* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni Kroh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni Kroh. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 czerwca 2023

Antoni Kroh: Anioł śmierci z kilku stron

Iskry, Warszawa 2023.

Rozstania

Antoni Kroh postanawia stworzyć książkę wyłamującą się ze schematów. Chociaż coraz częściej przychodzą do niego refleksje o przemijaniu, zauważa, że otoczenie nie akceptuje refleksji funeralnych, zwłaszcza w wykonaniu kogoś w słusznym wieku, zupełnie jakby słowa miały moc sprawczą i mogły przyspieszyć śmierć. Na przekór przerażaniu ogółu i zabranianiu starszym osobom mówienia o śmierci sprawdza, jak powracające u niego refleksje unkcjonowały w kulturze ludowej. W efekcie powstaje "Anioł śmierci z kilku stron", publikacja nietypowa i komiczna mimo zapowiedzi przygnębiającego większość tematu. Antoni Kroh postanawia przyjrzeć się temu, jak temat odchodzenia funkcjonował zwłaszcza w twórczości naiwnej. Jako etnograf i miłośnik literatury dawnej, jako człowiek, który przesiąknął cytatami o śmiesznej śmierci dzieli się z odbiorcami szeregiem przemyśleń i komentarzy. Zabiera wszystkich w podróż przez wieki i przez zapomniane fragmenty kultury. Sprawdza, jak społeczeństwo w różnych czasach radziło sobie z oswajaniem lęku przed śmiercią, przywołuje przyśpiewki ludowe, żarty i anegdoty funkcjonujące przede wszystkim w lokalnych społecznościach. Wybiera co smaczniejsze fragmenty tekstów, żeby przypomnieć odbiorcom, że zagadnienie umierania zawsze wiązało się z rozmaitymi przejawami kreatywności, które to przejawy niejednokrotnie zaskakiwały nie tylko badaczy. W połączeniu z ironią samego autora i umiejętnością odpowiedniego podsumowywania zgromadzonych danych zapewnia to mieszankę, która rozbawi nawet największych sceptyków. Inteligentne żarty i nietuzinkowe pomysły twórców kultury ludowej w obłaskawianiu śmierci to motywy przyciągające do wyjątkowego tomu.

"Anioł śmierci z kilku stron" to książka, która składa się z różnych opowieści wrzucanych do jednego worka i porządkowanych zaledwie pobieżnie, tak, żeby zapewnić przyjemność lekturową czytelnikom. Antoni Kroh wie, jak konstruować puenty i jak przenosić komizm w opowieściach. Nie planuje stworzenia monografii tematu śmierci w kulturze ludowej, może zatem podchodzić do tego zagadnienia z dużą swobodą i radością odkrywcy, a jednocześnie - fascynować odbiorców terenami do przeanalizowania. Od czasu do czasu może przy okazji zdradzić się z kilkoma poglądami na sprawy językowe i nie tylko. Dzieli się z czytelnikami swoimi przeżyciami w roli etnografa, sytuacjami, które nie zmieściłyby się w standardowej biografii, ale idealnie nadają się do opowiadania znajomym. Bo tak właśnie autor odbiorców traktuje: jak dobrych znajomych, którym należy się trochę wyjaśnień. A że może przy okazji rozwiać wątpliwości co do własnego podejścia do tematów eschatologicznych i funeralnych - tym lepiej.

Chociaż tytuł raczej nikomu nie skojarzy się nadmiernie radośnie, książka dostarcza sporo śmiechu. Napisana lekko i gawędziarsko ucieszy poszukiwaczy smakowitych ciekawostek, pozwoli też uważniej przyjrzeć się zapomnianym dzisiaj lub celowo wykluczanym z dyskursu publicznego motywom. Autor zapewnia czytelnikom nie tylko garść refleksji na temat pogodzenia się z losem - odwołuje się do warsztatu badacza kultur ludowych i daje szansę na ciekawe odkrycia. Pozornie ta książka to błahostka, zabawa tekstowo-memuarowa - a jednak ma ogromne znaczenie w dzisiejszym świecie, świecie, który wyklucza mówienie o śmierci i zabobonnie odsuwa je zwłaszcza od przedstawicieli najstarszego pokolenia. Antoni Kroh droczy się ze wszystkimi, którzy najchętniej zmusiliby go do deklarowania wiary w nieśmiertelność. I daje im potężną nauczkę.

piątek, 27 maja 2022

Antoni Kroh: To jest zjawisko, i na to nie ma rady

Iskry, Warszawa 2022.

