* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 24 listopada 2010

Sofija Stefanovic, George Ivanoff, Peter Taylor: 101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz (albo zanim zrobisz się za stary, żeby...

... się nimi cieszyć.


Wilga, Warszawa 2010.

101 pomysłów

Kreatywność młodych ludzi podsycały dawniej poradniki dla majsterkowiczów – cykliczne wydawnictwa czy programy telewizyjne. Z czasem nawet na lekcjach w szkole przestało się uczyć dzieci, jak budować karmniki dla ptaków – i coraz mniejszy jest odsetek młodzieży, która potrafi coś samodzielnie skonstruować. Z pomocą tym, którzy mimo niesprzyjających okoliczności chcieliby poczuć satysfakcję z własnoręcznie wykonanych dzieł, przychodzi wydawnictwo Wilga i jego nietypowo – bo w formie zbliżonej do segregatora-kołonotatnika – opublikowanej książce proponuje zestaw szczegółowych podpowiedzi z rozmaitych dziedzin twórczości. „101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz” to tom dzisiaj imponujący, pełen ciekawych pomysłów i porad o różnym stopniu zaawansowania – od zrobienia najprostszego samolotu z papieru po… samodzielne zbudowanie hulajnogi. A to nie wszystko.

Książka została podzielona na sześć części. Najbardziej imponująca dziś, w czasach, kiedy nazwisko Słodowego zaciera się w świadomości młodszych odbiorców, wydaje się być partia pierwsza, „Majsterkowanie”. Można tu nauczyć się, jak profesjonalnie stworzyć kolonię mrówek lub drewniany gwizdek. Znajdzie się też – i to znak czasu – porada, jak stworzyć stronę internetową – to zaledwie kilka komend w języku html, ale mogą się one przyczynić do rozwoju informatycznych pasji. Dział drugi, „Rozrywka”, jest jeszcze bardziej zdynamizowany wewnętrznie. Dowiemy się z niego, jak czytać z dłoni i jak zostać autorem kryminału, jak zrobić prasę drukarską i jak tańczyć. Kontrowersje może wzbudzić porada o stosowaniu inteligentnej krytyki, bo to raczej zbiór przykładów, jak ukrywać obraźliwe treści w niebanalnej formie. Część „Nauka” przyniesie poro widowiskowych i atrakcyjnych doświadczeń – odbiorcy będą mogli wciągnąć jajko do butelki czy wygiąć strumień wody. „Gadżety” to dział dla młodych konstruktorów – odbiornik radiowy z deski i żyletki robi wrażenie – podobnie jak własnoręcznie wykonany teleskop. Obok tak skomplikowanych sprzętów proponują autorzy „radiotelefon” z puszki po kawie. Dwie ostatnie kategorie to już podpowiedzi, które czasem przenikają do kolorowych pisemek dla najmłodszych. W „Sztuczkach” pojawi się kilka sztuczek magicznych, szewski mat czy różne rodzaje szyfrów – a także proste „żarty” (w rodzaju podrzucenia komuś do łóżka sztucznego pająka lub wykonania sztucznej krwi – zabawy w stylu ludycznym to propozycja dla młodszych, niekoniecznie rozwijająca, ale pozwalająca błysnąć w towarzystwie nastolatków). „Survival” przynosi parę przydatnych w różnych okolicznościach porad: czytelnicy nauczą się między innymi, jak budować filtr do wody, zmienić koło w samochodzie (lub awaryjnie ten samochód odpalić) czy – jak oszczędzać. Jak zapewniają autorzy – „wiele zamieszczonych [w książce] wskazówek może ci się przydać także w dorosłym życiu”. Obok porad dla najmłodszych odbiorców znajdą się tu zatem także podpowiedzi dla młodzieży czy dorosłych.

Uderza w tomie precyzja w dobieraniu materiałów. Każda śrubka została tu dokładnie opisana, tak, by z zadaniami bez problemu poradzili sobie laicy. Tym, którzy sprawdzili już swoje umiejętności majsterkowiczów i chcieliby zaprezentować się jako złote rączki, taka drobiazgowość może przeszkadzać. Trzeba też pamiętać, że wiele z przedstawianych tu zadań wymaga nakładów finansowych, nie da się wykorzystać znalezionych w domu materiałów. Wszystko jest nie tylko szczegółowo opisane, ale i rozrysowane, tak, żeby nikt nie miał problemu z rozpoznaniem kolejnych elementów.

