PIW, Warszawa 2016.
Pisanie życia
Postać, która już za życia stała się legendą, to zjawisko niezwykle cenne dla biografów. Życie i twórczość Trumana Capote zasługuje na taką książkę, jaką stworzył Gerald Clarke: pełną, sycącą, gęstą od faktów i analiz, a do tego w klasyczny sposób wyważoną i spójną. Tom, który powstał w 1988 roku, jest dzisiaj świadectwem uroku dawnych biografii (i automatycznie oskarżeniem wymierzonym w nurt pop, w którym książki tworzy się szybko i bez uwzględniania sporej części archiwów). Clarke przez dziewięć lat zbierał materiały, przeprowadzał wywiady i spotykał się z bohaterem swojej pracy, by jak najlepiej poznać jego i środowisko, w którym funkcjonował. Umiejętnie opracowuje materiały źródłowe, potrafi także odrzeć wydarzenia z otoczki skandalu czy sensacji. Obiektywny, bezemocjonalny i nieoceniający ton to coś, co urzeknie odbiorców spragnionych biograficznego rozmachu.
Truman Capote jako pisarz, jako homoseksualista i jako przyjaciel pań z wyższych sfer to trzy portrety, które przez całą książkę powracają. Clarke skrupulatnie zbiera metody pracy Trumana, jego autotematyczne refleksje czy warsztatowe zwierzenia. Pokazuje, jak kiełkowały pomysły, jak twórca brał się do samego pisania i jak komentował swoje poszukiwania. Odnotowuje dylematy towarzyszące zmianom formy: kiedy Capote otrzymuje propozycje pisania dla teatrów, czy kiedy inspiruje go zbrodnia i przechodzi do możliwości literatury faktu oraz wielkich książkowych reportaży. Jeśli zajmuje się gotowymi utworami, opowiadaniami czy powieściami, skrótowo przedstawia ich treść, założenia czy elementy przełomowe – nie zajmuje się recepcją dzieł, ale tym, co poprzedzało ich powstanie. Z punktu widzenia czytelników to rozwiązanie znacznie ciekawsze niż mozaikowy przegląd recenzji. Capote jako pisarz zajmuje ważne miejsce w tej książce, ale – nie jedyny to obszar badań autora. „Truman Capote” jako biografia z prawdziwego zdarzenia zaspokaja ciekawość najbardziej wybrednych.
Sprawy zawodowe przyciągną jedną grupę czytelników, sprawy towarzyskie – drugą (choć te grupy wcale się nie wykluczają). Gerald Clarke od samego początku wskazuje na homoseksualizm bohatera, jako cechę wyróżniającą go z otoczenia. To utrapienie dla matki Trumana (której zapędy, by zahamować zniewieściałość syna, przynoszą odwrotny skutek), ale i bogaty temat kolejnych partnerów i kochanków. O miłości i seksie Truman Capote tu opowiada, wyraźnie oddzielając od siebie te sfery, kiedy to konieczne. Można poznać każdego z ważnych dla niego mężczyzn dość dokładnie. Ale podobnie ma się sprawa z kolejnymi przyjaciółkami z wielkiego świata. Clarke nie stara się wcale wywoływać skandalu – wszystko tu prowadzi do ukazania Trumana jako duszy towarzystwa, człowieka, który w pewnym momencie zaczął rządzić światkiem establishmentu. Próbuje Clarke uchwycić fenomen tej postaci – a czyni to bardzo obrazowo.
Podobnie zresztą jak wtedy, gdy przedstawia upadek swojego bohatera i jego smutny koniec. W niektórych partiach książki wydaje się, że dał się uwieść Trumanowi, że stał się jego fanem, ale nie przymyka oczu i na sprawy, które wymagają krytyki. Potrafi też od pisarza przejść do jego otoczenia – precyzyjnie scharakteryzować kłótnie rodziców czy chorobę matki (i finansowe wymagania ojca), opowiedzieć, co działo się z kochankami. W ten sposób „Truman Capote” zamienia się w biografię znacznie pełniejszą niż to wszystko, co oferują dzisiejsi badacze. Poza zawartością atrakcyjnych dla czytelników faktów niewątpliwą zaletą publikacji jest jej język – wolny od zmanieryzowania, przezroczysty, a przecież dostarczający wielu wrażeń za sprawą sensualnych opisów.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 8 lutego 2017
wtorek, 7 lutego 2017
Agata Mańczyk: Motyl rysowany w myślach
Akapit Press, Łódź 2016.
Problemy
Agata Mańczyk to dzisiaj mistrzyni prozy dla młodzieży. Proponuje czytelnikom fabuły oryginalne i wciągające, a przy tym pełne trudnych tematów. Bogate w nawiązania literackie – ponieważ „zbuntowana” młodzież chętnie czyta poetów piosenki, młodzi odbiorcy mogą zainteresować się twórczością Osieckiej, Kofty, Przybory czy – jak w „Motylu rysowanym w myślach” – Młynarskiego. Nowa szkoła to początek wielkiej przygody, na którą bohaterowie wcale nie muszą mieć ochoty. Ale liceum plastyczne to miejsce w sam raz dla indywidualistów. Mańczyk wprowadza czworo bohaterów. Aster to syn znanego malarza i wykładowcy ASP. Wszyscy oczekują, że pójdzie w ślady ojca, chłopak tymczasem pasjonuje się komiksami i chciałby rysować. Korba – zakompleksiona dziewczyna z nadwagą – liceum artystyczne wybrała mimo sprzeciwu rodziców i teraz musi zacząć zarabiać, żeby stać ją było na opłacenie części czesnego. Minka to zbuntowana i chimeryczna piękność, która nade wszystko próbuje udowodnić swoją wyższość adorującym ją chłopakom. Lupa szuka własnej drogi – jest skryty i zamknięty w sobie, ale niepozbawiony fantazji i talentów.
„Motyl rysowany w myślach” rozpoczyna się zgodnie z lubianym przez autorkę schematem: czwórka nastolatków z problemami różni się od siebie tak bardzo, jak to tylko możliwe. W normalnych warunkach bohaterowie nie zwróciliby na siebie uwagi i nie szukaliby wspólnego języka. Tu do owocnej współpracy zmusza ich wychowawca już na pierwszej lekcji. I od razu Agata Mańczyk wychodzi z kolein, tworząc rozbudowaną relację, wielowątkową historię o tym, jak wiele wyzwań niesie codzienność. Aster nie może porozumieć się z ojcem – od śmierci matki są dla siebie obcy. Minka tworzy dla swoich rodziców imitację prawdziwego życia, pozornie realizuje ich marzenia. W kontaktach interpersonalnych sporo ryzykuje. Korba nieoczekiwanie znajduje swoje mocne strony – zostaje „ambasadorką” marki ubrań, świetnie tańczy i dzięki nowo nabytej pewności siebie może się mierzyć z wyzwaniami w domu. O Lupie wiadomo najmniej, ale i on ma do pokonania własne demony. Autorka skupia się na kilku zagadnieniach – pokazuje problemy w domach (szczególnie te, które prowokują do jak najszybszego usamodzielnienia się), meandry życia uczuciowego, ale najsilniej kreśli przyjaźń. Bohaterowie zyskują przestrzeń do spotkań – nie są skazani na szkołę, przebywają w kawiarni ciotki Minki lub w antykwariacie, czas spędzają nad niezliczonymi kubkami herbaty. Mogą na siebie liczyć i stopniowo to daje im siłę. Agata Mańczyk portretuje młodzież myślącą i pełną fantazji. Tu nie nastolatki sprawiają problemy wychowawcze – a dorośli, tyle że im nikt nie zwróci uwagi.
