* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 6 lipca 2013

Holly Webb: Tabi uczy się czarów

Znak, Kraków 2013.

Mówiące zwierzęta

Holly Webb jeszcze raz próbuje skusić najmłodszych serią minipowieści o zwierzętach, które potrafią czarować. Tym razem cykl „Animal Magic” zamyka się w siedmiu tomach i może ucieszyć kilkulatki na nieco dłużej – historyjki są bardziej skondensowane, a fabuła odrobinę bardziej skomplikowana niż w „Magic Molly”, wielowarstwowa i niepozbawiona emocji. Inicjuje tę serię książka „Tabi uczy się czarów”: poza sygnalizowanym w tytule i okładkowym zdjęciu kociaka zagadnieniem trzeba tu również przedstawić bohaterów – co trwa dość długo i bardzo szybko wciągnie maluchy.

Jedenastoletnia Lotka trafia do domu wujka, który prowadzi sklep zoologiczny. Lotka nie ma tu żadnych znajomych, dzieci jej dokuczają, a ze starszym kuzynem nawet nie szuka porozumienia. Jest zła na cały świat, bo jej mama wyjechała do pracy do Paryża. Pobyt w angielskim miasteczku zapowiadałby się naprawdę nudno, gdyby nie fakt, że zwierzęta w sklepie wujka potrafią mówić. Z początku ukrywają to przed Lotką, ale potem… potem zaczyna się prawdziwa przygoda.

Wszystkie zwierzęta w sklepie są zaczarowane i wszystkie potrafią mówić. Holly Webb obdarza je niepospolitymi charakterami – słodkie kotki okazują się bardzo złośliwe i nieprzyjemne, myszy są rezolutne i zabawne, a jamniczka, która zaprzyjaźnia się z Lotką, to prawdziwa arystokratka. W takim zwierzyńcu wszystko staje na głowie i naprawdę nic dziwnego, że bohaterka przestaje mieć czas na użalanie się nad sobą. Co więcej – nawet jej codzienne problemy z aklimatyzacją i nieprzyjemnymi koleżankami schodzą na dalszy plan w obliczu kolejnych wydarzeń ze sklepu. Mówiące zwierzęta skutecznie odwracają uwagę od największych lęków, a do tego czasem potrafią nieść rzeczową pomoc. Lotka nie będzie się już czuła samotna czy opuszczona. Może przy tym dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie.

Holly Webb wykorzystuje sprawdzone mechanizmy dla stworzenia książeczki bardziej dojrzałej niż w cyklu „Magic Molly”. Eksponuje tu rzeczywiste zmartwienia dzieci (emigracja zarobkowa rodziców, szykany ze strony kolegów), każe im mierzyć się ze strachem, ale i sporymi wyzwaniami. Otwiera na nowe przygody i uwrażliwia na los zwierząt: Lotka ratuje Tabi i pomaga jej odnaleźć się w nowej sytuacji, przez co może z dystansem spojrzeć na własne zmartwienia. Bohaterka nie musi też tęsknić za własnym zwierzakiem, skoro na co dzień ma kontakt ze wszystkimi stworzeniami ze sklepu: wzmacnia się więc intensywność różnorodnych uczuć, autorka nie przesładza fabuły, bo nie wszystkie futrzaki dają się lubić, gdy zna się ich postępki.

Atutem powieści „Tabi uczy się czarów” jest humor. Widać go zwłaszcza w kreacjach zwierzęcych bohaterów – często mądrzejszych i sprytniejszych od ludzi. Holly Webb ma mnóstwo atrakcyjnych dla małych odbiorców pomysłów i zgrabnie posługuje się ironią. Podczas lektury dzieci nie tylko dowiedzą się, jak traktować zwierzęta (to przesłanie ładnie wtopione w tekst), ale też będą śmiać się w głos z postaw myszek czy papugi. W zaczarowanym świecie Lotki wyobraźnia miesza się z rzeczywistością, na szczęście proporcje są tak wyważone, by poza rozrywką czytelnicy otrzymali też cenną lekcję. Wabikiem serii będą małe zwierzątka – ale historie o Lotce są również połączeniem naprawdę udanej narracji z zagadnieniami istotnymi dla maluchów. „Tabi uczy się czarów” to pełnowartościowa minipowieść dla kilkulatków.

piątek, 5 lipca 2013

Gemma Malley: Jutro

Wilga, Warszawa 2013.

