniesienia, dla niego inna droga czy inne życiowe wybory po prostu nie istnieją. „Niebo nad głową” jest zatem nie tylko historią z punktu widzenia uwielbiającego swoją pracę pilota wojskowego. To wspomnienia naznaczone spełnieniem marzeń, z konieczności hermetyczna próba podzielenia się życiowym sukcesem w mikroskali. Nawet jeśli kogoś podniebne wyczyny nie będą specjalnie interesować, może pozazdrościć autorowi przygód i znalezienia własnego miejsca. „Niebo nad głową” to książka, w której Jerzy Gotowała dzieli się z odbiorcami tym, co dal niego najważniejsze. W rozdziałach skrywa cały wachlarz silnych emocji – ale nie może być inaczej, skoro sam mocno przeżywa każdą powietrzną przygodę. „Niebo nad głową” to publikacja dla tych, którzy chcieliby się przekonać, jak wygląda zawód pilota wojskowego i co czuje się podczas walk (lub wypadków) lotniczych. To ujęcie rzadko spotykane i chociaż nie stanie się bestsellerem – przyniesie kilka ciekawostek. przecież do końca historii jeszcze daleko.

piątek, 18 września 2015

Wojciech Kalwat: Afery, skandale i procesy w dawnej Polsce

Bellona, Warszawa 2015.

Barwne pomysły

Wielu zwykłym czytelnikom historia, w kształcie, do którego przyzwyczaiła szkoła, wydaje się nudna i bezbarwna. Wojciech Kalwat próbuje z powodzeniem ożywić osiemnastowieczne dzieje i w tomie „Afery, skandale i procesy w dawnej Polsce” sięga do najbardziej widowiskowych prywatnych sporów. Prowadzi opowieści – a jest ich w tomie dziewięć – z perspektywy obserwatora zafascynowanego dawną obyczajowością i… wyobraźnią ludzi. Tutaj sądowe procesy okazują się niemal gotowym materiałem na całe powieści, a niechlubni bohaterowie kolejnych rozdziałów wydają się egzotyczni przez swoją mentalność i komiczne dzisiaj postawy. Książka okazuje się zbiorem ciekawostek, bardzo rzetelnie zaprezentowanych. Dla dzisiejszych odbiorców będzie miłą odskocznią od medialnych doniesień – postacie z poszczególnych historii wykazywały się bowiem nie lada fantazją.

W przeszłości nie brakowało oszustów żerujących na ludzkiej naiwności. Zabobonne społeczeństwo łatwo było omamić dobrze przygotowanymi sztuczkami, ale do podtrzymywania wierzeń przydawała się nieprzeciętna inteligencja. Jeden z opisywanych oskarżonych dokonywał rozmaitych „cudów”, utrzymując ludzi w przekonaniu, że powstrzyma epidemię dżumy. Sprytem wykazała się intrygantka Dogrumowa. W procesach pojawiały się ślady społecznych lęków i strachu przed innością – Wojciech Kalwat odwołuje się między innymi do ostatniego procesu czarownic oraz do oskarżeń kierowanych w stronę Żydów. Przytacza barwną scenkę z porwaniem króla, historię komiczną w swoim przebiegu i właściwie niewiarygodną. Odnosi się do spraw politycznych i do tych, w których ważniejsze były historie obyczajowe. Wreszcie zamyka tom kwestią pochówku Stanisława Augusta Poniatowskiego – przedstawieniem historycznych zmian i śledztw, które wykraczają poza swoją epokę.

