Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Wzornik
Hipnotyzująca jest ta książka i chociaż teoretycznie dla dzieci – satysfakcję z jej oglądania będą mieć odbiorcy w każdym wieku. Cristiana Valentini stawia bowiem na informowanie czytelników i na podawanie konkretów związanych z historią koloru, a nie na zabawy – w związku z tym „Niebieski. Ilustrowana historia koloru” to potężna dawka wiedzy, chociaż rozproszonej na podpisy pod obrazkami. Cristiana Valentini wybiera sobie przejście przez naturę i kulturę: nie może przecież przy opisywaniu koloru nie wyjaśnić, skąd bierze się kolor nieba albo wody – i o co chodzi z pochłanianiem światła o konkretnych długościach fal. Jednak znacznie bardziej interesuje ją podróż przez epoki – ze szczególnym uwzględnieniem znaczenia w nich koloru niebieskiego albo różnych jego odcieni, powstawania barwników i tworzenia się symboliki poszczególnych kolorów. Zamyka książkę zestaw odcieni koloru niebieskiego – tych najbardziej popularnych: pojawi się tu ultramaryna, błękit egipski, błękit majański, błękit urzetowy, błękit kobaltowy, błękit pruski, błękit indygowy, a także nowe odcienie: IKB i YlnMn Blue – co pokazuje odbiorcom, jak bardzo temat ten jest aktualny i żywy.
Autorka poszukuje niebieskiego w różnych momentach historycznych i w różnych kulturach: sprawdza, kiedy niebieski pojawiał się w malarstwie ściennym, kiedy barwił szkło, kiedy miał znaczenie w strojach – ale także, w jakich procesach powstawały barwniki. Sprawdza, czy świadomość niebieskiego istniała w niektórych kulturach i jakich słów używało się na jego opisanie, kiedy w grę wchodziły kamienie szlachetne i jak niebieski nabierał różnych znaczeń. Każda strona to oczywiście wielki graficzny popis – próba naśladowania stylu danej epoki albo przedstawienie szeregu ilustracji z nią związanych, żeby łatwiej było czytelnikom wyobrazić sobie, do czego autorka nawiązuje. Informacje w charakterze podpisów pod obrazkami pozwalają na łatwiejsze przyswajanie wiedzy, zapamiętywanie, ale i podkreślanie wybranych tematów.
Każda rozkładówka poza arcyciekawymi informacjami staje się także wyszukiwanką dla młodszych odbiorców – wystarczy poszukać akapitu pod tytułem „wytęż wzrok”, żeby znaleźć zagadkę związaną z motywami na danych stronach – tutaj można pobawić się w tropiciela i sprawdzić, czy rzeczywiście uda się rozwikłać wszystkie tajemnice. Ponieważ obrazki pełne są szczegółów, zadanie nie należy do prostych – zapewni zatem dzieciom sporo rozrywki i stanowić będzie bardzo przyjemną odskocznię od przeładowanych wiedzą notatek. Książkę ogląda się z przyjemnością – a zaspokajanie ciekawości na każdej rozkładówce to coś, co warto podkreślić. Niebieski staje się tu prawdziwym bohaterem – i źródłem licznych atrakcyjnych także dla starszych odbiorców komentarzy. Można prześledzić tę książkę, żeby poznać tajniki pracy artystów i żeby uświadomić sobie przemiany znaczeniowe niebieskiego w różnych jego odcieniach – to rodzaj tajnego klucza, który pozwoli inaczej spojrzeć na dzieła sztuki z przeszłości. „Niebieski” to książka, która może zainspirować do samodzielnej pracy twórczej – ale także do interpretowania i reinterpretowania znanych obrazów (które także – chociaż w wersji bardzo zminiaturyzowanej) mogą tu powrócić. Książka idealna dla wszystkich, którzy lubią porządkowanie danych.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 8 kwietnia 2024
niedziela, 7 kwietnia 2024
Karol Jachymek: Z nosem w smartfonie. Co nasze dzieci robią w internecie i czy na pewno trzeba się tym martwić?
Agora, Warszawa 2024.
Strach przed uzależnieniem
Karol Jachymek postanawia zwrócić uwagę starszego pokolenia na to, że młodzi niekoniecznie marnują czas, wpatrując się bez przerwy w smartfony - i nie ma sensu ich od tej czynności odrywać. "Z nosem w smartfonie. Co nasze dzieci robią w internecie i czy na pewno trzeba się tym martwić" to poradnik lekko prowokacyjny i zmieniający perspektywę. Autor bierze w obronę nastolatki - zwraca za to uwagę dorosłym, że robią najczęściej to samo, przed czym próbują uchronić swoje pociechy. Z obserwacji i reakcji podczas warsztatów dowiaduje się, że uzależnienie od smartfona może dotykać przedstawicieli różnych pokoleń - ale nie jest wcale naturalną konsekwencją codziennego używania elektronicznych gadżetów. Problemem nie jest ciągłe siedzenie dzieciaków z nosami w smartfonach - problem skrywa się gdzie indziej. W tym, że dorosłym trudno jest sobie wyobrazić, że smartfon przydaje się w wielu dawniej pozainternetowych czynnościach. Dostarcza rozrywki, usprawnia komunikację, pomaga w nauce, pozwala uczestniczyć w ważnych wydarzeniach (lub przynajmniej je obserwować), buduje więzi społeczne (wbrew lękom starszych!) - a to tylko część jego zalet.
Dorośli, którzy widzą dziecko wpatrujące się w ekran smartfona, boją się, że doprowadzi to do upośledzenia relacji społecznych - zapominają, że spora część życia przeniosła się do internetu i dziecko może dzięki temu utrzymywać kontakt ze znajomymi z różnych stron świata. Boją się, że pociecha korzysta z elektroniki dla rozrywki - a przecież sami także potrzebują czasami oderwania od obowiązków i potrafią skakać po kanałach telewizora. Karol Jachymek zamierza przedstawiać czytelnikom zalety korzystania ze smartfonów - owszem, wie, że jest tu sporo pułapek i zagrożeń, ale widzi dużo więcej możliwości i to właśnie je chce podkreślać, żeby przynajmniej trochę złagodzić powody konfliktów.
