tekst: Maria Joterka
reżyseria: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
muzyka: Robert Łuczak
scenografia: Olga Ryl-Krystianowska
na scenie: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
Aktorzy z bajki
Mogliby na scenę wyjść bez lalek, w codziennych ubraniach i bez scenografii (zresztą bardzo pomysłowej). TeatRyle bowiem z każdej historii tworzą aktorskie perełki. Co to oznacza dla widzów? Że Marcin Ryl-Krystianowski nie gra Lisa, Kwoki czy Myszy, ale jest Lisem, Kwoką lub Myszą. I że Mariola Ryl-Krystianowska nie wykłóca się sama ze sobą na dwa głosy jako Szałaputek i Szałaputka, tylko z bliska obserwuje burzliwą wymianę zdań dwóch kurczaków. Naprawdę łatwo zapomnieć o obecności znakomitych aktorów…
„Powrót Szałaputków” scenariusz ma bardzo prosty, tak, że nawet najmłodsze dzieci bez trudu opowieść zrozumieją. Mama Kwoka wychodzi w odwiedziny do znajomej, Szałaputki w zabawie przypadkiem otwierają furtkę, a tam… czyha na nie groźny Lis. Lis porywa Szałaputka i trzeba podstępu, żeby bohatera uratować. Nie ma tu fabularnych odskoczni, zresztą wcale nie są potrzebne. W krótkim (45 minut) spektaklu mieści się cały wachlarz silnych emocji – i ogromna dawka śmiechu.
TeatRyle mogą wystąpić praktycznie wszędzie – właściwą sceną staje się tu niewielka i zadaszona lada. Na oczach dzieci, w trakcie jednej piosenki wprowadzającej do historii, lada zamienia się w podwórko – za sprawą kilku zaledwie ruchów. Niewiele potrzeba, żeby zasugerować maluchom odpowiednią przestrzeń. Ta sama lada po chwili może stać się kuchnią głodnego Lisa – z rożnem, buzującym ogniem i klatką na Szałaputka. TeatRyle dzięki tym zabiegom pozwolą poznać magię teatru. Dzieci uczestniczą w tworzeniu nowej przestrzeni, ani na moment nie wybijając się z rytmu bajki. Fakt, że wyobraźnia uzupełni wszelkie umowne zabiegi, umożliwia scenograficzne zabawy. Olga Ryl-Krystianowska, córka aktorskiej pary, nie odchodzi od sprawdzonych pomysłów TeatRyli, ale też zapewnia im świeżość, zaskakując czasem dzieci rozwiązaniami. Zmiany czasowe i przestrzenne następują podczas piosenek, których w spektaklu nie brakuje. Ta sprytna metoda wymaga od odbiorców podzielności uwagi: koncentrowania się jednocześnie na treściach śpiewanych i na zachowaniach aktorów. Kto się zagapi, ten za moment odnajdzie się w zupełnie innym miejscu. TeatRyle pokazują, jak bez skomplikowanych zabiegów przenieść maluchy w centrum żywej akcji.