Życie czy śmierć

Apokaliptyczna wizja świata z „Deklaracji” kondensuje się w ostatnim tomie serii. Ludzie odkryli lek na długowieczność, triumf nad śmiercią zaowocował koniecznością wprowadzenia prawa do życia. Nadmiary, czyli narodzeni wbrew regułom, stworzyli buntownicze Podziemie, by nie dać się zniszczyć. Taki jest punkt wyjścia powieści „Jutro” Gemmy Malley. W sztucznym świecie ze skopiowaną formułą lekarstwa na nieśmiertelność zaczynają jednak umierać ludzie. Władze próbują zrzucić odpowiedzialność na i tak już znienawidzonych przez społeczeństwo wywrotowców z Podziemia, a jednocześnie trwają badania nad tajemniczym wirusem, który sprawia, że ludzie wysychają i błyskawicznie umierają. W egzystencję wkrada się chaos i panika, a część znanych już z poprzednich tomów bohaterów musi wybierać między indywidualnym rodzinnym szczęściem a dobrem całego świata.

Gemma Malley od początku „Jutra” porusza temat, który rzadko pojawia się w takim stężeniu w młodzieżowych historiach: od pierwszych stron mocno akcentuje motyw śmierci. Pokazała już, czym grozi potęga nieśmiertelności, rozwiała złudzenia co do bezinteresownej dobroci. Oddalenie lęku przed śmiercią, zamiast przynieść ulgę, stało się źródłem nowych, znacznie potężniejszych problemów. Nawet te jednostki, którym udało się cierpienia przekuć na spokojną egzystencję z dala od wielkiej polityki, nie mogą czuć się bezpiecznie w świecie budowanym na kruchych podstawach. Zwłaszcza że nikt nie potrafi zrozumieć, skąd bierze się umieranie w rzeczywistości, która już dawno o śmierci zapomniała.

Wielki koncern Pincent Pharma produkuje długowieczność, chociaż właściwy sekret recepty zaginął dawno temu. Najwyraźniej brakuje ważnego składnika, bo lek przestaje działać. Łatwo oskarżyć o sabotaż wrogów systemu, zamiast walczyć z nieistniejącym przeciwnikiem – przynajmniej ze względu na społeczeństwo. Jednak nikt nie zazna spokoju, kiedy w tajemniczych okolicznościach umierają kolejni niewinni ludzie. Gemma Malley i w tej książce operuje strachem oraz silnymi emocjami negatywnymi, stawia bohaterów przed trudnymi wyborami i właściwie nie obiecuje szczęścia. Operuje psychologią – zarówno od strony władzy, bo rządzący bez problemu przewidują zachowania i postawy tłumu i dopasowują do tego swoje kroki, jak i od strony jednostek, skazanych na egzystencję niezgodną z ich własnymi zasadami. W obliczu katastrofy – czy też szeregu katastrof – autorka może zadać pytanie o dobro najwyższe, o prawdziwą motywację ludzkich działań. Operuje wielkimi hasłami: czy ważniejsza jest obietnica nieśmiertelności, wychowanie młodszych pokoleń, miłość, patriotyzm czy może poczucie władzy. Nie dzieli świata na kraje i kultury, funkcjonują tu jedynie dwa wrogie środowiska, uzależnione od jednego dyktatora. W takim uproszczeniu lepiej widać niuanse baśniowych pragnień, a i najskrytsze lęki ludzi. W „Jutrze” nadzieja na przedłużanie życia w nieskończoność odsłania swoje słabe punkty. Świat, który przywołuje Malley, nie jest ani trochę krzepiący.

Operacje na czasie, życiu i śmierci nie są w literaturze czymś nowym. U Malley jednak technologia przegrywa z prawami natury, a taki wynik pojedynku oznacza, że autorka nie musi już szukać dodatkowych uzasadnień dla swoich racji. Pokazuje za to odbiorcom konsekwencje braku długoterminowych prognoz i realizowania bezczelnych zachcianek. W mrocznej opowieści znajduje miejsce na obrazki wywołujące tęsknotę za zwyczajnością, ponure wizje powinny dać młodym czytelnikom sporo do myślenia. W „Jutrze” okazuje się, co jest ważniejsze – życie czy śmierć. Filozoficzne wnioski zostały natomiast zawarte w sensacyjnej i kipiącej od silnych wzburzeń akcji.

czwartek, 4 lipca 2013

Marta Osa: Owce, barany i gminne szykany

Zysk i S-ka, Poznań 2013.