Co daje tom „101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz”? Przede wszystkim znakomitą zabawę. Poza tym rozwija kreatywność i dodaje odwagi w realizowaniu swoich pomysłów. To dobra odskocznia od gier komputerowych, zestaw zadań niebanalnych i pozwalających zrobić wrażenie na kolegach. Napis na okładce głosi, że „to książka dla prawdziwych chłopaków” – ale naprawdę ucieszyć może każdego, kto chciałby sprawdzić się jako majsterkowicz – czy przez chwilę poczuć się badaczem. To propozycja dla młodych duchem i pełnych entuzjazmu.


wtorek, 23 listopada 2010

Susana Fortes: Czekając na Roberta Capę

Muza SA, Warszawa 2010.

Lata trzydzieste XX wieku, Paryż. Gerta Pohorylle, Żydówka z polskim paszportem, ucieka przed strachem i prześladowaniami. W stolicy Francji poznaje młodego Węgra, Andre Friedmanna, fotografa – początkowa znajomość przeradza się w płomienny romans. Gerta, która pielęgnuje wspomnienie o swoim narzeczonym, broni się przed niechcianym uczuciem, ale nie potrafi zwalczyć chęci tworzenia. Andre daje upust swojej kreatywności, wyrażając się przez zdjęcia. Gerta uczy się tej sztuki, ale jej prawdziwy talent objawia się w słowach – dziewczyna ma wyjątkowe zdolności. Umie wcielać w życie swoje literackie wizje i stwarzać wyimaginowanych bohaterów. Tak w umyśle Grety zradza się Gerda Taro oraz mistrz reporterskiej fotografii – Robert Capa, Amerykanin o dość beztroskim sposobie życia. Gerda Taro jako impresario Roberta buduje jego legendę i markę, ale z czasem sama zaczyna spalać się w jego cieniu. Chce rozpocząć przygodę z fotografią samodzielnie, irytuje ją, że jej zdjęcia sygnowane są przez Capę. Odważna i utalentowana kobieta wraz z partnerem uwiecznia na kliszach batalistyczne sceny z wojny domowej w Hiszpanii. Uczy się obserwować śmierć i rzuca jej kolejne wyzwania. Kochana przez ogniokrwistego Węgra, któremu dała szansę na sławę, stara się znaleźć swoje miejsce na ziemi.

Susana Fortes w swojej książce skupiła się na dwóch sprawach – pierwszą stanowią społeczno-historyczne realia: obrazy prześladowań kobiety, teoretycznie dla osób postronnych mało znaczące, a przecież robiące wrażenie. Drugi mocny motyw to miłość Gerty i Andre – potem Gerdy i Roberta. Autorka skupia się na odmalowywaniu kolejnych etapów niełatwego związku, pięknie odtwarza sceny aktów miłosnych, ale równie ciekawie rozważa kwestie psychologiczne, ten związek cały czas żyje i rozwija się, nie ma w nim uczuć oczywistych ani idealizowania relacji, nie ma banału ani stereotypów. To związek dwóch indywidualności, burzliwy, namiętny, a przede wszystkim atrakcyjnie opisany.

Ciekawy jest sposób prowadzenia opowieści. Susana Fortes zna finał historii i nie ukrywa go przed czytelnikami – co jakiś czas wyskakuje myślami w przód, nakreślając sylwetkę Roberta Capy i nieżyjącej już od kilku lat Gerdy. Nie ma żadnej tajemnicy w tym, że kobieta zginie, walcząc o zrobienie najlepszych zdjęć, że przegra z własną wyobraźnią, a Capa będzie musiał nauczyć się żyć bez niej. Te drobne przebłyski przyszłości nadają barw książce i sprawiają, że czyta się ją zachłannie.

Nie obywa się oczywiście bez komentarzy autotematycznych – Gerta snuje refleksje na temat pisania i siły płynącej ze słów, z czasem do tomu przedostają się również niebanalne uwagi na temat fotografii oraz… psychiki reporterów wojennych, którzy zamiast ratować życie lub choćby pomagać ofiarom walk, czekają na warunki, które umożliwią zrobienie dobrego zdjęcia. Te fragmenty w „Czekając na Roberta Capę” tworzą doskonałe tło dla namiętności łączącej głównych bohaterów, ale są również czynnikiem przyciągającym do lektury – chociaż spowalniają rozwój akcji, przynoszą sporo cennych obserwacji i mogą się podobać.