Nie tylko rodzice w trosce o swoje dzieci chcą ograniczeń w korzystaniu młodych ze smartfonów - ten temat rozgrzewa także nauczycieli. Karol Jachymek podpowiada, jak włączyć korzystanie z mediów elektronicznych w proces zdobywania wiedzy, jak urozmaicić codzienne szkolne zadania na przykład tworzeniem memów albo wspólnym oglądaniem i komentowaniem dokonań vlogerów. I chociaż autor chce pokazywać różne aspekty używania smartfonów (i korzystania z internetu na urządzeniach mobilnych) - nie radzi sobie w jednym temacie. Co pewien czas przerywa wywody wyimaginowanymi dialogami międzypokoleniowymi. To najsłabszy punkt książki: nie dość, że reakcje w dyskusjach są nierealne (za to wymarzone przez autora, żeby podkreślać sensowność jego wskazówek), to jeszcze brzmią bardzo sztucznie.
Karol Jachymek nie zamierza nikogo oskarżać ani przestrzegać, smartfony stały się już nieodłączną częścią życia i nie da się ich wykluczyć (ani ograniczyć ich obecności w życiu młodego człowieka). Warto natomiast dążyć do wzajemnego zrozumienia, sprawdzać, co jest na topie i co emocjonuje młodsze pokolenie - może znajdzie się tutaj też coś dla siebie. "Z nosem w smartfonie" to zatem publikacja stworzona z innej perspektywy i dzięki temu cenna, chociaż w narracji czasem dość naiwna. Jedyne, z czego można by zrezygnować, to statystyki, które już za chwilę - jak często przestrzega autor - stracą na aktualności. Zastanawia za to wybór najbardziej popularnych youtuberów, vlogerów, influencerów itp. - tu warto by zaznaczyć, że to jednak subiektywny ogląd autora, a niekoniecznie obiekt obserwacji całego pokolenia.
Strach przed uzależnieniem
Karol Jachymek postanawia zwrócić uwagę starszego pokolenia na to, że młodzi niekoniecznie marnują czas, wpatrując się bez przerwy w smartfony - i nie ma sensu ich od tej czynności odrywać. "Z nosem w smartfonie. Co nasze dzieci robią w internecie i czy na pewno trzeba się tym martwić" to poradnik lekko prowokacyjny i zmieniający perspektywę. Autor bierze w obronę nastolatki - zwraca za to uwagę dorosłym, że robią najczęściej to samo, przed czym próbują uchronić swoje pociechy. Z obserwacji i reakcji podczas warsztatów dowiaduje się, że uzależnienie od smartfona może dotykać przedstawicieli różnych pokoleń - ale nie jest wcale naturalną konsekwencją codziennego używania elektronicznych gadżetów. Problemem nie jest ciągłe siedzenie dzieciaków z nosami w smartfonach - problem skrywa się gdzie indziej. W tym, że dorosłym trudno jest sobie wyobrazić, że smartfon przydaje się w wielu dawniej pozainternetowych czynnościach. Dostarcza rozrywki, usprawnia komunikację, pomaga w nauce, pozwala uczestniczyć w ważnych wydarzeniach (lub przynajmniej je obserwować), buduje więzi społeczne (wbrew lękom starszych!) - a to tylko część jego zalet.
Dorośli, którzy widzą dziecko wpatrujące się w ekran smartfona, boją się, że doprowadzi to do upośledzenia relacji społecznych - zapominają, że spora część życia przeniosła się do internetu i dziecko może dzięki temu utrzymywać kontakt ze znajomymi z różnych stron świata. Boją się, że pociecha korzysta z elektroniki dla rozrywki - a przecież sami także potrzebują czasami oderwania od obowiązków i potrafią skakać po kanałach telewizora. Karol Jachymek zamierza przedstawiać czytelnikom zalety korzystania ze smartfonów - owszem, wie, że jest tu sporo pułapek i zagrożeń, ale widzi dużo więcej możliwości i to właśnie je chce podkreślać, żeby przynajmniej trochę złagodzić powody konfliktów.
Nie tylko rodzice w trosce o swoje dzieci chcą ograniczeń w korzystaniu młodych ze smartfonów - ten temat rozgrzewa także nauczycieli. Karol Jachymek podpowiada, jak włączyć korzystanie z mediów elektronicznych w proces zdobywania wiedzy, jak urozmaicić codzienne szkolne zadania na przykład tworzeniem memów albo wspólnym oglądaniem i komentowaniem dokonań vlogerów. I chociaż autor chce pokazywać różne aspekty używania smartfonów (i korzystania z internetu na urządzeniach mobilnych) - nie radzi sobie w jednym temacie. Co pewien czas przerywa wywody wyimaginowanymi dialogami międzypokoleniowymi. To najsłabszy punkt książki: nie dość, że reakcje w dyskusjach są nierealne (za to wymarzone przez autora, żeby podkreślać sensowność jego wskazówek), to jeszcze brzmią bardzo sztucznie.
Karol Jachymek nie zamierza nikogo oskarżać ani przestrzegać, smartfony stały się już nieodłączną częścią życia i nie da się ich wykluczyć (ani ograniczyć ich obecności w życiu młodego człowieka). Warto natomiast dążyć do wzajemnego zrozumienia, sprawdzać, co jest na topie i co emocjonuje młodsze pokolenie - może znajdzie się tutaj też coś dla siebie. "Z nosem w smartfonie" to zatem publikacja stworzona z innej perspektywy i dzięki temu cenna, chociaż w narracji czasem dość naiwna. Jedyne, z czego można by zrezygnować, to statystyki, które już za chwilę - jak często przestrzega autor - stracą na aktualności. Zastanawia za to wybór najbardziej popularnych youtuberów, vlogerów, influencerów itp. - tu warto by zaznaczyć, że to jednak subiektywny ogląd autora, a niekoniecznie obiekt obserwacji całego pokolenia.
piątek, 5 kwietnia 2024
Zwierzęta na wsi
Harperkids, Warszawa 2024.
