* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 6 sierpnia 2013

Adharanand Finn: Dogonić Kenijczyków. Sekrety najszybszych ludzi na świecie

Galaktyka, Łódź 2013.

Tajemnica biegania

„Urodzeni biegacze” dali początek odłamowi literatury sportowej dotyczącej udziału w maratonach i przełamywania własnych ograniczeń. Z reguły w tomach poświęconych bieganiu chodzi o jedno – o nieustanną walkę z ciałem i umysłem, zmuszanie się do ekstremalnego wysiłku i o zwycięstwa – jeśli nie w wyścigach, to chociaż w prywatnych potyczkach ze sobą. Ale Adharanand Finn, kolejny zainspirowany tomem McDougalla, przyznaje się do innych motywacji niż większość czerpiących satysfakcję z biegania. On chce wybrać się do Kenii – wylęgarni najlepszych maratończyków – dzięki wspólnym treningom zdobyć sekret efektywnego pokonywania tras – i sprzedać ów sekret zainteresowanym. Do takiej postawy otwarcie się w tomie przyznaje. Wyrusza więc z żoną i małymi dziećmi na półroczny kurs biegania.

Finnowi nie zależy na wygrywaniu maratonów, ale sam biega i próbuje sprawdzać przydatność porad nowych znajomych. Dla niego celem staje się nie tyle przekraczanie linii mety na pierwszym miejscu, co poprawianie rekordów życiowych po latach zarzuconego treningu. Nie pasjonuje go samo bieganie, więc i opisów tras będzie tu odpowiednio mniej. Autor raczej zajmuje pozycję obserwatora, chociaż jego książka przypomina reportaż uczestniczący. Finn skupia się na procesach szkoleniowych, sprawdza, jak wyglądają treningi, kiedy się zaczynają i czym właściwie jest bieganie w kulturze Kenijczyków. Próbuje zgromadzić i przeanalizować potencjalne źródła sukcesów, rozmawia z zawodnikami, porównuje zwyczaje. Sam biega z nimi, choć nie traktuje tego jako jedynego sposobu na życie. A ponieważ mniej koncentruje się na przyjemności pokonywania maratonów, ma czas, by uważnie rozejrzeć się wokół – i dokładniej opisać to wszystko, co umyka wpatrzonym wyłącznie w trasy maratonów. Zagląda do kenijskich szkół i jest świadkiem wyścigów dzieci, pyta o diety i o motywy biegania, sprawdza proporcje między treningami i odpoczynkiem. Zajmuje się testowaniem koncepcji biegania naturalnego, a przy tym kompletuje drużynę na jeden z maratonów. Ukazuje świat odmienny od tego, który znają jego odbiorcy: tu jeden z maratończyków przemierza trasę w pożyczonych za dużych szortach, które przez cały bieg musi trzymać, tu sukces w sporcie jest przepustką do lepszego życia. Tu bieganiu trzeba się poświęcić bez reszty. Finnowi stale przybywa notatek pod hasłem „tajemnice” – ale wśród sekretów treningu Kenijczyków coraz trudniej znaleźć mu dominujący element, który mógłby odpowiadać za sportowe wyczyny i osiągnięcia.

Finn mniej opowiada o procesie biegania i samych wyścigach, więcej o życiu przez sześć miesięcy w Kenii. Niby stara się odnaleźć złotodajne wiadomości, ale kolejne tezy prowadzą go na manowce. Autor zaczyna zatem opowiadać o kolegach z drużyny, indywidualnościach i ludziach skrytych oraz nieśmiałych. Przedstawia kenijskich biegaczy, którzy samodzielnie nie wdarliby się do świata mediów. Tło ich spektakularnych sukcesów w żaden sposób nie może imponować zwykłym ciekawskim podglądaczom ani też przygodnym biegaczom. A jednak posmak egzotyki to najlepsze, co Finn przynosi – poza ogromem sportowych obserwacji praktycznie nie do powtórzenia poza Afryką.