Wprawdzie tematy sercowe schodzą na najdalszy plan, a tytuł brzmi intrygująco, ale do blurbu niepotrzebnie został wybrany fragment z jednej z puent – co przynajmniej część niespodzianki odbiera. Mańczyk ma poza tym sporo do zaoferowania, więc edytorska „zdrada” nie przekreśli przyjemności czytania, ale jest trochę ryzykownym posunięciem. Przede wszystkim jednak „Motyl rysowany w myślach” to powieść o potędze przyjaźni, która zrodzić się może wbrew początkowym uprzedzeniom i różnicom charakterów. Jak zawsze, Agata Mańczyk pisze z zestawem barwnych pomysłów, uświadamiając często czytelnikom, że mogą brać sprawy w swoje ręce i walczyć o swoje, nawet jeśli na starcie czują się przegrani. Autorka wybiera tym razem zestaw komplikacji uczuciowych i psychologicznych (w miejsce dotychczasowych wakacyjnych przygód) – bohaterowie nie zmagają się z grą, a z prawdziwym, często niewesołym życiem. I tu jednak mogą odnieść sukces, jeśli tylko odważą się realizować własne marzenia. „Motyl rysowany w myślach” jest – jak wszystkie powieści Agaty Mańczyk – lekturą rozrywkową, ale i bardzo wartościową. Zgrabnie napisana, pełna niespodzianek książka na chwilę odrywa od codzienności i spłycanych motywów z powieści pop.
Problemy
Agata Mańczyk to dzisiaj mistrzyni prozy dla młodzieży. Proponuje czytelnikom fabuły oryginalne i wciągające, a przy tym pełne trudnych tematów. Bogate w nawiązania literackie – ponieważ „zbuntowana” młodzież chętnie czyta poetów piosenki, młodzi odbiorcy mogą zainteresować się twórczością Osieckiej, Kofty, Przybory czy – jak w „Motylu rysowanym w myślach” – Młynarskiego. Nowa szkoła to początek wielkiej przygody, na którą bohaterowie wcale nie muszą mieć ochoty. Ale liceum plastyczne to miejsce w sam raz dla indywidualistów. Mańczyk wprowadza czworo bohaterów. Aster to syn znanego malarza i wykładowcy ASP. Wszyscy oczekują, że pójdzie w ślady ojca, chłopak tymczasem pasjonuje się komiksami i chciałby rysować. Korba – zakompleksiona dziewczyna z nadwagą – liceum artystyczne wybrała mimo sprzeciwu rodziców i teraz musi zacząć zarabiać, żeby stać ją było na opłacenie części czesnego. Minka to zbuntowana i chimeryczna piękność, która nade wszystko próbuje udowodnić swoją wyższość adorującym ją chłopakom. Lupa szuka własnej drogi – jest skryty i zamknięty w sobie, ale niepozbawiony fantazji i talentów.
„Motyl rysowany w myślach” rozpoczyna się zgodnie z lubianym przez autorkę schematem: czwórka nastolatków z problemami różni się od siebie tak bardzo, jak to tylko możliwe. W normalnych warunkach bohaterowie nie zwróciliby na siebie uwagi i nie szukaliby wspólnego języka. Tu do owocnej współpracy zmusza ich wychowawca już na pierwszej lekcji. I od razu Agata Mańczyk wychodzi z kolein, tworząc rozbudowaną relację, wielowątkową historię o tym, jak wiele wyzwań niesie codzienność. Aster nie może porozumieć się z ojcem – od śmierci matki są dla siebie obcy. Minka tworzy dla swoich rodziców imitację prawdziwego życia, pozornie realizuje ich marzenia. W kontaktach interpersonalnych sporo ryzykuje. Korba nieoczekiwanie znajduje swoje mocne strony – zostaje „ambasadorką” marki ubrań, świetnie tańczy i dzięki nowo nabytej pewności siebie może się mierzyć z wyzwaniami w domu. O Lupie wiadomo najmniej, ale i on ma do pokonania własne demony. Autorka skupia się na kilku zagadnieniach – pokazuje problemy w domach (szczególnie te, które prowokują do jak najszybszego usamodzielnienia się), meandry życia uczuciowego, ale najsilniej kreśli przyjaźń. Bohaterowie zyskują przestrzeń do spotkań – nie są skazani na szkołę, przebywają w kawiarni ciotki Minki lub w antykwariacie, czas spędzają nad niezliczonymi kubkami herbaty. Mogą na siebie liczyć i stopniowo to daje im siłę. Agata Mańczyk portretuje młodzież myślącą i pełną fantazji. Tu nie nastolatki sprawiają problemy wychowawcze – a dorośli, tyle że im nikt nie zwróci uwagi.
Wprawdzie tematy sercowe schodzą na najdalszy plan, a tytuł brzmi intrygująco, ale do blurbu niepotrzebnie został wybrany fragment z jednej z puent – co przynajmniej część niespodzianki odbiera. Mańczyk ma poza tym sporo do zaoferowania, więc edytorska „zdrada” nie przekreśli przyjemności czytania, ale jest trochę ryzykownym posunięciem. Przede wszystkim jednak „Motyl rysowany w myślach” to powieść o potędze przyjaźni, która zrodzić się może wbrew początkowym uprzedzeniom i różnicom charakterów. Jak zawsze, Agata Mańczyk pisze z zestawem barwnych pomysłów, uświadamiając często czytelnikom, że mogą brać sprawy w swoje ręce i walczyć o swoje, nawet jeśli na starcie czują się przegrani. Autorka wybiera tym razem zestaw komplikacji uczuciowych i psychologicznych (w miejsce dotychczasowych wakacyjnych przygód) – bohaterowie nie zmagają się z grą, a z prawdziwym, często niewesołym życiem. I tu jednak mogą odnieść sukces, jeśli tylko odważą się realizować własne marzenia. „Motyl rysowany w myślach” jest – jak wszystkie powieści Agaty Mańczyk – lekturą rozrywkową, ale i bardzo wartościową. Zgrabnie napisana, pełna niespodzianek książka na chwilę odrywa od codzienności i spłycanych motywów z powieści pop.
poniedziałek, 6 lutego 2017
Tomasz Samojlik: Żubr Pompik. Kolory jesieni
Media Rodzina, Poznań 2016.
Wiedza
Żubr Pompik razem ze swoją małą siostrzyczką Polinką dokazuje w puszczy. Jest bardzo ciekawski, chociaż nie przebija w tym Polinki. Ta musi poznać i zrozumieć wszystkie leśne zjawiska oraz zwyczaje zwierząt. Jest ich mnóstwo, a w tomiku „Kolory jesieni”, kolejnym już w zgrabnym cyklu, Tomasz Samojlik wprowadza coraz bardziej niezwykłe ciekawostki. Bohaterowie sprawdzają między innymi, skąd wzięły się szyszki wbijane pionowo w drzewa, dlaczego borsuk urządza wiosenne porządki i który ptak jest najbardziej nietypowy. Nauczą się, że poszczególne gatunki zwierząt w różny sposób oznaczają swoje terytorium i las jest pełen niewidocznych na pierwszy rzut oka granic. Zrobi się trochę filozoficznie, gdy zwierzęta zechcą sprawdzić, czy poza puszczą coś istnieje i gdy przekonają się, że strach bywa potrzebny. Nawet dziecięce wybryki uciążliwe dla rodziców okażą się zrozumiałe, gdy Pompik i Polinka zetkną się z podobnymi szaleństwami małych kun.