Gra zmysłów
Grube kartonowe picture booki dla najmłodszych wydawane w serii Akademia Mądrego Dziecka najczęściej kryją w sobie niespodzianki dla odbiorców – i to niespodzianki na dużą skalę, takie, których nie ma w ofercie innych wydawnictw publikujących bajki. Dotykam – zgaduję to kolejny cykl, który może zaskoczyć maluchy zadaniami. Może zaskoczyć, bo działa na zmysł dotyku – rzadko raczej wykorzystywany przy lekturach. W tomiku „Zwierzęta na wsi” dzieci będą ćwiczyć sprawność manualną z ochotą – bo mają do dyspozycji kilka „dziwnych” stron kartonowych. Na jednej części rozkładówki (oczywiście ilustrowanej) pojawia się krótka zagadka w formie rymowanki – na drugiej jest fragment strony do odchylenia i okienko. Okienko to wycięcie w stronie – a w tym wycięciu znajduje się odpowiednio zadrukowany we wzory imitujące zwierzęcą sierść kawałek materiału. Dziecko może tego materiału dotknąć, a następnie sprawdzić, czy zna odpowiedź na zagadkę – po odchyleniu okienka pojawi się bohater, o którym była mowa w rymowance. Materiały są różne i dostosowane do postaci – ale bardziej mają działać na wyobraźnię dziecka niż faktycznie naśladować dotyk zwierzęcia. Kilkulatkom to w zupełności wystarczy, liczy się bodziec, możliwość uzupełnienia lektury o niespodzianki.
Zwierzęta przedstawiane są bajkowo i infantylnie, tak, żeby przypadły do gustu najmłodszym, nie dziwią ich uśmiechnięte pyszczki i upraszczane kształty – chodzi o to, żeby zaintrygować najmłodszych odbiorców, zasugerować im stworzenia, które można spotkać na wsi, a nie realistycznie owe stworzenia przedstawiać. „Zwierzęta na wsi” to książeczka, która wymusza interaktywny odbiór. Jest w niej tekst do przeczytania przez rodzica i zadanie dla dziecka, jest też możliwość głaskania narysowanych zwierząt – co może przyczynić się do lepszego zapamiętywania nazw. Nieprzypadkowo hasło na okładce głosi „poznaję różne faktury i materiały” – dzieci będą mogły sprawdzić, jak różnią się kolejne zastosowane tutaj tkaniny. Z pewnością urozmaici to lekturę i sprawi, że maluchy chętnie będą zaglądać do książek. Tomik jest spory – ale objętość nadaje mu właśnie podwajanie kolejnych stron, tak, żeby można było je otwierać i poznawać ukryte pod nimi zwierzęta. Będzie kojarzyć się z zabawą i z przyjemnością. Dzieci dzięki tej publikacji mogą nauczyć się nazw zwierząt (albo sprawdzać swoją wiedzę na ten temat), ale aspekty edukacyjne są tu zdominowane rozrywkowymi – najbardziej wszystkim odpowiadać będzie prosta zabawa połączona z możliwością dotykania bohaterów – odejście od standardowych książeczek zamienia się w wielki atut tej publikacji. Niewiele trzeba w gruncie rzeczy, żeby zachwycić maluchy – i żeby zachęcić je do sięgania po książki w przyszłości. Zwłaszcza te dzieci, które uwielbiają zwierzęta, będą chętnie wracać do tego tomiku – i bawić się z przedstawionymi tu bohaterami.
Gra zmysłów
Grube kartonowe picture booki dla najmłodszych wydawane w serii Akademia Mądrego Dziecka najczęściej kryją w sobie niespodzianki dla odbiorców – i to niespodzianki na dużą skalę, takie, których nie ma w ofercie innych wydawnictw publikujących bajki. Dotykam – zgaduję to kolejny cykl, który może zaskoczyć maluchy zadaniami. Może zaskoczyć, bo działa na zmysł dotyku – rzadko raczej wykorzystywany przy lekturach. W tomiku „Zwierzęta na wsi” dzieci będą ćwiczyć sprawność manualną z ochotą – bo mają do dyspozycji kilka „dziwnych” stron kartonowych. Na jednej części rozkładówki (oczywiście ilustrowanej) pojawia się krótka zagadka w formie rymowanki – na drugiej jest fragment strony do odchylenia i okienko. Okienko to wycięcie w stronie – a w tym wycięciu znajduje się odpowiednio zadrukowany we wzory imitujące zwierzęcą sierść kawałek materiału. Dziecko może tego materiału dotknąć, a następnie sprawdzić, czy zna odpowiedź na zagadkę – po odchyleniu okienka pojawi się bohater, o którym była mowa w rymowance. Materiały są różne i dostosowane do postaci – ale bardziej mają działać na wyobraźnię dziecka niż faktycznie naśladować dotyk zwierzęcia. Kilkulatkom to w zupełności wystarczy, liczy się bodziec, możliwość uzupełnienia lektury o niespodzianki.
Zwierzęta przedstawiane są bajkowo i infantylnie, tak, żeby przypadły do gustu najmłodszym, nie dziwią ich uśmiechnięte pyszczki i upraszczane kształty – chodzi o to, żeby zaintrygować najmłodszych odbiorców, zasugerować im stworzenia, które można spotkać na wsi, a nie realistycznie owe stworzenia przedstawiać. „Zwierzęta na wsi” to książeczka, która wymusza interaktywny odbiór. Jest w niej tekst do przeczytania przez rodzica i zadanie dla dziecka, jest też możliwość głaskania narysowanych zwierząt – co może przyczynić się do lepszego zapamiętywania nazw. Nieprzypadkowo hasło na okładce głosi „poznaję różne faktury i materiały” – dzieci będą mogły sprawdzić, jak różnią się kolejne zastosowane tutaj tkaniny. Z pewnością urozmaici to lekturę i sprawi, że maluchy chętnie będą zaglądać do książek. Tomik jest spory – ale objętość nadaje mu właśnie podwajanie kolejnych stron, tak, żeby można było je otwierać i poznawać ukryte pod nimi zwierzęta. Będzie kojarzyć się z zabawą i z przyjemnością. Dzieci dzięki tej publikacji mogą nauczyć się nazw zwierząt (albo sprawdzać swoją wiedzę na ten temat), ale aspekty edukacyjne są tu zdominowane rozrywkowymi – najbardziej wszystkim odpowiadać będzie prosta zabawa połączona z możliwością dotykania bohaterów – odejście od standardowych książeczek zamienia się w wielki atut tej publikacji. Niewiele trzeba w gruncie rzeczy, żeby zachwycić maluchy – i żeby zachęcić je do sięgania po książki w przyszłości. Zwłaszcza te dzieci, które uwielbiają zwierzęta, będą chętnie wracać do tego tomiku – i bawić się z przedstawionymi tu bohaterami.
czwartek, 4 kwietnia 2024
Kit Frick: The Reunion
HarperYA, Warszawa 2024.