O grze aktorskiej Marioli i Marcina można pisać bez końca w samych superlatywach. Nie dość, że bez reszty wcielają się w kolejne postacie i są w tych wcieleniach bardzo przekonujący, to jeszcze sprawiają wrażenie, jakby ich występ był zabawą. Prowadzą swoich bohaterów lekko i wydaje się momentami, że tylko obserwują bieg wydarzeń z dystansu: akcja dzieje się poza ludźmi, lalki radzą sobie same. W prostej historyjce nie brakuje żartów i smaczków tekstowych („nie gadaj tyle, bo mi schudniesz!”), obserwacji, które uprawdopodobniają świat przedstawiony („duży może wychodzić nad staw na robaki”) i gier słownych („o kurczę”). Humor objawia się tu nawet w chwilach „grozy” – pomaga rozładować napięcie i angażuje odbiorców w bajkę. Czasem Mariola i Marcin przypominają o teatralności – w minietiudach narratorki zapominającej tekstu czy aktora gotowego do zagrania wszystkiego prowokują dzieci do uważniejszego przyglądania się opowieści, a do dorosłych puszczają oko. A kiedy grają – gestami czy tembrem głosu – wiadomo, że nawet pozbawieni lalek poradziliby sobie bez problemu i tak samo przyciągnęliby uwagę publiczności. TeatRyle uczą, jak tworzyć teatr dla najmłodszych – ich bajki i dzieci, i rodzice wspominać będą długo. I chciałoby się, żeby Szałaputki na scenę wróciły w kolejnej odsłonie historii z Lisem, Kwoką i Myszą. Bo kreacje TeatRyli są po prostu mistrzowskie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TeatRyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TeatRyle. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 lipca 2014
sobota, 17 sierpnia 2013
TeatRyle (Poznań): Kubusiowe granie
TeatRyle (Poznań)
na scenie: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
Energia Puchatka
Można nie pamiętać, jakie przygody miewał Kubuś Puchatek w disneyowskich kreskówkach – ale pomysły Milne’a znają bez wątpienia wszyscy. TeatRylom udało się przenieść je na teatralne deski bez zniekształceń idei, za to z uwypuklonym humorem i stale podbijanym tempem. Mieszkańcy Stumilowego Lasu mieszczą się w jednej walizce i są zwykłymi maskotkami – ale w ujęciu TeatRyli ożywają natychmiast. Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy wybrali krótkie i wyraziste scenki, żeby przypomnieć dzieciom to, co w przygodach Kubusia Puchatka najciekawsze. Znalazły się tu zatem między innymi wyprawa na biegun, lekcja pływania Maleństwa, zakradanie się do pszczół po miód, urodziny Kłapouchego czy porwanie Maleństwa – wszystko dzieje się błyskawicznie, co nadaje przedstawieniu bardzo dynamicznego charakteru.
Tak szybkie zmiany w pewnym stopniu potęgowane są licznymi piosenkami. „Kubusiowe granie” TeatRyli to spektakl bardzo rozśpiewany – muzyka pozwala a przechodzenie od opowieści do opowieści, przypomina też o książkowych rymowankach Puchatka. W ten sposób dzieci otrzymują w znanej fabułce coś, czego nie da im lektura; mogą również uświadomić sobie, jak wiele muzycznych akcentów funkcjonuje w samej książce. Śpiewanki są krótkie – w sam raz na tyle, by przynieść chwilę wytchnienia po galopującej akcji, by nie pozwolić dziecku na oderwanie uwagi od bajki i by poczuć sympatię do bohaterów. Umilają oglądanie spektaklu i są bardzo przyjemnym przerywnikiem – zwłaszcza że aktorzy śpiewają ładnie i ciekawie interpretują tekst.
„Kubusiowe granie” umożliwia Ryl-Krystianowskim rozmaite okołotekstowe i aktorskie zabawy. Miś przyczepiony do balonika wznosi się naprawdę wysoko (bo Mariola wchodzi na krzesło), więc kiedy spada, zostaje kilka razy przerzucony z rąk do rąk (TeatRyle znalazły prosty i efektowny sposób na odzwierciedlenie słownych zabiegów z bajki). Pszczele etiudki Marcina wywołują uśmiech dzieci. Zdarza się Ryl-Krystianowskim nieco zmienić pierwotne brzmienie tekstu – przy odkryciu bieguna pojawia się nawet lekki sarkazm. Ale najlepsze staje się w przedstawieniu podwajanie ról. Maskotki nie pozwalają na bogatą gestykulację czy mimikę, więc aktorzy dodają te cechy do czystej obecności pluszaków na scenie. I tak kiedy Mariola w roli Mamy Kangurzycy kąpie i szoruje Prosiaczka w wanience, Marcin tuż obok wykonuje ruchy pływaka i topielca na przemian. Kiedy Kłapouchy i Prosiaczek zaglądają do baryłki po miodzie, aktorzy prezentują maluchom ich miny. Zresztą miny zasługują na osobny komentarz – warto wspomnieć choćby Prosiaczka-Marcina, który wręcza Kłapouchemu skrawek balonik. Dalej jest równie zabawnie. Gdy Krzyś Marcin strzela z dubeltówki w balonik i trafia w Puchatka, Mariola-Kubuś na przemian masuje raz misia, raz siebie. Uciechę mają widzowie – a podwojenie ról kojarzy się bardziej ze zbliżeniami kamery niż z rozwarstwieniem postaci. Tu nawet przesada zyskuje uzasadnienie – przerysowane gesty są komiczne, ale nie męczą oglądających – i też zostały starannie dopracowane (Krzyś, zapytany, jak widać Puchatka z dołu, zbiega ze sceny w publiczność i kuca, żeby dokładniej ocenić sytuację).