Susana Fortes pracuje na biografiach artystów, wykorzystuje fragmenty pamiętników, artykułów prasowych i archiwum fotografii – wszystko po to, by jak najlepiej poznać swoje postacie. Nie kończy jednak na tym: śledzi także rozmaite opowieści o fotoreporterach wojennych (nawiązania do niewymienionego w posłowiu „Terytorium Komanczów” są uderzające), chcąc oddać jak najwierniej historię Gerdy i Roberta. Jej książka składa się z wyrazistych obrazów, niczym idealnie przełożonych na słowa zdjęć – to książka mocna nie tylko ze względu na przedstawioną historię, ale też literackość, opowieść o sztuce.


poniedziałek, 22 listopada 2010

Poczytaj mi mamo. Księga pierwsza

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Powrót do przeszłości

Joanna Wajs, redaktorka pierwszego tomu „Poczytaj mi mamo”, pisze w krótkim wstępie, że książka przygotowana została dla dzieci – ale „także dorosłych, którym przepadły kiedyś ich ulubione książeczki, utracone bezpowrotnie na rzecz ciotecznej siostry”. I to jubileuszowe wydawnictwo może okazać się prawdziwym strzałem w dziesiątkę – bo z pewnością ucieszy nie tylko dzisiejsze maluchy, ale całe pokolenie, którego dzieciństwo przypadało na lata 70. I 80. Ubiegłego wieku, dawnych odbiorców kolejnych książeczek z serii. Wydawane przez Naszą Księgarnię bajki przypadały do gustu kilkulatkom. Potem łatwo było pozbywać się niepozornych tomików, przekazując całe kolekcje młodszemu rodzeństwu. Po latach przyszedł czas na sentyment do króciutkich historyjek, czytanych (lub słuchanych) na dobranoc – lecz trudno byłoby z powrotem uzupełniać serię. Kolekcjonerskie wydanie umożliwia dorosłym powrót do dziecięcych zauroczeń: szyto-klejony tom w twardej oprawie kryje prawdziwy rarytas: dziesięć opowiastek z zachowaną pierwotną szatą graficzną i układem tekstu. Reprinty (obejmujące także zewnętrzne i wewnętrzne strony okładek) z pewnością wzbudzą radość wielbicieli serii – zapewniają bowiem trwałość znanym i lubianym ilustracjom, ożywiają wspomnienia i przywołują przeszłość pełną działających na wyobraźnię fabułek. Ale i dzisiejsze dzieciaki będą tą pozycją usatysfakcjonowane – otrzymają bowiem serię idealnie współgrających z tekstem ilustracji, zróżnicowanych i efektownych, często przejmujących zadania narracji i opowiadających historie. „Poczytaj mi mamo” będzie zatem cudowną propozycją dla młodszych i starszych, chociaż pierwotnie przeznaczony byłby tylko dla tych pierwszych. Gra na wspomnieniach w tym wypadku okazać się może również dobrym zabiegiem marketingowym: wystarczy sięgnąć do motywów dzieciństwa w PRL-u z portali społecznościowych, by przekonać się, jaką popularnością cieszą się rozpoznawalne i tworzące tożsamość grup elementy przeszłości.

To, co stanowiło dawniej czwartą stronę okładki i graficzno-tekstowy wyróżnik serii, trafia teraz na honorowe miejsce. Ale i zawartość pierwszej księgi bajek z dobranockowego cyklu nie rozczarowuje: dzieciaki otrzymują bowiem opowiastki ponadczasowe – niekiedy zabawne, innym razem dające do myślenia – ale zawsze ciepłe i wartościowe. „Poczytaj mi mamo”, kiedyś najpopularniejsza seria dla dzieci, dzisiaj – gwarancja jakości w literaturze czwartej, zapewni sporo dobrej zabawy.

Na początek redaktorka tomu proponuje jeden z literackich hitów, „Daktyle” Danuty Wawiłow – to lekko absurdalna bajka rymowana, utrzymana w przyjemnym dla ucha rytmie, humorystyczna i zaskakująca. Potem pojawią się między innymi dwie z przygód kota Filemona – najbardziej chyba charakterystyczne. Kocich historii będzie tu zresztą więcej: autorzy Filemona proponują jeszcze „Cień pradziadka”, a Joanna Papuzińska – urzekającą i prostą historię „Agnieszka opowiada bajkę”. Danuta Wawiłow pokaże, jak szukać przyjaciela. Helena Bechlerowa przedstawi sympatycznego jeżyka, a Janina Porazińska – perypetie narysowanej dziewczynki. We wszystkich bajkach króluje dobro, liczy się przyjaźń i grzeczność dla innych. Przygody budzą ciekawość małych odbiorców, wolne są od tak modnej dzisiaj w bajkach przemocy i przesycone optymizmem, a przy tym nie ma obaw, że autorzy zechcą zaszokować odbiorców i przez skandal przedrzeć się do ich świadomości. Przypuszczalnie każdy ze starszych czytelników znajdzie tu jakąś swoją ulubioną bajkę, a każdy z maluchów odnajdzie się w innej krainie. I na tym polega magia sprawdzonych już opowiastek.

