Zakamarki, Poznań 2016.
Tęsknota
Lotta Olsson jest autorką, która czuje potęgę absurdu i umie wplatać do bajek filozoficzne refleksje – przy jednoczesnym wrażeniu, że prowadzi życiową historyjkę. Przygląda się przyjaźni przedstawicieli mało znanych gatunków zwierząt – a tym razem jedną przygodę przekuwa na książeczkę obrazkową z ilustracjami Marii Nilsson Thore. Dzięki temu także najmłodsi mogą wkroczyć w cudowny świat wyobraźni i już przygotowywać się do późniejszych, pięknych i ponadczasowych opowieści. Do mrówkojada i orzesznicy można poczuć sympatię. To para przyjaciół przydzielających sobie rodzinne role na przekór wyglądowi. Malutka orzesznica zachowuje się jak matka i opiekunka – jest przezorna i pomocna, mądra i spokojna. Mrówkojad to duże (dosłownie) dziecko. Potrzebuje opieki, chce, żeby ktoś za niego podejmował decyzje i kierował jego życiem, inaczej czuje się bezradny. Taki układ działa i satysfakcjonuje obie strony. Ale przychodzi czas, w którym orzesznica chce zrealizować swoje małe marzenie, w którym akurat dla mrówkojada nie ma miejsca. Bohaterka chce – z innym znajomym, starym kretem – pójść na wykład o zdrowych słodyczach. Zostawia mrówkojada samego w swoim mieszkaniu. Dla tej niesamodzielnej postaci to jak koniec świata. Dlatego w tomiku „Sam w domu” mrówkojad przede wszystkim próbuje się rozpłakać.
„Sam w domu” to bardzo ciekawa propozycja. Autorka trafia w sedno ze studium tęsknoty mrówkojada za orzesznicą: nie dzieje się tu nic, co wywołać by mogło aż tak wielką rozpacz, chodzi raczej o postawę mrówkojada, który chciałby, żeby wszystko układało się po jego myśli. Nic nie uzasadnia jego zachowań – a cierpienie okazuje się wyłącznie na pokaz. Mrówkojad wobec orzesznicy wypada podobnie jak maluchy, które nie chcą, by mama wyszła z domu bez nich – Lotta Olsson uświadamia więc odbiorcom, że ich protesty na nic się nie zdadzą. Można za to pogodzić się z losem i przygotować niespodziankę na powrót ukochanej osoby – z tego będzie większy pożytek (a i czas szybciej zleci).
Do przesłania dzieci muszą dojść same, bo autorka nie zamierza prawić im morałów. Przedstawia scenkę, która jawi się humorystycznie (mimo wyrażonego przez mrówkojada żalu). Niewiele się tu dzieje, ale z olbrzymim ładunkiem emocjonalnym. Do tego stale obecny jest dyskretny humor – Olsson uzyskuje go również dzięki wyolbrzymieniu sytuacji. Lektura nie będzie zatem prostym śledzeniem postaw mrówkojada – przebieg fabuły to zaledwie część wartości tomiku „Sam w domu”. Dzieci będą wydobywać z tej historyjki rozmaite sensy w ramach dobrej rozrywki. Lotta Olsson nie tworzy banalnej opowiastki z jedną płaszczyzną znaczeniową – chociaż to książeczka obrazkowa, znajduje miejsce na sygnalizowanie życiowych aspektów relacji mrówkojada i orzesznicy obok tematów absurdalnych.
W efekcie tomik z uznaniem prześledzą również sami rodzice. To jedna z publikacji, które zapadają w pamięć ze względu na precyzyjne nakreślanie emocji i oryginalny przebieg samej historii. Mrówkojad i orzesznica sami w sobie stanowią odejście od typowych bohaterów literatury dziecięcej. Dzięki temu Maria Nilsson Thore może pobawić się w warstwie graficznej. Najpierw karykaturalizuje mrówkojada (który przez to nie przypomina ani słodkiej maskotki, ani bohatera bajki dla dzieci – raczej wytwór satyry), potem zmienia od czasu do czasu perspektywę. U mrówkojada zamiast min pojawia się wymowne spojrzenie (także element satyryczny!) – wiadomo zatem od razu, że dzieci tego bohatera polubią. Ilustracje są duże, ale nie przesadnie naiwne, budzą uśmiech. Świat mrówkojada i orzesznicy – mimo przejściowych problemów – zaprasza do odwiedzin. „Sam w domu” jest książką obrazkową wysokiej klasy – prezentuje to wszystko, co odbiorcy spoza docelowej grupy uwielbiają w picture bookach. Najwięcej jednak zależy od klimatu, który Lotta Olsson tworzy dzięki wnikliwym obserwacjom.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 10 czerwca 2016
Liane Schneider: Zuzia jedzie na wakacje
Media Rodzina, Poznań 2016.
Wakacje
Była już w serii Mądra Mysz Zuzia na plaży – teraz dziewczynka udaje się nad morze. Tomik „Zuzia jedzie na wakacje” jest przeznaczony dla dzieci od lat trzech i pomaga oswajać odbiorców z sytuacjami, które są całkiem prawdopodobne w wakacyjno-plażowych okolicznościach. Morze Północne wprawdzie jest zimne (i bardziej słone niż Bałtyk, co Zuzia sprawdza), ale i tak można się w nim wykąpać, piasek jest ciepły i da się opalać (mama przypomina o kremie z filtrem). Te rozrywki to nie wszystko: Zuzia nad morzem poznaje nową koleżankę, zbiera skarby (muszle i kamienie), ogląda fale oraz… zwierzęta. Raz po plaży przemyka krab, to znów pojawia się foczka bez mamy (przy okazji Zuzia dowiaduje się, że nie wolno jej głaskać, bo dorosła foka odrzuciłaby dziecko przez obcy zapach). Atrakcją jest obserwowanie widoku ze starej latarni morskiej i oglądanie fal podczas pływów. Nawet gdyby bohaterka nie zabrała ze sobą dmuchanego krokodyla Fryderyka, miałaby sporo zajęć. „Zuzia jedzie na wakacje” to tomik, w którym każda strona przynosi nowy rodzaj rozrywki – i pokazuje, dlaczego ważne są wakacyjne wojaże. Lektura zajmuje dzieciom czas – podobnie jak bohaterce kolejne zabawy i zadania. Liane Schneider próbuje wytłumaczyć maluchom, co można zrobić na wakacjach – a jej opowieść wyliczankowa przynosi też rozrywkę.
Na plaży można zawierać nowe znajomości. Zuzi nie martwi specjalnie brak zabawek w pokoju, bo i tak nie ma kiedy o tym pomyśleć. Dużo bardziej męczy ją dojazd – zaczyna trochę marudzić, ale nic w tym dziwnego. Ważne, że później wszystko okazuje się przyjemne. Najmłodsi mogą czuć się niepewnie przed pierwszą wakacyjną podróżą – Zuzia pomaga uświadomić im, do jakiej kategorii zalicza się wakacje i nadmorskie eskapady. Ta bohaterka już niejeden raz przekonała dzieci do testowania nowych wydarzeń. Poza tym, że na własnej skórze sprawdza, co oznaczają różne wyjścia, okazje czy wizyty, dostarcza małym odbiorcom rozrywki w dobrym gatunku. Autorzy towarzyszą Zuzi w zwyczajnym życiu i poza codziennymi wyzwaniami – po to, żeby przybliżyć najmłodszym prawdopodobne scenariusze, więc i oswoić z rzeczywistością i zlikwidować strach czy stres. To, co dla dorosłych jest oczywiste, dla kilkulatków wcale takie być nie musi. W tym kontekście historia o Zuzi zyskuje dodatkowe znaczenie. Mała bohaterka nie odczuwa strachu, ośmiela zatem dzieci.