Stary zegar i portret Krzysia na ścianie, kilka rekwizytów, wieszak, walizka i stolik – to wystarcza, żeby zbudować przestrzeń wyobraźniową, pełną bajkowych i dowcipnych przygód. Ryl-Krystianowscy wybrali fragmenty powieści żywe, dynamiczne i zabawne. Odrzucili narrację na rzecz rozmów między bohaterami, a w zamian za to wzbogacili historię o ponadprzeciętne poczucie humoru. Ze swoimi pomysłami świetnie wpasowali się w konwencję prozy Milne’a, nie tracąc przy tym własnego charakteru. Ulubieńców dzieci zaprezentowali bez zarzutu.
na scenie: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
Energia Puchatka
Można nie pamiętać, jakie przygody miewał Kubuś Puchatek w disneyowskich kreskówkach – ale pomysły Milne’a znają bez wątpienia wszyscy. TeatRylom udało się przenieść je na teatralne deski bez zniekształceń idei, za to z uwypuklonym humorem i stale podbijanym tempem. Mieszkańcy Stumilowego Lasu mieszczą się w jednej walizce i są zwykłymi maskotkami – ale w ujęciu TeatRyli ożywają natychmiast. Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy wybrali krótkie i wyraziste scenki, żeby przypomnieć dzieciom to, co w przygodach Kubusia Puchatka najciekawsze. Znalazły się tu zatem między innymi wyprawa na biegun, lekcja pływania Maleństwa, zakradanie się do pszczół po miód, urodziny Kłapouchego czy porwanie Maleństwa – wszystko dzieje się błyskawicznie, co nadaje przedstawieniu bardzo dynamicznego charakteru.
Tak szybkie zmiany w pewnym stopniu potęgowane są licznymi piosenkami. „Kubusiowe granie” TeatRyli to spektakl bardzo rozśpiewany – muzyka pozwala a przechodzenie od opowieści do opowieści, przypomina też o książkowych rymowankach Puchatka. W ten sposób dzieci otrzymują w znanej fabułce coś, czego nie da im lektura; mogą również uświadomić sobie, jak wiele muzycznych akcentów funkcjonuje w samej książce. Śpiewanki są krótkie – w sam raz na tyle, by przynieść chwilę wytchnienia po galopującej akcji, by nie pozwolić dziecku na oderwanie uwagi od bajki i by poczuć sympatię do bohaterów. Umilają oglądanie spektaklu i są bardzo przyjemnym przerywnikiem – zwłaszcza że aktorzy śpiewają ładnie i ciekawie interpretują tekst.