Szata graficzna książki także zasługuje na uwagę: rysunki z kolejnych tomików rozbudzają marzenia. Po bajkowych grafikach przychodzi czas na ilustracje realistyczne, a nawet artystyczne, pozbawione infantylizmu. Zachowanie pierwotnych rysunków było genialnym posunięciem, nie tylko ze względu na sentymenty: to doskonały przykład dla współczesnych rysowników, coraz częściej idących w stronę prostych kreskówek.

O pierwszej księdze „Poczytaj mi mamo” można by długo opowiadać. Z pewnością odbiór tej książki przez kogoś, kto nie miał do czynienia z dawną serią Naszej Księgarni będzie inny – ale nie ulega wątpliwości, że to cenna publikacja, potrzebna i wywołująca sporo wzruszeń. Księga dla trzech pokoleń: dzieci, ich rodziców i dziadków, którzy dawniej czytali swoim pociechom, a dziś mogą przedstawiać te bajki wnukom.

niedziela, 21 listopada 2010

Mariola Peisert: Renifer Świętego Mikołaja

WAM, Kraków 2010.

Magia świąt

Kiedy zbliżają się święta Bożego Narodzenia, kilka tygodni wcześniej rozpoczyna się marketingowy szał. Wystawy nabierają świątecznych akcentów, a w reklamach pojawiają się bożonarodzeniowe motywy. Im bliżej świąt, tym więcej Bożego Narodzenia w programach telewizyjnych… Wyliczać można jeszcze długo – ale objawy świątecznej gorączki poznał chyba każdy. Wydawnictwa nieco rzadziej decydują się na publikowanie opowiastek tematycznych – wiąże się z tym spore ryzyko: popyt na tytuły „świąteczne” wytwarza się tylko raz w roku i trwa niezwykle krótko. Najlepiej w tym wypadku sprawdzają się krótkie i nastrojowe bajki dla dzieci.

Mariola Peisert proponuje dzieciom bardzo klasyczną w formie opowiastkę, o prostej, jednowątkowej fabułce, wzruszającą i ciepłą. Oto śnieg zasypuje drogi i domy, odcinając od świata rodzinę bohaterów, biedną, ale szczęśliwą. W wigilijny poranek okazuje się, że dorośli nie mogą nawet pojechać po choinkę. To martwi dzieci, oczekujące niezwykłej atmosfery, na którą składa się między innymi pięknie przystrojone drzewko. I pewnie te święta rodzina zapamiętałaby jako czas bez bożonarodzeniowych ozdób i symboli, gdyby Franek, najstarszy z rodzeństwa, nie wybrał się z dziadkiem po drzewo na opał. Bo w lesie, przywalony połamanymi gałęziami, leżał… najprawdziwszy renifer. Bohaterowie oczywiście postanowili mu pomóc, nie wiedząc, że ratują właśnie renifera z zaprzęgu Świętego Mikołaja. Akcja ratunkowa trwa długo i pełna jest dramatyzmu – nie dość, że nie wiadomo, czy uda się uratować zwierzę, to jeszcze sytuację utrudnia padający śnieg. Nikt nie spodziewa się (oczywistego dla dorosłych) zakończenia – opowiastka dostarczy zatem sporo wzruszeń i dobrych, pięknych emocji – dokładnie takich, jakich oczekuje się od bożonarodzeniowych historii. Mariola Peisert nie sili się na gmatwanie wydarzeń, nie próbuje komplikować fabuły. Z góry wiadomo, że historia musi skończyć się dobrze: w końcu ciepły optymizm to składnik nieodłączny świątecznych fabuł. Ale i tak maluchy będą przeżywać przygody Franka, jego dziadka i renifera, będą czuć strach, kiedy ranne zwierzę przymknie oczy, i radość – gdy renifer wyzdrowieje i pomoże – dla odmiany – bohaterom, dostać się do domu. Za dobre serca Franek i dziadek zostaną nagrodzeni, a magia świąt objawi się po raz kolejny – w małym, drobnym cudzie. Mariola Peisert tworzy książeczkę dobrze wpisującą się w konwencję wigilijnych historii, a przy okazji nieco odświeża schematy – nie sięga po motywy oczywiste i wyeksploatowane, nie pozwala na skrzywdzenie Świętego Mikołaja, czyli postaci dla dzieci szczególnie ważnej. Dba przy tym o klimat opowieści – główną rolę grają tu symbole i motywy zarezerwowane dla Bożego Narodzenia.

