* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 3 grudnia 2009

Piotr Milewski: Szkice glanem

Niebieska Studnia, 2009.

Poetyka glana


Ślady pozostawione przez glany są wyraziste. Przeważnie niechciane, niewygodne, trudne do usunięcia, ale i momentami fascynujące. Takie właśnie utwory znajdują się w „Szkicach glanem” Piotra Milewskiego. Zbiorek ów to książka, która wprawiła mnie w niekłamany zachwyt. Poetyka glana w połączeniu z mocną intertekstualnością i zacięciem satyrycznym, a także – akcentami pastiszowości – czyni z publikacji Niebieskiej Studni rzecz niebanalną i kuszącą.
Piotr Milewski kreuje się na buntownika – poczynając od zdjęcia na czwartej stronie okładki (długowłosy facet w stylu Perepeczkowego Janosika z tatuażami na muskularnych ramionach) – po wizerunki tekstowe. Bohater części felietonów jest rzetelnym dziennikarzem. Tak rzetelnym, że sprawdzić musi wszystko. Wpływ alkoholu na pracę, diabła, który podobno zamieszkał na Greenpoincie, końską przeszłość jednej ze sławnych aktorek. Z czasem przechodzi ów bohater rozmaite metamorfozy, staje się królikiem doświadczalnym dla pisarza, doświadcza zwielokrotnienia jaźni, w przypadkowo spotkanych przechodniach wyzwala najniższe, agresywne instynkty, snuje plany podboju świata, zmienia płeć jak rękawiczki, a czasem po prostu przedstawia plastycznie zmiany nastroju. Problem w tym, że przegląd tematów, jakie w „Szkicach glanem” się pojawiają, absolutnie nie odzwierciedla dynamiki zbiorku. Bo bunt Milewskiego poza lekką dozą absurdu wprowadzanego do codzienności przejawia się przede wszystkim w języku – realizacje pomysłów są prawdziwą atrakcją utworów.
Nie ma w tym tomiku półśrodków, Milewski tratuje glanami czytelników, wymierza celne kopniaki rutynie i konwencji, idealnie trafia tam, gdzie akurat ma ochotę uderzyć. Do tego nie wystarczy sprawne pióro – potrzebna jest jeszcze zdolność postrzegania. Piotr Milewski nie czeka z puentami na koniec tekstu – trafne komentarze wbija do utworów zanim jeszcze staną się możliwe do przewidzenia. Umieszcza je bezbłędnie z punktu widzenia satyry. Co ważne – nie powtarza tych samych chwytów, nie da się wyznaczyć w „Szkicach glanem” konkretnych „ulubionych” środków i zabiegów, którymi Milewski posługuje się niemal odruchowo. Ma na to prawdopodobnie wpływ talent parodystyczny, rewelacyjny słuch autora, umożliwiający odwzorowywanie prawdziwych i wymyślonych gwar czy najbardziej typowych językowych błędów. Indywidualizacja postaci przebiega więc na płaszczyźnie języka – ale także w warstwie charakterów i wyglądów, bo przecież z pozoru zwyczajni ludzie są tu wtrącani w nonsensowne okoliczności, to sprawia, że w miejsce stereotypów i płaskich opowiadań pojawiają się historie żywe i barwne – co z tego, że nierealne?
Najlepiej jednak odwaga językowa przejawia się w utworach rymowanych. Tu zbliża się Piotr Milewski pod względem wynalazczości do „Słopiewni” Tuwima, czasem do Bolesława Leśmiana i do futurystycznych poszukiwań Brunona Jasieńskiego. „Spolegają raźnie, chwist popyla chysio, / Flancuje papiórek, kwile cyk / Dobija Manuel, Rosita i Rysio. / Skąd Rysio? A wturlał przez piecyk” – snuje autor swoją opowieść, sens jej wtapiając w sferę brzmienia i pozwalając czytelnikom na dokonywanie samodzielnych interpretacji. Historia płynie swobodnie, niezależnie od reguł gramatycznych, czasem przypomina obcy żargon, ledwie zrozumiały, a przecież kuszący. Milewski nie proponuje bełkotu (choć jeśli ktoś nie zechce zadać sobie trudu i prześledzić tekstu, tak będzie zapewne uważał) – to raczej alkoholowo-narkotyczne wizje wzbogacone o pierwiastek bezinteresownej satyry. Kreację młodego gniewnego zaburzają tu bogate erudycyjne wstawki – ślady międzytekstowej korespondencji zaczynają się w tytule, a potem powracają w kolejnych utworach. Milewski bawi się formą, dedykacjami i klasycznymi wersjami opowiadań.
W „Szkicach glanem” absurd, choć stale obecny, nie dominuje nad treścią, raczej ją warunkuje (dla porównania – Niżej Podpisany w swoim czterotomowym cyklu absurd wysuwa na pierwszy plan). Piotr Milewski jest logiczny i naturalny – do czasu, zaskakując czytelników pomysłami na rozwój fabuły, wprowadza ich w świat nieokiełznanej wyobraźni, pofragmentowanej i niepełnej, przez swoją odłamkowość zwielokrotnionej, niepojętej i niemożliwej do ogarnięcia. Zdecydowanie, glanem można całkiem sporo wyrazić. Nawet bardzo dowcipnie.