„Kubusiowe granie” umożliwia Ryl-Krystianowskim rozmaite okołotekstowe i aktorskie zabawy. Miś przyczepiony do balonika wznosi się naprawdę wysoko (bo Mariola wchodzi na krzesło), więc kiedy spada, zostaje kilka razy przerzucony z rąk do rąk (TeatRyle znalazły prosty i efektowny sposób na odzwierciedlenie słownych zabiegów z bajki). Pszczele etiudki Marcina wywołują uśmiech dzieci. Zdarza się Ryl-Krystianowskim nieco zmienić pierwotne brzmienie tekstu – przy odkryciu bieguna pojawia się nawet lekki sarkazm. Ale najlepsze staje się w przedstawieniu podwajanie ról. Maskotki nie pozwalają na bogatą gestykulację czy mimikę, więc aktorzy dodają te cechy do czystej obecności pluszaków na scenie. I tak kiedy Mariola w roli Mamy Kangurzycy kąpie i szoruje Prosiaczka w wanience, Marcin tuż obok wykonuje ruchy pływaka i topielca na przemian. Kiedy Kłapouchy i Prosiaczek zaglądają do baryłki po miodzie, aktorzy prezentują maluchom ich miny. Zresztą miny zasługują na osobny komentarz – warto wspomnieć choćby Prosiaczka-Marcina, który wręcza Kłapouchemu skrawek balonik. Dalej jest równie zabawnie. Gdy Krzyś Marcin strzela z dubeltówki w balonik i trafia w Puchatka, Mariola-Kubuś na przemian masuje raz misia, raz siebie. Uciechę mają widzowie – a podwojenie ról kojarzy się bardziej ze zbliżeniami kamery niż z rozwarstwieniem postaci. Tu nawet przesada zyskuje uzasadnienie – przerysowane gesty są komiczne, ale nie męczą oglądających – i też zostały starannie dopracowane (Krzyś, zapytany, jak widać Puchatka z dołu, zbiega ze sceny w publiczność i kuca, żeby dokładniej ocenić sytuację).
Stary zegar i portret Krzysia na ścianie, kilka rekwizytów, wieszak, walizka i stolik – to wystarcza, żeby zbudować przestrzeń wyobraźniową, pełną bajkowych i dowcipnych przygód. Ryl-Krystianowscy wybrali fragmenty powieści żywe, dynamiczne i zabawne. Odrzucili narrację na rzecz rozmów między bohaterami, a w zamian za to wzbogacili historię o ponadprzeciętne poczucie humoru. Ze swoimi pomysłami świetnie wpasowali się w konwencję prozy Milne’a, nie tracąc przy tym własnego charakteru. Ulubieńców dzieci zaprezentowali bez zarzutu.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
TeatRyle (Poznań): Wiosenna przygoda
Chorzowski Teatr Ogrodowy
reżyseria: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
na scenie: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
TeatRyle jak z bajki
Gest włączania wyobraźni, jakim TeatRyle otwierają swoje przedstawienia, to rodzaj magicznego przejścia do bajki, w której może się zdarzyć wszystko. I rzeczywiście – wszystko się zdarza. Bo czy miś Tymoteusz naprawdę mógłby wysiedzieć kukułcze jajko? Skąd właściwie ma wiedzieć, jak to się robi? Może podpatrzy sztuczki pani Sikorskiej albo zabiegi pana Dudka? A może skorzysta z oferty przedsiębiorczej nioski? Kukułka nie interesuje się swoim jajkiem. Za to Lis… Lis dostrzega szansę na pyszne śniadanie…
Lalki w bajkach o Tymoteuszu przypominają dziecięce przytulanki. Swojskie misie sprawiają sympatyczne wrażenie. Ptaki trzepoczą skrzydłami (przekonały się o tym chętne maluchy, które długo po spektaklu w Chorzowskim Teatrzyku Ogródkowym biegały z lalkami po scenie, wołając „frrrrr, frrrrr!”), a Lis uwodzi przepięknym ogonem. O ich lalkowym rodowodzie zapomina się dość szybko, za sprawą sposobu animowania. Doskonale podpatrywane gesty zastępują mimikę – dzieci bez trudu zauważą zdziwienie, radość czy rozczarowanie bohaterów, patrząc na same lalki. Tempo zmian z kolei momentami sprawia, że czeka się na przybycie trzeciego aktora, który przecież gdzieś chyba jest – bo jak inaczej Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy mogliby zdążyć z przedstawianiem życia lasu?