Atmosferę stworzoną przez Mariolę Peisert podsyca i umacnia Jolanta Adamus-Ludwikowska. Jej rysunki to chyba ideał bożonarodzeniowych grafik, wzorzec ilustracji do świątecznych wydań. Obrazy wypełniają zawsze parzyste strony, są baśniowe i bardzo kolorowe, a przy tym starannie dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Plamki śniegu i blask światła to stale powtarzające się elementy. Pejzaże, które proponuje Adamus-Ludwikowska mogą oczarować każdego, bez względu na wiek. Ilustracje nie są przesłodzone, a doskonale zharmonizowane, przemyślane i trafne. Dzieje się na nich wiele, a Jolanta Adamus-Ludwikowska sięga nie tylko po ujęcia o szerokim planie, robi też zbliżenia na twarze postaci. Dzięki niej bohaterowie rzeczywiście ożywają w wyobraźni odbiorców. Każdą stronę z tekstem okala świąteczny motyw jemioły – to także będzie się podobać dzieciom i ich rodzicom, bowiem nadaje całości świątecznego klimatu.
„Renifer Świętego Mikołaja” to cudowna, ciepła, wigilijna opowieść dla maluchów.


sobota, 20 listopada 2010

Hanna Bakuła: Hania Bania. Tornado seksualne

Muza SA, Warszawa 2010.

Rehabilitacja

Opowieści o Hani Bani układają się w jedną wielką tasiemcową historię, porozdzielaną na tomy, których zakończenia nie zawsze są wyrazistymi cezurami w życiu głównej bohaterki, Hanna Bakuła pisze w jednym, charakterystycznym rytmie, nie nadaje wydarzeniom szczególnej dramaturgii i płynnie przechodzi do przedstawiania kolejnych spraw. Ta płynność sprawia, że ma się często przy lekturze wrażenie, że autorka nie ma nic konkretnego do powiedzenia i samą siebie powtarza, za usprawiedliwienie takich rozwiązań uznając – chociażby – cykliczność natury. To, co w Hani Bani od początku może cieszyć, to społeczno-kulturowe obserwacje, miniaturki zapamiętane z przeszłości i przełożone na lekko naiwny, stylizowany na myślenie dziecka, język.

Ale „Hania Bania. Tornado seksualne” to tom, który zalet ma znacznie więcej niż poprzednia część. Początek do złudzenia przypomina „Królową samby”: Hania je bez umiaru, tyje i niczego nie rozumie. Hanna Bakuła wprowadza tu jednak coraz więcej nowych motywów i stopniowo oddala swoją bohaterkę od cielęcego dzieciństwa. Przedmiotem zainteresowania nie są już majtki i posiłki – chociaż na pierwszych stronach szczegółowe prezentowanie jadłospisu ciągle się liczy. Hania dorasta. Najpierw jej myśli opętuje kwestia zakochania się – rozumianego po dziecięcemu i trochę na wzór pensjonarskich powieści – ale i z tego w pewnym momencie bohaterka wyrasta. Przełomem staje się operacja wycięcia wyrostka robaczkowego – fatalna konsekwencja strachu przed klasówką i symulowania choroby. Hania podczas pobytu w szpitalu chudnie i traci zainteresowanie jedzeniem bez opamiętania. Od tej chwili uwagi dziewczynki nie przyciągają już posiłki – Hania przestaje być Banią, zaczyna rozglądać się za chłopakami, obiektami do całowania. Z jednego kręgu tematycznego przeskakuje Bakuła w drugi – ale ten drugi realizuje znacznie ciekawiej, przede wszystkim twórczo i z humorem. Zanim Hania przeżyje pierwsze prawdziwe zauroczenie, zanim pozna smak pocałunków, upłynie jeszcze trochę czasu – w sam raz, by bohaterka mogła się przedzierzgnąć z głupiego dziecka w podlotka. To pierwsza metamorfoza, przeobrażenie postaci w dużo bardziej strawną.