Autor skupia się nie tyle na samych procesach, ile na barwnym ujmowaniu osób i sytuacji. Przedstawia malowniczość burzliwych scen, gwałtowność konfliktów i desperację śmiałków, którzy odważyli się postępować wbrew prawu. Interesują go indywidualności, charaktery niepozbawione skaz. Wybiera tematy, które świadczą o pomysłowość bohaterów rozdziałów, ale i o całym kulturowym kontekście: w końcu żeby najbardziej dziś szalone pomysły mogły się ziścić, musiały wystąpić określone okoliczności. Kalwat stara się przybliżyć sylwetki co ciekawszych postaci, tropi ich zachowania i przyczyny decyzji, pozwala lepiej poznać: bo na zrozumieniu motywacji polega część opowieści. Pisze, wykorzystując nie tylko ustalenia historyków, ale i literacki potencjał. Nie zamienia wprawdzie dziejopisarstwa w powieść, lecz dba o kształt tekstów: opracowuje fakty tak, by zapewnić czytelnikom lekturę bogatą w fakty oraz wrażenia.

„Afery, skandale i procesy w dawnej Polsce” to próba przybliżania odbiorcom spoza kręgu dziejoznawców rozmaitych ciekawostek z przeszłości. Dla autora wyczyny wymienianych tu postaci nie są pretekstem do potępiania sprawców, raczej źródłem naukowej rozrywki. W dawnych czasach skrywają się jednostkowe historie przebijające atrakcyjnością wiele późniejszych występków. Można czytać tę książkę z uwagi na trudne do uwierzenia postawy i błyskotliwe (lub brawurowe) pomysły, można potraktować publikację Kalwata jako dopowiedzenie do podręcznikowej historii. Pewne jest jedno – autor, który stawia na tropienie afer i skandali rzeczywiście pasjonuje się tematem i jest w stanie przedstawić go w sposób atrakcyjny dla przeciętnego odbiorcy.

środa, 9 września 2015

Piotr Łopuszański: Warszawa literacka w PRL

Bellona, Warszawa 2105.

Życie literackie

Piotr Łopuszański nie ulega modzie na felietonowe teksty o PRL-u. Tworzy książkę poważną i będącą dobrym przeglądem wydarzeń oraz faktów z rzadka ozdabianych wymownymi (i rzadko powielanymi) anegdotami. Jego „Warszawa literacka w PRL” to próba uchwycenia postaw literatów wobec istniejącego systemu, a nie zestaw towarzyskich wydarzeń. Łopuszański proponuje podstawę, punkt wyjścia dla późniejszych analiz czy komentarzy. Wprawdzie jego książka nie ubawi i nie da się traktować jak lektura rozrywkowa – nawet przez rozmiłowanych w modzie na PRL – ale jest nieoceniona ze względu na zawarte w niej wiadomości.

Autor bazą dla opowieści czyni fakty historyczne, ograniczając je do tych, które miały znaczący wpływ na środowisko literackie. Zajmuje się mieszkaniami pisarzy, losami rękopisów, decyzjami cenzury, zebraniami partyjnymi, jednym słowem tym wszystkim, co znajduje się poza sentymentalnym dzisiaj obrazem tamtego okresu. Zwraca też Łopuszański uwagę na to, co stanowiło o obyczajowości literatów: wspomina o modzie, wzajemnych relacjach czy znaczeniu żon pisarzy, zwraca uwagę na komentarze dotyczące kolegów po piórze. Nie szuka wprawdzie sensacji, ale bardzo chętnie powraca do towarzyskich nieporozumień: kto o kogo był zazdrosny, kto komentował zgryźliwie pracę kogoś innego. Te drobiazgi dobrze uzupełniają obraz literatów w peerelowskiej Warszawie.