środa, 2 grudnia 2009

Donna Freitas: Cud pocałunku, czyli jak nie zostałam świętą

mg, Warszawa 2008.

Całus, rzecz święta

Właściwie większość książek dla nastolatek kręci się wokół jednego tematu. Wystarczy tylko mieć pomysł na jego oryginalne przedstawienie, a czasem – jedynie sprawną narracją budować atmosferę powieści, do której chce się wracać. Siłą książki Donny Freitas będzie właśnie dobrze zrealizowany pomysł, a poza nim i różnice kulturowe, które sprawią, że powieść „Cud pocałunku, czyli jak nie zostałam świętą” wyróżnia się na tle amerykańskich historyjek o młodych ludziach. Wyróżnia się i nie pozwala o sobie zapomnieć, choć momentami wydaje się być nieco przesadzona.
Główna bohaterka, Antonia, pochodzi z typowej włoskiej rodziny, ale zainteresowania jej są, nawet jak na nastolatkę, dość ekscentryczne. Dziewczyna chce bowiem zostać pierwszą żyjącą świętą, bez przerwy śle zatem do Watykanu listy z kolejnymi, coraz dziwniejszymi, propozycjami. Nie zraża się odpowiedziami odmownymi, w swoje marzenia konsekwentnie wplata wizję siebie włączonej w panteon świętych. Antonia zna na pamięć całe spisy rzeczy, za które odpowiadają kolejni święci (rzuca informacjami niemal tak swobodnie, jak jej rówieśniczki potrafią wymienić cechy przedstawicieli konkretnych znaków zodiaku), co wykorzystuje, modląc się w każdej sprawie do odpowiedniej postaci. Donna Freitas buduje natomiast obraz rodziny, którą momentami aż chciałoby się nazwać patologiczną: ciągłe kłótnie, krzyki, wyzwiska – okazywanie matczynej miłości na sposób włoski może miejscami szokować, ale autorka konsekwentnie przypomina, że to zachowania dla Włochów naturalne.
Da się wydzielić trzy składniki powieści „Cud pocałunku”. Pierwszy to warstwa okołoreligijna, dzienniki modlitw, dążenia bohaterki, żywoty świętych itp. W kreacji Antonii daje się dostrzec pewne wyolbrzymienie. Zwłaszcza że wpada bez przerwy bohaterka w dyskurs naiwny, zachowuje się jakby miała dziewięć lat. Drugą część powieści – bardziej klasyczną dla literatury czwartej – osiąga Freitas dzięki wprowadzaniu typowych dla książek z tej dziedziny motywów. Pojawia się zauroczenie kolegą, pierwsze rozczarowania, przyjaźń i elementy flirtu, niepewność, rozterki duchowe, uczuciowe, marzenia. Antonia poza oryginalnym hobby jest przecież najzwyklejszą nastolatką pod słońcem. Wykłóca się z matką o stroje, marzy o pierwszym pocałunku, ma przyjaciółki, ale i złośliwe koleżanki czy kuzynki, które potrafią zatruć życie. Chodzi do szkoły, pracuje w rodzinnej firmie i nie zawsze może robić to, na co ma ochotę. Trzecią warstwą „Cudu pocałunku” będzie koloryt lokalny, wizja życia w tradycyjnej włoskiej rodzinie, hałaśliwej, stanowczej, rozmodlonej i wybuchowej. To sprawia, że powieść Freitas zyskuje niepowtarzalny smak, trzecia sfera tej książki jest zarazem tkanką spajającą całość, uzupełniającą i usprawiedliwiającą poprzednio omówione rozwiązania.
Zaletą powieści, obok starannie prowadzonej pierwszoosobowej narracji, okazuje się humor. Sporo tutaj dowcipnych scenek i pomysłów, poczynając od punktu wyjścia samej fabuły, przez pomniejsze komentarze. Autorka, wychowana w surowy, staroświecki sposób, przejawia sporą dozę autoironii – ucieczka w żart jest tu również metodą na złagodzenie powagi marzenia o zasileniu szeregu świętych. Dzięki uśmiechowi, jaki przenika książkę Freitas, „Cud pocałunku” zamienia się w zabawną i wciągającą lekturę dla nastolatek. Myślę, że to pozycja wymarzona dla osób znudzonych schematycznymi, pisanymi według jednej recepty książkami, dla tych odbiorczyń, które lubią historie romantyczne, a przy tym i niebanalne.