„Zuzia jedzie na wakacje” to tomik, jak wszystkie w serii, niewielki pod względem objętości, za to przepełniony treścią. Liane Schneider nie rozprasza się przy opisach, woli podawać konkrety i wprowadzać coraz to nowe niespodzianki dla Zuzi i czytelników. Przez to książeczka nabiera tempa – mimo że trudno przy niej mówić o fabularyzowanej akcji czy bajkowości. Zwykła egzystencja jawi się dość ciekawie – bo Zuzia to bohaterka, którą od dawna warto obserwować. Tekstu jest tu niezbyt dużo (chociaż działa na wyobraźnię odbiorców). Najmłodsi mogą za to śledzić przygody Zuzi w warstwie graficznej. Starsze dzieci na podstawie rysunków będą też ćwiczyć narrację – bo dzieje się na obrazkach całkiem sporo. Dzieci na plaży, kotka w bagażniku, miny owiec – wszystko to zasługuje na uwagę i opisanie rodzicom. Tak autorka i ilustratorka zachęcają do korzystania z książeczki również w celach rozwijania umiejętności opowiadania u pociechy. Gdy ma się do dyspozycji takie ilustracje, przyjemnie im się przyglądać.
Chociaż wakacje to punkt wyjścia dla wielu bajkowych opowieści, w serii Mądra Mysz liczy się naturalność i prawda. Zuzia więc nie wkroczy nagle do krainy magii, nie zacznie dokonywać wielkich czynów. Ale sprawi, że każdy maluch będzie mógł stać się niemal bajkowym bohaterem, kiedy wybierze się z rodzicami nad morze i doświadczy tego samego co Zuzia. „Zuzia jedzie na wakacje” to lektura nie tylko na lato, prosta historyjka dla dzieci.
Wakacje
Była już w serii Mądra Mysz Zuzia na plaży – teraz dziewczynka udaje się nad morze. Tomik „Zuzia jedzie na wakacje” jest przeznaczony dla dzieci od lat trzech i pomaga oswajać odbiorców z sytuacjami, które są całkiem prawdopodobne w wakacyjno-plażowych okolicznościach. Morze Północne wprawdzie jest zimne (i bardziej słone niż Bałtyk, co Zuzia sprawdza), ale i tak można się w nim wykąpać, piasek jest ciepły i da się opalać (mama przypomina o kremie z filtrem). Te rozrywki to nie wszystko: Zuzia nad morzem poznaje nową koleżankę, zbiera skarby (muszle i kamienie), ogląda fale oraz… zwierzęta. Raz po plaży przemyka krab, to znów pojawia się foczka bez mamy (przy okazji Zuzia dowiaduje się, że nie wolno jej głaskać, bo dorosła foka odrzuciłaby dziecko przez obcy zapach). Atrakcją jest obserwowanie widoku ze starej latarni morskiej i oglądanie fal podczas pływów. Nawet gdyby bohaterka nie zabrała ze sobą dmuchanego krokodyla Fryderyka, miałaby sporo zajęć. „Zuzia jedzie na wakacje” to tomik, w którym każda strona przynosi nowy rodzaj rozrywki – i pokazuje, dlaczego ważne są wakacyjne wojaże. Lektura zajmuje dzieciom czas – podobnie jak bohaterce kolejne zabawy i zadania. Liane Schneider próbuje wytłumaczyć maluchom, co można zrobić na wakacjach – a jej opowieść wyliczankowa przynosi też rozrywkę.
Na plaży można zawierać nowe znajomości. Zuzi nie martwi specjalnie brak zabawek w pokoju, bo i tak nie ma kiedy o tym pomyśleć. Dużo bardziej męczy ją dojazd – zaczyna trochę marudzić, ale nic w tym dziwnego. Ważne, że później wszystko okazuje się przyjemne. Najmłodsi mogą czuć się niepewnie przed pierwszą wakacyjną podróżą – Zuzia pomaga uświadomić im, do jakiej kategorii zalicza się wakacje i nadmorskie eskapady. Ta bohaterka już niejeden raz przekonała dzieci do testowania nowych wydarzeń. Poza tym, że na własnej skórze sprawdza, co oznaczają różne wyjścia, okazje czy wizyty, dostarcza małym odbiorcom rozrywki w dobrym gatunku. Autorzy towarzyszą Zuzi w zwyczajnym życiu i poza codziennymi wyzwaniami – po to, żeby przybliżyć najmłodszym prawdopodobne scenariusze, więc i oswoić z rzeczywistością i zlikwidować strach czy stres. To, co dla dorosłych jest oczywiste, dla kilkulatków wcale takie być nie musi. W tym kontekście historia o Zuzi zyskuje dodatkowe znaczenie. Mała bohaterka nie odczuwa strachu, ośmiela zatem dzieci.
„Zuzia jedzie na wakacje” to tomik, jak wszystkie w serii, niewielki pod względem objętości, za to przepełniony treścią. Liane Schneider nie rozprasza się przy opisach, woli podawać konkrety i wprowadzać coraz to nowe niespodzianki dla Zuzi i czytelników. Przez to książeczka nabiera tempa – mimo że trudno przy niej mówić o fabularyzowanej akcji czy bajkowości. Zwykła egzystencja jawi się dość ciekawie – bo Zuzia to bohaterka, którą od dawna warto obserwować. Tekstu jest tu niezbyt dużo (chociaż działa na wyobraźnię odbiorców). Najmłodsi mogą za to śledzić przygody Zuzi w warstwie graficznej. Starsze dzieci na podstawie rysunków będą też ćwiczyć narrację – bo dzieje się na obrazkach całkiem sporo. Dzieci na plaży, kotka w bagażniku, miny owiec – wszystko to zasługuje na uwagę i opisanie rodzicom. Tak autorka i ilustratorka zachęcają do korzystania z książeczki również w celach rozwijania umiejętności opowiadania u pociechy. Gdy ma się do dyspozycji takie ilustracje, przyjemnie im się przyglądać.
Chociaż wakacje to punkt wyjścia dla wielu bajkowych opowieści, w serii Mądra Mysz liczy się naturalność i prawda. Zuzia więc nie wkroczy nagle do krainy magii, nie zacznie dokonywać wielkich czynów. Ale sprawi, że każdy maluch będzie mógł stać się niemal bajkowym bohaterem, kiedy wybierze się z rodzicami nad morze i doświadczy tego samego co Zuzia. „Zuzia jedzie na wakacje” to lektura nie tylko na lato, prosta historyjka dla dzieci.
czwartek, 9 czerwca 2016
Magdalena i Sergiusz Pinkwart: Drakulcio ma kłopoty. Klątwa faraona
Akapit Press, Łódź 2016.
