* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebieska Studnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niebieska Studnia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 listopada 2011

John Connolly: Wrota

Niebieska Studnia, 2011.

Piekielnie śmieszna historia

Wprawdzie John Connolly pisze tym razem książkę dla nastolatków, lecz tak naprawdę „Wrota” rozbawią i starszych czytelników, a to ze względu na bezkompromisowe poczucie humoru autora i prześmiewczą narrację. We „Wrotach” Connolly wykorzystuje zdobycze fizyki oraz ograny już motyw przejścia do piekła, by stworzyć dynamiczną i dowcipną lekturę, której nadrzędnym celem staje się mrugnięcie okiem do odbiorców.

Samuel Johnson to jedenastolatek, bystry i pomysłowy. Przypadkiem obserwuje, jak u jego sąsiadów (mieszkających przy alei Crowleya) dzieje się coś dziwnego. Znudzeni dorośli, którzy zdecydowali się na seans magii dla zabicia czasu, niechcący uchylają wrota do piekieł. Z tego przejścia natychmiast korzystają stada demonów, które mają przygotować świat na przyjście Jego Złowrogości. Demony są naprawdę różne – obok groźnych i bezwzględnych (jak ten, który opanował ciało sąsiadki) pojawiają się i bardziej swojskie, na przykład Demon Byków Ortograficznych, a nawet całkiem miłe demony, które muszą udawać groźne, lecz źle czują się w takich rolach (więc nikomu nie zrobią krzywdy). Demony rozpełzają się po świecie, a sprawę z zagrożenia zdaje sobie tylko jedenastoletni chłopiec. Oczywiście jego spostrzeżenia dorośli bagatelizują, więc Samuel próbuje zainteresować sytuacją naukowców, fizyków, którym akurat coś zepsuło się w Wielkim Zderzaczu Hadronów.

Cały powieściowy świat z „Wrót” służy rozrywce i widać wyraźnie, jaką zabawę sprawia autorowi przekładanie dzieciom języka dorosłych bez wyjawiania całej prawdy. Inteligentny humor przesyca tę opowieść i właściwie fabuła okazuje się jedynie pretekstem do kolejnych żartotwórczych popisów. Zwłaszcza na początku historii Connolly wpada w cały system przypisów i rozbudowanych wyjaśnień z dziedziny fizyki i czasem filozofii – ale bez obaw, choć brzmi to mało zachęcająco, w istocie bawi do łez (zwłaszcza czytelników świadomych ironicznych zabiegów autora). Nudzić się przy tych wywodach nie sposób, zresztą w ujęciu tego twórcy wszystko staje się nie dość, że proste i przystępnie wyłożone, to jeszcze, o dziwo, bardzo interesujące. Przecież cały czas trwa zabawa, literacki karnawał, którego nie da się zatrzymać.

Nie ma w tej powieści specjalnie grozy czy przykrości, poza kilkoma drobnymi scenkami, które są konieczne dla uwiarygodnienia świata przedstawionego, chociaż Connolly od początku sugeruje wejście w mroczną część zaświatów i nie ukrywa, że przedmiotem jego zainteresowania będą istoty z piekła rodem, nie chce straszyć czy przerażać. Wszystko jest tu utrzymane w pogodnej tonacji, która wywodzi się bezpośrednio ze sposobu opisywania wydarzeń: język tej powieści odwraca uwagę od zjawisk nadprzyrodzonych, a czasem wręcz przejmuje zaangażowanie czytelników w lekturę.

Connolly daje tu popis sztuki ironizowania i rozśmieszania, co przekłada się na powieść błyskotliwą i wciągającą. Odejście od epatowania złem czy grozą wychodzi mu na dobre: może bowiem bez większego wysiłku znaleźć odbiorców, łaknących czystej rozrywki.

wtorek, 18 stycznia 2011

Katherine Howe: Zaginiona księga z Salem

Niebieska Studnia, 2010.