wtorek, 1 grudnia 2009

Proszę mnie zastrzelić

Z Władysławem Sikorą – artystą kabaretowym, satyrykiem, reżyserem rozmawia Izabela Mikrut


Nie jesteś twórcą pomnikowym. Nie lubisz banalnych pochwał, oznak uwielbienia, podziwu fanów. Dlaczego?
Lubię pochwały ale w ograniczonej ilości, no i nie w formie uwielbienia. Sam siebie uwielbiam i to wystarczy. A ja przynajmniej wiem za co. A jak mi ktoś wyskakuje z uwielbieniem praktycznie nie znając moich wad - to coś tu nie gra. Czuję się wtedy obciążony. Mam prawo do błędu i niech mi go fanowie nie zabierają. Pomnikowość i uwielbienie to więzy.

Próby usytuowania Cię w szeregu satyryków są raczej trudne. Nie zapytam, czy kimś na początku kariery się inspirowałeś, ale - chciałabym dowiedzieć się, od kogo i jak (jeśli w ogóle) uczyłeś się fachu satyryczno-kabaretowego.
Banał - wychowywałem się na aktualnie topowych twórcach - Młynarski, Fedorowicz, Waligórski, Załucki, Dudek, Tey - i tu niespodzianka Kabaret Starszych Panów we wczesnych latach mnie nudził i irytował. Czy uczyłem się od nich - chyba nie. Mieli duży wpływ na moją wrażliwość ale chyba nie mieli wpływu na moje umiejętności.

W odróżnieniu od "starych mistrzów" czy uznanych kabareciarzy, którzy odcinają kupony od dawnej świetności i których dowcip coraz bardziej się tępi, Ty nie spoczywasz na laurach, ciągle zmieniasz obszary poszukiwań satyrycznych. Z czego to wynika?
To bardziej filozofia życiowa niż artystyczna. Mam syndrom Piotrusia Pana i nie mam ochoty się starzeć. Z tym na co nie mam wpływu muszę się pogodzić - ale cała reszta, którą sam mogę kształtować, jest polem eksperymentów, wysiłków, walki itp. I do takich pól zaliczam działalność artystyczną.
Sukces jest mi przyjemny i miły - ale nie kosztem starzenia się i uwikłania się w monotonię.