Druga metamorfoza tkwi w przedstawianiu kolorytu lokalnego. Dotąd, co da się łatwo wytłumaczyć przenoszeniem stanu świadomości bohaterki na narrację, liczyło się najbliższe dla dziecka otoczenie. Kiedy Hania zaczyna dorastać, więcej też dostrzega. Bakuła szkicuje problemy dorosłego świata (rozwód rodziców, ciągłe zdrady wujka) – i wchodzi też w rzeczywistość polityczną. Hania przeżywa fascynację komunizmem (choć tak naprawdę jest to raczej wpływ rusycystki) i nie zwraca uwagi na domowników, którzy nie palą się zbytnio do wytłumaczenia dziewczynce błędów w jej myśleniu. Hania zresztą dowie się po jakimś czasie, że była zbyt głupia, żeby z nią poważnie rozmawiać – i dopiero od tego momentu może na dobre rozstać się z dzieciństwem. Przeżywa także wydarzenia marcowe z 1968 toku – do tej pory nie miała pojęcia o tym, kto z jej kolegów jest Żydem – i nie interesowało jej to. Liczyły się wspólne rozrywki, nadzieje i przyjaźnie. Nagle dotychczasowy świat Hani, w miarę bezpieczny i poukładany, runął. Bakuła szkicuje kilka scenek o dramatycznej wymowie, przy których doświadczenia Hani brzmią jak sielanka – a dzięki włączeniu do fabuły wielkiej historii może zerwać z nieznośną dotąd postacią. „Tornado seksualne” szybko nabiera barw, rozkręca się i nie irytuje. To wielki plus – autorka, podążając za swoją bohaterką, potrafi zmieniać klimat opowieści, mimo że cały czas prezentuje fakty nieco rozwlekłym, przegadanym stylem, w którym emocje raczej się nie odzwierciedlają.

Kłóci mi się w tym wszystkim obraz Hani czytającej, rozkochanej w lekturach. Bakuła próbuje chyba rehabilitować postać, sugerować jej inteligencję (nieidącą w parze z inteligencją emocjonalną), podsuwając dziewczynie książki, po której jej rówieśniczki bardzo rzadko sięgają z własnej woli. Problem w tym, że ślady lektur pozostają w Hani – ale tylko za sprawą osadu z obyczajowo-romansowej otoczki. Inaczej: Hania czyta Manna i Tołstoja, ale traktuje ich dzieła tak jak kolorowe magazyny dla pań.

Wyjście poza problemy rodzinne bardzo odświeżyło postać i samą książkę. „Tornado seksualne” można czytać dla rozrywki – ale też z ciekawości, jak Bakuła przedstawia czasy PRL-u. Tom kończy się poradami, jak zdobyć wzajemność upatrzonego chłopca. I tutaj autorka łączy dwie tendencje – moralizatorsko-staroświecką opcję szanowania siebie i obraz wyzwolonej, pewnej siebie dziewczyny. Próbuje znaleźć złoty środek i nie wpaść w poetykę rubryki porad dla nastolatek z młodzieżowych pisemek, ale też nie brzmieć przesadnie pedagogicznie. By pogodzić tak kontrastowe ujęcia, decyduje się na żart i wychodzi jej to całkiem nieźle.
Sporo tu kolaży autorstwa Hanny Bakuły. Pisarka chce odzwierciedlić nimi etap dojrzewania swojej bohaterki, stąd mnóstwo fragmentów aktów. Poza nimi są na grafikach wycinki z gazet, starych zdjęć, a także mnóstwo motywów porcelanowych figurek. Niektóre pomysły naprawdę robią wrażenie.

piątek, 19 listopada 2010

Jean Echenoz: Długodystansowiec. Opowieść o Emilu Zatopku

Noir sur Blanc, Warszawa 2010.

Sposób na życie

„Zatopka okradł złodziej i z łupem ucieka. / Zatopek, gdy się spostrzegł, rzecz prosta, nie zwleka, / Lecz pędem rusza w pogoń. Biegnie za nim chwilę, / Dogania go, przegania i – zostawia w tyle”. Ta fraszka Jana Brzechwy z czasem przestała być czytelna dla odbiorców, którzy o sportowych dokonaniach czeskiego biegacza zapomnieli. Publikacja oficyny Noir sur Blanc jest okazją na przywrócenie Emila Zatopka zbiorowej świadomości. Jean Echenoz nie tworzy jednak klasycznej biografii ani monografii wyścigów, nie próbuje też odnaleźć źródła fenomenu Zatopka. Decyduje się za to na powiązanie losów jednostki z trybami wielkiej historii i z tego zestawienia wydobywa prawdziwe dramaty utalentowanego człowieka.