Szybko staje się jasne, dlaczego Łopuszański musi ograniczyć się do sytuacji w stolicy: do opanowania ma sporo życiorysów, w dodatku odwołuje się tylko do największych i najbardziej znanych „poważnych” twórców, całkowicie pomija między innymi autorów powieści produkcyjnych czy satyryków – choć to również tematy warte zbadania i rozrastające się w samodzielne książki. Piotr Łopuszański nie wraca do przeszłości z misją rozrachunkową, nie dla niego ocenianie postaw pisarzy. Woli raczej bezpiecznie relacjonować poszczególne wybory bez większego emocjonalnego zaangażowania. Częściej za to przytacza opinie samych twórców. W tej publikacji bardzo cenne i ciekawe jest przeprowadzenie odbiorców przez warunki egzystencji literatów. Autor wykazuje wzajemne powiązania kultury i polityki, sprawdza też, jak kształtowało się po wojnie szeroko rozumiane życie literackie, sprawdza też, jak kształtowało się po wojnie szeroko rozumiane życie literackie Wraz z opowieścią biograficzną składaną z wielu drobnych danych życiorysowych różnych postaci prowadzi opowieść „strukturalną”: pokazuje, w jaki sposób kształtowane były oczekiwania wobec pisarzy i ich twórczości. Tym samym daje nawet zwykłym czytelnikom narzędzia do analizowania konkretnych lektury. Przez cały czas stawia na rzeczową, ścisłą i pełną faktów opowieść, ale nie oznacza to, że tekst zamienia się w rozbudowane kalendarium. Łopuszański wybiera po prostu drogę rzetelnego informowania, gromadzi fakty i na ich podstawie buduje historię o pisarzach w PRL.

Dzięki takiej postawie autora tom „Warszawa literacka w PRL” pozytywnie wyróżnia się wśród publikacji dążących do uchwycenia „fenomenu PRL”. Tu nie ma miejsca na interpretacje i oceny po latach, pisarze sami dla siebie mogą stanowić lustro. Ich grupa przedstawiona jest w kontekście szarej i trudnej codzienności, ale też bez męczeńskich tonów. Łopuszański skupia się na pracy pisarzy, od czasu do czasu prezentując jeszcze ich domowe troski. I to sprawia, że autorzy stają się dużo bliżsi odbiorcom. W tej książce nie ma stylistyki pop, co cieszy czytelników, którzy chcieliby się czegoś na temat dawnego życia literackiego dowiedzieć. „Warszawa literacka w PRL” to publikacja, która w skondensowanej wersji przytacza losy autorów i ich dzieł.

piątek, 4 września 2015

Małgorzata Czerwińska-Buczek: Powstańcy '44. Bohaterowie i świadkowie. Rozmowy i relacje

Bellona, Warszawa 2015.

Powrót

Najpierw do literatury (w tym i do literatury faktu) trafiały wojenne relacje tych, którzy mieli zacięcie literackie i umiejętność przelewania na papier myśli oraz doświadczeń. A ponieważ rynek wydawniczy jest niezwykle chłonny, zaczęto doceniać również świadectwa „zwykłych” ludzi, prywatne historie i małe dramaty tych, którzy nie zapisaliby się w zbiorowej świadomości nawet tomami wspomnień. Wyścig z czasem prowadzą teraz autorzy wyszukujący ciekawe indywidualne opowieści. Małgorzata Czerwińska-Buczek sięga do relacji uczestników powstania warszawskiego. Po siedmiu dekadach towarzyszy tym, którzy w 1944 roku w Warszawie stanęli do nierównej walki. Przywołuje drobne relacje, ważne ze względu na próbę ocalenia dla potomnych tamtych młodych ludzi. Czerwińska-Buczek spotyka się z żyjącymi uczestnikami powstania, wysłuchuje ich zwierzeń lub namawia na wspomnienia. Przeżywa razem z nimi czasy, które większość zna z podręczników do historii. Pozwala na przywoływanie zabitych narzeczonych, rozbijanych rodzin, wielkich strat, ale i wielkich radości – gdy najbliżsi ocaleją.