Złość
Kit Frick szczyci się tym, że lubi zabijać swoich bohaterów i w „The Reunion” nie zamierza porzucać przyjętej strategii. Thriller dla młodzieży nie musi być przecież wolny od zbrodni – mało tego, dzięki temu da się przyciągnąć do lektury znacznie szersze grono odbiorców. I tu zginie nastolatek – jeden z członków jedenastoosobowej rodziny, która przyjeżdża do wakacyjnego kurortu, żeby świętować zaręczyny w starszym pokoleniu. Może to być również okazja do naprawienia zerwanych kilka lat wcześniej więzi między kuzynostwem – Mayweatherowie przeżyli coś, co na zawsze zmieniło rozkład sił w ich gronie. Dzisiaj nikt nie chce wracać myślami do przeszłości, mówi się co najwyżej o Incydencie – jakby samo wyjaśnienie, co się stało, wyzwalało demony. Ale teraz wszystko może się zmienić. Teraz mama Addison i Masona (przez pewien czas zwanych Maddison, bo stanowiących nierozłączny duet) ma przyjąć oświadczyny taty Theo – którego z przyzwyczajenia ten wciąż jeszcze nazywa Teddy. Theo dostrzega, że w przyszłej rodzinie dzieje się coś dziwnego – ale sam też znajduje się pod ostrzałem, zwłaszcza że jego tata miewał dawniej problemy z wyrażaniem emocji i z panowaniem nad agresją. To niepokoi zwłaszcza Masona – nie chciałby dla swojej mamy powtórki z cierpienia, przecież małżeństwo jego rodziców rozpadło się między innymi z takiego powodu. Czuwanie nad bezpieczeństwem matki nie jest sprawą priorytetową dla nastolatka – a przynajmniej nie powinno nią być. Tymczasem w meksykańskim hotelu problem się nawarstwia i coraz trudniej go ignorować. Każdy przejaw złego humoru może być zinterpretowany na niekorzyść, każdy grymas wykorzystany jako dowód w oskarżeniach. Atmosfera robi się gęsta – a sieć podejrzeń nie ułatwia porozumienia. Każdy ma tu swoje zajęcia, czas ma być przeznaczony na rozrywkę i relaks – ale trudno to zrobić, jeśli wciąż trzeba się pilnować przed innymi. Oczywiście poza motywem spraw wśród dorosłych jest tu wiele pomniejszych kwestii zasługujących na uwagę: dwunastoletnia dziewczynka bardzo się nudzi i ucieka z programowych zajęć, jedna z kuzynek czeka na spotkanie ze swoim internetowym chłopakiem (który być może nie jest tym, za kogo się podaje), a pewien wujek sprowadził sobie dużo młodszą dziewczynę – i nie wyzwala to raczej entuzjazmu w konserwatywnie nastawionej części rodziny. Mnożą się wzajemne pretensje, mnożą się też lęki i podejrzenia. Sytuacji nie upraszcza wcale fakt, że majaczy nad wszystkim widmo tajemniczego uprowadzenia dwóch dziewczyn – młodszym Mayweatherom nie wolno chodzić w pojedynkę na plażę (do łamania tego akurat zakazu nikt nie ma zamiaru się dorosłym przyznawać).
„The Reunion” to odwrotność wakacyjnej obyczajówki, wielogłosowy thriller poprowadzony tak, żeby rzucać podejrzenia na różnych bohaterów – i uciekać od prawdy najdłużej jak się da. Autorka bawi się też czasem: przeplata aktualne wydarzenia z tym, co stało się przed tygodniem – żeby na dwa sposoby doprowadzać odbiorców do sedna. Prowokuje do myślenia, ale bez przerwy myli tropy, rozbudowuje intrygę o poboczne wątki, bo tylko dzięki temu może utrzymać uwagę wymagających czytelników. Jest w tej powieści sporo pytań i sporo silnych emocji – to coś w sam raz dla przyciągnięcia młodzieży. Kit Frick ucieka od schematycznych rozwiązań i zapewnia odbiorcom wyraziste przeżycia.
Złość
Kit Frick szczyci się tym, że lubi zabijać swoich bohaterów i w „The Reunion” nie zamierza porzucać przyjętej strategii. Thriller dla młodzieży nie musi być przecież wolny od zbrodni – mało tego, dzięki temu da się przyciągnąć do lektury znacznie szersze grono odbiorców. I tu zginie nastolatek – jeden z członków jedenastoosobowej rodziny, która przyjeżdża do wakacyjnego kurortu, żeby świętować zaręczyny w starszym pokoleniu. Może to być również okazja do naprawienia zerwanych kilka lat wcześniej więzi między kuzynostwem – Mayweatherowie przeżyli coś, co na zawsze zmieniło rozkład sił w ich gronie. Dzisiaj nikt nie chce wracać myślami do przeszłości, mówi się co najwyżej o Incydencie – jakby samo wyjaśnienie, co się stało, wyzwalało demony. Ale teraz wszystko może się zmienić. Teraz mama Addison i Masona (przez pewien czas zwanych Maddison, bo stanowiących nierozłączny duet) ma przyjąć oświadczyny taty Theo – którego z przyzwyczajenia ten wciąż jeszcze nazywa Teddy. Theo dostrzega, że w przyszłej rodzinie dzieje się coś dziwnego – ale sam też znajduje się pod ostrzałem, zwłaszcza że jego tata miewał dawniej problemy z wyrażaniem emocji i z panowaniem nad agresją. To niepokoi zwłaszcza Masona – nie chciałby dla swojej mamy powtórki z cierpienia, przecież małżeństwo jego rodziców rozpadło się między innymi z takiego powodu. Czuwanie nad bezpieczeństwem matki nie jest sprawą priorytetową dla nastolatka – a przynajmniej nie powinno nią być. Tymczasem w meksykańskim hotelu problem się nawarstwia i coraz trudniej go ignorować. Każdy przejaw złego humoru może być zinterpretowany na niekorzyść, każdy grymas wykorzystany jako dowód w oskarżeniach. Atmosfera robi się gęsta – a sieć podejrzeń nie ułatwia porozumienia. Każdy ma tu swoje zajęcia, czas ma być przeznaczony na rozrywkę i relaks – ale trudno to zrobić, jeśli wciąż trzeba się pilnować przed innymi. Oczywiście poza motywem spraw wśród dorosłych jest tu wiele pomniejszych kwestii zasługujących na uwagę: dwunastoletnia dziewczynka bardzo się nudzi i ucieka z programowych zajęć, jedna z kuzynek czeka na spotkanie ze swoim internetowym chłopakiem (który być może nie jest tym, za kogo się podaje), a pewien wujek sprowadził sobie dużo młodszą dziewczynę – i nie wyzwala to raczej entuzjazmu w konserwatywnie nastawionej części rodziny. Mnożą się wzajemne pretensje, mnożą się też lęki i podejrzenia. Sytuacji nie upraszcza wcale fakt, że majaczy nad wszystkim widmo tajemniczego uprowadzenia dwóch dziewczyn – młodszym Mayweatherom nie wolno chodzić w pojedynkę na plażę (do łamania tego akurat zakazu nikt nie ma zamiaru się dorosłym przyznawać).