Skarby

W drugiej historii o przygodach Oli Marta Osa wyraźnie uspokaja się w narracji. Dalej wlewa w swoją bohaterkę hektolitry alkoholu i dalej manifestuje jej niechęć do kleru, ale nie robi tego już tak nachalnie jak poprzednio. Nie musi się już bowiem zatrzymywać nad próbami ułożenia sobie przez Olę życia. Kobieta osiągnęła w miarę stabilne szczęście i teraz może pomagać innym, na przykład bibliotekarce Luci. Na skutek partyjnych zawirowań Lucia traci posadę i zostaje odsunięta od tego, co najbardziej kochała – od pracy z dziećmi. W trudnych chwilach przydaje się Luci wsparcie Oli oraz miejscowego starego i poczciwego księdza, gustującego czasem w mocniejszych trunkach. Lucia najpierw walczy o dom, na który chrapkę mają miejscowi włodarze, a potem odkrywa mroczną tajemnicę z dawnych lat – i tu dopiero przyda się pomoc życzliwych przyjaciół. Tymczasem w tle toczą się mało przyjemne rozgrywki – złośliwe plotki, obmowy czy szykany pracowników. Na szczęście Ola nie przejmuje się drobnostkami, dodaje energii przyjaciółce i znajduje niekonwencjonalne sposoby rozwiązywania problemów.

Marta Osa lepiej czuje się w powieściach o posmaku przygodowo-kryminalnym, nawet jeśli motyw skarbu i zbrodni z przeszłości przypomina młodzieżowe fabuły z czasów PRL-u. Kiedy może oderwać się od portretowania swoich bohaterek w przeciętnej codzienności, zaczyna się całkiem dobrze bawić i rozkręcać akcję, unikając przy tym prostych tematycznych i stylistycznych powtórzeń. Nie ucieka od naiwności, ale ten motyw pasuje do stworzonej przez nią przestrzeni. Na wsi wszystko wygląda na bardziej oczywiste: wiadomo, co jest konsekwencją politycznych przepychanek, a co wynika z czystej ludzkiej złośliwości, wiadomo, gdzie i kiedy zrodzą się plotki, komu można zaufać, a kto jest niebezpieczny. „Owce, barany i gminne szykany” to opowieść o walce z małostkowością i urzędniczo-polityczną bezdusznością. Nie zabraknie tu obrazów ludzkiej zawiści i chciwości. Ale negatywne emocje to tylko tło dla doświadczeń Luci i Oli – bo przecież i ta pierwsza ma prawo do szczęścia, także – do szczęścia w miłości.

W tym temacie autorka sili się na oryginalność. Jej wersje idyllicznych związków raczej różnią się od stereotypowych literackich miłości. Dla bohaterek przywiązanie i zaufanie liczą się nie mniej niż seks – Marta Osa chce ten temat zasygnalizować bez wpadania w pornografię, pozwala więc bohaterkom zdradzać się w rozmowach pikantnymi szczegółami, tak, by czytelniczki dopowiedziały sobie resztę. Ola dodatkowo chętnie wygłasza mądrości na temat damsko-męskich relacji. Trochę ta bezpruderyjność i nastawienie na kwestie łóżkowe kłóci się z wiekiem i doświadczeniami postaci, ale wpisuje się też w programową naiwność historii.

Tworzy Marta Osa obyczajówkę charakterystyczną. Nie ma tu po drodze jednoznacznego nastawienia na optymizm mimo wszystko, nie ma typowych dla modnych czytadeł bohaterek. Kobietom z tomu nie można odmówić siły charakterów – mimo że fabuła nie gwarantuje im rozwoju, jedynie przynosi rozwiązanie początkowych problemów. Dostarcza nieco rozrywki, zawiera też całkiem ciekawe karykatury małomiasteczkowych wrogów – pod tym względem Osa też ucieszy odbiorczynie. Na pewno i miłym wytchnieniem będzie odejście od standardowych historii romansowych – tutaj związki przybierają inny wymiar, więc lektura stanie się przez to bardziej przyjemna. Marta Osa powoli przyzwyczaja odbiorczynie do ekscentrycznej Olki, przy okazji budując wokół niej ciekawy świat ludzi i ich zwyczajnych problemów. „Owce, barany i gminne szykany” to książka lepsza od poprzedniej tej autorki, czytadło na lato.

środa, 3 lipca 2013

bajka...