„Powstańcy ’44. Bohaterowie i świadkowie. Rozmowy i relacje” to publikacja będąca zestawieniem indywidualnych wynurzeń. Autorka stara się najpierw skrótowo omówić sylwetkę kolejnego rozmówcy (lub postaci, którą przywołuje), a potem oddaje głos swoim bohaterom. Schemat opowieści jest tu przeważnie ten sam: wprowadzenie złożone z dzieciństwa w latach przedwojennych i zwolnienie tempa na czas wojny i okupacji. To zapewnia logiczne wprowadzenie do tematu i pozwala odbiorcom zaprzyjaźnić się z bohaterami (więc i tym silniej przeżywać ich relacje). Różnorodność zapewniana jest przez filtr osobistego spojrzenia. Każdy z rozmówców kładzie nacisk na inne tematy: jedna z kobiet wspomina, jak niosła na plecach rannego kolegę, dla innej ważna będzie rodzinna atmosfera wprowadzana przez matkę rówieśniczki. Ktoś zapamiętuje, dlaczego uniknął śmierci, dla kogoś innego ważny będzie smak wałęsających się po ulicach rannych zwierząt. Raz miłość, raz tajne komplety i matura, raz harcerstwo, raz ucieczka – każdy z bohaterów tej książki ma do powiedzenia coś innego. Dla kogoś liczy się religia i oznaki wiary, ktoś inny angażuje się w pomoc zamkniętym w getcie. Obrazy z samego powstania mieszają się tu z namiastką zwyczajnego życia, rozpaczliwą próbą zyskania odrobiny normalności. Powroty w przeszłość są bardzo trudne, Czerwińska-Buczek wie o tym, ale mimo wszystko decyduje się na formę bezpośredniego zwierzenia. Chce, żeby jej rozmówcy sami opowiadali o sobie i o tym, co tkwi głęboko w ich pamięci. Szuka także zwyczajności, nie sensacji czy podkreślania grozy. Mimo odniesień do wojennych czasów, zachowuje dość spokojny ton, opisuje wszystko bez emocji, jakby takie podejście – uzasadnione czasowym dystansem – było najlepsze także dla czytelników.

„Powstańcy ‘44” to dowód na to, ile ważnych i interesujących nawet wiele lat po wojnie historii bezpowrotnie przepadło. Tu każdy życiorys mógłby być materiałem na filmową opowieść, anonimowi często ludzie mają w zanadrzu jeszcze szereg istotnych uwag i przesłanek. W tej publikacji wielka historia styka się ze zwykłym życiem przeciętnych ludzi i wyzwala w nich pokłady bohaterstwa. Małgorzata Czerwińska-Buczek ocala relacje godne ocalenia, a do tego zwraca uwagę na powstańców dzisiaj, przedstawia ich jako osoby sobie bliskie i wartościowe nie tylko ze względu na wojenne przeżycia. Jeden raz, przy „moździeżach” w śródtytule, chce się tylko pokiwać z politowaniem głową…

wtorek, 21 kwietnia 2015

Alison Maloney: Pod schodami. Życie codzienne służby domowej w początkach XX w. w Anglii

Bellona, Warszawa 2015.

Służba

Ta niezbyt obszerna książeczka stanowi atrakcyjne studium społeczno-obyczajowe. „Pod schodami. Życie codzienne służby domowej w początkach XX w. w Anglii” pokazuje, jak wyglądało prowadzenie domu i obowiązku służby w czasach, które dziś powracają jedynie w dawnych lekturach i filmach. Alison Maloney ocala dla czytelników świat, który zniknął z nadejściem I wojny światowej, przedstawia hierarchię wśród służby, organizację w opiece nad domem, zarobki czy obowiązki. Roztacza przed odbiorcami szereg ciekawostek i faktów obecnie nie do pomyślenia. Wszystko ozdabia lekko gawędziarską narracją: tu nawet dane statystyczne wprowadzone są tak, by nie zaburzać przyjemnego toku opowieści.