„The Reunion” to odwrotność wakacyjnej obyczajówki, wielogłosowy thriller poprowadzony tak, żeby rzucać podejrzenia na różnych bohaterów – i uciekać od prawdy najdłużej jak się da. Autorka bawi się też czasem: przeplata aktualne wydarzenia z tym, co stało się przed tygodniem – żeby na dwa sposoby doprowadzać odbiorców do sedna. Prowokuje do myślenia, ale bez przerwy myli tropy, rozbudowuje intrygę o poboczne wątki, bo tylko dzięki temu może utrzymać uwagę wymagających czytelników. Jest w tej powieści sporo pytań i sporo silnych emocji – to coś w sam raz dla przyciągnięcia młodzieży. Kit Frick ucieka od schematycznych rozwiązań i zapewnia odbiorcom wyraziste przeżycia.
środa, 3 kwietnia 2024
Tomasz Orłowski: Dyplomatyczna ratatouille. Dokładka
Rebis, Poznań 2024.
Smaki Francji
Ta wiadomość ucieszy wszystkich, którzy cenią sobie podróżowanie – i tych, którzy wolą rozsmakowywać się w przewodnikach literackich i wędrować wyłącznie w wyobraźni, za sprawą starannie dobieranych lektur. Tomasz Orłowski powraca z dokładką smakowitych opowieści na temat Francji. Powraca – ze względu na zainteresowanie, jakie wzbudził „Nasz zakochany przewodnik po Francji”. A to oznacza, że czytelnicy otrzymują kolejną porcję ciekawostek i wiadomości na temat codziennego życia, zwyczajów i kulturowego dorobku Francji, podaną w sposób wyjątkowy. Bo Tomasz Orłowski nie zamierza wcale schlebiać masowym gustom. Upiera się przy pisaniu starannym, literackim i pięknym, nie przejmując się wcale faktem, że to już zjawisko niemodne i raczej się na rynku literackim nie zdarza. W zalewie bylejakości „Dyplomatyczna ratatouille. Dokładka” mocno się wyróżnia – więc jeśli ktoś potrzebuje oderwania od rutyny i nijakich wyznań niedzielnych podróżników, tu zyska odskocznię dla siebie. Tomasz Orłowski pisze ironicznie i ciekawie, nie zamyka się na humorystyczne komentarze – ale wszystko podaje z klasą, pamiętając o tym, że nie może zawieść odbiorców spragnionych wysokiej jakości tekstów. Stawia na opowieści, które nie zmieściły się w pierwszym tomie – żeby stworzyć uzupełnienie „Naszego zakochanego przewodnika po Francji” i żeby pokazać czytelnikom, jak wiele tematów jeszcze czeka na odkrycie. Subiektywny wybór miejsc, zabytków, tras czy kulinariów nie będzie przeszkadzać w odbiorze – warto zaufać autorowi i dać się poprowadzić przez meandry historii oraz teraźniejszości. Tomasz Orłowski Francję przedstawiać potrafi – zamienia się w kompetentnego przewodnika, który w dodatku ma jeszcze zacięcie literackie w starym stylu – i to wielki atut, bo dzięki takiemu podejściu książka wyróżnia się na rynku, stanowi opowieść wyjątkową i barwną. Zwłaszcza synestezyjność opisów docenią odbiorcy, którzy trafią na tę lekturę – niezależnie od tego, czy wiedzeni ciekawością na temat Francji jako celu podróży, czy – poszukujący czegoś niezwykłego na dzisiejszym rynku wydawniczym. Tomasz Orłowski pisze tak, jak pisało się przed dekadami, ale nie boi się subtelnego przymrużenia oka, od czasu do czasu zdradza upodobanie do celnych puent. Może wprowadzać akcenty towarzyskie albo osobiste wrażenia – zwłaszcza kiedy odnosi się do ulubionych smaków, regionalnych potraw i miejsc, które zapewnią udany odpoczynek turystom. Jednocześnie jest rzetelny w przygotowywaniu podbudowy teoretycznej, nie pozostawia odbiorców bez wiadomości na temat kolejnych budowli – i tutaj ożywia historię, jest w stanie zaprezentować przeszłość barwnie i z pomysłem. „Dyplomatyczna ratatouille. Dokładka” to książka, która bardzo szybko znajdzie szerokie grono czytelników – pozwala na odkrywanie piękna Francji w najlepszej możliwej formie. Poza wartością poznawczą jest to również znakomita lektura – coś, co wymaga skupienia, ale zapewnia też relaks. Tomasz Orłowski w swoich esejach przedstawia Francję, którą sam poznał – ale dodaje do tego mnóstwo informacji nieoczywistych. Dzięki wybranemu stylowi narracji może przekonać do siebie odbiorców i udowodnić, że na rynku jest miejsce na niespieszną, staranną opowieść płynącą z fascynacji, ale też mądrą i ciekawą. Ta publikacja jest jak podróż bez ruszania się z ulubionego fotela – wolna od wad dzisiejszej literatury podróżniczej i poprowadzona z pomysłem.