Okoliczności
Drakulcio dalej walczy o wymarzonego smartfona, ale już nie tylko opisuje, co mu się przydarzyło, w notesie od dziadków. Teraz jeszcze stara się udowodnić swoją niewinność, a to zadanie o większym stopniu trudności. Zwłaszcza że w oczach dorosłych to przeważnie Drakulcio odpowiedzialny jest za rozmaite kataklizmy. Gdzie się pojawi, tam coś się dzieje. Stąd zresztą tytuł serii – Drakulcio ma kłopoty. Ma. Bez przerwy.
Tomik „Klątwa faraona” to zestaw kilku różnych historyjek, w których mały bohater pada ofiarą dobrych intencji. Najpierw mama proponuje rodzinny wypad nad morze na weekend – i nie można mieć Drakulciowi za złe, że angażuje się w ratowanie zwierząt przeznaczonych do odstrzału podczas polowania organizowanego dla zamożnych gości. Później mały bohater kupuje znienawidzonej kuzynce Annie-Marii pluszową łasicę (żeby dziewczynka mogła wreszcie zostać damą, więc – znowu w dobrej wierze). Podczas gradu, który przerywa dyktando, to Drakulcio otwiera okno, żeby nałapać lodu – później działają już tylko siły natury (nieokiełznane). Wreszcie ukoronowaniem tej części przygód staje się wycieczka do muzeum i zaginiona mumia.
Rodzice i nauczyciele Drakulcia dość łatwo ulegają sugestiom, potrafią oskarżyć chłopca bez poznania wszystkich okoliczności. Jednak kiedy sam bohater opisuje swoje przygody, potrafi udowodnić, że wszystko jest wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, w którym Drakulcio staje się przypadkową ofiarą. W „Klątwie faraona” dzieje się bardzo dużo, akcja przez cały czas się zmienia – i to znów powrót do ulubionych przez dzieci historyjek nie powiązanych (czy nieograniczonych) jednym tematem. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie wykorzystują nakreślone wcześniej charaktery Drakulcia i jego kolegów (a czytelnicy, którzy nie znają poprzednich części, dzięki „biograficznym” notkom na początku każdej książki łatwo odnajdą się w sytuacji). Tu liczy się śmiech i energia. Autorzy stawiają na coraz bardziej zamaszyste scenki – jak inwazja dzikich zwierząt na hotel. Takie widowiskowe obrazki sprawiają, że o przygodach Drakulcia chętniej się czyta. Im więcej konfliktów, starć i niewinności bohatera, tym śmieszniej. Do tego po raz pierwszy Pinkwartowie wprowadzają delikatnie temat (wcale nie obowiązkowy w literaturze przygodowo-obyczajowej dla najmłodszych) pierwszych nieśmiałych zauroczeń. I w tym doświadczeniu Drakulcio wcale nie jest odosobniony. Na szczęście wątek dołączony jest do opowiadań na tyle subtelnie, żeby nie zmęczyć i nie zniechęcić odbiorców na starcie – pełni raczej rolę komicznego dodatku.
„Klątwa faraona” to krótka książeczka z dynamicznymi fabułami kolejnych opowiadań. Pinkwartowie cieszą dzieci sposobem prowadzenia narracji, ale i ilustracjami, często dialogi wpisują w dymki przy postaciach – a to już rozbija bloki tekstowe i ułatwia dzieciom samodzielne czytanie. Do tego komiksowe rysunki mogą się podobać każdemu kilkulatkowi. Łatwo przekonać się do przygód Drakulcia – i jest to też seria, którą warto podsuwać dla rozrywki uczącym się czytać maluchom. Brawurowo przedstawiane przygody umilą ćwiczenie czytania i przekonają do książek. „Klątwa faraona” pozbawiona jest długich opisów i pouczeń, autorzy wiadomości wplatają mimochodem do rozmów – więc dzieci nie zauważą nawet edukacyjnych wstawek. Kreacja Drakulcia, który przecież zawsze jest grzeczny, tylko okoliczności przeszkadzają mu w udowodnieniu tego – to dowód na zmysł obserwacji, poczucie humoru i nawiązania do popularnych pozycji nie tylko z klasyki literatury czwartej. „Klątwa faraona” to lektura dla najmłodszych idealna
Okoliczności
Drakulcio dalej walczy o wymarzonego smartfona, ale już nie tylko opisuje, co mu się przydarzyło, w notesie od dziadków. Teraz jeszcze stara się udowodnić swoją niewinność, a to zadanie o większym stopniu trudności. Zwłaszcza że w oczach dorosłych to przeważnie Drakulcio odpowiedzialny jest za rozmaite kataklizmy. Gdzie się pojawi, tam coś się dzieje. Stąd zresztą tytuł serii – Drakulcio ma kłopoty. Ma. Bez przerwy.
Tomik „Klątwa faraona” to zestaw kilku różnych historyjek, w których mały bohater pada ofiarą dobrych intencji. Najpierw mama proponuje rodzinny wypad nad morze na weekend – i nie można mieć Drakulciowi za złe, że angażuje się w ratowanie zwierząt przeznaczonych do odstrzału podczas polowania organizowanego dla zamożnych gości. Później mały bohater kupuje znienawidzonej kuzynce Annie-Marii pluszową łasicę (żeby dziewczynka mogła wreszcie zostać damą, więc – znowu w dobrej wierze). Podczas gradu, który przerywa dyktando, to Drakulcio otwiera okno, żeby nałapać lodu – później działają już tylko siły natury (nieokiełznane). Wreszcie ukoronowaniem tej części przygód staje się wycieczka do muzeum i zaginiona mumia.
Rodzice i nauczyciele Drakulcia dość łatwo ulegają sugestiom, potrafią oskarżyć chłopca bez poznania wszystkich okoliczności. Jednak kiedy sam bohater opisuje swoje przygody, potrafi udowodnić, że wszystko jest wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, w którym Drakulcio staje się przypadkową ofiarą. W „Klątwie faraona” dzieje się bardzo dużo, akcja przez cały czas się zmienia – i to znów powrót do ulubionych przez dzieci historyjek nie powiązanych (czy nieograniczonych) jednym tematem. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie wykorzystują nakreślone wcześniej charaktery Drakulcia i jego kolegów (a czytelnicy, którzy nie znają poprzednich części, dzięki „biograficznym” notkom na początku każdej książki łatwo odnajdą się w sytuacji). Tu liczy się śmiech i energia. Autorzy stawiają na coraz bardziej zamaszyste scenki – jak inwazja dzikich zwierząt na hotel. Takie widowiskowe obrazki sprawiają, że o przygodach Drakulcia chętniej się czyta. Im więcej konfliktów, starć i niewinności bohatera, tym śmieszniej. Do tego po raz pierwszy Pinkwartowie wprowadzają delikatnie temat (wcale nie obowiązkowy w literaturze przygodowo-obyczajowej dla najmłodszych) pierwszych nieśmiałych zauroczeń. I w tym doświadczeniu Drakulcio wcale nie jest odosobniony. Na szczęście wątek dołączony jest do opowiadań na tyle subtelnie, żeby nie zmęczyć i nie zniechęcić odbiorców na starcie – pełni raczej rolę komicznego dodatku.