„Dogonić Kenijczyków” czerpie z poprzednich publikacji o bieganiu, a jednocześnie wyraźnie się od nich odcina, bo dla autora przestaje być ważny udział w maratonach i osiąganie wysokich lokat, a na pierwszy plan wychodzą za to niemedialne walki ze słabościami podczas treningów. Autor przemierza trasy, z których helikoptery muszą przeganiać lwy – ale zyskuje znacznie więcej niż satysfakcję z biegania. W nieuchwytnych rodzajach przeżyć odnajduje sens sportu i rywalizacji. Ważne, że w książce nie ma scenariusza filmu familijnego (uporczywej walki i zwycięstwa w ostatniej sekundzie) – kiedy zmienia się cel, tom automatycznie staje się atrakcyjnym uzupełnieniem serii o bieganiu, a dodatkowo umożliwia weryfikowanie stereotypów na temat kenijskich maratończyków. Na półce z literaturą sportową książka Finna plasuje się bliżej tematycznych poradników, ale zawiera też zestaw atrakcyjnych dla odbiorców prywatnych przeżyć.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

TeatRyle (Poznań): Wiosenna przygoda

Chorzowski Teatr Ogrodowy

reżyseria: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
na scenie: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy

TeatRyle jak z bajki

Gest włączania wyobraźni, jakim TeatRyle otwierają swoje przedstawienia, to rodzaj magicznego przejścia do bajki, w której może się zdarzyć wszystko. I rzeczywiście – wszystko się zdarza. Bo czy miś Tymoteusz naprawdę mógłby wysiedzieć kukułcze jajko? Skąd właściwie ma wiedzieć, jak to się robi? Może podpatrzy sztuczki pani Sikorskiej albo zabiegi pana Dudka? A może skorzysta z oferty przedsiębiorczej nioski? Kukułka nie interesuje się swoim jajkiem. Za to Lis… Lis dostrzega szansę na pyszne śniadanie…

Lalki w bajkach o Tymoteuszu przypominają dziecięce przytulanki. Swojskie misie sprawiają sympatyczne wrażenie. Ptaki trzepoczą skrzydłami (przekonały się o tym chętne maluchy, które długo po spektaklu w Chorzowskim Teatrzyku Ogródkowym biegały z lalkami po scenie, wołając „frrrrr, frrrrr!”), a Lis uwodzi przepięknym ogonem. O ich lalkowym rodowodzie zapomina się dość szybko, za sprawą sposobu animowania. Doskonale podpatrywane gesty zastępują mimikę – dzieci bez trudu zauważą zdziwienie, radość czy rozczarowanie bohaterów, patrząc na same lalki. Tempo zmian z kolei momentami sprawia, że czeka się na przybycie trzeciego aktora, który przecież gdzieś chyba jest – bo jak inaczej Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy mogliby zdążyć z przedstawianiem życia lasu?

Opowieść rozgrywa się w pięknej scenerii. Pomysłowo poskręcane gałęzie tworzą wygodną scenę – arenę działań misia Tymoteusza i jego przyjaciół. Na niewielkiej przestrzeni znalazło się miejsce na leśną polanę, mieszkania ptaków, gniazdko na drzewie, czy nieujawnianą przedwcześnie firmę kury. Wszystko zostało tu dopracowane w każdym szczególe: korony drzew imitują bukiety z gałązek, kwiaty stanowią zapowiedź wiosny. Widać świetnie, że TeatRyle chcą pokazać dzieciom najlepszą stronę teatru: bardzo dbają o jakość swoich spektakli – miniaturowa scena sprawdzi się w każdych warunkach i za każdym razem będzie tak samo zachwycać widzów.

A najlepsze, co TeatRyle proponują, to gra aktorska. Artyści nie tylko animują kolejne postacie: oni SĄ kolejnymi postaciami, a bawią się nimi na różne sposoby. Mariola potrafi być lekko zwalistym misiem, Marcin – panią Sikorską. Kontrast między warunkami fizycznymi aktorów a ich rolami nie bywa jednak groteskowy dzięki tym samym trafnym obserwacjom, które urzekają w animowaniu lalek. W dodatku Marcin w roli Lisa jest aktorem o talencie mima, parodystą i samym Lisem. O tym, jak bardzo przekonuje odbiorców, świadczyć mogą reakcje maluchów. Dzieci oglądają bajkę z zapartym tchem i starają się nawet nie mrugać, żeby nic z akcji nie uronić. Ale kiedy Lis-Marcin próbował zjeść jajko, wszystkie kilkulatki zgromadzone w Magazynie Ciekłego Powietrza zaczęły krzyczeć: „Nie wolno!”, „Sio!” i „Wynocha!”, chcąc przepłoszyć intruza i ocalić śliczne jajko. To najlepszy dowód na działanie magii teatru.