W tej rodzinie wszyscy bardzo się kochają. Rodzice z wyrozumiałością i stoickim spokojem przyglądają się wybrykom pociech, zawsze zapewniając im wsparcie i dyskretnie czuwając nad niebezpieczeństwem. Małe żubry tymczasem spotykają się z coraz nowymi mieszkańcami lasów i dowiadują o każdym czegoś nowego. Nowego dla siebie – małych, naiwnych żubrów, które wszystkiego dopiero się uczą, a i nowego dla czytelników – kilkulatków śledzących krótkie opowiadania. Nie ma tu strasznych przygód, brutalności czy zła. W puszczy wszystko zyskuje swoje miejsce i wydaje się harmonijnie funkcjonować. To świat bez człowieka, a zwierzęta bardzo mądrze rozwiązują wszystkie swoje problemy. Samojlik obok Adama Wajraka jest tym, który edukowanie w sprawach puszczy rozpoczyna od najmłodszych dzieci. Udało mu się wykreować bohaterów, którzy zapadają w pamięć i uczą, a do tego rozśmieszają. Po „Kolorach jesieni” widać już, jak ewoluują opowiadania. W dalszym ciągu historyjki są krótkie, mają po kilka stron i jednowątkowy przebieg. Wyglądają zawsze podobnie: zaczyna się dzień, Pompik i Polinka coś zauważają – i szukają rozwiązania, komentarza czy wyjaśnienia. Przeprowadzają rozmowy z kolejnymi, zawsze życzliwymi, mieszkańcami puszczy, a czasem doświadczają czegoś, co pomaga im zrozumieć zachowania innych zwierząt. To lekcje zrozumiałe również dla małych odbiorców, a przy tym zaprezentowane z humorem. Tomasz Samojlik bajki pisze z coraz większą wprawą. Coraz celniej też charakteryzuje uczucia postaci – przekonująco portretuje ich charaktery i reakcje. Niby i bez tego spełniłby edukacyjne założenia tomiku, a jednak przyjemnie jest czytać historyjki dobrze przemyślane.
Samojlik operuje humorem obok dobrotliwego uśmiechu i panującej w puszczy życzliwości. Na każdym kroku podkreśla, że zwierzęta dobrze się ze sobą czują i mogą dogadać. Nie ma tu ani walki o przetrwanie, ani przykrych sytuacji, z każdego wydarzenia płynie ważny wniosek. Kto pyta, musi uzyskać odpowiedź, a pyta ten, kto jest otwarty na świat, zamierza go dobrze poznać i akceptuje. Chociaż Pompik i Polinka są tylko małymi żuberkami, wykazują się w tym zakresie sporą mądrością i taktem. „Kolory jesieni” w podskórnym nurcie dają też subtelną lekcję zachowania. Samojlik z wprawą ilustruje też swoje tomiki – w kreskówkowym stylu. Tworzy bajkowych bohaterów z wyrazistymi i wiele mówiącymi minami, uzupełnia drobnymi rysunkami tekst i jeszcze bardziej zachęca małych odbiorców do zaangażowania się w lekturę. Tworzy dla maluchów – co widać po nieskomplikowanej konstrukcji poszczególnych historyjek – ale dba też o ich językowe umiejętności, nie infantylizuje stylu, sprawiając, że dzieci poznają nowe słowa. Całkiem sporo korzyści ma się z tomików o przygodach żubra Pompika – i to na różnych płaszczyznach.
Wiedza
Żubr Pompik razem ze swoją małą siostrzyczką Polinką dokazuje w puszczy. Jest bardzo ciekawski, chociaż nie przebija w tym Polinki. Ta musi poznać i zrozumieć wszystkie leśne zjawiska oraz zwyczaje zwierząt. Jest ich mnóstwo, a w tomiku „Kolory jesieni”, kolejnym już w zgrabnym cyklu, Tomasz Samojlik wprowadza coraz bardziej niezwykłe ciekawostki. Bohaterowie sprawdzają między innymi, skąd wzięły się szyszki wbijane pionowo w drzewa, dlaczego borsuk urządza wiosenne porządki i który ptak jest najbardziej nietypowy. Nauczą się, że poszczególne gatunki zwierząt w różny sposób oznaczają swoje terytorium i las jest pełen niewidocznych na pierwszy rzut oka granic. Zrobi się trochę filozoficznie, gdy zwierzęta zechcą sprawdzić, czy poza puszczą coś istnieje i gdy przekonają się, że strach bywa potrzebny. Nawet dziecięce wybryki uciążliwe dla rodziców okażą się zrozumiałe, gdy Pompik i Polinka zetkną się z podobnymi szaleństwami małych kun.
W tej rodzinie wszyscy bardzo się kochają. Rodzice z wyrozumiałością i stoickim spokojem przyglądają się wybrykom pociech, zawsze zapewniając im wsparcie i dyskretnie czuwając nad niebezpieczeństwem. Małe żubry tymczasem spotykają się z coraz nowymi mieszkańcami lasów i dowiadują o każdym czegoś nowego. Nowego dla siebie – małych, naiwnych żubrów, które wszystkiego dopiero się uczą, a i nowego dla czytelników – kilkulatków śledzących krótkie opowiadania. Nie ma tu strasznych przygód, brutalności czy zła. W puszczy wszystko zyskuje swoje miejsce i wydaje się harmonijnie funkcjonować. To świat bez człowieka, a zwierzęta bardzo mądrze rozwiązują wszystkie swoje problemy. Samojlik obok Adama Wajraka jest tym, który edukowanie w sprawach puszczy rozpoczyna od najmłodszych dzieci. Udało mu się wykreować bohaterów, którzy zapadają w pamięć i uczą, a do tego rozśmieszają. Po „Kolorach jesieni” widać już, jak ewoluują opowiadania. W dalszym ciągu historyjki są krótkie, mają po kilka stron i jednowątkowy przebieg. Wyglądają zawsze podobnie: zaczyna się dzień, Pompik i Polinka coś zauważają – i szukają rozwiązania, komentarza czy wyjaśnienia. Przeprowadzają rozmowy z kolejnymi, zawsze życzliwymi, mieszkańcami puszczy, a czasem doświadczają czegoś, co pomaga im zrozumieć zachowania innych zwierząt. To lekcje zrozumiałe również dla małych odbiorców, a przy tym zaprezentowane z humorem. Tomasz Samojlik bajki pisze z coraz większą wprawą. Coraz celniej też charakteryzuje uczucia postaci – przekonująco portretuje ich charaktery i reakcje. Niby i bez tego spełniłby edukacyjne założenia tomiku, a jednak przyjemnie jest czytać historyjki dobrze przemyślane.
Samojlik operuje humorem obok dobrotliwego uśmiechu i panującej w puszczy życzliwości. Na każdym kroku podkreśla, że zwierzęta dobrze się ze sobą czują i mogą dogadać. Nie ma tu ani walki o przetrwanie, ani przykrych sytuacji, z każdego wydarzenia płynie ważny wniosek. Kto pyta, musi uzyskać odpowiedź, a pyta ten, kto jest otwarty na świat, zamierza go dobrze poznać i akceptuje. Chociaż Pompik i Polinka są tylko małymi żuberkami, wykazują się w tym zakresie sporą mądrością i taktem. „Kolory jesieni” w podskórnym nurcie dają też subtelną lekcję zachowania. Samojlik z wprawą ilustruje też swoje tomiki – w kreskówkowym stylu. Tworzy bajkowych bohaterów z wyrazistymi i wiele mówiącymi minami, uzupełnia drobnymi rysunkami tekst i jeszcze bardziej zachęca małych odbiorców do zaangażowania się w lekturę. Tworzy dla maluchów – co widać po nieskomplikowanej konstrukcji poszczególnych historyjek – ale dba też o ich językowe umiejętności, nie infantylizuje stylu, sprawiając, że dzieci poznają nowe słowa. Całkiem sporo korzyści ma się z tomików o przygodach żubra Pompika – i to na różnych płaszczyznach.
niedziela, 5 lutego 2017
Simone Moro: Misja helikopter
Agora, Warszawa 2017.