„Klątwa faraona” to krótka książeczka z dynamicznymi fabułami kolejnych opowiadań. Pinkwartowie cieszą dzieci sposobem prowadzenia narracji, ale i ilustracjami, często dialogi wpisują w dymki przy postaciach – a to już rozbija bloki tekstowe i ułatwia dzieciom samodzielne czytanie. Do tego komiksowe rysunki mogą się podobać każdemu kilkulatkowi. Łatwo przekonać się do przygód Drakulcia – i jest to też seria, którą warto podsuwać dla rozrywki uczącym się czytać maluchom. Brawurowo przedstawiane przygody umilą ćwiczenie czytania i przekonają do książek. „Klątwa faraona” pozbawiona jest długich opisów i pouczeń, autorzy wiadomości wplatają mimochodem do rozmów – więc dzieci nie zauważą nawet edukacyjnych wstawek. Kreacja Drakulcia, który przecież zawsze jest grzeczny, tylko okoliczności przeszkadzają mu w udowodnieniu tego – to dowód na zmysł obserwacji, poczucie humoru i nawiązania do popularnych pozycji nie tylko z klasyki literatury czwartej. „Klątwa faraona” to lektura dla najmłodszych idealna
środa, 8 czerwca 2016
Marta Zucker: Kobiety globalne w świecie start-upów. Rozmowy w Dolinie Krzemowej
PWN, Warszawa 2016.
Pomysł
Zwykłym czytelnikom, niezorientowanym w biznesowych sprawach, nazwiska z okładki nic nie powiedzą. Siedem kobiet (w sześciu rozmowach) przedstawia tu swoje pomysły na biznes – lub swoją drogę w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Marta Zucker w tomie „Kobiety globalne w świecie start-upów” nie ukrywa, że to środowisko jest mocno podzielone pod względem płci, przyznają to zresztą także bohaterki książki. Ale każda z nich znalazła swój sposób, żeby zaistnieć mimo uciążliwości i oceniania przez pryzmat płci. Temat noszenia sukienek w Dolinie Krzemowej powraca tu jak refren, ale autorki nie mają zamiaru akcentować tonów feministycznych czy rozpaczać nad nierównością. Po prostu działają, robią swoje, osiągają sukcesy – i wtedy już nic nikomu nie muszą udowadniać. Marta Zucker przeprowadza z nimi wywiady, ale wybiera do książki formę monologów. Swoje pytania ukrywa pod hasłami, z których tworzy tytuły podrozdziałów. Wystarczy jej, że opracowuje całe rozmowy i czuwa nad ich przebiegiem, nie musi włączać do nich siebie. To podejście dobrze się sprawdza, czytelnicy mają bowiem wrażenie ciągłości tekstów – i nie rozpraszają się przy lekturze.
Swoje rozmówczynie Marta Zucker wprowadza dzięki krótkim notkom biograficznym: dla bohaterek to rodzaj wyciągu z CV. Tu pojawiają się ukończone kierunki studiów, osiągnięcia zawodowe czy miejsca zamieszkania (również dużo mówiące w kontekście rozwijania biznesu). Zucker wybiera kobiety nastawione na sukces na skalę światową – owszem, podkreślające polskie pochodzenie, ale nie zamykające się na tylko jeden rynek. Niektóre z rozmówczyń analizują konkretny plan i skupiają się na konkretnych problemach, z jakimi przyszło im się mierzyć, inne posługują się zawodowym żargonem i w ogóle nie precyzują rodzaju zajęcia, a koncentrują się na mechanizmach. Widać w tomie różnice w podejściu, ale i sposoby na wykorzystywanie szans. Dla jednych kobiet ważne będzie stałe udoskonalanie wybranego raz pomysłu, dla innych – ciągłe zaczynanie od nowa, dla jednych firma i współpracownicy, dla innych – kolejne tworzenie zespołów, które coś osiągną. Marta Zucker nie szuka ani sprawdzonego schematu działania, ani umiejętności godzenia życia zawodowego z prywatnym. Jej publikacja jest mocno stematyzowana i kierowana do świadomych czytelników – tych, którym temat start-upów nie jest obcy. Inni momentami poczują się zagubieni w gąszczu profesjonalnych terminów, ale i w niebajkowym świecie – bo zamiast akcentowania spokojnego i szczęśliwego życia jest tu nieustanny pęd do kariery. Co ciekawe, bohaterki właśnie w takiej rzeczywistości czują się najlepiej i nie tęsknią za innymi sposobami spędzania czasu.
„Kobiety globalne w świecie start-upów” to obraz poświęcenia się pracy zawodowej i rywalizacji z rekinami biznesu. Zucker odsłania przed czytelnikami tajniki nietypowych zajęć, pokazuje drogę, na którą mało kto się decyduje. Nie robi tego z pozycji amatorki – jej publikacja daleka jest od plotkarskich czy obyczajowych wyznań, to precyzyjnie skonstruowana i fachowa opowieść o tworzeniu i rozwijaniu swojego biznesu. Jest to lektura ważna dla ambitnych odbiorców, ceniących sobie największe wyzwania. Zucker wprawdzie nie przytacza metod działania – ale pozwala na moment zajrzeć do świata rozkręcanych na globalną skalę firm. Trochę zaspokaja ciekawość czytelników, a trochę ją rozbudza – ale zawsze kusi dobrze przygotowaną książką. Tu nie ma miejsca na motywacyjne mowy ani na pustosłowie.
Pomysł
Zwykłym czytelnikom, niezorientowanym w biznesowych sprawach, nazwiska z okładki nic nie powiedzą. Siedem kobiet (w sześciu rozmowach) przedstawia tu swoje pomysły na biznes – lub swoją drogę w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Marta Zucker w tomie „Kobiety globalne w świecie start-upów” nie ukrywa, że to środowisko jest mocno podzielone pod względem płci, przyznają to zresztą także bohaterki książki. Ale każda z nich znalazła swój sposób, żeby zaistnieć mimo uciążliwości i oceniania przez pryzmat płci. Temat noszenia sukienek w Dolinie Krzemowej powraca tu jak refren, ale autorki nie mają zamiaru akcentować tonów feministycznych czy rozpaczać nad nierównością. Po prostu działają, robią swoje, osiągają sukcesy – i wtedy już nic nikomu nie muszą udowadniać. Marta Zucker przeprowadza z nimi wywiady, ale wybiera do książki formę monologów. Swoje pytania ukrywa pod hasłami, z których tworzy tytuły podrozdziałów. Wystarczy jej, że opracowuje całe rozmowy i czuwa nad ich przebiegiem, nie musi włączać do nich siebie. To podejście dobrze się sprawdza, czytelnicy mają bowiem wrażenie ciągłości tekstów – i nie rozpraszają się przy lekturze.