W „Wiosennej przygodzie” każdy z bohaterów wyposażony jest w charakterystyczne cechy i zamiary – dzięki temu łatwiej operować perfekcyjnymi skrótami i prawdy o postaciach oddawać w scenkach pełnych akcji. Każda rola jest podwajana – bo zachowania lalkowych zwierząt dopełniają miny, gesty i tony głosu aktorów: nie ma zatem najmniejszych problemów z wyobrażeniem sobie scenicznych opowieści. Bajka polega na mądrej zabawie, a tej aktorzy odbiorcom nie skąpią. Poza odzwierciedlaniem typowych dla danego bohatera cech, Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy lubią jeszcze tworzyć dodatkowe płaszczyzny rozrywki, między innymi komiczny dystans do postaci. I tak piękna kołysanka dla jajek zamienia się w parodię kołysanki, kiedy Mariola śpiewa ją grubym głosem przejętego misia. TeatRyle często puszczają oko do publiczności, sugerując, że sami świetnie się bawią. Ich historie przypominają zresztą dziecięce zabawy pluszakami – a na wyżyny sztuki wznosi je gra aktorska, pomysły scenograficzne i reżyserskie oraz odpowiedni dobór tekstów.

Ryl-Krystianowscy bawią zresztą nie tylko dzieci. W „Wiosennej przygodzie” mnóstwo jest żartów, gier słownych i motywów, które także na twarzach rodziców wywołują uśmiech. Miś opala się w pozie supermodelki, kura okazuje się kobietą biznesu. Z humorystycznych detali Ryle konsekwentnie budują „dorosłą” płaszczyznę komiczną opowiastki. Nawet fabuła, która wydaje się rodzicom niezbyt interesująca, sporo zyskuje przy rozrywkowej interpretacji.

Wreszcie TeatRyle to piosenki, przerywniki muzyczne, śpiewanki… W „Wiosennej przygodzie” zgrabnie zostały wplecione w historię, a tworzą dynamikę opowieści i umożliwiają sugerowanie przeskoków czasowych. Melodie łatwo wpadają w ucho, a dla dzieci są też sposobem na uatrakcyjnienie narracji.

Właściwie każdy może przygotować przedstawienie dla maluchów. Jak po spektaklu tłumaczył dorosłym widzom Marcin – tata Niedźwiedź to polar i wypełnienie z gąbki, reszta to wyobraźnia (przypomina się geneza Muppetów: Kermit wziął się przecież z wyobraźni i kawałka zielonej szmatki). Ale zawsze warto zwracać uwagę na jakość produkcji dla maluchów. Przy TeatRylach można być spokojnym: nie tylko zawładną wyobraźnią dzieci i zaszczepią w nich miłość do teatru, pouczą, rozbawią i zabiją nudę, ale jeszcze zaproponują idealnie skomponowaną całość, fantastyczną scenografię i niezapomnianą bajkę.

Nawet kiedy przed spektaklem w Magazynie Ciekłego Powietrza Marcin Ryl-Krystianowski przechadzał się po sali i scenie, wdawał się w bajkowe dyskusje z maluchami. Tak wyszło na jaw, że parasol to wcale nie parasol, a strzelba. Bo w bajkowym świecie wszystko jest możliwe. Zresztą TeatRyle same są jak z bajki.


fot. Radek Ragan

Susanne Fülscher: Majka i nowa siostrzyczka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Wartość siostry

Susanne Fülscher uszlachetnia swoją popserię o Majce dzięki stałym odwołaniom do pozaliterackiej rzeczywistości. Nastolatka nie spędza całego czasu na plotkach z przyjaciółkami, ale żywo interesuje się sprawami bliskich, angażuje się emocjonalnie w większość zadań i zawsze próbuje pomóc swojej superpaczce. Majka czasami bywa naiwna jak dziecko, jednak wiele rzeczy doskonale rozumie – i pomoże je pojąć odbiorczyniom. W ten sposób Susanne Fülscher bawi, ale też i uczy czytelniczki. Nigdy natomiast nie zanudza, bo w każdej historii dzieje się bardzo wiele. Niby wierne fanki cyklu wiedzą, czego mogą się spodziewać po najbliższych fabułkach – a i tak nie wszystko przewidzą – i to w serii o Majce bardzo cieszy oraz zachęca do lektury.