Opowieść rozgrywa się w pięknej scenerii. Pomysłowo poskręcane gałęzie tworzą wygodną scenę – arenę działań misia Tymoteusza i jego przyjaciół. Na niewielkiej przestrzeni znalazło się miejsce na leśną polanę, mieszkania ptaków, gniazdko na drzewie, czy nieujawnianą przedwcześnie firmę kury. Wszystko zostało tu dopracowane w każdym szczególe: korony drzew imitują bukiety z gałązek, kwiaty stanowią zapowiedź wiosny. Widać świetnie, że TeatRyle chcą pokazać dzieciom najlepszą stronę teatru: bardzo dbają o jakość swoich spektakli – miniaturowa scena sprawdzi się w każdych warunkach i za każdym razem będzie tak samo zachwycać widzów.
A najlepsze, co TeatRyle proponują, to gra aktorska. Artyści nie tylko animują kolejne postacie: oni SĄ kolejnymi postaciami, a bawią się nimi na różne sposoby. Mariola potrafi być lekko zwalistym misiem, Marcin – panią Sikorską. Kontrast między warunkami fizycznymi aktorów a ich rolami nie bywa jednak groteskowy dzięki tym samym trafnym obserwacjom, które urzekają w animowaniu lalek. W dodatku Marcin w roli Lisa jest aktorem o talencie mima, parodystą i samym Lisem. O tym, jak bardzo przekonuje odbiorców, świadczyć mogą reakcje maluchów. Dzieci oglądają bajkę z zapartym tchem i starają się nawet nie mrugać, żeby nic z akcji nie uronić. Ale kiedy Lis-Marcin próbował zjeść jajko, wszystkie kilkulatki zgromadzone w Magazynie Ciekłego Powietrza zaczęły krzyczeć: „Nie wolno!”, „Sio!” i „Wynocha!”, chcąc przepłoszyć intruza i ocalić śliczne jajko. To najlepszy dowód na działanie magii teatru.
W „Wiosennej przygodzie” każdy z bohaterów wyposażony jest w charakterystyczne cechy i zamiary – dzięki temu łatwiej operować perfekcyjnymi skrótami i prawdy o postaciach oddawać w scenkach pełnych akcji. Każda rola jest podwajana – bo zachowania lalkowych zwierząt dopełniają miny, gesty i tony głosu aktorów: nie ma zatem najmniejszych problemów z wyobrażeniem sobie scenicznych opowieści. Bajka polega na mądrej zabawie, a tej aktorzy odbiorcom nie skąpią. Poza odzwierciedlaniem typowych dla danego bohatera cech, Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy lubią jeszcze tworzyć dodatkowe płaszczyzny rozrywki, między innymi komiczny dystans do postaci. I tak piękna kołysanka dla jajek zamienia się w parodię kołysanki, kiedy Mariola śpiewa ją grubym głosem przejętego misia. TeatRyle często puszczają oko do publiczności, sugerując, że sami świetnie się bawią. Ich historie przypominają zresztą dziecięce zabawy pluszakami – a na wyżyny sztuki wznosi je gra aktorska, pomysły scenograficzne i reżyserskie oraz odpowiedni dobór tekstów.
Ryl-Krystianowscy bawią zresztą nie tylko dzieci. W „Wiosennej przygodzie” mnóstwo jest żartów, gier słownych i motywów, które także na twarzach rodziców wywołują uśmiech. Miś opala się w pozie supermodelki, kura okazuje się kobietą biznesu. Z humorystycznych detali Ryle konsekwentnie budują „dorosłą” płaszczyznę komiczną opowiastki. Nawet fabuła, która wydaje się rodzicom niezbyt interesująca, sporo zyskuje przy rozrywkowej interpretacji.
Wreszcie TeatRyle to piosenki, przerywniki muzyczne, śpiewanki… W „Wiosennej przygodzie” zgrabnie zostały wplecione w historię, a tworzą dynamikę opowieści i umożliwiają sugerowanie przeskoków czasowych. Melodie łatwo wpadają w ucho, a dla dzieci są też sposobem na uatrakcyjnienie narracji.