Swoje rozmówczynie Marta Zucker wprowadza dzięki krótkim notkom biograficznym: dla bohaterek to rodzaj wyciągu z CV. Tu pojawiają się ukończone kierunki studiów, osiągnięcia zawodowe czy miejsca zamieszkania (również dużo mówiące w kontekście rozwijania biznesu). Zucker wybiera kobiety nastawione na sukces na skalę światową – owszem, podkreślające polskie pochodzenie, ale nie zamykające się na tylko jeden rynek. Niektóre z rozmówczyń analizują konkretny plan i skupiają się na konkretnych problemach, z jakimi przyszło im się mierzyć, inne posługują się zawodowym żargonem i w ogóle nie precyzują rodzaju zajęcia, a koncentrują się na mechanizmach. Widać w tomie różnice w podejściu, ale i sposoby na wykorzystywanie szans. Dla jednych kobiet ważne będzie stałe udoskonalanie wybranego raz pomysłu, dla innych – ciągłe zaczynanie od nowa, dla jednych firma i współpracownicy, dla innych – kolejne tworzenie zespołów, które coś osiągną. Marta Zucker nie szuka ani sprawdzonego schematu działania, ani umiejętności godzenia życia zawodowego z prywatnym. Jej publikacja jest mocno stematyzowana i kierowana do świadomych czytelników – tych, którym temat start-upów nie jest obcy. Inni momentami poczują się zagubieni w gąszczu profesjonalnych terminów, ale i w niebajkowym świecie – bo zamiast akcentowania spokojnego i szczęśliwego życia jest tu nieustanny pęd do kariery. Co ciekawe, bohaterki właśnie w takiej rzeczywistości czują się najlepiej i nie tęsknią za innymi sposobami spędzania czasu.
„Kobiety globalne w świecie start-upów” to obraz poświęcenia się pracy zawodowej i rywalizacji z rekinami biznesu. Zucker odsłania przed czytelnikami tajniki nietypowych zajęć, pokazuje drogę, na którą mało kto się decyduje. Nie robi tego z pozycji amatorki – jej publikacja daleka jest od plotkarskich czy obyczajowych wyznań, to precyzyjnie skonstruowana i fachowa opowieść o tworzeniu i rozwijaniu swojego biznesu. Jest to lektura ważna dla ambitnych odbiorców, ceniących sobie największe wyzwania. Zucker wprawdzie nie przytacza metod działania – ale pozwala na moment zajrzeć do świata rozkręcanych na globalną skalę firm. Trochę zaspokaja ciekawość czytelników, a trochę ją rozbudza – ale zawsze kusi dobrze przygotowaną książką. Tu nie ma miejsca na motywacyjne mowy ani na pustosłowie.
wtorek, 7 czerwca 2016
Alexandra Fuller: Wyjedź, zanim nadejdą deszcze
Czarne, Wołowiec 2016.
Walka
Jest sielsko i baśniowo mimo wszelkich utrudnień i przeciwności losu. Al nie wierzyła, że uda jej się spotkać mężczyznę, który zaakceptowałby jej hałaśliwość, buntowniczą naturę i rodziców, dla których wolność jest ważniejsza niż konwenanse. A jednak Charlie istniał, znalazł się przypadkiem w pobliżu, pokonując trasę ze Stanów Zjednoczonych do Zambii – i na wszystko miał gotową receptę. Nawet wyskoki ojca Al był w stanie traktować z pobłażliwością, ze względu na podobną temperamentem babkę. Al znalazła mężczyznę idealnego, zakochała się w nim, wyszła za niego za mąż. W pierwszej fazie „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to czysta sielanka. Nie wiadomo, w którym momencie zaczyna się ona psuć, dla czytelników to właściwie chwila, jeden przeskok w narracji, łatwy do przeoczenia. Nagle nie udaje się już pogodzić silnych charakterów, a spokój nie jest właściwą odpowiedzią na ciągłe burze i wyzwania. Związek jak z bajki zamienia się w koszmar, a najgorsze, że nie istnieją dobre rozwiązania. Ani rozstanie, ani ratowanie relacji nie przynoszą tu ukojenia. Czytelnicy dostają najpierw obraz związku wymarzonego, by po chwili obejrzeć drugi biegun sytuacji życiowej autorki. Tłem prywatnego piekła są raz zambijskie zwyczaje, raz amerykański sen – dwa kompletnie różne od siebie światy, w których i tak trudno znaleźć sobie miejsce. „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to mocna proza obyczajowo-psychologiczna i nawet niespecjalnie liczy się, że oparta na faktach. Alexandra Fuller pisze tak, jakby tworzyła przedziwną powieść: życie układa się jej zgodnie z regułami kompozycyjnymi książki, lub też autorka dobrze wie, gdzie wyznaczyć cezury i w jakiej kolejności zapoznawać czytelników z burzliwymi wydarzeniami. Poszukiwanie własnej tożsamości staje się dodatkiem do ekstremalnych przeżyć. Fuller mniej interesuje teraźniejszość: prowadzi czytelników przez retrospekcje i autoanalizy, jakby chciała sprawdzić, skąd wzięły się jej dorosłe problemy. Mierzy się z sytuacjami, które poza Afryką byłyby niemal niemożliwe, a na pewno nie dałoby się nad nimi przejść do porządku dziennego. W obliczu szeregu traum aktualne zmartwienia wcale nie muszą być wstrząsem.
Na małżeństwo Alexandra Fuller spogląda zupełnie inaczej niż autorki obyczajówek (ale też inaczej niż ludzie piszący autobiografie). „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to studium samotności i niezrozumienia, destrukcji, której nie dałoby się zapobiec. Autorka lubi być boleśnie szczera, ale potrafi w fascynujący reporterski sposób przerabiać swój życiorys. Uzyskuje tym samym dostęp do sytuacji i przeżyć, które w fabule wydawałyby się niepotrzebnymi wyolbrzymieniami. Naturalność zyskuje u niej doskonałą oprawę literacką, aż trudno myśleć, że to nie powieść. Ta proza porywa, podporządkowuje się sprzecznościom i pełna jest przepracowanego bólu, który dopiero teraz może zadziałać jako przyprawa historii. Fuller uwodzi nieznaną obyczajowością, umie rozkładać punkty kulminacyjne w historii, która w takim opracowaniu dopiero zaczyna robić wrażenie na odbiorcach. Fuller nie potrzebuje kibiców: jest silna i samodzielna, nawet gdy dopadają ją groźne choroby i chce się poddać. W naturalny sposób podejmuje wyzwania, a bezradna staje się tylko wtedy, gdy chodzi o drugiego człowieka. „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to nie indywidualna spowiedź i ucieczka od schematów fabularnych. To doświadczenie brawurowe przełożone na literaturę, podbarwione afrykańską rzeczywistością, surowe, za to opisane mistrzowsko. Alexandra Fuller nie musi wyciągać wniosków ze swojego życia – potrafi nawet jego część przenieść do warstwy opowieści, o której trudno zapomnieć.