Majka ma jedenaście lat. Na świat przychodzi właśnie jej druga siostrzyczka, więc bohaterka, która wybrała imię dla dziecka, jest bardzo tym faktem przejęta. Bezgraniczna miłość do niemowlęcia objawia się między innymi ciągłymi zachwytami. Majka wie już, że pojawienie się nowego członka rodziny to powód do radości. Mała Janka tym razem zdominuje portret rodzinny: i ekscentryczna babcia, i brat Majki, staną się mniej ważni, przynajmniej w samych opowieściach bohaterki. Majka swoją radością może także dzielić się z wiernymi przyjaciółkami. Jednak spokój zakłóca dziwna dziewczyna, która pojawia się znienacka wszędzie tam, gdzie przebywa superpaczka – i próbuje wkupić się w łaski nastolatek. Tośka szczególnie uważnie obserwuje Justynę, a nawet… grzebie w wielu rzeczach. Przyjaciółki nie tylko trochę obawiają się nieznajomej, ale są też zazdrosne. Bo co będzie, jeśli Justyna wybierze Tośkę?

Brzmi to dosyć naiwnie, ale autorce po raz kolejny udało się stworzyć fabułę, która poruszy zwłaszcza młodsze nastolatki. Kluczem do sukcesu staje się w tym wypadku ogrom emocji i wrażeń bliskich życiu, a przy tym – z różnych dziedzin. Dziewczyny przeżywają przyjście na świat siostry Majki – oglądają życie po rozstaniu rodziców Justyny, a także obmyślają plan działania wobec Tośki. Bez przerwy mają coś do zrobienia, w dodatku nigdy niczego – poza swoją przyjaźnią – nie mogą być pewne. Autorka stara się też promować model rodzinnej szczerości: Majka z każdym problemem może przyjść do mamy i zyskać jeśli nie rozwiązanie, to przynajmniej zrozumienie i wsparcie – dzięki temu łatwiej jej poruszać się p świecie uczuć.

O ile nowe dziecko w rodzinie to zagadnienie, na które można się przygotować odpowiednio wcześniej, o tyle już obecność przyrodniego rodzeństwa, o którym dotąd nic nie było wiadomo, jest trudna do zaakceptowania. Fülscher nawiązuje do sytuacji z życia wziętych, komplikując życie postaciom. Daje też przy tym odbiorczyniom szansę na przemyślenie pewnych kwestii, pokazuje różne strony i interpretacje konkretnej sytuacji. Nie poucza, ale pozwala bohaterkom prezentować odmienne reakcje. Wyposaża je w wyraziste charaktery, przez co sceny z powieści jeszcze silniej wybrzmiewają.

W „Majce i nowej siostrzyczce” jest trochę radości i trochę przestróg. Bohaterki nie miewają wydumanych problemów i przeżywają wszystko stosownie do swojego wieku, a autorka chce dzięki nim oswajać niełatwą czasem rzeczywistość. W życiu Majki i jej przyjaciółek dzieje się wiele. Co istotne, autorka nie narzuca odbiorczyniom jednego sposobu myślenia oraz postrzegania świata, wskazuje różne możliwości i jest w tym bardzo przekonująca. Entuzjazm Majki to przy okazji cecha, która łagodzi surowe rozwiązania fabularne (tak charakterystyczne dla niemieckich popserii literatury czwartej) – można więc czerpać przyjemność z takiej lektury. Majka ma już wierne grono fanek, ale dzięki faktowi, że każda powieść nadaje się do czytania również w oderwaniu od całej serii, kolejne młodsze nastolatki będą sięgać po propozycje tej autorki.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Fern Britton: Zmiana planów

Prószyński S-ka, Warszawa 2013.

Nowe życie

To zwykle wygląda inaczej. Kiedy już kobieta w średnim wieku i matka dorosłych dzieci zdecyduje się opuścić niewiernego męża i zamieszkać w małej, cichej wiosce, pędzi spokojny żywot. Nie ma wtedy miejsca na porywy serca, przygody z romansem w tle czy nieodpowiedzialne zachowania. Nowe życie w wykonaniu takich bohaterek wiąże się ze spokojem, wyciszeniem i tonowaniem wszelkich emocji. Z pamięcią o takich rozwiązaniach podchodzi się do lektury „Zmiany planów” Fern Britton. Jednak już wkrótce odwraca się konwencja, a sympatyczna Helen zyskuje prawo do zachowywania się w stylu kobiet sukcesu, które bez żalu rozpoczynają kolejny etap swojego życia. I chociaż Helen zupełnie nie pasuje do wielkiego świata, radzi sobie z zadaniami, jakie stawia przed nią rzeczywistość.