Właściwie każdy może przygotować przedstawienie dla maluchów. Jak po spektaklu tłumaczył dorosłym widzom Marcin – tata Niedźwiedź to polar i wypełnienie z gąbki, reszta to wyobraźnia (przypomina się geneza Muppetów: Kermit wziął się przecież z wyobraźni i kawałka zielonej szmatki). Ale zawsze warto zwracać uwagę na jakość produkcji dla maluchów. Przy TeatRylach można być spokojnym: nie tylko zawładną wyobraźnią dzieci i zaszczepią w nich miłość do teatru, pouczą, rozbawią i zabiją nudę, ale jeszcze zaproponują idealnie skomponowaną całość, fantastyczną scenografię i niezapomnianą bajkę.
Nawet kiedy przed spektaklem w Magazynie Ciekłego Powietrza Marcin Ryl-Krystianowski przechadzał się po sali i scenie, wdawał się w bajkowe dyskusje z maluchami. Tak wyszło na jaw, że parasol to wcale nie parasol, a strzelba. Bo w bajkowym świecie wszystko jest możliwe. Zresztą TeatRyle same są jak z bajki.

fot. Radek Ragan
reżyseria: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
na scenie: Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy
TeatRyle jak z bajki
Gest włączania wyobraźni, jakim TeatRyle otwierają swoje przedstawienia, to rodzaj magicznego przejścia do bajki, w której może się zdarzyć wszystko. I rzeczywiście – wszystko się zdarza. Bo czy miś Tymoteusz naprawdę mógłby wysiedzieć kukułcze jajko? Skąd właściwie ma wiedzieć, jak to się robi? Może podpatrzy sztuczki pani Sikorskiej albo zabiegi pana Dudka? A może skorzysta z oferty przedsiębiorczej nioski? Kukułka nie interesuje się swoim jajkiem. Za to Lis… Lis dostrzega szansę na pyszne śniadanie…
Lalki w bajkach o Tymoteuszu przypominają dziecięce przytulanki. Swojskie misie sprawiają sympatyczne wrażenie. Ptaki trzepoczą skrzydłami (przekonały się o tym chętne maluchy, które długo po spektaklu w Chorzowskim Teatrzyku Ogródkowym biegały z lalkami po scenie, wołając „frrrrr, frrrrr!”), a Lis uwodzi przepięknym ogonem. O ich lalkowym rodowodzie zapomina się dość szybko, za sprawą sposobu animowania. Doskonale podpatrywane gesty zastępują mimikę – dzieci bez trudu zauważą zdziwienie, radość czy rozczarowanie bohaterów, patrząc na same lalki. Tempo zmian z kolei momentami sprawia, że czeka się na przybycie trzeciego aktora, który przecież gdzieś chyba jest – bo jak inaczej Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy mogliby zdążyć z przedstawianiem życia lasu?
Opowieść rozgrywa się w pięknej scenerii. Pomysłowo poskręcane gałęzie tworzą wygodną scenę – arenę działań misia Tymoteusza i jego przyjaciół. Na niewielkiej przestrzeni znalazło się miejsce na leśną polanę, mieszkania ptaków, gniazdko na drzewie, czy nieujawnianą przedwcześnie firmę kury. Wszystko zostało tu dopracowane w każdym szczególe: korony drzew imitują bukiety z gałązek, kwiaty stanowią zapowiedź wiosny. Widać świetnie, że TeatRyle chcą pokazać dzieciom najlepszą stronę teatru: bardzo dbają o jakość swoich spektakli – miniaturowa scena sprawdzi się w każdych warunkach i za każdym razem będzie tak samo zachwycać widzów.