Smaki Francji
Ta wiadomość ucieszy wszystkich, którzy cenią sobie podróżowanie – i tych, którzy wolą rozsmakowywać się w przewodnikach literackich i wędrować wyłącznie w wyobraźni, za sprawą starannie dobieranych lektur. Tomasz Orłowski powraca z dokładką smakowitych opowieści na temat Francji. Powraca – ze względu na zainteresowanie, jakie wzbudził „Nasz zakochany przewodnik po Francji”. A to oznacza, że czytelnicy otrzymują kolejną porcję ciekawostek i wiadomości na temat codziennego życia, zwyczajów i kulturowego dorobku Francji, podaną w sposób wyjątkowy. Bo Tomasz Orłowski nie zamierza wcale schlebiać masowym gustom. Upiera się przy pisaniu starannym, literackim i pięknym, nie przejmując się wcale faktem, że to już zjawisko niemodne i raczej się na rynku literackim nie zdarza. W zalewie bylejakości „Dyplomatyczna ratatouille. Dokładka” mocno się wyróżnia – więc jeśli ktoś potrzebuje oderwania od rutyny i nijakich wyznań niedzielnych podróżników, tu zyska odskocznię dla siebie. Tomasz Orłowski pisze ironicznie i ciekawie, nie zamyka się na humorystyczne komentarze – ale wszystko podaje z klasą, pamiętając o tym, że nie może zawieść odbiorców spragnionych wysokiej jakości tekstów. Stawia na opowieści, które nie zmieściły się w pierwszym tomie – żeby stworzyć uzupełnienie „Naszego zakochanego przewodnika po Francji” i żeby pokazać czytelnikom, jak wiele tematów jeszcze czeka na odkrycie. Subiektywny wybór miejsc, zabytków, tras czy kulinariów nie będzie przeszkadzać w odbiorze – warto zaufać autorowi i dać się poprowadzić przez meandry historii oraz teraźniejszości. Tomasz Orłowski Francję przedstawiać potrafi – zamienia się w kompetentnego przewodnika, który w dodatku ma jeszcze zacięcie literackie w starym stylu – i to wielki atut, bo dzięki takiemu podejściu książka wyróżnia się na rynku, stanowi opowieść wyjątkową i barwną. Zwłaszcza synestezyjność opisów docenią odbiorcy, którzy trafią na tę lekturę – niezależnie od tego, czy wiedzeni ciekawością na temat Francji jako celu podróży, czy – poszukujący czegoś niezwykłego na dzisiejszym rynku wydawniczym. Tomasz Orłowski pisze tak, jak pisało się przed dekadami, ale nie boi się subtelnego przymrużenia oka, od czasu do czasu zdradza upodobanie do celnych puent. Może wprowadzać akcenty towarzyskie albo osobiste wrażenia – zwłaszcza kiedy odnosi się do ulubionych smaków, regionalnych potraw i miejsc, które zapewnią udany odpoczynek turystom. Jednocześnie jest rzetelny w przygotowywaniu podbudowy teoretycznej, nie pozostawia odbiorców bez wiadomości na temat kolejnych budowli – i tutaj ożywia historię, jest w stanie zaprezentować przeszłość barwnie i z pomysłem. „Dyplomatyczna ratatouille. Dokładka” to książka, która bardzo szybko znajdzie szerokie grono czytelników – pozwala na odkrywanie piękna Francji w najlepszej możliwej formie. Poza wartością poznawczą jest to również znakomita lektura – coś, co wymaga skupienia, ale zapewnia też relaks. Tomasz Orłowski w swoich esejach przedstawia Francję, którą sam poznał – ale dodaje do tego mnóstwo informacji nieoczywistych. Dzięki wybranemu stylowi narracji może przekonać do siebie odbiorców i udowodnić, że na rynku jest miejsce na niespieszną, staranną opowieść płynącą z fascynacji, ale też mądrą i ciekawą. Ta publikacja jest jak podróż bez ruszania się z ulubionego fotela – wolna od wad dzisiejszej literatury podróżniczej i poprowadzona z pomysłem.
wtorek, 2 kwietnia 2024
Zabawy z Felusiem i Guciem. W podróży
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Wyprawy
Ten tomik świetnie nadaje się na lekturę wiosenną – jako zapowiedź nadchodzącego lata. Ale „Zabawy z Felusiem i Guciem. W podróży” to zeszyt ćwiczeń dla wszystkich maluchów, które chcą przemierzać świat. Kolejna kreatywna książeczka z łamigłówkami w starym stylu i naklejkami pozwoli dzieciom na rozszerzanie słownictwa, sprawdzanie swojej wiedzy i umiejętności, a także doskonalenie zdolności manualnych – tak, żeby przygotować do pracy w szkole. Feluś i Gucio tym razem zabierają wszystkich w podróż pełną zabaw. Można tu poznać nazwy środków transportu albo słówka kojarzące się z eskapadami. Trzeba się spakować na drogę – inaczej w góry zimą, a inaczej nad morze w lecie, co szybko odbiorcy będą musieli przetestować. Będzie tworzenie map i przechodzenie labiryntów, będzie poznawanie budynków charakterystycznych dla miejskiego pejzażu, będzie wsiadanie do autokaru, uzupełnianie pociągów i sprawdzanie widoków z okna. Można tu narysować auto albo szczegóły roweru, można też sprawdzić, które skarpetki pasują do siebie – żeby odpowiednio przygotować się do wyjazdu. Z Felusiem i Guciem dzieci będą wyglądały za okno albo patrzyły przez lornetkę, uruchamiając wyobraźnię i tworząc to, co bohaterowie mogą zaobserwować. Dzięki temu mali odbiorcy podczas pracy nad tomikiem nie będą się ani przez moment nudzić. Jest to propozycja atrakcyjna dla kilkulatków nie tylko za sprawą znanych i lubianych bohaterów – chłopca i jego maskotki. Katarzyna Kozłowska wykorzystuje tutaj klasyczne zagadki, zabawy i łamigłówki, zachęca dzieci do uzupełniania książeczki naklejkami ale i własnymi rysunkami – przez to można puścić wodze fantazji i tworzyć na całego. Wykonywanie poleceń z kolei poprowadzi do ćwiczenia ręki – tak, żeby łatwiej było stawiać litery. Kolejne zadania uczą spostrzegawczości czy logicznego myślenia, jest tu mnóstwo propozycji, które przydadzą się najmłodszym – ale pod pozorami zabawy, więc nikt nie będzie narzekać na ogrom pracy. Co ważne, naklejki można wykorzystywać nie tylko w związku z realizowaniem zadań – czasami mają one pomagać jako ozdoby w sposób zaproponowany przez odbiorców. Mało tego: część naklejek nadaje się do pokolorowania, więc radość będzie zwielokrotniona. Tak przygotowana książeczka z pewnością zainteresuje dzieci – autorka bardzo różnicuje zadania, wprowadza niespodzianki i atrakcje dla odbiorców, chce, żeby maluchy nie nudziły się podczas zabaw z Felusiem i Guciem. Ucieka od narracji – w poleceniach podaje jedynie niezbędne informacje, tak, żeby nie trzeba było dużo czytać, a dało się od razu przejść do pracy nad kolejnym zadaniem. „W podróży” to tomik, który zaintryguje nie tylko małych obieżyświatów – dzieci zyskują tutaj znakomite sposoby na pokonanie rutyny, a przez obecność znanych sobie bohaterów także szansę na wkroczenie do bajkowego świata. Będą zatem ochoczo wypełniać kolejne ćwiczenia i realizować propozycje autorki – z korzyścią dla siebie. Tego typu zeszyty kreatywne, niegdyś bardzo popularne, teraz istnieją przede wszystkim jako dodatki do serii edukacyjnych z ulubionymi bohaterami najmłodszych (albo jako gadżety od kreskówek) – i sprawdzają się idealnie.