Helen nie może już znieść zachowań męża. Wyprowadza się do wiejskiego domu w Kornwalii i z miejsca zyskuje tam przyjaciół oraz wrogów. Do pierwszych zalicza się naiwny i poczciwy samotny pastor, do drugich – jego wybitnie złośliwy przyjaciel, przy którym Helen bez przerwy się kompromituje. Codzienność w Kornwalii daleka jest od spokoju i sielankowej atmosfery. Tu ciągle coś się dzieje, zwłaszcza gdy przyjaciółka Helen postanawia zorganizować w pobliżu plan filmowy. Tymczasem Gray – niewierny były małżonek – nie dopuszcza do wiadomości rozstania z żoną i potrafi skutecznie zepsuć jej nastrój. Ale Helen, której daleko do feministycznych zachowań, szuka już nowych znajomości i zamierza cieszyć się życiem, a nie zamartwiać kolejnymi zdradami. Wspierana przez dzieci wkraczające w dorosłość, zyskuje szansę na szczęście. Jednak zanim będzie mogła znaleźć baśniowe rozwiązanie, czeka ją jeszcze sporo szarpiących nerwy zadań.

Fern Britton pokusiła się o historię życiową (ale też upiększaną). Senne rytmy spokojnego miasteczka zdecydowanie odrzuca, ale nie dla bohaterki jest i wielki świat. Helen dobrze czuje się, kiedy jest wolna od zobowiązań, gdy nie musi zajmować się prowadzeniem domu i może pozwolić sobie na emocjonalne wahania. Helen popełnia czasem naiwne błędy w kontaktach z innymi ludźmi: im bardziej zależy jej na własnym wizerunku, tym gorzej wypada w oczach nieżyczliwych. Tym wzbudzi sympatię czytelników. Tym – oraz odwagą, bo przecież Helen to nie bohaterka porzucona: to silna kobieta, która postanowiła samodzielnie pokierować własnym życiem. Z optymizmem, ale bez irytującego huraoptymizmu, patrzy w przyszłość i nie boi się zmian. To cieszy tym bardziej, że Helen wcale nie jest typem bohaterki walczącej. Niekiedy wydaje się trochę zagubiona, źle odnajdująca się w rzeczywistości. Nie ma w tym śladu sztucznej kreacji, ani fałszu w samej psychicznej konstrukcji postaci. Fern Britton uzyskuje taki efekt dzięki połączeniu spokojnych (toskańskich w duchu) historii oraz czytadeł o życiu po rozpadzie związku. Buduje specjalną więź między odbiorczyniami i swoją bohaterką a jej nowymi znajomymi. Nie odkrywa wszystkich kart i na początku nie sugeruje w żaden sposób tego, co może się wydarzyć. Bez przerwy styka ze sobą bohaterów, by z międzyludzkich kontaktów wydobyć cały wachlarz skomplikowanych uczuć. Nie wykorzystuje w opowieści stereotypów, za to stara się znaleźć własne pomysły na kierunki rozwoju obyczajowej akcji. Unika tanich wzruszeń – a to sprawia, że „Zmiana planów” okazuje się miłym rozrywkowym czytadłem dla pań. To ciepła książka, a do tego udana obyczajówka – w sam raz dla tych odbiorczyń, które nie potrzebują sentymentalnych i romansowych historii, a dowodu na sens zaczynania wszystkiego od nowa w najtrudniejszych sytuacjach.

sobota, 3 sierpnia 2013

Damir Miloš: Biały klaun

Media Rodzina, Poznań 2013.

Świat bez kolorów

„Biały klaun” to minipowieść przesycona symbolami, poetycka i metaforyczna, nie udziwniana na siłę, ale odnosząca się do tak egzotycznego dla odbiorców świata, że aż baśniowa. I chociaż mocno nierzeczywista, prowadzi do rozważań o bardzo ważnych dla czytelników zagadnieniach. Przypomina o hierarchii wartości i o tym, że nawet najmłodsi mogą mieć całkiem poważne problemy. Jest rodzajem sprzeciwu wobec tandety i banalnej rozrywki, a i szkołą uczuć nie tylko dla prezentowanych tu postaci. Wprowadza w rzeczywistość daleką od normalnej – mimo że dla bohatera jedyną znaną.