W górze
Tego człowieka nie trzeba przedstawiać ani fanom alpinizmu, ani miłośnikom literatury górskiej. Simone Moro swoje doświadczenia ze zdobywania ośmiotysięczników przedstawił, pojawia się również czasem w relacjach innych wspinaczy. Góry to jego pasja, ale w tomie „Misja helikopter” wiąże je z innym, odrobinę późniejszym marzeniem. Marzeniem, które szybko staje się sposobem na życie i ucieczką od wspinaczkowej emerytury. Moro pragnie latać helikopterami i używać ich tam, gdzie są niezbędne jako element akcji ratujących życie: w wysokich partiach gór. O dążeniu do zrealizowania tego śmiałego pomysłu opowiada w niewielkiej książce.
Na pierwszym poziomie to relacja dotycząca pasji. Simone Moro niekoniecznie wstrzela się w standardowe życzenia ogółu odbiorców. Potrafi jednak zarażać entuzjazmem, pokazuje, że wszystko może się udać, wystarczy podejmować ryzyko i nie poddawać się po drobnych porażkach. Jest w stanie przekonać odbiorców, że warto realizować nawet najbardziej śmiałe marzenia – i ukazuje im to na własnym przykładzie. Dla zdeterminowanego nie ma rzeczy niemożliwych. Z tego składa się część opowieści, bez względu na zainteresowania czytelników wspólna wszystkim. Drugą płaszczyznę historii stanowią więc konkrety – uzupełnienie emocji o wiedzę na temat helikopterów i ich „technicznych” możliwości oraz całej drogi, jaką musi przejść potencjalny pilot. Simone Moro chce, by wszystko odbywało się zgodnie z prawem, pokazuje więc sposoby realizacji marzenia. Jedyne co od czasu do czasu przemilcza to koszty lekcji, lotów ćwiczeniowych czy paliwa. Trzecim elementem tej publikacji, trochę nawiązującym do literatury górskiej, są akcje ratunkowe – najpierw te, w których helikopter się przydał (lub: by się przydał, ale go zabrakło) – utwierdzające autora w przekonaniu, że jego pomysły mają sens – później te, w których Moro brał udział jako pilot czy członek załogi. Tu okazuje się, jak bezduszne bywa prawo: piloci znają możliwości swojej maszyny (i bez przerwy ją testują), wiedzą, kiedy można podjąć ryzyko i wznieść się ponad przepisową wysokość, żeby uratować komuś życie – później, w raportach, wartości te muszą zaniżać. Jest więc chęć niesienia pomocy innym i przeżywanie ekstremalnych przygód stałym lawirowaniem między tym, co uznawane i tym, co zakazane. Moro odwołuje się do wielu groźnych sytuacji, udowadniając, że w ratowaniu innych liczy się umiejętność oceny i podejmowania szybkich decyzji, a nie wiedza teoretyczna – nie da się nawet w opisie ujednolicić szeregu wypraw, każda jest inna, o czym urzędnicy najwyraźniej nie chcą wiedzieć. W tomie pojawia się jeszcze czwarty składnik: próba rozprawienia się z głosami krytyki, nieżyczliwością, czy – ogólnie – ludźmi, którzy usiłowali nie dopuścić do realizacji marzenia. Tu najbardziej przebija się gorycz. Simone Moro, świadomy, że nie wolno mu przeprowadzać personalnych ataków, ale też odwoływać się bezpośrednio do wydarzeń, co do których istniały różne punkty widzenia, próbuje dyplomatycznie mieszać z błotem przeciwników. Krytyce poddaje włoską biurokrację (sporo miejsca zabiera mu porównanie systemów w prawie włoskim i amerykańskim, ale też rejestr potrzebnych licencji czy zezwoleń i samego podejścia do lotów komercyjnych w różnych krajach), zawistników czy tych, którzy go atakowali (czasem nawet dosłownie), choć szczegółów nie chce podawać. We fragmentach rozliczeniowych bywa dość męczący – bo do tematów powraca co kilka akapitów – jakby wbrew deklaracjom nie umiał do końca pogodzić się z uciążliwościami.
Helikopter w górach to nie tylko radość związana z lataniem, ale i nowe przyjaźnie oraz możliwości (a także, niestety, nowe rozstania i pożegnania z przyjaciółmi). Przydaje się, gdy ciężko dotrzeć do czekających na ratunek, ale i do poszukiwania ciał zaginionych – w końcu przyjaciół w górach się nie zostawia. Moro opowiada o wyzwaniach powodujących przyspieszone bicie serca i o radości, gdy można przełamać kolejne bariery. W związku ze zróżnicowaniem tych zagadnień i emocji z nimi związanych nie da się utrzymać jednolitej narracji. Zresztą Moro kierunkami przemyśleń dynamizuje tom bardziej niż opracowaniem przeżyć. Żadne słowa nie oddadzą uczuć człowieka, który bez przerwy rzuca wyzwanie naturze. Moro w swoich wyczynach pozostaje mimo wszystko samotnikiem i nie przejmuje się cudzymi ograniczeniami. Prowadzi opowieść specyficzną.
W górze
Tego człowieka nie trzeba przedstawiać ani fanom alpinizmu, ani miłośnikom literatury górskiej. Simone Moro swoje doświadczenia ze zdobywania ośmiotysięczników przedstawił, pojawia się również czasem w relacjach innych wspinaczy. Góry to jego pasja, ale w tomie „Misja helikopter” wiąże je z innym, odrobinę późniejszym marzeniem. Marzeniem, które szybko staje się sposobem na życie i ucieczką od wspinaczkowej emerytury. Moro pragnie latać helikopterami i używać ich tam, gdzie są niezbędne jako element akcji ratujących życie: w wysokich partiach gór. O dążeniu do zrealizowania tego śmiałego pomysłu opowiada w niewielkiej książce.