A najlepsze, co TeatRyle proponują, to gra aktorska. Artyści nie tylko animują kolejne postacie: oni SĄ kolejnymi postaciami, a bawią się nimi na różne sposoby. Mariola potrafi być lekko zwalistym misiem, Marcin – panią Sikorską. Kontrast między warunkami fizycznymi aktorów a ich rolami nie bywa jednak groteskowy dzięki tym samym trafnym obserwacjom, które urzekają w animowaniu lalek. W dodatku Marcin w roli Lisa jest aktorem o talencie mima, parodystą i samym Lisem. O tym, jak bardzo przekonuje odbiorców, świadczyć mogą reakcje maluchów. Dzieci oglądają bajkę z zapartym tchem i starają się nawet nie mrugać, żeby nic z akcji nie uronić. Ale kiedy Lis-Marcin próbował zjeść jajko, wszystkie kilkulatki zgromadzone w Magazynie Ciekłego Powietrza zaczęły krzyczeć: „Nie wolno!”, „Sio!” i „Wynocha!”, chcąc przepłoszyć intruza i ocalić śliczne jajko. To najlepszy dowód na działanie magii teatru.
W „Wiosennej przygodzie” każdy z bohaterów wyposażony jest w charakterystyczne cechy i zamiary – dzięki temu łatwiej operować perfekcyjnymi skrótami i prawdy o postaciach oddawać w scenkach pełnych akcji. Każda rola jest podwajana – bo zachowania lalkowych zwierząt dopełniają miny, gesty i tony głosu aktorów: nie ma zatem najmniejszych problemów z wyobrażeniem sobie scenicznych opowieści. Bajka polega na mądrej zabawie, a tej aktorzy odbiorcom nie skąpią. Poza odzwierciedlaniem typowych dla danego bohatera cech, Mariola i Marcin Ryl-Krystianowscy lubią jeszcze tworzyć dodatkowe płaszczyzny rozrywki, między innymi komiczny dystans do postaci. I tak piękna kołysanka dla jajek zamienia się w parodię kołysanki, kiedy Mariola śpiewa ją grubym głosem przejętego misia. TeatRyle często puszczają oko do publiczności, sugerując, że sami świetnie się bawią. Ich historie przypominają zresztą dziecięce zabawy pluszakami – a na wyżyny sztuki wznosi je gra aktorska, pomysły scenograficzne i reżyserskie oraz odpowiedni dobór tekstów.
Ryl-Krystianowscy bawią zresztą nie tylko dzieci. W „Wiosennej przygodzie” mnóstwo jest żartów, gier słownych i motywów, które także na twarzach rodziców wywołują uśmiech. Miś opala się w pozie supermodelki, kura okazuje się kobietą biznesu. Z humorystycznych detali Ryle konsekwentnie budują „dorosłą” płaszczyznę komiczną opowiastki. Nawet fabuła, która wydaje się rodzicom niezbyt interesująca, sporo zyskuje przy rozrywkowej interpretacji.
Wreszcie TeatRyle to piosenki, przerywniki muzyczne, śpiewanki… W „Wiosennej przygodzie” zgrabnie zostały wplecione w historię, a tworzą dynamikę opowieści i umożliwiają sugerowanie przeskoków czasowych. Melodie łatwo wpadają w ucho, a dla dzieci są też sposobem na uatrakcyjnienie narracji.
Właściwie każdy może przygotować przedstawienie dla maluchów. Jak po spektaklu tłumaczył dorosłym widzom Marcin – tata Niedźwiedź to polar i wypełnienie z gąbki, reszta to wyobraźnia (przypomina się geneza Muppetów: Kermit wziął się przecież z wyobraźni i kawałka zielonej szmatki). Ale zawsze warto zwracać uwagę na jakość produkcji dla maluchów. Przy TeatRylach można być spokojnym: nie tylko zawładną wyobraźnią dzieci i zaszczepią w nich miłość do teatru, pouczą, rozbawią i zabiją nudę, ale jeszcze zaproponują idealnie skomponowaną całość, fantastyczną scenografię i niezapomnianą bajkę.
Nawet kiedy przed spektaklem w Magazynie Ciekłego Powietrza Marcin Ryl-Krystianowski przechadzał się po sali i scenie, wdawał się w bajkowe dyskusje z maluchami. Tak wyszło na jaw, że parasol to wcale nie parasol, a strzelba. Bo w bajkowym świecie wszystko jest możliwe. Zresztą TeatRyle same są jak z bajki.

fot. Radek Ragan
Subskrybuj:
Posty (Atom)