Wspomnienia bez łez

Takie historie nadają się na anegdoty do przedstawiania podczas spotkań autorskich i znikają razem z ludźmi, którzy je opowiadali. Ale Antoni Kroh może przynajmniej część ocalić, zamieszczając je w sporym memuarowym tomie "To jest zjawisko, i na to nie ma rady". Autor przedstawia tu w drobiazgach i ulotnych chwilach swoją współpracę i przyjaźń z Barbarą Magierową. Nieżyjąca już artystka - zwana po prostu Basią - zasługuje na tego typu upamiętnienie. Jako towarzyszka prac badawczych zapewnia inteligentne poczucie humoru i szansę na wartościowe, głębokie i erudycyjne rozmowy. Reaguje błyskawicznie, wychwytuje aluzje literackie i puenty, potrafi zjednać sobie urzędników i pracowników muzeów z czasu PRL-u. Kiedy trzeba - sięga po plotki i zabawia miejscowych. Innym razem udowadnia, że ma wyczucie sztuki i że potrafi dokonywać rzeczy niemożliwych. Tworzy grafiki olśniewające i pracochłonne, zawsze dopasowując je do konkretnego tematu i okoliczności. Basia to zjawisko, które Antoni Kroh podziwia - i które bardzo ceni. Opowiada autor w tej książce o tworzeniu wystaw w PRL-u i o gromadzeniu materiałów do kolejnych książek. Podkreśla przy tym rolę Basi i jej wkład w efekty prac. Jednak nie zamierza porządkować przeszłości i analizować kolejno osiągnięć. Tworzy raczej dowcipny i autorski przypis do własnych działań: uzupełnienie życiorysu, a nie jego fragment. Stałym elementem książki okazują się zatem wyjazdy do małych miejscowości i spotkania z ludźmi, których mentalność zaskakuje. Często trzeba sprytu albo sposobu, żeby przekonać nieprzekonanych, osiągnąć swój cel i nie zamknąć sobie drogi do potrzebnych eksponatów. Basia potrafi wychwytywać ironię i wyczulona jest na rozmaite przejawy głupoty, wie, jak je skomentować, żeby nie wpadać w tony niskiego humoru. Z klasą i talentem puentuje kolejne zjawiska i odkrycia, bezustannie zaskakując swojego kompana. Antoni Kroh unika wprawdzie stawiania Basi na piedestale - jednak z rzucanych przez niego uwag wyłania się obraz kobiety niezwykłej. Z Basią nie można się nudzić: to ona wpada na rozwiązania, które innym nie przyszłyby do głowy, to ona zapewnia wyzwania intelektualne. Kiedy poświęca się pracy - nie ma dla niej nic ważniejszego. I tak od anegdoty do anegdoty, od spotkania do spotkania Antoni Kroh buduje charakterystykę lekką i ciekawą. Odbiorcy szybko przekonają się, z jak wyjątkową postacią mają do czynienia, poznają kulisy tworzenia kilku zaledwie publikacji i większej liczby wystaw (o których niewielu dzisiaj raczej pamięta). Najczęściej jednak będą się uśmiechać nad pomysłami Basi i nad jej podejściem do życia. Antoni Kroh nie wnika w sprawy osobiste, nie interesują go żadne szczegóły z biografii wykraczające poza temat wspólnej pracy - tworzy wizerunek Basi z wyczuciem i tak, by trafić do wymagających czytelników. Nie potrzebuje utrwalać wszystkich wydarzeń, skupia się na tych, które najłatwiej pominąć w naukowych opracowaniach. Funduje odbiorcom opowieść osobistą i wypełnioną uśmiechami, cenną także przez swoją efemeryczność. Basię wplata do relacji w najładniejszy możliwy sposób. Do tego dodaje szereg ilustracji - bez nich ta relacja nie mogłaby istnieć. Jest to pożegnanie - ale bez łez i żalu, idealnie dopasowane do bohaterki książki.