Czarująca

Dwa słowa z recenzji pojawiają się na pierwszej stronie okładki „Zaginionej księgi z Salem” – „Mroczna” (według „People”) i „Czarująca” („New York Daily News”) – o ile czarującą można tę publikację określić, wykorzystując ładną migotliwość znaczeniową, o tyle „mroczna” to uwaga zupełnie chybiona. O powieści Katherine Howe powiedzieć można wiele, ale na pewno nie to, że jest mroczna. To świetne czytadło obyczajowe z nutką magii – ale sfera fantastyki, tak modnej w popkulturowych historiach ostatnich lat, uzupełnia tu jedynie sceny z codziennego życia młodej bohaterki. Czary stanowią katalizator fabuły – ale nie przyćmiewają wątków naturalnych, nie porządkują świata i nie narzucają mu własnych reguł, dzięki czemu nawet odbiorcy niegustujący w literaturze fantasy cieszyć się mogą lekturą.

Katherine Howe buduje ładną, niezbyt szybką opowieść, wiążącą dwie płaszczyzny czasowe. Bohaterką współczesną (z 1991 roku) jest Connie, młoda kobieta, doktorantka na wydziale historii Harvardu. Bohaterką z przeszłości – Deliverance Dane, jedna z kobiet oskarżonych w procesie czarownic z Salem. Connie musi znaleźć materiały do prac badawczych: na pośpiech nalega jej promotor, wykładowca, który zachowuje się coraz dziwniej i wprowadza element niepokoju. Bohaterka chce wykorzystać wakacyjną przerwę na uporządkowanie i przygotowanie do sprzedaży domu po babci. W trakcie pracy trafia na tajemnicze znalezisko, które wyznacza kierunek jej poszukiwań. Connie zagłębia się w tajemnice z przeszłości, śledzi losy Deliverance i jej potomkiń, a u siebie dostrzega pewne nadnaturalne zdolności. Pracy historyka nie poświęca jednak całej uwagi, gdyż poznaje przystojnego konserwatora zabytków, Sama. Nie wie, że ze względu na tę znajomość będzie musiała szybko nauczyć się uprawiania magii i wykorzystać wrodzone umiejętności.

W powieści Katherine Howe do czynników „czarujących” – oprócz, oczywiście, serii zaklęć, niezwykłych uzdrowień i zdolności, jakie posiadają potomkinie Deliverance Dane, czarująca jest też pełna spokoju atmosfera. Nawet kiedy Howe prezentuje wydarzenia tajemnicze, groźne i nieprzyjazne dla bohaterów, trudno pozbyć się wrażenia harmonii i opanowania pisarskiego – to sprawia, że „Zaginiona księga z Salem” będzie dostarczać rozrywki i wytchnienia, ale nie strachu. Howe ładnie prowadzi różne wątki książki, kiedy przeskakuje do siedemnastego wieku nie archaizuje przesadnie języka, ale też daje odczuć różnice czasowe i kulturowe. Przeplata ze sobą dwie opowieści: wybrane sceny z życia Deliverance i jej córki oraz – wakacyjną teraźniejszość Connie, dzięki czemu czytelnicy wiedzą więcej niż główna bohaterka i nie są skazywani na domysły badacza historii.

Dla samej autorki ważniejsze jest co innego: kwestia czarów w Salem. Katherine Howe to doktorantka historii w Boston University, a w jej drzewie genealogicznym znajdują się skazane niegdyś za czary kobiety. Howe proponuje nowe spojrzenie na historyczne interpretacje – nikt dotąd nie pytał, czy czarownice z Salem faktycznie nie potrafiły czarować. To podejście roztapia się w narracji, odbiorcy nie będą nim zarzucani i męczeni – wielka w tym zasługa autorki, która idealnie przetworzyła własne fascynacje na literaturę. Jest tu także mikrowątek gender: obecność jednej z profesorek lekko wskazuje na ten kierunek poszukiwań, zresztą promotor Connie przedstawiony jest jako szowinista – na szczęście autorka nie rozwija specjalnie tej myśli i nie zamęcza czytelników kolejnym modnym zjawiskiem.
„Zaginiona księga z Salem” urzeka więc precyzją w konstruowaniu kolejnych scen, pomysłowością – ale też realizacją tematu, stale przecież ostatnio obecnego w popkulturze. To jedna z tych pozycji, do których chce się wracać dla samej przyjemności śledzenia stonowanej, dobrze przemyślanej opowieści.

wtorek, 21 września 2010

Hubert Selby Jr: Requiem dla snu

Niebieska Studnia, Warszawa 2010.