Jakie masz plany co do Adina? To przecież zespół na miarę Potemu, a obejrzeć go da się na razie wyłącznie na scenach offowych. Nie kusi Cię, żeby pokazać szerszemu gronu odbiorców, jak można tworzyć kabaret?
Kusi, nęci i podnieca. Ale to nie znaczy, że rzucę się zaraz w wir działań marketingowych. Adin jeszcze wciąż jest w fazie rozwojowej i zbyt wczesna profesjonalizacja (proszę czytać: przesunięcie priorytetów z rozwoju w kierunku kariery) drastycznie spowolni rozwój i ograniczy eksperyment.
Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nienaturalne opóźnienie kariery też działa na niekorzyść. Po prostu: nie jest łatwo.

Kiedyś programowo odcinałeś się od polityki. Dzisiaj to bunt przeciwko telewizji. Jaka jest szansa, że znowu ujrzymy Cię na szklanym ekranie (nie w powtórkach)?
Nie buntuję się przeciw telewizji. Nie będę się z koniem kopał. Buntuję się przeciw spłaszczaniu kabaretu, badziewnej formie prezentacji - wiele lat temu nie mogłem pojąć patrząc na włoskie i niemieckie programy rozrywkowe jak można się przy czymś takim plastikowym bawić. Nadal kompletnie tego nie akceptuję - chociaż niestety zaczynam rozumieć mechanizm. Gust telewizji kształtują adresaci reklam.
Nie zarzekam się, że w telewizji się nie pojawię - ale jak się pojawię w takim plastikowym gównie to proszę mnie jak najprędzej zastrzelić, żeby oszczędzić wstydu.

Zgoda. Co bawi i śmieszy Władysława Sikorę?
Czyli mnie? Bo tak się nazywam... no, chyba, że to zbieżność personaliów.
Jakby chodziło o mnie - to mnie śmieszą przede wszystkim rzeczy niepretensjonalne. Czyli z jednej strony sytuacje które zaskakują samych wykonawców a z drugiej strony bardzo lekko podawane żarty - niechby nawet i grube - ale z dystansem do siebie i swojej twórczości.

W niskobudżetowych pełnometrażowych produkcjach środowiska Wytwórni A'YoY zamieniasz się w człowieka-orkiestrę: piszesz scenariusze, grasz, reżyserujesz. Co w takiej pracy jest najtrudniejsze?
Wszystko. Ciągle sobie z tym nie radzę. Nie mam właściwego wyczucia napięć, tempa, akcentów, zwolnień. I ni cholery nie wiem na którym etapie zawalam to najbardziej. Ale po głowie chodzi mi przerażająca myśl: "na każdym!".
Jakby ktoś zapytał: czemu więc nie oddasz tego osobom bardziej utalentowanym filmowo? To odpowiem: bo wydaje mi się, że ci co by chcieli nie dadzą rady, a ci co daliby radę nie zechcą.

Niewiele osób wie, że jesteś także rysownikiem satyrycznym. Jakie miejsce w Twojej działalności zajmuje ten rodzaj twórczej ekspresji? Traktujesz rysunek jako hobby, czy obudowujesz go, jak kabaret, teorią?
Rysunek już od dawna jest przeszłością. Wykorzystuję czasem umiejętności plastyczne do różnych zadań artystycznych - ale z rysowaniem skończyłem wiele lat temu. Naprawdę próbowałem być dobrym rysownikiem ale... Teorii na szczęście nie wyprodukowałem - bo pewnie bym je udoskonalał zajmując się praktyką - a to nie moja działka.

W życiu prywatnym jesteś ponurakiem czy wesołkiem?
Ani jednym ani drugim. Wesołek to człowiek niespełniony próbujący zwrócić na siebie uwagę, ponurak też niespełniony ale bez nadziei, że tą uwagę na siebie zwróci. Ja się wydaję sobie człowiekiem spełnionym przez to wolę uśmiech niż śmiech.

Dziękuję za rozmowę.