Na pierwszym poziomie to relacja dotycząca pasji. Simone Moro niekoniecznie wstrzela się w standardowe życzenia ogółu odbiorców. Potrafi jednak zarażać entuzjazmem, pokazuje, że wszystko może się udać, wystarczy podejmować ryzyko i nie poddawać się po drobnych porażkach. Jest w stanie przekonać odbiorców, że warto realizować nawet najbardziej śmiałe marzenia – i ukazuje im to na własnym przykładzie. Dla zdeterminowanego nie ma rzeczy niemożliwych. Z tego składa się część opowieści, bez względu na zainteresowania czytelników wspólna wszystkim. Drugą płaszczyznę historii stanowią więc konkrety – uzupełnienie emocji o wiedzę na temat helikopterów i ich „technicznych” możliwości oraz całej drogi, jaką musi przejść potencjalny pilot. Simone Moro chce, by wszystko odbywało się zgodnie z prawem, pokazuje więc sposoby realizacji marzenia. Jedyne co od czasu do czasu przemilcza to koszty lekcji, lotów ćwiczeniowych czy paliwa. Trzecim elementem tej publikacji, trochę nawiązującym do literatury górskiej, są akcje ratunkowe – najpierw te, w których helikopter się przydał (lub: by się przydał, ale go zabrakło) – utwierdzające autora w przekonaniu, że jego pomysły mają sens – później te, w których Moro brał udział jako pilot czy członek załogi. Tu okazuje się, jak bezduszne bywa prawo: piloci znają możliwości swojej maszyny (i bez przerwy ją testują), wiedzą, kiedy można podjąć ryzyko i wznieść się ponad przepisową wysokość, żeby uratować komuś życie – później, w raportach, wartości te muszą zaniżać. Jest więc chęć niesienia pomocy innym i przeżywanie ekstremalnych przygód stałym lawirowaniem między tym, co uznawane i tym, co zakazane. Moro odwołuje się do wielu groźnych sytuacji, udowadniając, że w ratowaniu innych liczy się umiejętność oceny i podejmowania szybkich decyzji, a nie wiedza teoretyczna – nie da się nawet w opisie ujednolicić szeregu wypraw, każda jest inna, o czym urzędnicy najwyraźniej nie chcą wiedzieć. W tomie pojawia się jeszcze czwarty składnik: próba rozprawienia się z głosami krytyki, nieżyczliwością, czy – ogólnie – ludźmi, którzy usiłowali nie dopuścić do realizacji marzenia. Tu najbardziej przebija się gorycz. Simone Moro, świadomy, że nie wolno mu przeprowadzać personalnych ataków, ale też odwoływać się bezpośrednio do wydarzeń, co do których istniały różne punkty widzenia, próbuje dyplomatycznie mieszać z błotem przeciwników. Krytyce poddaje włoską biurokrację (sporo miejsca zabiera mu porównanie systemów w prawie włoskim i amerykańskim, ale też rejestr potrzebnych licencji czy zezwoleń i samego podejścia do lotów komercyjnych w różnych krajach), zawistników czy tych, którzy go atakowali (czasem nawet dosłownie), choć szczegółów nie chce podawać. We fragmentach rozliczeniowych bywa dość męczący – bo do tematów powraca co kilka akapitów – jakby wbrew deklaracjom nie umiał do końca pogodzić się z uciążliwościami.
Helikopter w górach to nie tylko radość związana z lataniem, ale i nowe przyjaźnie oraz możliwości (a także, niestety, nowe rozstania i pożegnania z przyjaciółmi). Przydaje się, gdy ciężko dotrzeć do czekających na ratunek, ale i do poszukiwania ciał zaginionych – w końcu przyjaciół w górach się nie zostawia. Moro opowiada o wyzwaniach powodujących przyspieszone bicie serca i o radości, gdy można przełamać kolejne bariery. W związku ze zróżnicowaniem tych zagadnień i emocji z nimi związanych nie da się utrzymać jednolitej narracji. Zresztą Moro kierunkami przemyśleń dynamizuje tom bardziej niż opracowaniem przeżyć. Żadne słowa nie oddadzą uczuć człowieka, który bez przerwy rzuca wyzwanie naturze. Moro w swoich wyczynach pozostaje mimo wszystko samotnikiem i nie przejmuje się cudzymi ograniczeniami. Prowadzi opowieść specyficzną.
Sztybor, Kaczkowski: Niezła draka, Drapak! Cypel strachu
Egmont, Warszawa 2016.
Kto się boi
Zwykły chłopak, Kornel, przyjaźni się z potworem (zupełnie niegroźnym), Chrobotem. Nic w tym dziwnego, ludzie i potwory dawno już znaleźli wspólny język, zburzyli mur dzielący miasto na dwie części i połączyli święta (ludzkie dzieci podczas Halloween zbierają słodycze, małe potworki wolą boczek). A jednak jest ktoś, kto nie wyzbył się strachu. To szeryf. Szeryf boi się wszystkiego i to dużo bardziej niż przeciętne dziecko. Nie wiadomo nawet, jak mu pomóc. Chwilowo jednak Kornel ma poważniejszy problem natury obyczajowej. Spędza czas z Chrobotem oraz Polą, dwójką przyjaciół. Nie chce żadnego z nich wyróżniać ani żadnego krzywdzić, spotykając się tylko z tym drugim. Nie bierze pod uwagę i tego, że Pola i Chrobot, chociaż darzą się sympatią, chętnie wyszliby z Kornelem osobno. Każde – z innych powodów i z innymi intencjami. Kornel rezygnuje z myśli o tym, bo musiałby do siebie dopuścić na przykład… strach przed całowaniem. Kornel to nie do końca zwykły chłopak. Kiedy dostanie tajny sygnał, wskakuje w swój kostium superbohatera, zamienia się w doskonale znanego w miasteczku Drapaka (idola młodzieży) i rusza ratować świat. Zadania, którym Kornel by nie podołał, Drapak rozwiązuje natychmiast. Sprawa tym razem wygląda niepokojąco: ktoś porywa dzieci – zarówno ludzkie, jak i potworowe. Drapak musi poradzić sobie z tą tajemnicą i uwolnić maluchy zanim ktoś – za pomocą zaklęcia i dzieci – uwolni świat od strachu. Strach w końcu nie jest taki zły, bardzo się przydaje.
Sztybor i Kaczkowski w drugim komiksie będącym dziecięcą wersją narracji o dorosłych superbohaterach wykorzystują parodię, żeby wprowadzić tematy istotne dla najmłodszych odbiorców. Drapak jako superbohater może wytłumaczyć, do czego przydaje się strach – nawet dzieciom. To krok do oswojenia tego uczucia, wyjaśnienia sensu i by może oddzielenia abstrakcyjnych i irracjonalnych lęków od ostrzeżeń wysyłanych przez mózg. Autorzy posługują się tu wyrazistymi scenkami – pokazują, że Pola i Chrobot odmiennie interpretują intencje Kornela, skoro nie mają pojęcia o jego skrywanych obawach, udowadniają też, że w pewnych sytuacjach rzeczywiście nie ma się czego bać, a strach jest gorszy niż jego przyczyna. Dzieci pośmieją się i z potwora, który w kinie wskakuje na kolana innym przy co bardziej strasznych obrazach, i z szeryfa, który – jak na władcę miasta – zachowuje się jak maluch, trzęsąc się ze strachu z byle powodu. Strach bywa tu oswajany przez śmiech, a to najlepsza metoda działania. Humor przesyca też inne sytuacje, choćby scenkę z mierzeniem kostiumu Drapaka – Kornel ma już zamiar przyznać się, że to jego wcielenie, ale… nie musi. Śmiesznych punktów jest w komiksie sporo, a wiele dostosowanych do percepcji kilkulatków, bo też i seria kierowana jest do tych maluchów, które na Supermana czy Batmana są jeszcze za małe – mimo że Sztybor i Kaczkowski czerpią z pomysłów takich komiksów pełnymi garściami.
Uproszczeniom ulega w drugiej kolejności sama akcja oraz rysunki. Tomik przedstawia szybką historyjkę, która nigdy nie straszy naprawdę – za to niesie przesłania dotyczące przeżywania strachu oraz budowania międzyludzkich relacji. W tle jest oczywiście piękna przyjaźń, której nic nie zaszkodzi. Autorzy postarali się, by komiks uczył czegoś najmłodszych, a poza tym dostarczał rozrywki. Uproszczenia w grafice oznaczają nie tylko bardziej wyraziste sylwetki i nieprzeładowane tła, ale i zmniejszenie liczby kadrów – każda strona dzieli się na maksymalnie trzy wersy z obrazkami, dzięki czemu komiks staje się bardziej czytelny dla najmłodszych i sprawia, że łatwiej kilkulatki przekonać będzie nawet do samodzielnej lektury. Drapak to bohater dla nich – dopasowany do wieku i możliwości poznawczych, niezbyt skomplikowany, za to omawiający ważne sprawy z pełną naturalnością.