Jak narkotyk

„Requiem dla snu” to powieść, którą bez wahania można określić jako zachwycającą. Mimo że przedstawia świat zdegenerowany i pozbawiony nadziei, mimo że napisana jest językiem, który co bardziej wrażliwych odbiorców zapewne oburzy – książka ta zasługuje na najwyższe uznanie. Gdyby z „Requiem dla snu” wypreparować fabularny szkielet, tom okazałby się dość przewidywalny, a losy bohaterów – schematyczne. Ale Hubert Selby Jr wydarzenia z powieści opisuje w sposób wręcz hipnotyzujący – i chociaż nie ma możliwości, by sądzić, że odwrócą się losy postaci, książka będzie fascynować do ostatnich słów. Słowa – to prawdziwa siła „Requiem dla snu”. Poza słowami – zmysł obserwacji, umiejętność oddania stanów psychicznych bohaterów, doskonale umotywowane zachowania.

Harry i Tyrone to dwaj przyjaciele, narkomani. Ich myśli wciąż obracają się wokół tematu, jak zdobyć pieniądze na kolejne porcje heroiny. Harry co pewien czas oddaje w zastaw telewizor matki, Sary (Sara natychmiast udaje się do komisu i telewizor wykupuje). I Harry, i Tyrone widzą, co dzieje się z uzależnionymi od narkotyków ludźmi – obiecują sobie, że nigdy nie upadną tak nisko, nie przekroczą ustalonych granic i nie pozwolą, by narkotyk przejął nad nimi władzę. Wpadają też na pomysł, jak zarobić mnóstwo pieniędzy – oczywiście na handlu heroiną. Do ich działań chętnie przyłącza się Marion, młoda narkomanka, dziewczyna Harry’ego. Z czasem okazuje się, że o pieniądze na heroinę – a i o sam narkotyk – jest coraz trudniej, a uzależnienie pcha bohaterów do przełamywania kolejnych psychicznych barier, aż po całkowity upadek.

Matka Harry’ego także nie ma łatwego życia. Jej marzeniem jest wystąpienie w telewizyjnym programie, a nadzieja na udział w teleturnieju staje się bodźcem do zmiany wyglądu. Sara usiłuje się odchudzić – i błyskawicznie uzależnia się od przepisanych jej przez lekarza-konowała tabletek. Wkrótce zamieni się w cień człowieka, a leki i wstręt do jedzenia wpędzą ją w chorobę psychiczną. Wstrząsający obraz upadku starej kobiety wybrzmiewa w „Requiem dla snu” silniej nawet niż historia zniszczonej miłości Harry’ego i Marion.

U Selby’ego nie ma radykalnych zmian sytuacji, wyrazistych punktów zwrotnych w historii. Wszystko rozgrywa się tu płynnie, a każde następne wydarzenie jest naturalną konsekwencją poprzedniego. Tylko dzięki takiemu rozplanowaniu fabuły bohaterowie nie mają szans zorientować się w swoim rzeczywistym stanie – i muszą przegrać. Każdy z nich potrafi, przynajmniej na początku, marzyć, snuć śmiałe plany i wierzyć w siebie, żaden nie dostrzeże niebezpieczeństw płynących z uzależnienia. Opisy wstrzykiwania sobie heroiny są naturalistyczne i sugestywne, ale Hubert Selby Jr jest prawdziwym geniuszem, gdy przedstawia – nie wychodząc poza sferę myśli i odczuć postaci – jak zmienia się świat po działce. Rytm książki przekształca się, w zależności od tego, czy bohaterowie są na narkotykowym głodzie, czy na haju, ale zmiany te podczas lektury wyłapuje się podświadomie, na pierwszy rzut oka są niedostrzegalne. Autor potrafi bez zbędnych objaśnień uchwycić cały sens relacji międzyludzkich i istotę uzależnienia, jest w tym szokujący, ale też przekonujący.