Chłopiec wychowuje się w cyrku. Jego rodzice pracują jako klauni i co wieczór rozśmieszają setki ludzi, ale syn nie chciałby iść w ich ślady. Nie podobają mu się sztuczki klaunów ani rechot widowni. Sam nie potrafi odnaleźć się na arenie. To nie jedyny jego problem. Bohater jest daltonistą, co stara się utrzymać w sekrecie. Nie widzi kolorów, cały świat postrzega przez pryzmat szarości. Pewnego dnia spotyka w lesie ślepego starca. Ten uczy chłopca filozofowania (a właściwie zadawania odpowiednich pytań) i odróżniania kolorów innymi zmysłami. Ale to nie koniec przedziwnej kreacji. W snach chłopca odwiedza żądny walki smok, a na jawie bohater podkochuje się w córce treserów tygrysów. Na zwyczajność i rutynę nie ma więc w bajce miejsca. To bowiem, co jest rutyną dla bohatera, odbiorcom jawić się będzie jako relacja ze świata fantazji.

Cyrk od strony tych najbardziej uwielbianych przez dzieci nie wygląda zbyt atrakcyjnie. Sztuczki ćwiczone przez klaunów wymagają sporych poświęceń, a zapłatą za nie jest bezrefleksyjny, czyli w gruncie rzeczy bardzo smutny, śmiech widowni. Z perspektywy chłopca okazuje się to poważną przeszkodą na drodze do szczęścia. Tyle że dla bohatera ważniejsza jest relacja z córką treserów tygrysów a także nauka kolorów – czasem te dwie płaszczyzny przeplatają się i są od siebie zależne.

Damir Miloš całą fabułę składa z klocków oryginalnych i efektywnych jednocześnie. W uczuciach natomiast odwołuje się do zagadnień niezmiennych, w dodatku się po motywy, które zawsze – i niezależnie od docelowej grupy odbiorców – zapewniają popularność historii. Jest tu miłość, są i wielkie tajemnice, jest mądrość staruszka i odkrywanie świata, jest ogromny smutek i szereg rozczarowań, a obok nich – i nadzieja. W nostalgicznej powieści dzieje się bardzo dużo, i na planie fabuły, i w warstwie przeżyć. Autor bardzo chętnie operuje symbolicznymi scenami i gestami, ale nie rezygnuje też z klasycznej akcji. Pozwala swojemu bohaterowi na rozwój i mądrze go prowadzi – a czytelnikom dostarcza materiału do przemyśleń. Tu wszystko już z samej definicji jest niezwykłe – a jeszcze dochodzą do odważnej fabuły drobne historyjki wplatane w sytuacje – jak legenda o białym klaunie. Smaczków dla tropiących tajemnice i mity nie zabraknie, to one nadadzą fabule kolorytu.

W powieści o szarości ujawnia się mnóstwo barw. „Biały klaun” to książka, która na długo zapada w pamięć – za sprawą nieoczekiwanych rozwiązań fabularnych oraz potężnie rozbudowanej metaforyki. Nie da się przejść obojętnie obok tej poruszającej historii, zwłaszcza że autor omija wszelkie scenariuszowe koleiny i nie korzysta z gotowych schematów. Tworzy niepowtarzalną relację. Dobór tematów sprawia, że książka zamienia się w poetycką baśń i umożliwia dzieciom uruchomienie nieznanych dotąd rejonów wyobraźni.

Historię uzupełniają szkice utrzymane w tonacji szarości, precyzyjne i bezduszne, nieprzypominające w niczym standardowych publikacji dla dzieci. To idealnie współgra z treścią tomu, ilustruje całą opowieść, ale też przypomina o jej niezwykłości. W „Białym klaunie” cenne są przede wszystkim lekturowe doświadczenia, doznania płynące z interpretacji powieściowych dróg. Dobrze, że autor odważył się na całkowite oderwanie od powtarzalnej codzienności – jego książka robi wrażenie i zaskakuje świeżością pomysłów. Zdobędzie uznanie nie tylko wśród dzieci i młodzieży – oczaruje także dorosłych.

piątek, 2 sierpnia 2013

Antonio Ferrara: Byłem zły

WAM, Kraków 2013.