Wyprawy
Ten tomik świetnie nadaje się na lekturę wiosenną – jako zapowiedź nadchodzącego lata. Ale „Zabawy z Felusiem i Guciem. W podróży” to zeszyt ćwiczeń dla wszystkich maluchów, które chcą przemierzać świat. Kolejna kreatywna książeczka z łamigłówkami w starym stylu i naklejkami pozwoli dzieciom na rozszerzanie słownictwa, sprawdzanie swojej wiedzy i umiejętności, a także doskonalenie zdolności manualnych – tak, żeby przygotować do pracy w szkole. Feluś i Gucio tym razem zabierają wszystkich w podróż pełną zabaw. Można tu poznać nazwy środków transportu albo słówka kojarzące się z eskapadami. Trzeba się spakować na drogę – inaczej w góry zimą, a inaczej nad morze w lecie, co szybko odbiorcy będą musieli przetestować. Będzie tworzenie map i przechodzenie labiryntów, będzie poznawanie budynków charakterystycznych dla miejskiego pejzażu, będzie wsiadanie do autokaru, uzupełnianie pociągów i sprawdzanie widoków z okna. Można tu narysować auto albo szczegóły roweru, można też sprawdzić, które skarpetki pasują do siebie – żeby odpowiednio przygotować się do wyjazdu. Z Felusiem i Guciem dzieci będą wyglądały za okno albo patrzyły przez lornetkę, uruchamiając wyobraźnię i tworząc to, co bohaterowie mogą zaobserwować. Dzięki temu mali odbiorcy podczas pracy nad tomikiem nie będą się ani przez moment nudzić. Jest to propozycja atrakcyjna dla kilkulatków nie tylko za sprawą znanych i lubianych bohaterów – chłopca i jego maskotki. Katarzyna Kozłowska wykorzystuje tutaj klasyczne zagadki, zabawy i łamigłówki, zachęca dzieci do uzupełniania książeczki naklejkami ale i własnymi rysunkami – przez to można puścić wodze fantazji i tworzyć na całego. Wykonywanie poleceń z kolei poprowadzi do ćwiczenia ręki – tak, żeby łatwiej było stawiać litery. Kolejne zadania uczą spostrzegawczości czy logicznego myślenia, jest tu mnóstwo propozycji, które przydadzą się najmłodszym – ale pod pozorami zabawy, więc nikt nie będzie narzekać na ogrom pracy. Co ważne, naklejki można wykorzystywać nie tylko w związku z realizowaniem zadań – czasami mają one pomagać jako ozdoby w sposób zaproponowany przez odbiorców. Mało tego: część naklejek nadaje się do pokolorowania, więc radość będzie zwielokrotniona. Tak przygotowana książeczka z pewnością zainteresuje dzieci – autorka bardzo różnicuje zadania, wprowadza niespodzianki i atrakcje dla odbiorców, chce, żeby maluchy nie nudziły się podczas zabaw z Felusiem i Guciem. Ucieka od narracji – w poleceniach podaje jedynie niezbędne informacje, tak, żeby nie trzeba było dużo czytać, a dało się od razu przejść do pracy nad kolejnym zadaniem. „W podróży” to tomik, który zaintryguje nie tylko małych obieżyświatów – dzieci zyskują tutaj znakomite sposoby na pokonanie rutyny, a przez obecność znanych sobie bohaterów także szansę na wkroczenie do bajkowego świata. Będą zatem ochoczo wypełniać kolejne ćwiczenia i realizować propozycje autorki – z korzyścią dla siebie. Tego typu zeszyty kreatywne, niegdyś bardzo popularne, teraz istnieją przede wszystkim jako dodatki do serii edukacyjnych z ulubionymi bohaterami najmłodszych (albo jako gadżety od kreskówek) – i sprawdzają się idealnie.
poniedziałek, 1 kwietnia 2024
Filip Springer: Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni
Karakter, Kraków 2020.
Obserwacje
Filip Springer przemierza Polskę i przygląda się otoczeniu. Przeważnie znajduje powody do załamania, ale zamiast pomstować na bezsensowne decyzje miejscowych, próbuje ich edukować. Próbuje także wpłynąć na odbiorców – żeby zaczęli zwracać uwagę na najbliższe otoczenie i piętnować wszelkie samowolki lub zachowania prowadzące do oszpecania krajobrazu miejskiego. „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni” to książka ważna, potrzebna i… drażniąca. Bo przypomina, że mimo starań (a czasami z ich powodu) wciąż nie może być po prostu ładnie – polska mentalność wyklucza uporządkowanie przestrzeni. Wystarczy przytoczyć rozmowy z tymi, którzy nie dbają o dobro wspólne i za nic mają przepisy, żeby zrozumieć, że trzeba będzie jeszcze wielu dekad żmudnej edukacji, żeby udało się wyrzucić z ulic banery i reklamy, pastelowe kolory w blokowiskach czy architektoniczne koszmarki na przedmieściach. Filip Springer zyskuje temat-samograj. Może tylko obserwować i zadawać pytania, wszystko automatycznie się skomentuje, często słowami sprawców. Filip Springer nie zamierza odpuszczać, ale też nie atakuje. Rezygnuje z agresywnego tonu czy choćby zaczepek – żeby w pełni wybrzmiały komentarze i wyjaśnienia osób odpowiedzialnych za brzydotę miast.