Co ciekawe, chociaż narracja przesycona jest przekleństwami, a brutalność i szokująca tematyka dominują, książka wcale nie jest wulgarna. Urzeka swoim głębokim pięknem, zaskakuje i kusi, czasem odpycha – ale wciąga w mroczny świat. Pełną emocji powieścią Selby rzuca innym wyzwanie. Nie wystarczy szorstki, agresywny język czy prowokujący główny motyw – trzeba jeszcze mieć coś ciekawego do powiedzenia. „Requiem dla snu” to publikacja, która nie ma sobie równych. Powieść sprzed trzech dekad do dziś może być przykładem oryginalności w ujmowaniu trudnych zagadnień – i dowodem na możliwości twórcze tkwiące w języku.

wtorek, 1 czerwca 2010

Hunter S. Thompson: Dziennik rumowy

Niebieska Studnia, 2010.

Inne życie

„Dziennik rumowy” to książka, którą streścić można dość szybko – bo nie w misternie tkanej intrydze kryje się jej wartość. Hunter S. Thompson zamiast koncentrować się na budowaniu skomplikowanej fabuły, wybrał prostotę treści, nadając jej kształt, który upaja czytelników. Trzydziestoletni amerykański dziennikarz, Paul Kemp, trafia do Puerto Rico – ma pracować w niezbyt dobrze prosperującej gazecie „Daily News”: szybko odkrywa, że redakcja stała się azylem dla wykolejeńców i ludzi leniwych, nikomu naprawdę nie zależy na pracy, a prawdziwe życie kręci się wokół rumu i przygodnego seksu. W rozleniwionej atmosferze Puerto Rico poszukiwanie tematów do artykułów nierzadko przegrywa z rozrywką – zwłaszcza że bohaterowi podoba się dziewczyna kolegi-dziennikarza. Pozbawieni zahamowań ludzie tworzą inny, niezwykły świat, do którego Paul Kemp dostosowuje się bez większego trudu. Nie oznacza to jednak, że ominą go rozmaite pułapki i przykrości.

Nawiązuje „Dziennik rumowy” do klasyki czarnej prozy, to powieść mięsista i mocna a przy tym nie wulgarna. Do takiego odbioru przyczynia się zapewne koloryt lokalny, tło wydarzeń i rytm powieści, wyznaczany przez kolejne porcje rumu – a także pomysł na życie, preferowany przez Paula Kempa. Dziennikarz decyduje się na włóczęgowski tryb egzystencji, żyje chwilą i wydaje się niczym nie przejmować. Udziela mu się atmosfera wyspy i z czasem przenikają do jego umysłu filozofie współpracowników. Przy tym Hunter S. Thompson zwraca uwagę na język historii – to język kolokwialny, ale nie rynsztokowy. Plastyczny i wyrazisty, kipiący od emocji w dialogach, ale dość stonowany w opisie. Trafiający w sedno, nieprzegadany styl, musi spodobać się czytelnikom – to największy atut książki.

Autor prezentuje tu historię miłosną z męskiego punktu widzenia. Dziewczynę, która wpadła w oko bohaterowi na samym początku opowieści, prowadzić będzie przez cały czas obok głównych zagadnień kolejnych rozdziałów – aż do zupełnie niespodziewanego zakończenia. Zaletą „Dziennika rumowego” jest bowiem także nieprzewidywalność fabuły – rozluźnienie obyczajów czy środowisko sprzyjające dawaniu upustu emocjom i zachciankom nie oznacza, że zastosowane w historii rozwiązania będą cechowały się prostotą…

Zmiana trybu życia jest dla Paula Kempa odskocznią od nudnej codzienności – mimo że atrakcje, jakie zapewnia życie na wyspie, nie należą do szczególnie wyszukanych, bohater wtrącony w nowe środowisko, nieznający miejscowych zwyczajów ani panujących w miejscu pracy zasad, musi przewartościować swoje dotychczasowe doświadczenia. W „Dzienniku rumowym” życie chwilą staje się punktem wyjścia do pytania o podstawowe pojęcia – miłość czy szczęście. Z dala od wielkiego świata i luksusów Paul Kemp dowiaduje się wielu zaskakujących rzeczy o sobie samym, a wyniki jego autoanaliz dadzą się przełożyć na spostrzeżenia czytelników-outsiderów.