Gombrowicz - komizm

Izabela Mikrut

Gombrowicz „okrążony Dowcipem”. Teoria komizmu w Dzienniku


W mówieniu o Gombrowiczu-prześmiewcy powracają bardzo często pojęcia-etykietki, klisze i hasła o zakresie tak szerokim, że wymagającym doprecyzowania i powrotu do konkretu. Wśród chętnie powtarzanych wygodnych formułek widnieje oczywiście groteska, sarkazm (oddzielany od ironii) i parodia . Nieco odleglejsze miejsca zajmują satyra i drwina (przez teoretyków humoru ta ostatnia raczej pomijana). Tym klasyfikacjom Gombrowicz wymyka się bardzo łatwo (choć równie łatwo można udowodnić istnienie owych kategorii w jego utworach) . Wydaje się, że labelling – tu: powrót do gęby i pupy – nie pozwoli zbudować spójnej teorii komizmu u Gombrowicza. Przyznanie się do bezradności interpretacyjnej, zagubienie w gąszczu powiązanych z dowcipem definicji oraz reguł, a także nieśmiało wysuwane tezy dotyczące typologii śmiechu są zwykle efektem gry prowadzonej przez Gombrowicza, gry z czytelnikami. W tym kontekście – w obliczu wciąż przełamywanych schematów – zastanawiające wydać się mogą kategorie szeroko pojmowanego komizmu, zawarte w Dzienniku.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

poniedziałek, 30 listopada 2009

Krzysztof Beśka: Fabryka frajerów

Nowy Świat, Warszawa 2009.


Na rozkaz

Gloryfikacja przeszłości? Bildungsroman? Zbiór anegdot, zespolonych sprawną narracją w jedną całość? Powieść „Fabryka frajerów” Krzysztofa Beśki nie daje się łatwo zaklasyfikować, chociaż z pozoru nie należy do lektur trudnych. Oscyluje jednak między beletrystyką a literaturą rozrachunkową, przesiąknięta jest – poza lekko sentymentalnymi wynurzeniami – także ostrą oceną dawnych czasów. Na pytanie po co Krzysztof Beśka nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Tym lepiej, szereg niewyszukanych rozwiązań niespodziewanie otwiera przed czytelnikami nowe możliwości interpretacji. Znakomite czytadło zyskuje przez to głębię.
Do liceum wojskowego (które przygotowuje uczniów do kontynuowania nauki w wyższym szkolnictwie wojskowym) zapisują się chłopcy spragnieni przygody, samodzielności (mieszkać trzeba przecież w internacie) i swobód. Szkoła wojskowa zapewnia na pozór wszystko to, co urzeka nastolatków – jak się jednak okaże, pełna jest również absurdalnych rozkazów, bezsensownych przepisów i głupoty. U schyłku lat 80. XX wieku placówka ta przypomina siedlisko najbardziej idiotycznych pomysłów rodem z M.A.S.H.a, „Paragrafu 22” czy historii Szwejka w wersji młodzieżowej (chociaż Krzysztof Beśka nie tworzy w konwencji literatury czwartej, współczesne publikacje z tego zakresu przewyższają „Fabrykę frajerów” pod względem poziomu brutalności). Okazją do dokonania bilansu zysków i strat staje się przypadkowe spotkanie po latach. Zbiór skrupulatnie odnotowanych wspomnień (bohater Beśki sprawia wrażenie, jakby czytał własny pamiętnik a nie – snuł gawędę, tak idealnie jest tu wszystko skomponowane i dopracowane) przerywa pełne goryczy pytanie o sens dawnych wysiłków. Wyobrażenia o sukcesie sprowadzone zostały do ponurej rzeczywistości – udziału w misjach pokojowych, w najlepszym razie. Nie wszystkim uczniom liceum wojskowego się powiodło, nie wszyscy mogą mówić o szczęściu, A przecież byli kiedyś młodzi, radośni i pełni ideałów.
Krzysztof Beśka bardzo ładnie przeprowadza swoich bohaterów przez kolejne etapy dojrzewania. Pokazuje, jak z młodych chłopców wyrastają inteligentni ludzie, odmalowuje kształtowanie się systemu wartości i próbę wejścia w dorosłość. Nie zajmuje się wyłącznie głównym bohaterem-narratorem, Krzyśkiem Bekiem, także jego kolegów portretuje w rozmaitych sytuacjach. Mamy tu więc cały szereg dziecinnych wręcz psot, niewinnych zabaw dobrych w gruncie rzeczy chłopaków – aż po walkę o prawo do własnych poglądów (tu na pierwszy plan wysuwa się protest przeciwko zbyt daleko posuniętej sekularyzacji). Pojawia się historia pięknej miłości i świadomie podjęta decyzja o „pierwszym razie”. Do zamkniętego przecież świata bohaterów przenikają coraz częściej informacje społeczno-polityczne. Ich wpływ na dorastanie postaci również Beśka przedstawia interesująco. Kształtowanie się charakterów młodych ludzi w specyficznych warunkach stanowi jeden z ładniejszych punktów powieści.
Beśka nadaje swojemu narratorowi cechy humanisty – z czasem Krzysiek będzie bardziej skłonny do filozofowania, zacznie szukać literackich powiązań i intertekstualnych skojarzeń, a co najważniejsze – zrodzi się w nim pytanie o sens. Chłopak nie będzie bezkrytycznie traktować otoczenia, nauczy się wyciągać wnioski z doświadczeń. Nie zabije w sobie idealizmu, chociaż zlikwiduje naiwność. W „Fabryce frajerów” proces dojrzewania i kształtowania się charakteru – tak przecież w literaturze częsty – jest zrealizowany znakomicie, przez co książkę dobrze się czyta. Krzysztof Beśka płynnie prowadzi narrację, umiejętnie buduje dramaturgię tekstu i sprawia, że jego najnowszą powieść można odbierać, przykładając do niej różne schematy interpretacyjne – każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Brzechwa