„Długodystansowiec” zaczyna się w roku 1938 wraz z zajęciem przez Niemcy Moraw. Emil pracuje w fabryce, sto kilometrów na południe od Ostrawy. Chciałby zostać chemikiem, lecz na razie nie stać go na opłacenie sobie studiów. Poza tym „nie lubi sportu tym bardziej, że ojciec zaszczepił mu swoją własną niechęć do ćwiczeń fizycznych, uważając je za stratę czasu i pieniędzy”. Mimo to Zatopek nie może uniknąć zawodów, w których do walki staje modelowa drużyna niemiecka oraz „banda Czechów, głodomorów i obdartusów”. W wyścigu zajmuje drugie miejsce i niepostrzeżenie zaczyna przekonywać się do tej dyscypliny sportu. Biega bardzo brzydko: nierównym tempem, krzywiąc się z bólu i bezładnie machając rękami. Nie stosuje się do żadnych wytycznych dla zawodowych biegaczy, nie próbuje naprawiać własnych błędów – po co, skoro i tak wygrywa. Tak Jean Echenoz wprowadza czytelników do błyskawicznej opowieści o Zatopku-zwycięzcy, Zatopku-mistrzu, Zatopku, który mimo długiej serii zwycięstw pozostał sobą – skromnym i zamkniętym w sobie mężczyzną.

Obserwujemy Zatopka, który wygrywa wszystko, a w wolnych chwilach trenuje dużo ciężej niż inni. Bohater tworzy sobie własną filozofię treningów, a katorżnicze wysiłki pozwalają mu zwiększać szybkość podczas wyścigów. Obserwujemy Zatopka, który na mecie ma cztery okrążenia przewagi nad drugim zawodnikiem i Zatopka, który zakochuje się w pewnej oszczepniczce. Obserwujemy Zatopka w jego codzienności. W momencie, kiedy kolejne sukcesy przestają zadziwiać, Jean Echenoz – udając znużenie monotonią finiszy – powraca do historii. Pokazuje, jak zakazy wyjazdów do krajów kapitalistycznych niszczą psychikę bohatera i zaburzają rytm jego biegów, koncentruje się też na ograniczeniach płynących ze starzejącego się organizmu. Prezentuje Zatopka przegrywającego, pokonanego i załamanego. Książkę kończy interwencja zbrojna wojsk Układu Warszawskiego, na roku 1968 zamyka się opowieść o Zatopku. Echenoz z historycznych wydarzeń tworzy ładną kompozycyjną ramę swojej relacji, w „Długodystansowcu” wielka polityka skutecznie odciąga uwagę od smutków jednostki: Emil Zatopek pojawia się z nicości i w nicość odchodzi (czy raczej odbiega).

Echenoz nie zajmuje się kwestiami technicznymi sportu, nie potrafiłby prawdopodobnie analizować przyczyn szybkiego biegu Zatopka – woli koncentrować się na psychice swojego bohatera – i poza opisywaniem tego, co da się dostrzec, próbuje dotrzeć do myśli długodystansowca, odtworzyć jego poglądy i wrażenia. Buduje postać z ogromnej siły woli, chęci zwyciężania i niezrozumiałego talentu. Mariaż polityki i życiorysu jednego człowieka, a właściwie wpływ historii na jednostkę, jest tu nadrzędnym motywem, decydującym o wysokiej jakości książki. Ale wielu odbiorcom znacznie ciekawsza wydać się może walka, jaką Zatopek każdego dnia stacza z samym sobą, centralna część tomu, opowieść o zwyczajnym życiu sportowego ideału. Jean Echenoz lubi swojego bohatera – tym bardziej polubią czeskiego biegacza czytelnicy, zwłaszcza że opowieść, poprowadzona w rytm biegu, szybka i dynamiczna, jest naprawdę przyjemna w lekturze.

czwartek, 18 listopada 2010

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Jak zabić nastolatkę (w sobie)?...

Ikar, Warszawa 2010.