Każdy rozdział to inny reportaż i inny temat. Filip Springer trafia do ludzi, którzy własnymi rękami oczyszczają miasto z rozwieszanych nielegalnie reklam, albo do tych, którym reklamy na rusztowaniach odcinają dostęp do światła dziennego. Rozmawia z tymi, którzy rozwieszają banery bez pozwolenia – bo przecież wszyscy tak robią i nikt się przepisami nie przejmuje. Pyta w spółdzielniach mieszkaniowych, kto decyduje o wyborze kolorów na bloki. Zdarza się, że trafia do miejsc nietypowych – rekordzistów w kiczu albo brzydocie, przedstawia to czytelnikom trochę jako kuriozum, a trochę jako przedstawienie nieograniczonej wyobraźni. Sporo ta książka mówi o mentalności ludzi, na przykład o ogrodzonych osiedlach czy placach zabaw i o stawianiu płotów przez sąsiadów, którzy nie potrafią się ze sobą dogadać. Jest tu patodeweloperka w wykonaniu tych, którzy chcą zarobić jak najwięcej na hotelach w miejscach atrakcyjnych turystycznie, ale jest też… szukanie najcichszego miejsca.
Coraz więcej ludzi stara się walczyć o ładne otoczenie – niezaśmiecane reklamami, estetyczne, przyjemne i zapewniające możliwość relaksu. Ale też to oni najbardziej cierpią wobec tych bezczelnych – nieprzejmujących się prawem, dalekich od kierowania się sentymentami czy potrzebą odpoczynku. Filip Springer oddaje głos jednym i drugim, żeby czytelnicy samodzielnie mogli wyrabiać sobie zdanie na temat tego, kto jest odpowiedzialny za istniejący stan rzeczy i jak próbować go zmienić. „Wanna z kolumnadą” to przypomnienie, że sami kształtujemy miejsce do życia – i można zazdrościć innym krajom wyglądu ich miast, ale można też zastanowić się nad tym, dlaczego w Polsce na każdym kroku spotyka się kolejnych sprytnych – którzy próbują ugrać coś dla siebie kosztem wspólnego dobra. Filip Springer zapewnia tymi reportażami wiele silnych przeżyć – i to nie tylko mieszkańcom miast, które prezentuje, bo często akcje z jednego miejsca przenoszą się w inne, stają się inspiracją albo podpowiedzią. „Wanna z kolumnadą” to po prostu niezgoda na bylejakość i szpetotę – i jako taka powinna trafić do każdego czytelnika.
Obserwacje
Filip Springer przemierza Polskę i przygląda się otoczeniu. Przeważnie znajduje powody do załamania, ale zamiast pomstować na bezsensowne decyzje miejscowych, próbuje ich edukować. Próbuje także wpłynąć na odbiorców – żeby zaczęli zwracać uwagę na najbliższe otoczenie i piętnować wszelkie samowolki lub zachowania prowadzące do oszpecania krajobrazu miejskiego. „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni” to książka ważna, potrzebna i… drażniąca. Bo przypomina, że mimo starań (a czasami z ich powodu) wciąż nie może być po prostu ładnie – polska mentalność wyklucza uporządkowanie przestrzeni. Wystarczy przytoczyć rozmowy z tymi, którzy nie dbają o dobro wspólne i za nic mają przepisy, żeby zrozumieć, że trzeba będzie jeszcze wielu dekad żmudnej edukacji, żeby udało się wyrzucić z ulic banery i reklamy, pastelowe kolory w blokowiskach czy architektoniczne koszmarki na przedmieściach. Filip Springer zyskuje temat-samograj. Może tylko obserwować i zadawać pytania, wszystko automatycznie się skomentuje, często słowami sprawców. Filip Springer nie zamierza odpuszczać, ale też nie atakuje. Rezygnuje z agresywnego tonu czy choćby zaczepek – żeby w pełni wybrzmiały komentarze i wyjaśnienia osób odpowiedzialnych za brzydotę miast.
Każdy rozdział to inny reportaż i inny temat. Filip Springer trafia do ludzi, którzy własnymi rękami oczyszczają miasto z rozwieszanych nielegalnie reklam, albo do tych, którym reklamy na rusztowaniach odcinają dostęp do światła dziennego. Rozmawia z tymi, którzy rozwieszają banery bez pozwolenia – bo przecież wszyscy tak robią i nikt się przepisami nie przejmuje. Pyta w spółdzielniach mieszkaniowych, kto decyduje o wyborze kolorów na bloki. Zdarza się, że trafia do miejsc nietypowych – rekordzistów w kiczu albo brzydocie, przedstawia to czytelnikom trochę jako kuriozum, a trochę jako przedstawienie nieograniczonej wyobraźni. Sporo ta książka mówi o mentalności ludzi, na przykład o ogrodzonych osiedlach czy placach zabaw i o stawianiu płotów przez sąsiadów, którzy nie potrafią się ze sobą dogadać. Jest tu patodeweloperka w wykonaniu tych, którzy chcą zarobić jak najwięcej na hotelach w miejscach atrakcyjnych turystycznie, ale jest też… szukanie najcichszego miejsca.
Coraz więcej ludzi stara się walczyć o ładne otoczenie – niezaśmiecane reklamami, estetyczne, przyjemne i zapewniające możliwość relaksu. Ale też to oni najbardziej cierpią wobec tych bezczelnych – nieprzejmujących się prawem, dalekich od kierowania się sentymentami czy potrzebą odpoczynku. Filip Springer oddaje głos jednym i drugim, żeby czytelnicy samodzielnie mogli wyrabiać sobie zdanie na temat tego, kto jest odpowiedzialny za istniejący stan rzeczy i jak próbować go zmienić. „Wanna z kolumnadą” to przypomnienie, że sami kształtujemy miejsce do życia – i można zazdrościć innym krajom wyglądu ich miast, ale można też zastanowić się nad tym, dlaczego w Polsce na każdym kroku spotyka się kolejnych sprytnych – którzy próbują ugrać coś dla siebie kosztem wspólnego dobra. Filip Springer zapewnia tymi reportażami wiele silnych przeżyć – i to nie tylko mieszkańcom miast, które prezentuje, bo często akcje z jednego miejsca przenoszą się w inne, stają się inspiracją albo podpowiedzią. „Wanna z kolumnadą” to po prostu niezgoda na bylejakość i szpetotę – i jako taka powinna trafić do każdego czytelnika.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