„Chciałem być poetą lirycznym” – o twórczości Jana Brzechwy.

1. Bałamucił się poezją…

A zresztą – piszę dla igraszki,
By przez chorobę nie wyjść z wprawy,
By nie nastąpił zastój czaszki,
Gdy umysł staje się niemrawy,
Więc z rymów, tak jak z „drobnej kaszki”
Czerpię pobudkę do zabawy.

- napisał na dwa miesiące przed śmiercią Jan Brzechwa córce Stefanii Grodzieńskiej. W tych słowach mieści się przecież nie tylko próba usprawiedliwienia się z rymów i dziecięcych wierszyków, ale także – filozofia twórcza autora. Brzechwa wielokrotnie, przy różnych okazjach podkreślał, że pisanie jest dla niego zabawą. Kreowanie równoległych światów, w których nie dziwi niewytłumaczalne przeobrażenie kaczki w zająca a rzeki w górę, musiało przynosić bajkopisarzowi przyjemność, podobną do radości, jaką podczas lektury odczuwali jego młodzi czytelnicy. Mało komu udawało się osiągać w lingwistycznych igraszkach równie olśniewające efekty. Być może tajemnica sukcesów leżała w odpowiednim podejściu do dzieci i w pewnym szacunku dla młodych odbiorców.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

niedziela, 29 listopada 2009

Olga Lipińska: Mój pamiętnik potoczny

Prószyński i S-ka, Warszawa 2005.