Edwardiańska Anglia mocno rozwijała ten rynek pracy. Zatrudnienie w zamożniejszych domach znajdowały nianie, gospodynie, sprzątaczki, kucharki, kamerdynerzy, lokaje – a nawet dzieci. Autorka tego studium sprawdza, jakie zadania należały do poszczególnych przedstawicieli służby – ale to nie wszystko. Swoje badania rozszerza, między innymi o wymogi dotyczące zachowania czy ubioru (długo rozwodzi się nad strojami pokojówek i trudnościami w zdobywaniu wyprawek), porównuje wypłaty (i uświadamia czytelnikom realne potrzeby służących). Prowadzi czytelników do pomieszczeń dla służby, czasem, dla zaspokojenia ciekawości, dodając jeszcze ich literackie opisy z powieści. Odtwarza nawet typowy rozkład dnia służącego. W przypadku części zadań sięga po przepisy i porady (jak czyścić patelnie i jak sporządzić czernidło do kominka), analizuje tydzień praczki. Najmniejszą wagę przywiązuje do guwernantek i opiekunek do dzieci – te miały bowiem najmniej wspólnego z życiem „pod schodami”. Pomija Alison Maloney temat chorób służby, ale podkreśla znaczenie wysokiego wzrostu w otrzymywaniu lepszej płacy. Na moment zatrzymuje się nad związkami wśród służących i nad ich relacjami z rodziną, najbardziej jednak interesuje się samą pracą zbiorem zadań i rodzajów wynagrodzenia. Próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego praca w charakterze służącego cieszyła się tak wielkim powodzeniem i jak przekładało się to na strukturę społeczeństwa.

„Pod schodami” to odkrywanie obcej dla dzisiejszych odbiorców rzeczywistości. Maloney potrafi zajmująco pisać: jej praca polega na zgromadzeniu imponującej liczby danych (uzupełnianych jeszcze o zapiski służących czy ogłoszenia z prasy) i na ciekawym opracowaniu tekstowym materiału. Tę książkę czyta się bardzo dobrze nie tylko ze względu na temat, ale i na jego realizację. Przynosi sporo wiadomości: Maloney lubuje się w liczbach i wszelkich systematyzacjach – ale nie przytłacza statystykami, potrafi je opisywać w atrakcyjny dla czytelników sposób. Ogrom pracy badawczej zostaje tu ukryty dzięki obrazowemu stylowi pisania: „Pod schodami” ożywa, może zachęcić odbiorców do śledzenia wątku służby w popkulturowych produkcjach i do porównywania go z pierwotnym stanem.

„Pod schodami” to książka składająca się z konkretów. Alison Maloney nie daje się zwieść interpretacjom, stawia na fakty, bezpieczne dzięki systemowi przeliczników i porównań. „Pos schodami” dotyczy jednego z wycinków społeczeństwa, opiera się raczej na analizach wewnątrz zagadnienia niż na ujmowaniu tematu służby w szerszym kontekście. Dla czytelników to okazja do zapoznania się z wiadomościami, które rzadko trafiają do świadomości społecznej – a już na pewno nie w tak szerokim zakresie. Ta publikacja, chociaż traktowana jako historyczno-obyczajowa ciekawostka, pozbawiona jest wad naukowego dyskursu, kierowana jest do szerokiego grona odbiorców i funkcjonować może również jako rzeczowe uzupełnienie wytworów fikcji literackiej. „Pod schodami” to propozycja wypełniona informacjami, ale napisana prawie jak felieton – tu w lekturze nie przeszkadza ani dystans czasowy, ani oddalenie geograficzne, ani wreszcie kulturowe przemiany.

sobota, 4 kwietnia 2015

Iwona Kienzler: Życie w PRL. I strasznie, i śmiesznie

Bellona, Warszawa 2015.