środa, 24 lipca 2019

Barbara Magierowa, Antoni Kroh: Z polskiego na nasze, czyli prywatny leksykon współczesnej polszczyzny

Iskry, Warszawa 2019.

Kolekcja

Całe dekady zbierania, nasłuchiwania, czytania, sprawdzania i objaśniania. Całe dekady przygotowywania fiszek z zachwycającymi albo wtopionymi w język frazami. Efektem pracy dwóch pokoleń jest monumentalny tom „Z polskiego na nasze, czyli prywatny leksykon współczesnej polszczyzny” przygotowany przez Antoniego Kroha i Barbarę Magierową. Lektura niezwykła, bo niewiele jest „słowników”, przy których można się raz zastanowić, a raz uśmiać do łez. Wykorzystane tu zostały przeróżne źródła: materiały prasowe, ale i język ulicy – opracowanie pozwala docenić archiwizacyjną pracę i zastanowić się nad tym, co z naszych czasów zostanie uznane kiedyś za warte uwagi. Bo chociaż „Z polskiego na nasze” sięga początków XXI wieku, najmłodsze językowe odkrycia nie są zbyt obficie reprezentowane.

Książka jest podzielona ze względu na ramy czasowe (rozpoczyna się po drugiej wojnie światowej i prowadzi do 2014 roku), ale w obrębie poszczególnych części istnieją jeszcze podrozdziały tematyczne, zagadnienia, które pozwalają chociaż trochę uporządkować wiadomości. Oznacza to, że chociaż łatwiej będzie się czytać tom linearnie, znacznie trudniej byłoby z niego korzystać jak z typowego leksykonu. Inna rzecz, że właśnie do uważnej lektury całości został przygotowany i nie ma się co łudzić: kto raz wpadnie w wir językowych opowieści, ten będzie chciał prześledzić wszystko, bez względu na to, ile czasu mu zajmie taka podróż. W małych fragmentach hasła zostały już poukładane alfabetycznie (i zdarza się, że podobne powracają w różnych punktach tomu, niosąc ze sobą różne treści). Wyróżnione jest słowo albo zwrot – o brzmieniu neutralnym lub kompletnie absurdalnym. W pierwszym przypadku odbiorcy chcą się przekonać, dlaczego trafiło do leksykonu, w drugim – szukają wyjaśnienia. Przygotowane zostało krótkie objaśnienie, zawierające czasami definicję, czasami przykład użycia, czasami po prostu cytat, z którego autorzy wyłuskali intrygujący motyw. I to w dużej części książki oznacza powrót do anegdot, żartów lub walki z nowomową. Źródła cytatów to nie tylko dokumenty czy zachowane relacje, zdarza się, że odnotowywane są wypowiedzi pijaczków albo obiegowe żarty. Nigdy nie wiadomo, czy hasło zostanie potraktowane poważnie czy prześmiewczo – to zależy od tego, jaką funkcję pełniło. Kroh i Magierowa pozwalają czytelnikom dobrze się bawić, ale też pokazują urok polszczyzny podlegającej rozmaitym metamorfozom.