Ta książka nie zawsze trzyma w napięciu i nie zawsze rozwija się zgodnie z oczekiwaniami odbiorców – za to wciąga i pozwala cieszyć się samym rytmem narracji, sposobem prowadzenia opowieści. Z tego też powodu trudno się od niej oderwać. „Dziennik rumowy” cechują doskonale wyważone proporcje między opisem i dialogami, pod względem warsztatowym to majstersztyk. Na czwartej stronie okładki pojawia się hasło, które charakteryzuje „Dziennik rumowy” jako „opowieść o miłości, dziennikarstwie i piciu do upadłego” – ale poza prezentowaną w tomie historią liczy się jej atmosfera, urzekająca i drażniąca jednocześnie.
Można opisywać „Dziennik rumowy” od strony poszczególnych wątków i tematów, można też zatrzymać się na magnetycznej warstwie opisu – która w tym wypadku wydaje się być równie ważna jak przesłanie.

piątek, 22 stycznia 2010

Camilla Morton: Dziewczyna na każdy dzień

Niebieska Studnia, Warszawa 2009.



Kulturowy misz-masz

Dawniej, na rodzimym rynku wydawniczym, taką rolę pełniły między innymi kalendarze „Przyjaciółki” – były to publikacje użytkowe, pełne porad, przepisów i podpowiedzi, uzależnianych od pory roku czy rozkładu dni świątecznych. „Dziewczyna na każdy dzień” Camilli Morton to współczesna wersja takiego kalendarza, uniwersalnego (to znaczy przygotowanego nie na konkretny rok) i kierowanego do młodych odbiorczyń oraz wielbicielek chicklitów. Jednocześnie tę obszerną pozycję potraktować da się jako doskonały przykład popkulturowego kolażu – w tomie znaleźć się może wszystko, a autorka stara się nie tylko komentować przemiany dotyczące mody, ale też przemycić trochę kultury wyższej.
„Dziewczyna na każdy dzień” przedstawia propozycje zajęć na konkretne dni roku. Camilla Morton odwołuje się do konkretnych wydarzeń z przeszłości (data śmierci artysty staje się zatem pretekstem do przypomnienia sobie jego dzieł – autorka poleca konkretne produkcje tak, by żadna z czytelniczek nie musiała podejmować samodzielnych poszukiwań). Fragmenty kultury wysokiej to między innymi odwołania do arcydzieł filmowych, ale i przedstawianie muzyki klasycznej (przedstawianie na różne sposoby, z uruchamianiem nie tylko zmysłu słuchu). Oczywiście nie brakuje i książek – Morton wybiera głośne dawniej powieści, przede wszystkim – powieści dla kobiet. Przybliża ich treść, opowiada o autorach, zachęca do lektury. Namawia nawet do tworzenia klubów czytelniczych, jednym słowem – próbuje stymulować odbiorczynie. Nie szkodzi, że „Sen nocy letniej” i „Mała księżniczka” zostały zrównane jako książki, które warto przeczytać – ważne, że sama idea sięgania po lektury się pojawiła.

Jest tu trochę wiadomości historycznych, a Camilla Morton wyraźnie ma ochotę odejść od nudnego, podręcznikowego języka: pozwala sobie na przefiltrowanie wiadomości przez styl kolokwialnej rozmowy. „Wiedeń został ocalony, hura!” – komentuje na przykład zwycięstwo nad Turkami. Obok literatury i historii (czy też po prostu przeszłości) trzecią ważną dla autorki sferą jest muzyka. Morton opowiada o dokonaniach różnych grup, odsyłając do konkretnych nagrań. Obszerną, chyba największą objętościowo część książki zajmują natomiast sprawy związane z modą oraz kwestie plotkarskie.

Camilla Morton zaskakuje ilością poruszanych wątków. Pisze o Einsteinie (wystarczy wiedzieć, że to synonim geniuszu – wyjaśnia czytelniczkom, na szczęście nie zatrzymuje się w tym punkcie), by zaraz zaproponować zrobienie kapelusza wielkanocnego. Rady, jak uczyć się języków obcych przerywa opowieścią o serwisach randkowych i ogłoszeniach towarzyskich. Wróżby sąsiadują tu z informacją, jak podrzucać naleśniki, a wzory CV z ciekawostkami o Hitchcocku (do najlepszych należy odpowiedź na pytanie, czego bał się twórca). Mówi autorka o pocałunkach i oscarach, o kupowaniu domu i krokach w moonwalk – trudno nawet zliczyć wszystkie kategorie tematyczne.