Kto się boi
Zwykły chłopak, Kornel, przyjaźni się z potworem (zupełnie niegroźnym), Chrobotem. Nic w tym dziwnego, ludzie i potwory dawno już znaleźli wspólny język, zburzyli mur dzielący miasto na dwie części i połączyli święta (ludzkie dzieci podczas Halloween zbierają słodycze, małe potworki wolą boczek). A jednak jest ktoś, kto nie wyzbył się strachu. To szeryf. Szeryf boi się wszystkiego i to dużo bardziej niż przeciętne dziecko. Nie wiadomo nawet, jak mu pomóc. Chwilowo jednak Kornel ma poważniejszy problem natury obyczajowej. Spędza czas z Chrobotem oraz Polą, dwójką przyjaciół. Nie chce żadnego z nich wyróżniać ani żadnego krzywdzić, spotykając się tylko z tym drugim. Nie bierze pod uwagę i tego, że Pola i Chrobot, chociaż darzą się sympatią, chętnie wyszliby z Kornelem osobno. Każde – z innych powodów i z innymi intencjami. Kornel rezygnuje z myśli o tym, bo musiałby do siebie dopuścić na przykład… strach przed całowaniem. Kornel to nie do końca zwykły chłopak. Kiedy dostanie tajny sygnał, wskakuje w swój kostium superbohatera, zamienia się w doskonale znanego w miasteczku Drapaka (idola młodzieży) i rusza ratować świat. Zadania, którym Kornel by nie podołał, Drapak rozwiązuje natychmiast. Sprawa tym razem wygląda niepokojąco: ktoś porywa dzieci – zarówno ludzkie, jak i potworowe. Drapak musi poradzić sobie z tą tajemnicą i uwolnić maluchy zanim ktoś – za pomocą zaklęcia i dzieci – uwolni świat od strachu. Strach w końcu nie jest taki zły, bardzo się przydaje.
Sztybor i Kaczkowski w drugim komiksie będącym dziecięcą wersją narracji o dorosłych superbohaterach wykorzystują parodię, żeby wprowadzić tematy istotne dla najmłodszych odbiorców. Drapak jako superbohater może wytłumaczyć, do czego przydaje się strach – nawet dzieciom. To krok do oswojenia tego uczucia, wyjaśnienia sensu i by może oddzielenia abstrakcyjnych i irracjonalnych lęków od ostrzeżeń wysyłanych przez mózg. Autorzy posługują się tu wyrazistymi scenkami – pokazują, że Pola i Chrobot odmiennie interpretują intencje Kornela, skoro nie mają pojęcia o jego skrywanych obawach, udowadniają też, że w pewnych sytuacjach rzeczywiście nie ma się czego bać, a strach jest gorszy niż jego przyczyna. Dzieci pośmieją się i z potwora, który w kinie wskakuje na kolana innym przy co bardziej strasznych obrazach, i z szeryfa, który – jak na władcę miasta – zachowuje się jak maluch, trzęsąc się ze strachu z byle powodu. Strach bywa tu oswajany przez śmiech, a to najlepsza metoda działania. Humor przesyca też inne sytuacje, choćby scenkę z mierzeniem kostiumu Drapaka – Kornel ma już zamiar przyznać się, że to jego wcielenie, ale… nie musi. Śmiesznych punktów jest w komiksie sporo, a wiele dostosowanych do percepcji kilkulatków, bo też i seria kierowana jest do tych maluchów, które na Supermana czy Batmana są jeszcze za małe – mimo że Sztybor i Kaczkowski czerpią z pomysłów takich komiksów pełnymi garściami.
Uproszczeniom ulega w drugiej kolejności sama akcja oraz rysunki. Tomik przedstawia szybką historyjkę, która nigdy nie straszy naprawdę – za to niesie przesłania dotyczące przeżywania strachu oraz budowania międzyludzkich relacji. W tle jest oczywiście piękna przyjaźń, której nic nie zaszkodzi. Autorzy postarali się, by komiks uczył czegoś najmłodszych, a poza tym dostarczał rozrywki. Uproszczenia w grafice oznaczają nie tylko bardziej wyraziste sylwetki i nieprzeładowane tła, ale i zmniejszenie liczby kadrów – każda strona dzieli się na maksymalnie trzy wersy z obrazkami, dzięki czemu komiks staje się bardziej czytelny dla najmłodszych i sprawia, że łatwiej kilkulatki przekonać będzie nawet do samodzielnej lektury. Drapak to bohater dla nich – dopasowany do wieku i możliwości poznawczych, niezbyt skomplikowany, za to omawiający ważne sprawy z pełną naturalnością.
sobota, 4 lutego 2017
Bogumił Paszkiewicz: Cwana panienka z Juraty. 69 limeryków freewolnych
Iskry, Warszawa 2017.
Bez cenzury
Trafia Bogumił Paszkiewicz na rynek – i do fanów limeryków – tomikiem „Cwana panienka z Juraty” (w podtytule „69 limeryków freewolnych”) i od razu sprawia kłopot. B trudno odmówić mu racji w tym, że dobry limeryk powinien być pikantny – przecież to wielokrotnie podkreślali mistrzowie gatunku. Może być, jak chce Paszkiewicz, również świński, ale kiedy zamienia się w wulgarny, to już trochę mniej cieszy. Poza rozwiązaniami formalnymi liczy się tu przecież i finezja, i dowcip oparty na dwuznacznościach – a nie nazywanie rzeczy po imieniu. W zbiorku, który po prostu musiał mieć określoną liczbę utworów znajdzie się kilka – na szczęście nie większość – takich właśnie słabych popisów, z pogranicza pornografii, bez lekkości i dobrego pomysłu. Znajdzie się trochę takich, w których autor wyraźnie przegrał z formą: nie trafił na dobry rym, nie znalazł puenty (lub znalazł ją przedwcześnie). Znajdzie się też kilka perełek. Ogólnie: jeśli miało obowiązywać kryterium liczbowe, trzeba było przygotować o połowę więcej limeryków, żeby mieć z czego wybierać i nie iść na ustępstwa – tomik sporo by na tym zyskał. Tak – psują jego kształt teksty najsłabsze, jakby wciśnięte tu na siłę, żeby dobić do 69 wierszyków. Zazdrość limerykowych układaczy będzie budzić akrobatka, tytułowa panienka czy wdowa, a nawet bufetowa spod Giewontu. To pomysły udane i zrealizowane bez zarzutu. Wiadomo, że we wszystkich 69 limerykach chodzi o jedno (Paszkiewicz odrzuca odgałęzienie limeryków absurdalnych, woli te nieprzyzwoite), ale skoro pracuje nad zaprezentowaniem chuci rozmaitych postaci, warto by pokusić się o mniejszą dosłowność. Żart nie może opierać się wyłącznie na rubaszności (fiutach, rżnięciach, waleniach i pałach), sztuka polega na tym, żeby relacje damsko-męskie odpowiednio w wierszyku nazwać, wskazać czy zasugerować. Paszkiewicz ma czasami ciekawe pomysły, niekoniecznie zależne od rymów – ale bywa, że w ogóle się nie stara, przywołując utworki, które rozbawią towarzystwo przy ognisku i piwie – ale nie wzbudzą podziwu dla autora. A o podziw też przecież przy tym chodzi.