Zakodowany jest w tej książce spory kawałek historii i obyczajowości. Widać na przytoczonych przykładach, jak społeczeństwo próbowało walczyć z nieakceptowanymi sytuacjami i jak reagowało na narzucane rozwiązania, widać, jak kreatywnie podchodzili ludzie do tego, co ich spotykało. Tematyczny i treściowy zakres tomu zachwyca: nie można się tą lekturą zmęczyć. Język okazuje się bardzo plastyczny i przydatny do rozbijania patosu, czasami jest śmieszny sam w sobie, a czasami czytelnikom do śmiechu nie będzie, kiedy otrzymają wyimek z mniej wesołej rzeczywistości. Motywy z języka po 1989 roku są potraktowane mniej starannie, jakby autorzy czekali aż da się wyłuskać charakterystyczne zjawiska z perspektywy czasu. Jest książka „Z polskiego na nasze” cennym prezentem dla tych wszystkich, którzy lubią śledzić przemiany językowe i cieszyć się bogactwem znaczeń czy możliwości satyrycznych w odpowiedzi na zaskakującą rzeczywistość.

niedziela, 27 listopada 2016

Antoni Kroh: Za tamtą górą

Iskry, Warszawa 2016.

O kulturę

Trochę ponad dwie dekady doświadczeń Łemków – w drugiej połowie XX wieku – opisuje Antoni Kroh w tomie „Za tamtą górą”, a sprawi przez to, że tematem zainteresują się nawet kompletnie przypadkowi odbiorcy. Tę publikację mocno się przeżywa, zarówno w gorzkich momentach, jak i w tych najśmieszniejszych, bo i takich nie brakuje. Ale przede wszystkim Kroh zajmuje się motywem ojczyzny, poczucia wspólnoty, kultury, tradycji czy tożsamości narodowej. Do Łemków odnosi się z wielką sympatią, znajduje też miejsce na krytykę tych, którzy niszczą indywidualizm tej grupy ludzi. Antoni Kroh trochę działa jak badacz, walczy o ocalenie wiedzy i pamięci o co barwniejszych postaciach – a trochę funkcjonuje jak przyjaciel Łemków, człowiek zafascynowany tym regionem. Oczywiście ta druga postawa kłóci się z tą pierwszą – ale w tomie wydanym przez Iskry udaje się je zestawić dzięki przeplataniu faktów osobistymi wspomnieniami i uwagami na tematy „pozapodręcznikowe”, niemieszczące się zwykle w sferze zainteresowań uczuciowych. Antoni Kroh nie boi się uczuć, ujawnia je bez oporów i ze świadomością, że tylko tak zaangażuje czytelników w omawiane sprawy. A to zaangażowanie jest potrzebne, nawet nie po to, by zająć stanowisko w sprawie Łemków, ale żeby umieć oceniać pojawiające się w mediach informacje, pojąć tych, którzy walczą o zachowanie tradycji i zwyczajów.

Historia Łemków obfituje w dramaty i o ciemnych stronach przeszłości Antoni Kroh opowiada. Traktuje je jako niezbędną bazę dla czytelników, zbiór danych, bez których nie da się zrozumieć sensu przywiązania do małej ojczyzny, ani – książkowej relacji o subiektywnym wydźwięku. Kroh ubolewa nad ogromem zniszczeń, nad decyzjami politycznymi prowadzącymi do usuwania tego, co indywidualne (właściwe dla regionu i cenne nie tylko z punktu widzenia etnografów), wylicza kolejne metody prześladowań i wyrazy lekceważenia dla lokalnej kultury. „Za tamtą górą” mieści w sobie wiele żalu – a przecież Kroh nie jest Łemkiem, mało tego, jak sam przyznaje, na początku nie zamierzał nawet zajmować się takim zagadnieniem – ale stał się miłośnikiem tej mniejszości i postarał się dobrze ją poznać. Skoro zatem zapewnia spojrzenie z zewnątrz, łatwiej mu dotrzeć do odbiorców. Na tyle też zagłębił się w kwestię Łemków, że może rzeczowo i z wyczuciem o nich opowiadać.