Odbiorczyni wpisana w tę książkę ma dwa oblicza: może to być młoda dziewczyna, która nie chce tracić czasu na naukę, chciałaby natomiast szybko zapoznać się z tematami, które pomogą jej zyskać szacunek i uznanie rozmówczyń – może to być także kobieta – czytelniczka babskich pism. Camilla Morton proponuje wiedzę w pigułce – i nawet objętość tej pigułki nie przeraża, bo przecież tematy zostały tu rozpisane na kolejne dni roku. Ważna wydaje mi się natomiast kreacja autorki – w „Dziewczynie na każdy dzień” naprawdę sporo jest humoru. Morton obiektywne wiadomości zamienia na zabawne i łatwe do przyswojenia fakty, między innymi dzięki dowcipnym komentarzom – z pewnością zyska sobie w ten sposób stałe grono wiernych odbiorczyń.

Warto zwrócić uwagę na wkład polskiego wydawcy: dołącza on w odpowiednim miejscu kalendarium imprez, na których warto w Polsce być, ponadto przystosowuje angielską wersję książki do naszych realiów, adresy internetowe wzbogaca o linki do stron w języku polskim, tym samym czyni książkę Camilli Morton bardziej praktyczną i użyteczną dla naszych pań. Publikacja ta została dostosowana do gustów szerokiej publiczności (żeńskiej części tej publiczności), lecz nie należy zapominać o jej zaletach – stylu, który poprawi humor, oraz nakłanianiu do zapoznawania się z dziełami kultury wysokiej. Camilla Morton pokazuje, że moda, plotki i arcydzieła nie muszą stać w sprzeczności ze sobą, a przenikanie się różnych poziomów kultury charakteryzuje współczesność. Można tę publikację przyjąć jako odpowiedź na zapotrzebowanie odbiorczyń, lub wynik ewolucji kolorowych czasopism oraz kalendarzy w wersji książkowej. Camilla Morton wie dobrze, jak odnieść sukces na rynku wydawniczym – jej książka ma szansę stać się bestsellerem.


czwartek, 7 stycznia 2010

Hubert Selby Jr: Piekielny Brooklyn

Niebieska Studnia, Warszawa 2009.