Spowiedź

Angelo to nastolatek sprawiający problemy wychowawcze. Rodzice nie chcą już zajmować się chłopcem, gdy ten przyczynia się do tragicznej śmierci nauczycielki. Oddają syna pod opiekę księdza. Dawny złodziej, nastolatek-alkoholik czy ciężarna dziewczyna zgwałcona przez krewnego – to towarzystwo, z którym teraz przebywać będzie Angelo. Nad wszystkim czuwa cierpliwy i wyrozumiały ksiądz, a jego metody wychowawcze budzą zdziwienie nawet sprawiających problemy młodych ludzi. Ksiądz doskonale wie o wykroczeniach podopiecznych – ale potrafi dać im nadzieję na normalne życie w przyszłości. Angelo uczy się odpowiedzialności, wychowując szczeniaka. Uczy się też porozumienia z innymi – o co nie zawsze łatwo.

„Byłem zły” to książka ciekawa ze względu na rozwiązania fabularne, ale nie tylko: dla odbiorców atrakcyjna będzie również forma. Historia utrzymana została w tonie zwierzenia, a akcja przedstawiana jest w krótkich rozdziałach. Bardzo szybkie migawki po pierwsze uprawdopodobniają postać trudnego dziecka, po drugie natomiast sygnalizują siłę problemów poruszanych w opowieści i podsycają emocje. Tu nigdy nie wiadomo, w jakim kierunku potoczą się losy bohaterów – i kiedy odezwie się drzemiące w nich zło. Antonio Ferrara potrafi tworzyć sytuacje, z których pozornie nie ma dobrego wyjścia, budzi zatem zainteresowanie pomysłami na taktykę opiekuna trudnej młodzieży. Autor operuje silnymi wzruszeniami, ale nigdy nie przekracza granicy prawdopodobieństwa, nie przesadza. Jest powściągliwy w samym opisywaniu scenek, a i w odwoływaniu się do przeżyć postaci. Tworzy dzięki temu atmosferę niepowtarzalną.

Tytuł sugeruje spowiedź nawróconego. Książkę wydało w Polsce katolickie wydawnictwo, a jedną z ważniejszych postaci w powieściowym świecie jest ksiądz – ale Antonio Ferrara nie chce przeprowadzać rekolekcji dla czytelników. Nie ma tu mowy o cudownych nawróceniach ani o pomocy ze strony Boga. Walka dobra ze złem rozgrywa się poza religiami i wiąże się bardziej z zagadnieniem etyki niż nauk Kościoła. Nie ma zatem obaw, że tom „Byłem zły” wybrzmi jak kazanie. Zresztą ma na to wpływ także trafna kreacja młodego bohatera. Dwunastoletni Angelo nie zamierza zastanawiać się nad etycznym wymiarem swoich czynów, jeśli rezygnuje z przestrzegania kodeksu wartości, karą jest zwykle prosta konsekwencja zachowania. Ferrara odrzuca moralizatorski ton, przez co jeszcze bardziej angażuje czytelników w akcję.

Zagubionych młodych ludzi nikt tu nie oskarża ani nie atakuje. Ci, których odrzuciło społeczeństwo, muszą najpierw zmierzyć się z własnymi problemami, a dopiero w dalszej kolejności myśleć o przyszłych dokonaniach. Wobec braku jakiegokolwiek przymusu, outsiderzy zyskują szansę na samodzielne wyciąganie wniosków i czyste przeżywanie małych sukcesów i porażek. Na uwagę zasługuje zwłaszcza cicha postać opiekuna: ksiądz, poza nietypowymi dla postronnych decyzjami, potrafi też zasygnalizować wychowankom ich dalsze losy. Daje nadzieję, rysując wszystkich w „dorosłej” wersji. Niezachwiana wiara w potęgę dobra czyni cuda – przynajmniej cuda na miarę tej fabuły.