Obok motywu historycznych krzywd Kroh zabiera się do charakteryzowania lokalnej twórczości, spotkań, wydarzeń ważnych dla społeczeństwa. Sięga dla równowagi po obrazki krzepiące: tu katolicki ksiądz zabiera się za odbudowywanie kolejnych cerkwi, a na Watry ściągają tysiące miłośników Łemkowszczyzny. Autor zagląda do prasy Łemków, przytacza co ciekawsze fakty czy fragmenty artykułów, gromadzi żarty z rysunków satyrycznych. Przedstawia prawdziwych Łemków, ale znajduje też trochę miejsca dla tych, którzy robią coś dla regionu. Potrafi segregować dostępny materiał: czasem koryguje błędy, czasem w ogóle sugeruje, by pewnych rzeczy nie czytać. Staje się przewodnikiem po kulturze, ale i – przy okazji – po bibliografii. Przytacza cytaty w oryginale (bywa, że i w wersji odautorskiej, bez poprawek nadgorliwych redaktorów) – ale zależy mu przede wszystkim na szczerości przekazu i prawdzie. Odrzuca to, co płytkie, oparte na przelotnej modzie czy chęci łatwego wybicia się, przygotowywane pod publiczkę. Kroh poznaje region przez mieszkańców – zawiera fantastyczne przyjaźnie i jest w stanie z całą delikatnością scharakteryzować swoich rozmówców. Tak, że odbiorcy bez trudu pojmą nie tylko postawy, ale i wartość zdobywanych tak wiadomości. Autor pozwala niemal zaprzyjaźnić się z sobie bliskimi przedstawicielami Łemków (lub znawcami tamtejszej kultury).

Mimo wagi tematu i ogólnej, dość przejmującej, wymowy tomu, Kroh znajduje miejsce – dużo miejsca – na rozrywkę. Bardzo chętnie odnotowuje rozmaite absurdy, puenty w dialogach lub w sytuacjach podsuwanych przez życie. Bywa, że to śmiech przez łzy, ale często zależy autorowi po prostu na podzieleniu się smakowitą anegdotą. Gromadzi ich sporo – i zapewnia w ten sposób wyrazisty przerywnik poważnych spraw. Warto też podkreślić, że Antoni Kroh w dalszym ciągu pisze pięknie: ze starannie przemyślanymi punktami kulminacyjnymi, z typowym dla siebie rytmem prozy, swobodnie, ale bez męczących dygresji, z humorem, a bez podlizywania się czytelnikom. Swoją relację ozdabia licznymi zdjęciami, które też lepiej niż kiedykolwiek pokazują niszczenie kultury. W opowieści o Łemkach nie ma miejsca na półtony, konstrukcja książki sprawia, że odbiorcy zyskują uporządkowane wiadomości wzbogacane jeszcze o prywatne uwagi autora. To pozycja ciekawa ze względów badawczych i reportażowych, nie tylko dla zaangażowanych w temat.

czwartek, 11 grudnia 2014

Antoni Kroh: Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa

Iskry, Warszawa 2014.

Artyści ludowi

Razem z Antonim Krohem przemierza się w tomie „Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa” te miejsca, w których sztuka naiwna święci triumfy. Przewrotny tytuł nie oznacza bowiem tylko podróży w czasie, a wyprawy w przestrzeni – do malutkich mieścin i wiosek. Tam autor odnajduje najlepszych twórców sztuki ludowej, chłopskich artystów niezmanierowanych modami czy sławą – i przedstawia ich szerokiemu gronu odbiorców, przypominając jednocześnie, jak sztuka ta wymykała się wszelkim kodyfikacjom i próbom stworzenia kanonu.