Ludzie z marginesu

Nie ulega wątpliwości, że „Piekielny Brooklyn: jest powieścią dla czytelników cierpliwych i wytrwałych, dla fascynatów nurtem undergroundu i wielbicieli brutalizmu. Nada się dla amatorów perwersji i dewiacji oraz dla tych, którzy w odważnej prozie poszukują silnych wrażeń i doznań, jakich nie zapewnią ugrzecznione powieści obyczajowe. Hubert Selby Jr w połowie lat 60. XX wieku zaszokował Amerykę bezwzględnym obrazem nizin społecznych i zestawieniem relacji, jakie łączą jego bohaterów – ludzi z marginesu. „Piekielny Brooklyn” uznać można za zintensyfikowany przegląd problemów dotąd w literaturze tabuizowanych bądź przemilczanych.
W pozycji, jaką polskim czytelnikom proponuje Niebieska Studnia, roi się od przemocy i tragedii. Książkę zaludniają gangsterzy, prostytutki i drobni przestępcy. Ponadto mnóstwo tu homoseksualistów (i wulgaryzowanych opisów ich zbliżeń obok subtelniejszych nieco prób ukazania narodzin głębszego uczucia), transwestytów (mężczyźni przebierają się w damskie fatałaszki i wieczorami w knajpach wyszukują sobie kochanków. Przybierają też kobiece pseudonimy i uważają się za przedstawicielki płci pięknej, ku uciesze nietrzeźwych bywalców spelunek). Są tu brutalne bijatyki i zbiorowe gwałty, narkomania, kradzieże, rękoczyny oraz ciągłe kłótnie między małżonkami. Pojawia się pedofilia – ale i prostytucja nieletnich. Bohaterowie uwikłani w przestępczy światek nie mogą i nie chcą wyrwać się z piekielnego kręgu. Hubert Selby Jr w pejzażu ulic Brooklynu zgromadził chyba wszystkie możliwe patologie, nie oszczędzając żadnej postaci. Galeria tych, mimo jednostronności wysiłków, okazuje się przebogata, a historia przecina losy poszczególnych bohaterów, obnażając bezcelowość ich egzystencji i skazanie na ciągłe dramaty. Georgette to jeden z drag queens. Kocha się w Vinniem, przywódcy brooklyńskiego gangu, człowieku, który po raz pierwszy trafił za kratki w wieku dwunastu lat. Tralala jako piętnastolatka rozpoczęła przygodę z płatnym seksem – by wkrótce dorabiać sobie, okradając kolejnych klientów. Harry, przywódca strajku robotniczego poznaje smak seksu z transwestytami – wierzy, że znalazł prawdziwą miłość, odrzuca względy żony, jednak gdy traci pieniądze, traci też życzliwość kochanków. Vinnie porozumiewa się z żoną wyłącznie krzykiem i pięściami. Małe dzieci są świadkami kolejnych awantur i libacji.
O niektórych bohaterach słuch ginie z chwilą zakończenia przynależnych im części opowieści, inni powracają czasem zupełnie niespodziewanie – nigdy jednak nie uda im się zaznać szczęścia: to uczucie w brooklyńskim światku praktycznie nieznane. Bohaterowie szukają zatem rozrywki w ogromnych ilościach benzedryny i alkoholu – ukojenia natomiast w przygodnych związkach. Hubert Selby Jr nie daje im nadziei.
Charakterystyczny jest tu język historii. Maciej Potulny, tłumacz, wyjaśnia w posłowiu, że autor posługiwał się często dialektem brooklyńskim. W polskiej wersji został on zastąpiony agresywnym, wulgarnym językiem, który znakomicie oddaje problemy bohaterów. Twórca nie skupia się na neutralnej narracji – to zjawisko w „Piekielnym Brooklynie” nieznane: wszystkie opowieści w książce przefiltrowane są przez specyfikę otoczenia i mentalność postaci, nie ma więc ani chwili wytchnienia. Zaskakujące przy tym, że powieść, która kipi od emocji, napisana została prosto, dynamiczna fabuła nadaje jej jeszcze smaku. Książka ta ma także charakterystyczny rytm, który – mimo natłoku wulgaryzmów i mrożących krew w żyłach scen – przyciąga.
Nagromadzenie dramatów i koszmarów, prezentacja patologii i życia nizin – wiele pomysłów czerpał Selby z własnych doświadczeń. Piętno niezwykłości nadaje też powieści zachowanie specyficznej ortografii (użycie ukośnika zamiast apostrofu czy cyfr w miejsce liczebników, brak podziałów na dialogi, akapity rozpoczynane w punkcie zakończenia poprzednich).


czwartek, 3 grudnia 2009

Piotr Milewski: Szkice glanem

Niebieska Studnia, 2009.