W Warszawie Teatr Plac Zabaw przygotowuje moją teatralną bajkę "Podróż do wnętrza smoka".
Szczegóły tu: http://kultura.bielany.waw.pl/page/index.php?str=1126.
Zapraszam!

Marilyn Brant: Wakacje w Europie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Wybór drogi

Czasami opowieść zaczyna się od punktu przełomowego, czasami do przełomu w życiu bohaterów prowadzi. Do tej drugiej grupy obyczajówek należy historia Marilyn Brant „Wakacje w Europie”. Tu narracja zwalnia tempo w chwili trzydziestych urodzin Gwen. Kobieta czekała na pierścionek zaręczynowy, a zamiast tego została zabrana na wielotygodniową wycieczkę po Europie w gronie przyjaciół leciwej już ciotki, za to bez niedoszłego narzeczonego. Sędziwi uczestnicy wyprawy doskonale się ze sobą bawią, zawierają nowe znajomości, rozwijają pasje i snują marzenia, tymczasem Gwen stara się uciec w listy zabytków do odhaczenia. Przynajmniej dopóki nie stanie się pionkiem w grze dwóch zaborczych braci. Nagle wycieczka zaczyna nabierać barw zupełnie innych niż te, których kobieta się spodziewała. A frywolna ciotka zachęca Gwen do poszukiwania romantycznych przygód i chwilowego namieszania w swoim związku.

„Wakacje w Europie” zaczynają się szybko i szybko zwalniają rytm. Gwen ma czas, żeby oswoić się z nową sytuacją. Przemierza kolejne kraje Europy i dociera do miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć. Nie czuje zachwytu płynącego z obcowania ze sztuką, ale chłonie typowe informacje z przewodników. Tu sytuacja rozwijać się będzie stopniowo, a Gwen powoli odkryje różne uroki życia oraz trudy płynące z uciążliwego czasem towarzystwa innych. W odróżnieniu od typowych powieści tworzonych po kursach kreatywnego pisania, tu proces przemiany zostaje ukryty, nie starannie zaplanowany i uświadamiany odbiorczyniom od początku. Co więcej, Gwen nie zamierza modyfikować dotychczasowego trybu życia, dopiero doświadczenia z podróży otworzą ją na zmiany.

Powieść pełna jest silnych osobowości. Gwen sama w sobie okazuje się na początku bezbarwna, a na pewno przygłuszana przez obecność ciotki i jej ekscentrycznych czy odważnych przyjaciół. Gdy obok Gwen pojawią się rywalizujący ze sobą bezustannie bracia, to oni przykują uwagę czytelniczek. Bohaterów, którzy wyznaczają drogi działania, przewija się przez tę historię kilku, a od każdego można zaczerpnąć interesujący pomysł na życie. Pod tym względem „Wakacje w Europie” stają się cenną lekturą. A przecież fabule Brant nie poświęca tyle uwagi, co charakterom. Przez długi czas wydaje się, że podąża autorka w jednym kierunku, że jej celem będzie popisywanie się wiadomościami z historii sztuki (oraz topografii miast) i barwnymi portretami, które nie złożą się w spójną całość. Dopiero potem wprowadza zagadkową rywalizację o głębszym niż ujawniane podłożu – i wtedy zaczyna się gra emocji.

Mimo to „Wakacje w Europie” pozostają lekturą spokojną i toczącą się bez większych zawirowań. Brant kieruje uwagę odbiorczyń raz na przemyślenia Gwen i autoanalizy kobiety stojącej na życiowym rozdrożu, raz na potęgę sztuki i emocje, jakie mogą wywoływać ponadczasowe dzieła. Nie poświęca całej uwagi ewentualnym romansom, nie proponuje też odbiorczyniom baśniowego rozwoju akcji. Wiadomo od pierwszych stron, że podróż ma prowadzić do przemiany, którą z kolei autorka odwleka, jak tylko może. Wybiera powieść, którą dałoby się określić mianem rozleniwionej, gdyby nie fakt, że moment uspokojenia i wyciszenia wciąż jest przed bohaterką. „Wakacje w Europie” parę razy oddalają się od schematów w czytadłach – dla odbiorczyń będzie to atut historii. Żeby nikogo nie znużyło oczekiwanie na to, co przyniesie przyszłość, Brant wykorzystuje przerwy w akcji do zabawy niepopularnym motywem cieszenia się podeszłym wiekiem. To grupa przyjaciół ciotki Gwen wie, jak korzystać z tego, co przynosi los. Od szalonych staruszków można się wiele nauczyć, chociaż samej powieści daleko jest do moralizatorskich rozwiązań i pedagogicznych zapędów.

wtorek, 2 lipca 2013

Shelley Emling: Maria Skłodowska-Curie i jej córki

Muza SA, Warszawa 2013.