Walka
Jest sielsko i baśniowo mimo wszelkich utrudnień i przeciwności losu. Al nie wierzyła, że uda jej się spotkać mężczyznę, który zaakceptowałby jej hałaśliwość, buntowniczą naturę i rodziców, dla których wolność jest ważniejsza niż konwenanse. A jednak Charlie istniał, znalazł się przypadkiem w pobliżu, pokonując trasę ze Stanów Zjednoczonych do Zambii – i na wszystko miał gotową receptę. Nawet wyskoki ojca Al był w stanie traktować z pobłażliwością, ze względu na podobną temperamentem babkę. Al znalazła mężczyznę idealnego, zakochała się w nim, wyszła za niego za mąż. W pierwszej fazie „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to czysta sielanka. Nie wiadomo, w którym momencie zaczyna się ona psuć, dla czytelników to właściwie chwila, jeden przeskok w narracji, łatwy do przeoczenia. Nagle nie udaje się już pogodzić silnych charakterów, a spokój nie jest właściwą odpowiedzią na ciągłe burze i wyzwania. Związek jak z bajki zamienia się w koszmar, a najgorsze, że nie istnieją dobre rozwiązania. Ani rozstanie, ani ratowanie relacji nie przynoszą tu ukojenia. Czytelnicy dostają najpierw obraz związku wymarzonego, by po chwili obejrzeć drugi biegun sytuacji życiowej autorki. Tłem prywatnego piekła są raz zambijskie zwyczaje, raz amerykański sen – dwa kompletnie różne od siebie światy, w których i tak trudno znaleźć sobie miejsce. „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to mocna proza obyczajowo-psychologiczna i nawet niespecjalnie liczy się, że oparta na faktach. Alexandra Fuller pisze tak, jakby tworzyła przedziwną powieść: życie układa się jej zgodnie z regułami kompozycyjnymi książki, lub też autorka dobrze wie, gdzie wyznaczyć cezury i w jakiej kolejności zapoznawać czytelników z burzliwymi wydarzeniami. Poszukiwanie własnej tożsamości staje się dodatkiem do ekstremalnych przeżyć. Fuller mniej interesuje teraźniejszość: prowadzi czytelników przez retrospekcje i autoanalizy, jakby chciała sprawdzić, skąd wzięły się jej dorosłe problemy. Mierzy się z sytuacjami, które poza Afryką byłyby niemal niemożliwe, a na pewno nie dałoby się nad nimi przejść do porządku dziennego. W obliczu szeregu traum aktualne zmartwienia wcale nie muszą być wstrząsem.
Na małżeństwo Alexandra Fuller spogląda zupełnie inaczej niż autorki obyczajówek (ale też inaczej niż ludzie piszący autobiografie). „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to studium samotności i niezrozumienia, destrukcji, której nie dałoby się zapobiec. Autorka lubi być boleśnie szczera, ale potrafi w fascynujący reporterski sposób przerabiać swój życiorys. Uzyskuje tym samym dostęp do sytuacji i przeżyć, które w fabule wydawałyby się niepotrzebnymi wyolbrzymieniami. Naturalność zyskuje u niej doskonałą oprawę literacką, aż trudno myśleć, że to nie powieść. Ta proza porywa, podporządkowuje się sprzecznościom i pełna jest przepracowanego bólu, który dopiero teraz może zadziałać jako przyprawa historii. Fuller uwodzi nieznaną obyczajowością, umie rozkładać punkty kulminacyjne w historii, która w takim opracowaniu dopiero zaczyna robić wrażenie na odbiorcach. Fuller nie potrzebuje kibiców: jest silna i samodzielna, nawet gdy dopadają ją groźne choroby i chce się poddać. W naturalny sposób podejmuje wyzwania, a bezradna staje się tylko wtedy, gdy chodzi o drugiego człowieka. „Wyjedź, zanim nadejdą deszcze” to nie indywidualna spowiedź i ucieczka od schematów fabularnych. To doświadczenie brawurowe przełożone na literaturę, podbarwione afrykańską rzeczywistością, surowe, za to opisane mistrzowsko. Alexandra Fuller nie musi wyciągać wniosków ze swojego życia – potrafi nawet jego część przenieść do warstwy opowieści, o której trudno zapomnieć.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Jarosław Adam Kalinowski: Miasto labiryntów
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Drogi
Rzadko kiedy zwykły gość, turysta zwiedzający obce miasto może poczuć się jak ktoś specjalny. U Jarosława Adama Kalinowskiego taki gość będzie naprawdę wyjątkowy: od razu spotyka się z burmistrzem Jarkiem i zostaje włączony w codzienne sprawy mieszkańców. Burmistrz Jarek zwraca się bezpośrednio do odbiorcy książki, prosząc go nieraz o pomoc – lub przedstawiając kolejnych mieszkańców. W tym mieście każdy zajęty jest swoimi sprawami, ale jednocześnie otwarty na nowe znajomości. Przybysz witany więc będzie serdecznie i od razu wciągany do rozwiązywania problemów.
„Miasto labiryntów” to zestaw łamigłówek dla dzieci. Za każdym razem mają one przejść jakąś drogę w określonym celu: autor stara się tak przygotować zadania, żeby tematycznie pasowały do odkrywania miasta i ważnych w całej społeczności ludzi. To zapewni różnorodność i ciągle nowe wyzwania. Odbiorcy tomiku zostaną między innymi zaangażowani w gaszenie pożaru, pomoc taksówkarzowi czy odśnieżanie. Nie zabraknie im rozrywek: wpadną do kina czy na zawody w grach, obejrzą starty balonów czy mecz piłkarski. Są tu elementy problemów cywilizacyjnych: fabryka strasznie dymi i nie można znaleźć drogi w powietrzu – są i komiczne scenki, labirynt stworzony przez włosy klientki fryzjera. Labirynty znajdują się wszędzie: to splątane kable, piana w myjni samochodowej, plakat reklamowy włoskiej restauracji czy kwiatki. Czasami trzeba przechodzić z przedmiotu na przedmiot, innym razem lawirować między rzuconymi rzeczami. Żeby maluchy nie miały wątpliwości, jak się poruszać, zawsze przed właściwym labiryntem pojawia się schemat działania. To przydatne, bo autor dość często zmienia sposoby przechodzenia tras i łatwo byłoby się pogubić już na starcie.
Zróżnicowanie tematyczne autor podkreśla jeszcze drobnymi wstawkami narracyjnymi. Każda rozkładówka zawiera jeden labirynt. Lewa strona to przeważnie prezentacja problemu. Burmistrz Jarek przedstawia swoich przyjaciół i mieszkańców (a czasami sami się przedstawiają!), nakreśla też zaistniały problem, w którym niezbędna jest pomoc przybysza. Autor dba o ot, by tekstowe wstawki były przepełnione emocjami, energią i gotowością do działania. Pełno tu wypowiedzi jakby ze zwyczajnych rozmów, do głosu dopuszczone zostają także zwierzęta, które potrzebują wskazówek. Co więcej, kolejne wprowadzone postacie wiedzą już o wyczynach gościa burmistrza – podpierają się zasłyszanymi o nim opiniami, żeby uzasadnić swoje prośby o pomoc. To sprawia, że „Miasto labiryntów” powinno się rozwiązywać po kolei – zupełnie inaczej niż niemal każdy zbiór łamigłówek. Kalinowski nie wybiega daleko w przyszłość, powiązuje dwa sąsiadujące ze sobą labirynty. Na końcu tomiku czeka na odbiorców niespodzianka – niczym niezapowiedziana, ale miła dla odbiorców.