Bogumił Paszkiewicz szuka odpowiedniej formy, wpadając niekiedy w limerykowe uproszczenia (powtórzenie nazwy miejsca w ostatnim wersie czy homofony, które mają mniejszą siłę oddziaływania niż rymy) – widać jednak pracę nad warsztatem przy rymach złożonych. Parę razy udaje mu się zaimponować współbrzmieniami, ale bardziej skupia się na frywolnych treściach – mimo wszystko. Trochę tym przekreśla znaczną część sensu limerykowych zabaw, odbierając czytelnikom przyjemność z dekodowania znaczeń. „Cwana panienka z Juraty” również w zakresie formy bywa tomikiem nierównym, ale to akurat zjawisko często spotykane w publikacjach satyrycznych, zwłaszcza gdy autor – jak w tym wypadku – jest debiutantem w tej dziedzinie.
Niewiele publikacji limerykowych ukazuje się na rynku, ale fani gatunku pilnie śledzą propozycje wydawnicze. Tego typu pozycje mogą zachęcić do dalszego szukania rymowych (i seksualnych) absurdów. Bogumił Paszkiewicz pisze swobodnie i sugeruje, że układanie limeryków to ciekawe hobby. Tekstów w tomiku nie jest zbyt wiele, ale takie zbiorki czyta się zupełnie inaczej niż tradycyjne lektury – tu po każdej puencie następuje przerwa, w sam raz na analizowanie kierunków pomysłów oraz rozwiązań formalnych. Cieszy, że Iskry nie zapominają o rozbudowywaniu satyrycznej półki i znajdują również miejsce na twórczość niepoważną. W tym wypadku nie na wiele przydałby się redaktor – bo słabych limeryków nie warto przerabiać czy dopracowywać – lepiej znaleźć nowe rymy i nowe pomysły. W końcu tego typu tworzenie to i zabawa umysłowa – jedna z nielicznych, które rozrywkę przyniosą również odbiorcom i osobom spoza kręgu najbliższych.
Bez cenzury
Trafia Bogumił Paszkiewicz na rynek – i do fanów limeryków – tomikiem „Cwana panienka z Juraty” (w podtytule „69 limeryków freewolnych”) i od razu sprawia kłopot. B trudno odmówić mu racji w tym, że dobry limeryk powinien być pikantny – przecież to wielokrotnie podkreślali mistrzowie gatunku. Może być, jak chce Paszkiewicz, również świński, ale kiedy zamienia się w wulgarny, to już trochę mniej cieszy. Poza rozwiązaniami formalnymi liczy się tu przecież i finezja, i dowcip oparty na dwuznacznościach – a nie nazywanie rzeczy po imieniu. W zbiorku, który po prostu musiał mieć określoną liczbę utworów znajdzie się kilka – na szczęście nie większość – takich właśnie słabych popisów, z pogranicza pornografii, bez lekkości i dobrego pomysłu. Znajdzie się trochę takich, w których autor wyraźnie przegrał z formą: nie trafił na dobry rym, nie znalazł puenty (lub znalazł ją przedwcześnie). Znajdzie się też kilka perełek. Ogólnie: jeśli miało obowiązywać kryterium liczbowe, trzeba było przygotować o połowę więcej limeryków, żeby mieć z czego wybierać i nie iść na ustępstwa – tomik sporo by na tym zyskał. Tak – psują jego kształt teksty najsłabsze, jakby wciśnięte tu na siłę, żeby dobić do 69 wierszyków. Zazdrość limerykowych układaczy będzie budzić akrobatka, tytułowa panienka czy wdowa, a nawet bufetowa spod Giewontu. To pomysły udane i zrealizowane bez zarzutu. Wiadomo, że we wszystkich 69 limerykach chodzi o jedno (Paszkiewicz odrzuca odgałęzienie limeryków absurdalnych, woli te nieprzyzwoite), ale skoro pracuje nad zaprezentowaniem chuci rozmaitych postaci, warto by pokusić się o mniejszą dosłowność. Żart nie może opierać się wyłącznie na rubaszności (fiutach, rżnięciach, waleniach i pałach), sztuka polega na tym, żeby relacje damsko-męskie odpowiednio w wierszyku nazwać, wskazać czy zasugerować. Paszkiewicz ma czasami ciekawe pomysły, niekoniecznie zależne od rymów – ale bywa, że w ogóle się nie stara, przywołując utworki, które rozbawią towarzystwo przy ognisku i piwie – ale nie wzbudzą podziwu dla autora. A o podziw też przecież przy tym chodzi.
Bogumił Paszkiewicz szuka odpowiedniej formy, wpadając niekiedy w limerykowe uproszczenia (powtórzenie nazwy miejsca w ostatnim wersie czy homofony, które mają mniejszą siłę oddziaływania niż rymy) – widać jednak pracę nad warsztatem przy rymach złożonych. Parę razy udaje mu się zaimponować współbrzmieniami, ale bardziej skupia się na frywolnych treściach – mimo wszystko. Trochę tym przekreśla znaczną część sensu limerykowych zabaw, odbierając czytelnikom przyjemność z dekodowania znaczeń. „Cwana panienka z Juraty” również w zakresie formy bywa tomikiem nierównym, ale to akurat zjawisko często spotykane w publikacjach satyrycznych, zwłaszcza gdy autor – jak w tym wypadku – jest debiutantem w tej dziedzinie.
Niewiele publikacji limerykowych ukazuje się na rynku, ale fani gatunku pilnie śledzą propozycje wydawnicze. Tego typu pozycje mogą zachęcić do dalszego szukania rymowych (i seksualnych) absurdów. Bogumił Paszkiewicz pisze swobodnie i sugeruje, że układanie limeryków to ciekawe hobby. Tekstów w tomiku nie jest zbyt wiele, ale takie zbiorki czyta się zupełnie inaczej niż tradycyjne lektury – tu po każdej puencie następuje przerwa, w sam raz na analizowanie kierunków pomysłów oraz rozwiązań formalnych. Cieszy, że Iskry nie zapominają o rozbudowywaniu satyrycznej półki i znajdują również miejsce na twórczość niepoważną. W tym wypadku nie na wiele przydałby się redaktor – bo słabych limeryków nie warto przerabiać czy dopracowywać – lepiej znaleźć nowe rymy i nowe pomysły. W końcu tego typu tworzenie to i zabawa umysłowa – jedna z nielicznych, które rozrywkę przyniosą również odbiorcom i osobom spoza kręgu najbliższych.
Marcin Kozioł: Szalona historia komputerów
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Bity i bajty
W „Szalonej historii komputerów” opracowanie graficzne, chociaż sensowne i nawiązujące do grafik z dawnych komputerów czy gier („Minecraft”) dla części odbiorców będzie najlepszą zachętą do czytania, a dla drugiej części – nieco odstraszaczem. Bo „spikselowane” rysunki to jedno, ale już takie litery czyta się trochę gorzej niż zwykłe. Tyle że tom nie został przeznaczony do „powieściowego” trybu lektury. Można go odczytywać po kawałku, zarzucić linearność (przeskakując po tematach, sugeruje to zresztą sam autor, wprowadzając odsyłacze do odległych stron i rozdziałów), można też śledzić po kolei – ale niezbyt szybko. A to dlatego, że Marcin Kozioł do wiedzy teoretycznej i zestawu ciekawostek dołącza też zadania praktyczne, które rozbudzają wyobraźnię i umiejętności potrzebne w wielu dziedzinach, nie tylko informatyczne (system dwójkowy). Zachęca do zapoznania się ze „sztuką” ASCII – i do kodowania wiadomości dla kolegów (raz szyfry zaznacza się pisakiem na drukowanych paskach, innym razem – tworzy się wiadomości dźwiękowe, do przesłania telefonem). To da małym odbiorcom wrażenie uczestniczenia w czymś niezwykłym – a może też stać się początkiem informatycznych zainteresowań. Programowaniem Marcin Kozioł się nie zajmuje. Pokazuje za to czytelnikom, jak w ogóle mogło dojść do powstania komputerów.