Lekkość bytu

Małgorzata Gutowska-Adamczyk w powieściach dla nastolatek sprawdza się bez zarzutu. W powieściach dla dorosłych jest interesująca, chociaż czasami popada w niepotrzebną infantylność. Teraz spróbowała swoich sił w krótkiej historii, która stała się kanwą monodramu dla Katarzyny Żak – czytelniczki mogą zapoznać się z tekstową wersją opowieści dzięki szczupłemu tomikowi „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?…”.

Od kilku lat na rynku wydawniczym, przynajmniej w dziedzinie powieści dla pań, święcą triumfy książki, w których trzydziestoparoletnie bohaterki zmieniają swoje życie. Gutowska-Adamczyk idzie o krok dalej (albo cofa się do „Nigdy w życiu” Grocholi, to już zależy od interpretacji) i tworzy relację 40+. Cezurę czterdziestki przekroczyła Lilka, dość zadowolona z życia kura domowa (co nie jest określeniem wartościującym) i bohaterka tomu. Lilka wraz z mężem i dwójką kilkuletnich synów wybiera się na wakacje nad morze. Tam poza tworami zupełnie anachronicznymi (obecność kaowca) pojawiają się dawne miłości obojga małżonków – Andrzej, dawny chłopak Lilki, kiedyś najprzystojniejszy w szkole i Grażyna, niegdysiejsza ukochana męża Lilki. Nad morze przybywa też niezwykle atrakcyjny facet, którego Lilka określa mianem Banderasa – i który to facet wkrada się podstępnie do snów i wyobraźni bohaterki. Lilka chciałaby zmienić coś w swoim życiu, ma nadzieję, że uda się jej napisać powieść, dzięki której zrobi karierę. Na razie jednak bohaterka musi walczyć z codziennością, pokonywać zazdrość, uciekać przed konsekwencjami własnych pomysłów i drobnych kłamstewek, opiekować się dziećmi oraz mężem. Przyjechała nad morze, żeby wypocząć – ale nie ma dla siebie czasu. Snuje więc humorystyczne (chociaż w zamierzeniu raczej smętne) rozważania o tym, jak to jest być kobietą po czterdziestce, która psychicznie czasem czuje się jak nastolatka. Czasami jeszcze podkarmia wyobraźnię wizjami romansujących ze sobą wczasowiczów – wszystko po to, by pokazać, jak barwna może być egzystencja 40+.

Książka utrzymana jest w formie monologu Lilki, dodatkowo poszatkowanego na bardzo krótkie rozdzialiki. Myśli bohaterki, zwykle wyjątkowo sarkastyczne, zaznaczone są kursywą. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stara się budować swoją opowieść z puentowanych wyraźnie scenek, tak, by rozbawić swoje odbiorczynie – i nie zanudzić ich w monodramie: ale nie posiłkuje się konwencją stand-upu. Lilka próbuje zabić w sobie nastolatkę – czyli walczyć z typowymi dla młodych i kierujących się głównie emocjami kobiet odruchami i reakcjami, chociaż czasem zapomina o tym założeniu. Jest bardziej stonowana od swoich młodych literackich koleżanek, ale i tak nie mniej impulsywna – zdarza się, że wpada w tarapaty, bo nie umie przyznać się do błędu – dzięki temu książka żyje i skrzy się dowcipem. Oparta jest ta powieść na stereotypach i schematach pisarskich, ale banały zamienia autorka w humorystyczną relację. Dystans i równowaga to atuty „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?…” – chociaż na pierwszy rzut oka może się wydawać, że świat bohaterki rządzi się innymi prawami, króluje tu chaos i niepewność.

Gutowska-Adamczyk parę razy inspiruje się bestsellerowymi pisarkami – widać tu miejscami ślady Grocholi, Musierowicz i Chmielewskiej, przeważnie te wpływy zarysowują się w drobiazgach, krótkich frazach, sformułowaniach, które pobrzmiewają znajomo – ale nadaje tym wyrazowym zbitkom indywidualnego charakteru. Nagle okazuje się, że książka, która właściwie nie miała prawa wyjść poza szablony i schematy, cieszy i intryguje, zapewnia przede wszystkim dobrą zabawę – a to się liczy. Ze względu na przeznaczenie historii (opowieść do wystawienia na scenie) tekst jest krótki i nie zdąży odbiorczyń zmęczyć ani znudzić – ilość poruszanych zagadnień, mimo niesprzyjającego kontekstu, okazuje się imponująca. Gutowska-Adamczyk zachowuje przy tym lekkość, niewymuszony wdzięk i świeżość pomysłów.