Panuje moda na łamigłówki na rynku wydawniczym. Twórcy prześcigają się w pomysłach i w urozmaicaniu klasycznych przecież zadań. Jarosław Adam Kalinowski idzie w ślady „Absolutnie fantastycznych labiryntów”, więc musi znaleźć własny sposób na przedstawianie zagadek. I wydaje się, że znajduje – raz ze względu na narracyjną oprawę, która wytwarza prawie interaktywną fabułę, a dwa – przez różne formy samych labiryntów. Czasem drogi tworzone są tu z prostych kresek, a czasem z szeregu drobnych przedmiotów, bywa też, że to przerwy w ścianach sugerują, którędy przejść do celu. Każdy cel to inna misja, a autor odwołuje się tu też do lubianych przez dzieci rozrywek, szukając nowych tematów. Nie powtarza zagadnień, więc mimo skupienia się tylko na labiryntach zapewnia tak potrzebne w zabawie zmiany. Nasza Księgarnia po raz kolejny wprowadza na rynek wydawniczy tomik atrakcyjny dla dzieci.
Drogi
Rzadko kiedy zwykły gość, turysta zwiedzający obce miasto może poczuć się jak ktoś specjalny. U Jarosława Adama Kalinowskiego taki gość będzie naprawdę wyjątkowy: od razu spotyka się z burmistrzem Jarkiem i zostaje włączony w codzienne sprawy mieszkańców. Burmistrz Jarek zwraca się bezpośrednio do odbiorcy książki, prosząc go nieraz o pomoc – lub przedstawiając kolejnych mieszkańców. W tym mieście każdy zajęty jest swoimi sprawami, ale jednocześnie otwarty na nowe znajomości. Przybysz witany więc będzie serdecznie i od razu wciągany do rozwiązywania problemów.
„Miasto labiryntów” to zestaw łamigłówek dla dzieci. Za każdym razem mają one przejść jakąś drogę w określonym celu: autor stara się tak przygotować zadania, żeby tematycznie pasowały do odkrywania miasta i ważnych w całej społeczności ludzi. To zapewni różnorodność i ciągle nowe wyzwania. Odbiorcy tomiku zostaną między innymi zaangażowani w gaszenie pożaru, pomoc taksówkarzowi czy odśnieżanie. Nie zabraknie im rozrywek: wpadną do kina czy na zawody w grach, obejrzą starty balonów czy mecz piłkarski. Są tu elementy problemów cywilizacyjnych: fabryka strasznie dymi i nie można znaleźć drogi w powietrzu – są i komiczne scenki, labirynt stworzony przez włosy klientki fryzjera. Labirynty znajdują się wszędzie: to splątane kable, piana w myjni samochodowej, plakat reklamowy włoskiej restauracji czy kwiatki. Czasami trzeba przechodzić z przedmiotu na przedmiot, innym razem lawirować między rzuconymi rzeczami. Żeby maluchy nie miały wątpliwości, jak się poruszać, zawsze przed właściwym labiryntem pojawia się schemat działania. To przydatne, bo autor dość często zmienia sposoby przechodzenia tras i łatwo byłoby się pogubić już na starcie.
Zróżnicowanie tematyczne autor podkreśla jeszcze drobnymi wstawkami narracyjnymi. Każda rozkładówka zawiera jeden labirynt. Lewa strona to przeważnie prezentacja problemu. Burmistrz Jarek przedstawia swoich przyjaciół i mieszkańców (a czasami sami się przedstawiają!), nakreśla też zaistniały problem, w którym niezbędna jest pomoc przybysza. Autor dba o ot, by tekstowe wstawki były przepełnione emocjami, energią i gotowością do działania. Pełno tu wypowiedzi jakby ze zwyczajnych rozmów, do głosu dopuszczone zostają także zwierzęta, które potrzebują wskazówek. Co więcej, kolejne wprowadzone postacie wiedzą już o wyczynach gościa burmistrza – podpierają się zasłyszanymi o nim opiniami, żeby uzasadnić swoje prośby o pomoc. To sprawia, że „Miasto labiryntów” powinno się rozwiązywać po kolei – zupełnie inaczej niż niemal każdy zbiór łamigłówek. Kalinowski nie wybiega daleko w przyszłość, powiązuje dwa sąsiadujące ze sobą labirynty. Na końcu tomiku czeka na odbiorców niespodzianka – niczym niezapowiedziana, ale miła dla odbiorców.
Panuje moda na łamigłówki na rynku wydawniczym. Twórcy prześcigają się w pomysłach i w urozmaicaniu klasycznych przecież zadań. Jarosław Adam Kalinowski idzie w ślady „Absolutnie fantastycznych labiryntów”, więc musi znaleźć własny sposób na przedstawianie zagadek. I wydaje się, że znajduje – raz ze względu na narracyjną oprawę, która wytwarza prawie interaktywną fabułę, a dwa – przez różne formy samych labiryntów. Czasem drogi tworzone są tu z prostych kresek, a czasem z szeregu drobnych przedmiotów, bywa też, że to przerwy w ścianach sugerują, którędy przejść do celu. Każdy cel to inna misja, a autor odwołuje się tu też do lubianych przez dzieci rozrywek, szukając nowych tematów. Nie powtarza zagadnień, więc mimo skupienia się tylko na labiryntach zapewnia tak potrzebne w zabawie zmiany. Nasza Księgarnia po raz kolejny wprowadza na rynek wydawniczy tomik atrakcyjny dla dzieci.
niedziela, 5 czerwca 2016
Jerzy Sosnowski: Sen sów
Wielka Litera, Warszawa 2016.
Wspomnienie
Jarko jedzie z rodzicami nad morze. Jedzie, żeby podreperować zdrowie, rodzice muszą mu towarzyszyć, bo mały chłopiec boi się sanatoriów. Odbywa tę podróż teraz, na oczach czytelników – a tak naprawdę odkrywa ją zanurzony we wspomnieniach dorosły i doświadczony autor, który z lekkim sentymentem obserwuje tamtego chłopca i przypomina jego nadzieje i wrażenia (w tym dźwięki zapachów, a nawet tajne myśli, z których kiedyś sam Jarko nie zdawał sobie sprawy). Jarko jedzie więc nad morze, poznaje nowych kolegów, spędza czas z mamą lub tatą – „Sen sów” to zapis zwyczajnego wydarzenia, które w oczach dziecka nabiera cech egzotycznych i ocen nie do powtórzenia nigdy w przyszłości. Dla Jarka wszystko jest nowe i niezwykłe, magicznego charakteru nabiera biblioteka i obiady w stołówkach. Świat dzieci rządzi się swoimi prawami i dorośli nigdy go nie zrozumieją – ale i rodzice mają swoje przyzwyczajenia czy sekrety. Na przykład czas spędzony z tatą wygląda zupełnie inaczej niż decyzje podejmowane przez mamę. Jarko zajmuje się też autorefleksjami, odkrywa uroki literackich zabaw, absurdy sennych obrazów skleja w pojedyncze opowieści. Przez powieść o dojrzewaniu przewija się też temat seksualności. Bo z czasem kontury wizyty nad morzem zaczynają się zacierać, coraz bardziej mieszają się pomysły dziecka z refleksjami coraz starszego a niesprawiedliwie uciszanego bohatera. Sam autor zresztą też zazdrości postaciom i wydziera dla siebie trochę miejsca, ujawnia się, żeby podkreślać autotematyzm i na nowo ukryć siebie. „Sen sów” funkcjonuje w konstrukcji na prawach onirycznych, sygnalizowanych nie tylko obecnością czasowych przeskoków i miksowanych wspomnień, ale i płynącymi opisami, językiem precyzyjnym, a przecież też poetycko rytmicznym, jakby rozmywającym się w faktach i domysłach. Jerzy Sosnowski wybiera długie frazy, ale bez utrudniania lektury czytelnikom, prowadzi historię nie tyle gawędziarsko – co mimochodem. Tworzone przez niego obrazy i sytuacje, chociaż konkretyzowane, są też na tyle uniwersalne, że aż zamieniają czytanie we wspominanie. Każdy wraca do dzieciństwa, odpowiada własnymi refleksjami lub historiami na motywy ze „Snu sów” i przekonuje się, że każda błahostka może okazać się cenna w rozpaczliwym powrocie do dzieciństwa.