Naiwne malowidła, „chrystusiki”, przydrożne kapliczki, rzeźby na nagrobkach – to, co traktowane jak folklor, rzadko budzi głębsze zainteresowanie szerokiego grona odbiorców. Kroh opowiada o próbach ocalenia sztuki ludowej, o pomocy dla artystów, o konkursach i stypendiach – ale też i o utrudnieniach, które pojawiają się z chwilą układania regulaminów. Stara się pokazać migotliwość definicji sztuki ludowej i walkę z biurokracją, tak, by wsparcie trafiało do prawdziwych artystów, a nie do kombinatorów. Przemierza kraj w poszukiwaniu samorodnych talentów i odnajduje prawdziwą galerię oryginałów, którzy wśród sąsiadów nie znaleźliby uznania. Kroh znakomicie bawi się tematem – żartuje sobie nawet z tego, jak oceniać wartość sztuki naiwnej. A to dopiero początek.

„Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa” to książka, która przybliża sylwetki twórców mało znanych. Antoni Kroh dba o to, by wyjaśnić ich wkład w kulturę ludową, pokazać cechy stylu czy surowe piękno prac. Może i nie namawia do zachwytów, ale nie pozostawia wątpliwości, co i dlaczego jest dziełem sztuki. Nawet, gdy delikatnie kpi sobie z efektów twórczych działań, pozostaje dobrodusznym opiekunem artystów. Rozważania na temat ich dzieł to jedno. Kroh przybliża też ich życiorysy, zwłaszcza wszelkiego rodzaju odstępstwa od społecznych norm. Część ludowych twórców dotknięta jest chorobami umysłowymi, niektórzy są głuchoniemi, inni posługują się tylko własnym, mocno ograniczonym językiem. Ktoś cierpi na rozmaite urojenia, wielu artystów nigdy nie nauczyła się czytać ani pisać. Takie biograficzne szczegóły Kroh przytacza nie dla wyśmiania twórców (których bardzo ceni), a dla pokazania przeszkód, z którymi musieli się borykać.

Tom nie jest wyłącznie prezentacją artystów chłopskich. To rodzaj pamiętnika – Kroh relacjonuje tu swoje przygody etnografa, przytacza anegdoty z kolejnych wyjazdów i walkę w obronie lokalnych twórców. Zależy mu na ocaleniu indywidualności, ale też na pokazaniu, w jakich warunkach kolejni prawdziwi artyści rozwijali swój talent. Momentami wydaje się niemal, że zabawnymi i plotkarskimi historyjkami chce przekonać do siebie zwykłych odbiorców, tak, żeby przełożyło się to na uznanie dla sztuki ludowej.

Antoni Kroh pisze – jak zwykle – z ogromnym poczuciem humoru. W przyciąganiu uwagi czytelników bardzo pomaga mu nawet nie tyle dogłębna znajomość tematu, co osobisty ton zapisków. Lekki dystans pozwala podkreślać wagę mądrości ludowych, a gawędziarski ton zmusza do pochylenia się nad dziełami ludzi prostych. Kroh potrafi oddzielić autentyczną sztukę od cepeliady, ale nie zmusza nikogo do zachwytów nad wyrobami chłopów. Do lokalnych artystów podchodzi z powagą, za to bez patosu. Opowiada o traktowaniu artystów chłopskich w czasach PRL-u i zestawia ich prace z późniejszym zalewem komercji (widać to zwłaszcza na licznych zdjęciach). Antoni Kroh dostarcza tym razem lektury bardzo oryginalnej ze względu na mało znany temat, ale jak zwykle bardzo atrakcyjnej i humorystycznej, prywatnej prawie – mimo popularnonaukowego charakteru.

środa, 14 lipca 2010

Antoni Kroh: Starorzecza

Iskry, Warszawa 2010.

Stare rzeczy

Są rody, które dbają o zachowanie pamięci o przeszłości, są jednostki, które pasjonuje najbliższa historia. Antoni Kroh uwielbiał wysłuchiwać opowieści bliskich, gromadził anegdoty i starał się utrwalić doświadczenia swoje i swojej rodziny w dużej, lecz mimo to spójnej, gawędzie. „Starorzecza” to zestaw prywatnych wynurzeń, opatrzony rzeczowym i sensownym komentarzem, subiektywny przewodnik po tym, co autorowi udało się ocalić dla pamięci potomnych. Czytelnikom, którzy lubują się we wspomnieniach, monumentalna publikacja Iskier musi przypaść do gustu.