Tom „Byłem zły” to skondensowana i pełna wrażeń historia imponująca pomysłami na rozwój psychologicznej fabuły, ale też tekstową realizacją. Warto do tej książki zajrzeć, by sprawdzić jej siłę. Antonio Ferrara wychodzi od realistycznej sytuacji, potem tworzy rodzaj trudnej idylli – i samą wykreowaną przestrzenią zaprasza do etycznych rozważań. Należy przy tym pamiętać, że ocenianie sytuacji jest wtórne wobec przeżywania kolejnych wydarzeń.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Lincoln Peirce: Zapiski luzaka. Natan idzie na całość

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Zwycięstwa i porażki

Natana nie da się nie lubić. Zarówno jako szkolnego urwisa, kompana wielu zabaw, jak i literackiego bohatera. Kolejne komiksowe powieści o nim cieszą się uznaniem maluchów, ale i krytyków czy dorosłych komentatorów. Natan wnosi do literatury czwartej powiew świeżości, a do lektury – bardzo dużo humoru inteligentnego, ozdabianego ironią i nadającego tempo akcji. Akcja ta rozgrywa się w szkole (lub w gronie szkolnych przyjaciół) i jest bardzo zbliżona do tego, co przeżywają najmłodsi, gdy w codzienność włączą odrobinę kreatywności. Z Natanem nie ma nudy – dba o to Lincoln Peirce.

Od samego początku Natan przyzwyczaja odbiorców do tego, że jest komiksiarzem. Rysuje w każdej wolnej chwili, część własnych przygód zresztą relacjonuje rysunkami. Czas, by komiksy pojawiły się w fabule jako temat. Bohater zakłada w szkole kółko komiksiarskie (to gest, który ma udowodnić dzieciom, że nawet krytykowane przez część dorosłych sposoby spędzania czasu mogą zdobyć uznanie i szacunek innych). Szkoła dzięki temu staje się miejscem bardziej przyjaznym. Tyle że na pewien czas musi zostać zamknięta i wyremontowana – a uczniowie będą się uczyć w pobliskiej placówce, z której wychowankami wciąż rywalizują (i zawsze przegrywają, w każdej dyscyplinie). Natan wreszcie może się wykazać.

Nie brakuje tu innych, zwykłych szkolnych perypetii: dyskoteka po lekcjach, spięcia z nielubianymi nauczycielami lub szkolnymi wrogami, irytujące dziewczyny… Ale Natan nigdy nie traci zimnej krwi, nie brakuje mu pomysłów na to, jak wyjść cało z każdych opresji. Niekiedy prowadzi to do dalszych zabawnych wpadek, ale… kto by się tym przejmował. Przygody Natana to mnóstwo śmiechu i dynamiczna akcja – tu czas nawet na moment nie zwalnia, więc nic dziwnego, że Peirce buduje wokół siebie grono wiernych czytelników. W tej książce liczą się pomysły – oryginalne, dziwne, nieprzewidywalne i prowadzące w różnych kierunkach, zawsze spontaniczne i często dowcipne. Natan nie zalicza się do przedstawicieli żadnych charakterystycznych grup szkolnej społeczności, wydaje się być przeciętny, ale jest jedyny w swoim rodzaju.

Skoro tematem tomu „Natan idzie na całość” są komiksy, nie zabraknie ich w fabule. Bohater rysuje na liniowanym papierze siebie i swoich znajomych, kiedy chce szybko przedstawić ostatnie wydarzenia, lub też kiedy zamierza popuścić wodze fantazji i pobawić się sytuacją wprowadzając do niej sporą dawkę absurdu. Do tego dodaje jeszcze Peirce nieco bardziej dojrzałe rysunki prezentujące wybrane sceny czy sygnalizujące wydarzenia, których opisanie zabrałoby zbyt wiele miejsca (i czasu). Natan nie próżnuje – a że ma też przemyślenia czy informacje, które nie powinny wpaść w niepowołane ręce, część własnych komentarzy szyfruje – co zapewni dodatkową rozrywkę (i możliwość poznania cudzych sekretów) najmłodszym czytelnikom.

Peirce świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jak zachęcić do czytania i oglądania tej książki najmłodszych. Imituje rzeczywiste zwierzenia młodego nastolatka obdarzonego ponadprzeciętnym dystansem do siebie i zwyczajnych problemów, stawia na niegłupią rozrywkę. Sprawia, że mali odbiorcy nie mogą traktować jego propozycji jako nudnej lektury do ćwiczenia czytania – od pierwszej strony bowiem porywa dzieci w bardzo prawdziwy świat komiksów i szkoły widzianej od weselszej strony. Natan nie rozśmiesza byle czym – to bohater, który potrafi wynajdować dla dzieci największe atrakcje.