Zwodnicze są rozdziały tej powieści, bo wydarzenia, które stają się udziałem Jarka, brzmią bardzo prawdopodobnie nawet wtedy, gdy pamięć płata figle. Sosnowski celowo wyodrębnia (graficznie i w strukturze książki) sny, wtrącenia odautorskie czy „szczeliny” z prawdziwej teraźniejszości: tu tom przypomina o procesie tworzenia i o pułapkach zastawianych przez wprawnych autorów. A przecież nie oznacza to, że rzeczywistość Jarka będzie tym samym mniej prawdziwa. Tyle tylko, że autor otwiera sobie możliwość manipulowania czytelnikami świadomymi tego zabiegu, sugerowania im nieprawdziwych zdarzeń lub modyfikowania pamięci jako skarbca wydarzeń naturalnych czy oczekiwanych. Dzieciństwo i młodość Jarka poddawane są twórczej obróbce, o której podczas czytania bardzo łatwo zapomnieć. Ta powieść dużo udaje, nabiera odbiorców i cieszy wspólnotą doznań (lub – jakością przeszłych scen). „Sen sów” to historia, w której akcja przywodzi na myśl niemal każde dzieciństwo oglądane po latach, a forma przypomina o kreacyjnych możliwościach języka i o znaczeniu jakości pisania. Jerzy Sosnowski wcale nie musi zabiegać o uwagę odbiorców – zdobywa ją przeżyciami małego Jarka. Zabawa staje się podstawą konstrukcji tomu, rzadko się jednak zdarza, by - jak w tym przypadku - zabawa autora była jednocześnie zabawą dla odbiorców. Gra sensami cieszy.
Wspomnienie
Jarko jedzie z rodzicami nad morze. Jedzie, żeby podreperować zdrowie, rodzice muszą mu towarzyszyć, bo mały chłopiec boi się sanatoriów. Odbywa tę podróż teraz, na oczach czytelników – a tak naprawdę odkrywa ją zanurzony we wspomnieniach dorosły i doświadczony autor, który z lekkim sentymentem obserwuje tamtego chłopca i przypomina jego nadzieje i wrażenia (w tym dźwięki zapachów, a nawet tajne myśli, z których kiedyś sam Jarko nie zdawał sobie sprawy). Jarko jedzie więc nad morze, poznaje nowych kolegów, spędza czas z mamą lub tatą – „Sen sów” to zapis zwyczajnego wydarzenia, które w oczach dziecka nabiera cech egzotycznych i ocen nie do powtórzenia nigdy w przyszłości. Dla Jarka wszystko jest nowe i niezwykłe, magicznego charakteru nabiera biblioteka i obiady w stołówkach. Świat dzieci rządzi się swoimi prawami i dorośli nigdy go nie zrozumieją – ale i rodzice mają swoje przyzwyczajenia czy sekrety. Na przykład czas spędzony z tatą wygląda zupełnie inaczej niż decyzje podejmowane przez mamę. Jarko zajmuje się też autorefleksjami, odkrywa uroki literackich zabaw, absurdy sennych obrazów skleja w pojedyncze opowieści. Przez powieść o dojrzewaniu przewija się też temat seksualności. Bo z czasem kontury wizyty nad morzem zaczynają się zacierać, coraz bardziej mieszają się pomysły dziecka z refleksjami coraz starszego a niesprawiedliwie uciszanego bohatera. Sam autor zresztą też zazdrości postaciom i wydziera dla siebie trochę miejsca, ujawnia się, żeby podkreślać autotematyzm i na nowo ukryć siebie. „Sen sów” funkcjonuje w konstrukcji na prawach onirycznych, sygnalizowanych nie tylko obecnością czasowych przeskoków i miksowanych wspomnień, ale i płynącymi opisami, językiem precyzyjnym, a przecież też poetycko rytmicznym, jakby rozmywającym się w faktach i domysłach. Jerzy Sosnowski wybiera długie frazy, ale bez utrudniania lektury czytelnikom, prowadzi historię nie tyle gawędziarsko – co mimochodem. Tworzone przez niego obrazy i sytuacje, chociaż konkretyzowane, są też na tyle uniwersalne, że aż zamieniają czytanie we wspominanie. Każdy wraca do dzieciństwa, odpowiada własnymi refleksjami lub historiami na motywy ze „Snu sów” i przekonuje się, że każda błahostka może okazać się cenna w rozpaczliwym powrocie do dzieciństwa.
Zwodnicze są rozdziały tej powieści, bo wydarzenia, które stają się udziałem Jarka, brzmią bardzo prawdopodobnie nawet wtedy, gdy pamięć płata figle. Sosnowski celowo wyodrębnia (graficznie i w strukturze książki) sny, wtrącenia odautorskie czy „szczeliny” z prawdziwej teraźniejszości: tu tom przypomina o procesie tworzenia i o pułapkach zastawianych przez wprawnych autorów. A przecież nie oznacza to, że rzeczywistość Jarka będzie tym samym mniej prawdziwa. Tyle tylko, że autor otwiera sobie możliwość manipulowania czytelnikami świadomymi tego zabiegu, sugerowania im nieprawdziwych zdarzeń lub modyfikowania pamięci jako skarbca wydarzeń naturalnych czy oczekiwanych. Dzieciństwo i młodość Jarka poddawane są twórczej obróbce, o której podczas czytania bardzo łatwo zapomnieć. Ta powieść dużo udaje, nabiera odbiorców i cieszy wspólnotą doznań (lub – jakością przeszłych scen). „Sen sów” to historia, w której akcja przywodzi na myśl niemal każde dzieciństwo oglądane po latach, a forma przypomina o kreacyjnych możliwościach języka i o znaczeniu jakości pisania. Jerzy Sosnowski wcale nie musi zabiegać o uwagę odbiorców – zdobywa ją przeżyciami małego Jarka. Zabawa staje się podstawą konstrukcji tomu, rzadko się jednak zdarza, by - jak w tym przypadku - zabawa autora była jednocześnie zabawą dla odbiorców. Gra sensami cieszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