Zaczyna Antoni Kroh chronologicznie, od czasów swojego dzieciństwa, przypadającego na koniec drugiej wojny światowej i lata tużpowojenne, ale stroni od typowych pułapek autobiograficznych pozycji, zamiast standardowego przytaczania faktów woli skupiać się na doznaniach, migawkach i… regułach organizujących zabawy maluchów. W większości poważnych memuarów podwórkowy kodeks honorowy schodzi na dalszy plan. W „Starorzeczach” jednak to liczy się znacznie bardziej niż rejestrowane w życiorysach suche informacje. Antoni Kroh wprowadza odbiorców w opowieść barwną i bogatą, od początku kusi i zachęca do śledzenia losów prezentowanych postaci, a przy tym próbuje się przedstawić jako kronikarz – świadczą o tym, przynajmniej na otwarciu książki, liczne nagromadzenia przytaczanych przykładów. Wtrąca tu Kroh – zapewne nieświadomie – poetykę plotki, opowiada na zasadzie „pewna pani… jeden pan” – co, jak łatwo się domyślić, sprawia, że książkę czyta się jeszcze lepiej, chociaż wielbiciele dokumentów będą zapewne zgrzytać zębami.

Kroh dobrze wie, jak przyciągnąć do lektury czytelników. Nie nudzi i nie komentuje spraw drażliwych, za to wrzuca do opowieści mnóstwo zabawnych anegdot. Humorystyczne scenki stanowią prawdziwą siłę „Starorzeczy” – niemal na każdej stronie znajdzie się coś do śmiechu, a cały tom nabiera dzięki temu lekkości. Na szczęście, bo Antoni Kroh ma skłonność do wpadania w tony sentymentalne czy patetyczne, widać to w ograniczanych do minimum, ale i tak niczym refren powracających, drobnych podsumowaniach opisywanych sytuacji. Dystans, jaki zapewniają żarciki i anegdoty, chroni przed patosem i nieznośną stanowczością doświadczonego człowieka.

Owszem, są i tu sprawy, które jednych odbiorców uwiodą, innym nakażą przerzucać po kilka stron – do znalezienia ciekawszego tematu – to przede wszystkim wątki polityczne. Wiele razy Kroh w „Starorzeczach” sięga do rodzinnego archiwum, namawia krewnych do spisywania wspomnień i wprowadza do swojej książki obszerne cytaty – w ten sposób nadaje historii jeszcze posmaku polifoniczności. Przy okazji można się przekonać o lekkości pióra autora.

Kroh dzieli opowieść na tematyczne rozdziały, w podtytułach umieszczane są hasła-zagadki, zachęcające do czytania, ciekawe i dowcipne. Ale cała historia spisana została atrakcyjnym dla odbiorców językiem, pięknym i barwnym, staranna polszczyzna łączy się tu z językiem potocznym, potoczysta mowa – ze stylem literackim. Patronuje tej historii Henryk Rzewuski, ale wpisuje się Antoni Kroh w cały cykl pamiętników, zapoczątkowany przez Jana Chryzostoma Paska. Chociaż autor przedstawia czasy po II wojnie światowej, opowiada o nich z iście przedwojenną galanterią – i z serdecznością, której w wielu tomach dziś publikowanych próżno by szukać.

Bliscy autora bardzo szybko zdobędą sympatię i uznanie czytających – Antoni Kroh unieśmiertelnił swoją rodzinę na kartach książki, która szybko zjedna sobie szerokie rzesze fanów – chociaż to akurat określenie do amatorów „Starorzeczy” niekoniecznie pasuje. W sporej ilości pamiętników nastawienie na osobiste doświadczenia przesłania radość odbioru. Kroh nigdy nie traci z oczu czytelników, pisze tak, by jak najwięcej osób mogło odczuwać przyjemność płynącą z lektury.