Rodzina i praca

Bardzo ludzką i osobistą historię o Marii Skłodowskiej-Curie przedstawia Shelley Emling w tomie „Maria Skłodowska-Curie i jej córki”. Na ton książki wpływ ma zawężenie tematu do relacji między trzema kobietami – oraz nastawienie na to, co w biografiach typu pop najciekawsze – na emocje uchwycone poza faktami, powtarzalne, choć przecież zawsze jednostkowe i niemal intymne. Autorka koncentruje się na niezbyt znanym wycinku z życia noblistki i skupia się nie na istocie naukowych dokonań, a na mariażu prywatności i popularności. Przedstawia swoją bohaterkę jako troskliwą matkę oraz jako kobietę zaangażowaną w nietypową pracę. Opowieść rozpoczyna w roku 1911, czyli w miejscu, w którym większość relacji się urywa. Emling chce historii o kobiecie wspieranej przez inne kobiety, stąd sporo miejsca poświęca na opisywanie amerykańskiej zbiórki pieniędzy na gram radu – a także na silne związki Marii ze starszą córką, Ireną. Mężczyźni schodzą tu na margines, tom ujmuje noblistkę z mniej znanej strony – co przyczyni się do wzrostu zainteresowania opowieścią wśród zwykłych odbiorców.

Najsłynniejsze naukowe odkrycia Maria ma już za sobą, teraz czeka ją żmudna praca połączona z samotnym wychowywaniem dzieci. Uczona nie zapomina o macierzyńskich obowiązkach: odtwarzane z listów i wspomnień obrazy świadczą mądrej miłości do pociech. Skłodowska-Curie wprawdzie nie zawsze pamięta, by pojawić się na urodzinach dziewczynek, jednak bardzo się o nie troszczy i chce im zapewnić jak najlepszą przyszłość. Długo na scenę nie wkracza młodsza córka, Ewa – bo starsza przejawia zainteresowanie fizyką i idzie w ślady matki, absorbując uwagę jej i teraz biografki. Prywatny portret Marii stopniowo przekształca się w równie ciekawy wizerunek Ireny, kobiety apodyktycznej i surowej, a jednak spełniającej się w pracy i małżeństwie. Kiedy Maria odchodzi, Irena godnie ją zastępuje, także na kartach tej książki. Dla Ewy znajdzie się miejsce później. Shelley Emling tak prowadzi historię, by czuło się w niej przez cały czas ciepło, rodzinną (mimo że nietypową) atmosferę i ogromną sympatię dla bohaterek. Maria i jej córki jawią się jako zwykła rodzina – tyle tylko, że dwie z kobiet zajmują się mniej zwyczajną pracą i oryginalnym podejściem do nauki. Autorka nie szuka sensacji, a naturalności, powtarzalności relacji – czym zjedna sobie czytelników. Zmienia proporcje w powszechnym wyobrażeniu o noblistce, pokazując ją w roli dobrej i kochanej matki, odwraca stereotyp bezdusznej badaczki.

Przez ciepłą opowieść przewijają się co pewien czas bagatelizowane problemy ze zdrowiem oraz kontakty z innymi sławnymi fizykami. Shelley Emling nie stara się tłumaczyć odbiorcom sedna naukowych odkryć, nie to jest jej celem: tym razem chodzi o prywatne życie uczonej, kolejny motyw, który mógłby ją wsławić, a który na pewno wzbudzi większe zainteresowanie niż odkrycia naukowe. Książka „Maria Skłodowska-Curie i jej córki” jest dobrze napisana. Chociaż to fragmentaryczna biografia, czyta się ją miejscami jak powieść. W narrację wplecione zostały fragmenty listów i prywatnych zwierzeń, zawsze zwraca się uwagę na odczucia bohaterów i ich wzajemne zależności, świat zewnętrzny wkracza do relacji tylko na tyle, na ile jest to potrzebne, opowieść dotyczy bowiem przede wszystkim nieencyklopedycznych faktów z życia noblistki i jej rodziny. W tej lekkiej opowieści mieszczą się drobne zagadnienia, bez związku z wielkimi biografiami – ale tworzące pełny obraz człowieka, z jego drobnymi nadziejami i marzeniami. Dlatego książkę czyta się z przyjemnością. Pomysłowo wybrany temat został tu starannie i celnie opracowany.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Paweł Mildner: Ciekawe, co myśli o tym królowa

Dwie Siostry, Warszawa 2013.