Codzienność szeptem


W zasadzie to aż dziwne, że „Mój pamiętnik potoczny” Olgi Lipińskiej przeszedł niemalże bez echa – o opublikowanej przed czterema laty książce pamięta dziś niewielu. Być może za sprawą zwodniczego tytułu – dość potężny tom nie należy przecież do literatury stricte memuarowej, genologicznie rzecz ujmując, to po prostu zbiór felietonów. Ich lektura jednak nakazuje zweryfikowanie poglądów i przyznanie tekstom Lipińskiej prawa do „pamiętnikowości”. Felietony zakładają subiektywny punkt widzenia – u Olgi Lipińskiej tworzywem krótkich refleksji stają się prywatne doznania, przeżycia jednostkowe i wydarzenia, których nie można przekuć na kabaretowe scenki.
Autorka wprowadza swoich czytelników – niekoniecznie wielbicieli Kabareciku – we własny świat, trochę podlany Gałczyńskim. Zdradza szczegóły codziennego życia, cytuje przekomarzania z mężem Piotrem, oraz troski o suczkę Julkę. Spowiada się ze zwykłych problemów i słabości, zwierza się i próbuje usprawiedliwiać. Rozlicza się z nierzetelnymi dziennikarzami, wystawia rachunek władzom, które już w XXI wieku zdjęły jej program z anteny. Nie ma zamiaru natomiast wykorzystywać modnego i poczytnego przecież stylu plotkarskiego, nie zdradza cudzych sekretów. Chętnie zresztą porusza się w obszarze relacji, woli opowieść niż analizę, w puentach felietonów bardzo często umieszcza dialogi, z pozoru zwyczajne, a przecież ostatnią kwestią świetnie podsumowujące także ukryty sens tekstów. W zapiskach Olga Lipińska odnosi się niemal bez przerwy do relacji z najbliższymi – portretuje wciąż niezadowoloną i narzekającą matkę, wyrozumiałego mimo że czasem nieobecnego duchem męża oraz całe grono bliższych i dalszych przyjaciół. Prywatne wymiany opinii służą właściwie w „Moim pamiętniku potocznym” do komentowania spraw społecznych – celnego, chociaż przeważnie gorzkiego.
Olga Lipińska także w tych drobnych, diariuszowo-publicystycznych utworach daje się poznać jako przenikliwa obserwatorka. Tym razem jednak nie decyduje się na ostrze satyry (co najwyżej – ironii, ale i z tej otoczki często rezygnuje), stawia raczej na retorykę przemieszaną z konfesyjnością, oddala niemal całkowicie śmiech. Więcej tu rozczarowania i zmęczenia niż anegdoty, więcej przygnębienia niż radości, a przecież książkę i tak czyta się błyskawicznie. Trudno żeby było inaczej, teksty nie liczą więcej niż po trzy strony, wykorzystują silne zaangażowanie emocjonalne, w dodatku nasycone są zwierzeniami o dość wysokim stopniu prywatności, a to zawsze stanowi wabik na część czytelników – tę część, która spragniona jest wynurzeń celebrytów.
Sporo tu będzie tematów niewygodnych, których poruszania Lipińska się nie boi – na przykład spełnienia, do którego nie jest potrzebne kobiecie macierzyństwo – ale i przyjemnych wspomnień, choćby przyjaźni z Agnieszką Osiecką. Zagadnieniom o większym stopniu ogólności nadaje autorka także rysów indywidualnych, przez doświadczanie kolejnych wydarzeń – czy chodzi o agresję i wulgarność szerzącą się wśród młodych ludzi, czy o modę na gimnastykowanie się.
Felietony zgromadzone w „Moim pamiętniku potocznym” powstawały na przestrzeni dwunastu lat, od lutego 1993 do stycznia 2005. Daje się w nich zauważyć, obok naturalnej w obliczu społeczno-politycznych przemian zmiany tematyki także zmianę stylu i języka – jedyną ostoją wobec zmieniającej się rzeczywistości okazuje się rodzina. Książkę ilustrują zdjęcia z archiwum autorki – część przypominająca zwykłe fotografie każdego z odbiorców tej publikacji, część to zdjęcia z planu, niekiedy dość humorystyczne (jak te z serii „reżyser umie pokazać wszystko” – na których autorka demonstruje aktorom, jak mają odgadywać poszczególne sceny.
A najbardziej w tym wszystkim podoba mi się krytyka nienawiści. Krytyka ponad podziałami, wolna od polityki, wyrastająca z niechęci do głupoty. Krytyka mająca swoje źródło w satyrze, tym razem nastawiona wyłącznie na likwidację nieuzasadnionych uprzedzeń i złośliwej agresji. I chociaż także tym razem głos Lipińskiej zginął w ogólnym wrzasku – miło było przekonać się, że nie wszyscy tę retorykę krzyku akceptują.