Poetyka glana


Ślady pozostawione przez glany są wyraziste. Przeważnie niechciane, niewygodne, trudne do usunięcia, ale i momentami fascynujące. Takie właśnie utwory znajdują się w „Szkicach glanem” Piotra Milewskiego. Zbiorek ów to książka, która wprawiła mnie w niekłamany zachwyt. Poetyka glana w połączeniu z mocną intertekstualnością i zacięciem satyrycznym, a także – akcentami pastiszowości – czyni z publikacji Niebieskiej Studni rzecz niebanalną i kuszącą.
Piotr Milewski kreuje się na buntownika – poczynając od zdjęcia na czwartej stronie okładki (długowłosy facet w stylu Perepeczkowego Janosika z tatuażami na muskularnych ramionach) – po wizerunki tekstowe. Bohater części felietonów jest rzetelnym dziennikarzem. Tak rzetelnym, że sprawdzić musi wszystko. Wpływ alkoholu na pracę, diabła, który podobno zamieszkał na Greenpoincie, końską przeszłość jednej ze sławnych aktorek. Z czasem przechodzi ów bohater rozmaite metamorfozy, staje się królikiem doświadczalnym dla pisarza, doświadcza zwielokrotnienia jaźni, w przypadkowo spotkanych przechodniach wyzwala najniższe, agresywne instynkty, snuje plany podboju świata, zmienia płeć jak rękawiczki, a czasem po prostu przedstawia plastycznie zmiany nastroju. Problem w tym, że przegląd tematów, jakie w „Szkicach glanem” się pojawiają, absolutnie nie odzwierciedla dynamiki zbiorku. Bo bunt Milewskiego poza lekką dozą absurdu wprowadzanego do codzienności przejawia się przede wszystkim w języku – realizacje pomysłów są prawdziwą atrakcją utworów.
Nie ma w tym tomiku półśrodków, Milewski tratuje glanami czytelników, wymierza celne kopniaki rutynie i konwencji, idealnie trafia tam, gdzie akurat ma ochotę uderzyć. Do tego nie wystarczy sprawne pióro – potrzebna jest jeszcze zdolność postrzegania. Piotr Milewski nie czeka z puentami na koniec tekstu – trafne komentarze wbija do utworów zanim jeszcze staną się możliwe do przewidzenia. Umieszcza je bezbłędnie z punktu widzenia satyry. Co ważne – nie powtarza tych samych chwytów, nie da się wyznaczyć w „Szkicach glanem” konkretnych „ulubionych” środków i zabiegów, którymi Milewski posługuje się niemal odruchowo. Ma na to prawdopodobnie wpływ talent parodystyczny, rewelacyjny słuch autora, umożliwiający odwzorowywanie prawdziwych i wymyślonych gwar czy najbardziej typowych językowych błędów. Indywidualizacja postaci przebiega więc na płaszczyźnie języka – ale także w warstwie charakterów i wyglądów, bo przecież z pozoru zwyczajni ludzie są tu wtrącani w nonsensowne okoliczności, to sprawia, że w miejsce stereotypów i płaskich opowiadań pojawiają się historie żywe i barwne – co z tego, że nierealne?
Najlepiej jednak odwaga językowa przejawia się w utworach rymowanych. Tu zbliża się Piotr Milewski pod względem wynalazczości do „Słopiewni” Tuwima, czasem do Bolesława Leśmiana i do futurystycznych poszukiwań Brunona Jasieńskiego. „Spolegają raźnie, chwist popyla chysio, / Flancuje papiórek, kwile cyk / Dobija Manuel, Rosita i Rysio. / Skąd Rysio? A wturlał przez piecyk” – snuje autor swoją opowieść, sens jej wtapiając w sferę brzmienia i pozwalając czytelnikom na dokonywanie samodzielnych interpretacji. Historia płynie swobodnie, niezależnie od reguł gramatycznych, czasem przypomina obcy żargon, ledwie zrozumiały, a przecież kuszący. Milewski nie proponuje bełkotu (choć jeśli ktoś nie zechce zadać sobie trudu i prześledzić tekstu, tak będzie zapewne uważał) – to raczej alkoholowo-narkotyczne wizje wzbogacone o pierwiastek bezinteresownej satyry. Kreację młodego gniewnego zaburzają tu bogate erudycyjne wstawki – ślady międzytekstowej korespondencji zaczynają się w tytule, a potem powracają w kolejnych utworach. Milewski bawi się formą, dedykacjami i klasycznymi wersjami opowiadań.
W „Szkicach glanem” absurd, choć stale obecny, nie dominuje nad treścią, raczej ją warunkuje (dla porównania – Niżej Podpisany w swoim czterotomowym cyklu absurd wysuwa na pierwszy plan). Piotr Milewski jest logiczny i naturalny – do czasu, zaskakując czytelników pomysłami na rozwój fabuły, wprowadza ich w świat nieokiełznanej wyobraźni, pofragmentowanej i niepełnej, przez swoją odłamkowość zwielokrotnionej, niepojętej i niemożliwej do ogarnięcia. Zdecydowanie, glanem można całkiem sporo wyrazić. Nawet bardzo dowcipnie.