Absurd czysty

Na początku dorośli mogą się zastanawiać, o co właściwie chodzi. Mogą się krzywić na rymy gramatyczne (pupami – sztućcami) już na starcie. I na to, że z każdą kartonową stroną pojawia się nowy motyw, rzadko kiedy związany z poprzednim zdaniem. I nagle olśnienie: „Ciekawe, co myśli o tym królowa” to doskonała pożywka dla wyobraźni maluchów. Chaotycznie wrzucane zdania połączone tylko rymami (bo nawet rytmem nie zawsze) to pojedyncze zapowiedzi osobnych historyjek, czekających tylko na uaktywnienie. Każda fraza otwiera na nowy świat, nową przestrzeń i nowych bohaterów, zajętych swoimi sprawami. Dziecko otrzymuje wgląd w kolejne naturalne i bajkowe zjawiska, może zauważać analogie między nimi lub cieszyć się absurdalnym dowcipem. Mały tomik jest królestwem fantazji – dostarcza odbiorcom rozrywki i serii obrazków, z których każdy ma szansę stać się zalążkiem oryginalnej fabuły. Dzieci błyskawicznie wkraczają w kolejne sytuacje.

A sytuacji jest mnóstwo. Zabawa w Indian, awaria samochodu, widok z lotu ptaka, nurkowanie, gra w szachy, ptasie plotki, kosmos, zima, spacer, architektura czy sporty – to zaledwie kilka tematów, jakie Paweł Mildner sugeruje odbiorcom. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie następna strona – czy będzie to rymowy żart, czy powszechnie znane zjawisko, owoc wyobraźni, dziecięca rozrywka czy uniwersalna prawda. W związku z tym każde zdanie jest niespodzianką i nawet kiedy nie zawiera wewnętrznej puenty, dostarcza radości maluchom.

Formatem i formą nawiązuje autor do tradycji książeczek obrazkowych, a samym pomysłem – do angielskiego humoru ściśle powiązanego z absurdem i czystym komizmem. Każda strona zawiera obrazek i jednowersowy podpis, jedyny komentarz i tekst. Trudno mówić o jakiejkolwiek fabule, mamy tu do czynienia raczej z serią strzępków fabuł, zapowiedzi odrębnych relacji. Z tego względu tomik „Ciekawe, co myśli o tym królowa” przypomina ćwiczenia na kreatywność dla dorosłych: pokazuje, jak rozległe mogą być obszary poszukiwań tematów, w jakich kierunkach zmierzać może wyobraźnia i czym skutkuje brak ograniczeń. Zabawa w wymyślanie różnych wątków niepowiązanych ze sobą historii i bohaterów owocuje otwarciem się na natchnienie, eksplozją weny. Mildner pomoże uświadomić najmłodszym, że twórczość nie zna granic ani zasad, panuje w niej pełna dowolność, a jedynym hamulcem może być niewyćwiczony umysł człowieka.

Absurdalny humor pojawia się w lekturze stopniowo, kiedy sam autor zaczyna bawić się podrzucaniem coraz to nowych światów. Zestawienia koncertu i morza, królowej i Indianina, podróżników i kaczki to motywy komiczne i dostarczające także maluchom sporo radości dzięki zaskoczeniu. Autor od czasu do czasu pozwala sobie na skojarzeniowe zabawy, by wypróbować różne rodzaje żartu. Przy tej lekkości nie oszczędza czytelników – szachy, kosmos czy architektura to tematy, które dzieciom wydawałyby się trudne – gdyby nie lekkość fraz i nastawienie na dowcip.

Paweł Mildner jest też autorem ilustracji i czasem dopowiada w nich to, co nie zmieściło się w tekście. Stosuje zaledwie kilka kolorów – poza czerwienią przełamywanych, stawia na zdecydowane kształty i proste linie. Obrazki są bardzo upraszczane w szczegółach, ale mają charakter. Mildner nie podkreśla w nich konturów postaci (ani światłocieni), co sprawia, że te wyglądają, jakby były wycinane z kolorowego papieru. Prostota kształtów to rzadkość w książeczkach obrazkowych, jednak Paweł Mildner zaproponował tomik oryginalny i zasługujący na uwagę również od strony graficznej. Jego książka wyróżnia się na rynku wydawniczym.