Znajdą się w tej książce przeróżne maszyny, które w końcu musiały doprowadzić do wymyślenia komputerów – i ludzie zwani komputerami. Znajdzie się „poprzednik” internetu czy ekranu dotykowego („pióro świetlne”). Kozioł sięga po liczne ciekawostki, uświadamiając dzieciom, od jak dawna ludzie próbowali zbudować komputer – i w jakich celach. Co ciekawe, całkowicie pomija temat gier, jakby nie chciał odciągać maluchów od bardziej pasjonujących (i ważniejszych w procesie rozwoju czy edukacji) tematów. Odnosi się za to do zagadnień znanych dzisiejszym ojcom: przedstawia komputery z końca XX wieku, zachęcając dzieci do sprawdzenia, czy ich rodzice byli fanami C64, Atari czy Amigi. Tłumaczy różnice w układzie klawiatur w różnych krajach. Robi wszystko, by najmłodsi odbiorcy zrozumieli, co było przed powszechnie dzisiaj dostępnymi elektronicznymi gadżetami. Podróż w przeszłość to wzmianka na temat pierwszych czasopism dla maniaków komputerowych, ale i analiza podstaw (czym różni się bajt od bitu i jakich nośników używało się na przestrzeni lat). Wiadomości uzbiera się tutaj sporo, a każda z nich może przyczynić się do rozwoju nowych zainteresowań – i to na poważnie. Przy okazji Marcin Kozioł też zachęca dzieci do ćwiczenia logicznego myślenia lub matematyki. Autorowi („Docent Pięć Procent”) towarzyszy w opowieściach pies (πes), pikselowaty stworek dodający do tekstu akcenty humorystyczne.
Nie ma szans znudzić dzieci ta publikacja. Marcin Kozioł na każdy temat przeznacza zwykle jedną stronę (książka ma duży format, ale też duży druk i wiele rysunków), a potrafi wydobywać z informacji to, co dzieci zaintryguje. Do tego tom został przygotowany i do praktyk multimedialnych. Co pewien czas uważni odkryją kody, które trzeba wpisać na podanych stronach, żeby uzyskać dostęp do dalszych ciekawostek. To kolejny czynnik dla dzieci atrakcyjny – rodzaj wiadomości tylko dla wybranych. W końcu pozycja poświęcona komputerom nie może być w całości analogowa. Udało się autorowi połączyć temat i formę tak, by stanowiły spójny podręcznik dla najmłodszych. To może być zalążek ciekawej serii – i powód, dla którego najmłodsi zainteresują się informatyką. Kozioł przy tym zaspokaja głód wiedzy, odpowiada na pytanie, co było wcześniej – i pozwala dobrze się bawić razem z bohaterami tomu.
Bity i bajty
W „Szalonej historii komputerów” opracowanie graficzne, chociaż sensowne i nawiązujące do grafik z dawnych komputerów czy gier („Minecraft”) dla części odbiorców będzie najlepszą zachętą do czytania, a dla drugiej części – nieco odstraszaczem. Bo „spikselowane” rysunki to jedno, ale już takie litery czyta się trochę gorzej niż zwykłe. Tyle że tom nie został przeznaczony do „powieściowego” trybu lektury. Można go odczytywać po kawałku, zarzucić linearność (przeskakując po tematach, sugeruje to zresztą sam autor, wprowadzając odsyłacze do odległych stron i rozdziałów), można też śledzić po kolei – ale niezbyt szybko. A to dlatego, że Marcin Kozioł do wiedzy teoretycznej i zestawu ciekawostek dołącza też zadania praktyczne, które rozbudzają wyobraźnię i umiejętności potrzebne w wielu dziedzinach, nie tylko informatyczne (system dwójkowy). Zachęca do zapoznania się ze „sztuką” ASCII – i do kodowania wiadomości dla kolegów (raz szyfry zaznacza się pisakiem na drukowanych paskach, innym razem – tworzy się wiadomości dźwiękowe, do przesłania telefonem). To da małym odbiorcom wrażenie uczestniczenia w czymś niezwykłym – a może też stać się początkiem informatycznych zainteresowań. Programowaniem Marcin Kozioł się nie zajmuje. Pokazuje za to czytelnikom, jak w ogóle mogło dojść do powstania komputerów.
Znajdą się w tej książce przeróżne maszyny, które w końcu musiały doprowadzić do wymyślenia komputerów – i ludzie zwani komputerami. Znajdzie się „poprzednik” internetu czy ekranu dotykowego („pióro świetlne”). Kozioł sięga po liczne ciekawostki, uświadamiając dzieciom, od jak dawna ludzie próbowali zbudować komputer – i w jakich celach. Co ciekawe, całkowicie pomija temat gier, jakby nie chciał odciągać maluchów od bardziej pasjonujących (i ważniejszych w procesie rozwoju czy edukacji) tematów. Odnosi się za to do zagadnień znanych dzisiejszym ojcom: przedstawia komputery z końca XX wieku, zachęcając dzieci do sprawdzenia, czy ich rodzice byli fanami C64, Atari czy Amigi. Tłumaczy różnice w układzie klawiatur w różnych krajach. Robi wszystko, by najmłodsi odbiorcy zrozumieli, co było przed powszechnie dzisiaj dostępnymi elektronicznymi gadżetami. Podróż w przeszłość to wzmianka na temat pierwszych czasopism dla maniaków komputerowych, ale i analiza podstaw (czym różni się bajt od bitu i jakich nośników używało się na przestrzeni lat). Wiadomości uzbiera się tutaj sporo, a każda z nich może przyczynić się do rozwoju nowych zainteresowań – i to na poważnie. Przy okazji Marcin Kozioł też zachęca dzieci do ćwiczenia logicznego myślenia lub matematyki. Autorowi („Docent Pięć Procent”) towarzyszy w opowieściach pies (πes), pikselowaty stworek dodający do tekstu akcenty humorystyczne.
Nie ma szans znudzić dzieci ta publikacja. Marcin Kozioł na każdy temat przeznacza zwykle jedną stronę (książka ma duży format, ale też duży druk i wiele rysunków), a potrafi wydobywać z informacji to, co dzieci zaintryguje. Do tego tom został przygotowany i do praktyk multimedialnych. Co pewien czas uważni odkryją kody, które trzeba wpisać na podanych stronach, żeby uzyskać dostęp do dalszych ciekawostek. To kolejny czynnik dla dzieci atrakcyjny – rodzaj wiadomości tylko dla wybranych. W końcu pozycja poświęcona komputerom nie może być w całości analogowa. Udało się autorowi połączyć temat i formę tak, by stanowiły spójny podręcznik dla najmłodszych. To może być zalążek ciekawej serii – i powód, dla którego najmłodsi zainteresują się informatyką. Kozioł przy tym zaspokaja głód wiedzy, odpowiada na pytanie, co było wcześniej – i pozwala dobrze się bawić razem z bohaterami tomu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