Sposób na przeszłość

Temat życia codziennego w PRL-u w ostatnich latach często trafia do publikacji popularnonaukowych. Także Iwona Kienzler próbuje wytłumaczyć modę na te czasy – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Jej tom „Życie w PRL. I strasznie, i śmiesznie” to książka, którą dobrze się czyta ze względu na styl narracji – i która mocno podbudowana została faktami, materiałami źródłowymi i dążeniem do uzyskania niezafałszowanego obrazu rzeczywistości. Autorka wie doskonale, że sentymenty związane z okresem PRL-u to często tęsknota za młodością – ale próbuje też uchwycić różnorodność tego czasu. W jej tomie PRL ma różne wymiary. Sama Kienzler wybiera w opowieści ledwo wyczuwalną nutę nostalgii – ale jeśli pojawiają się tematy, które wskazują na absurdy PRL-u, autorka zdecydowanie je atakuje i obśmiewa. Drobne odautorskie oceny przewijające się przez tekst nadają mu smaczku: „Życie w PRL” to przede wszystkim książka do czytania, w drugiej kolejności dopiero publikacja o charakterze informacyjnym.

Kienzler chce uchwycić jak najwięcej przejawów zwyczajności, żeby odbiorcy mogli dokonywać porównań z minionymi czasami (i przez to lepiej zrozumieć obraz PRL-u, który powraca we wspomnieniach starszego pokolenia czy filmach). Zajmuje się polityką (w tym między innymi planami, „reformami niereformowalnego ustroju” czy marcem 1968). Pisze o kobietach, dzieciach czy kościele. Zajmuje się tematem pracy (i bezrobocia w PRL-u), nałogami (papierosami i alkoholem) czy kwestiami społecznymi typowymi dla tamtego okresu (bikiniarze i komitety kolejkowe). Ślady kultury i rozrywki przemyca dzięki festiwalom piosenki. Trafiły do tomu pochody pierwszomajowe i cenzura, temat milicji i odbudowywania Warszawy. Zakres zagadnień jest więc dość szeroki, a przy tym związany z codziennością zwykłych ludzi. Kienzler nie daje się uwieść fenomenowi PRL-u czy modzie na ten okres: stara się rzetelnie przygotowywać kolejne obrazki i w ten sposób wyjaśnić mentalność ludzi i późniejsze sentymenty. Nie zmusza do polubienia PRL-u, za to pokazuje, co w przeszłości było oryginalne i nie do pomyślenia dla dzisiejszych młodych odbiorców. Cała książka skonstruowana została tak, żeby budzić ciekawość – autorka pozwala zagłębić się w minioną rzeczywistość i robi to z wprawą.

Nieodłącznym motywem mówienia dzisiaj o PRL-u jest humor. I Iwona Kienzler także z niego korzysta. Narrację przerywają co pewien czas wyodrębnione kursywą najbardziej popularne dowcipy czy reakcje satyryków na kolejne absurdy. Kienzler także czasami odwołuje się do pomysłów prześmiewców. Znajduje przy tym złoty środek – nie omawia kawałów i nie odtwarza na ich podstawie rzeczywistych nastrojów społeczeństwa, pozwala za to, żeby czytelnicy sami wyciągali wnioski z przejawów humoru. W ten sposób udaje się autorce bezboleśnie połączyć rozpoznawalne niemal przez wszystkich ślady komizmu i prozę życia. Dowcipy są tu nie do przecenienia, pełnią funkcję ilustracyjną i rozrywkową, stanowią oddolny komentarz do decyzji władz i przypominają atmosferę czasów, w których śmiech był dla zwykłych ludzi wentylem bezpieczeństwa.

„Życie w PRL” to książka, która będzie podobać się czytelnikom ze względu na udane połączenie „beletrystycznego” stylu narracji z analizą źródeł. Autorka wie, jak prowadzić opowieść, żeby zatrzymać przy sobie odbiorców. Przy okazji też dementuje plotki, wyjaśnia zagadki i nawiązuje do anegdot. Dzięki temu „Życie w PRL” to książka barwna, jakby na przekór przekonaniom o szarej codzienności w tym okresie. Kienzler nie daje się zwieść pozorom, ale utrzymuje lekki ton nawet wtedy, gdy odwołuje się do wiadomości historyczno-politycznych. „Życie w PRL” to tom gęsty od danych i faktów przekazywanych w przystępny sposób. To publikacja niepozbawiona dowcipu, ale przede wszystkim ciekawie przygotowana.