* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 7 lutego 2024

Sam Knight: Biuro przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość

Czarne, Wołowiec 2024.

Zagrożenie

John Barker to psychiatra, który zainteresował się możliwościami przewidywania katastrof - przeczuciami i wizjami - i postanowił je uporządkować, żeby sprawdzić, czy da się zapobiegać tragediom. Biuro Przeczuć - jako miejsce gromadzenia relacji ludzi, którzy przed faktem wiedzieli, że dojdzie do katastrofy - funkcjonowało intensywnie, chociaż puenta książki pokazuje, jaką wartość badawczą miało. Sam Knight przytacza kilka spraw, które zachęciły ludzi do przysyłania swoich przeczuć. Dzięki temu tom zyskuje wielu charakterystycznych bohaterów, a odbiorcy zaczynają uważnie analizować przesłanki, które mogłyby pomóc w wytropieniu zagrożenia. Pojawia się też - rzecz jasna - paradoks: jeśli uda się wskazać niebezpieczeństwo, będzie można mu zapobiec. Jeśli będzie można mu zapobiec, nie dojdzie do katastrofy. A jeśli nie dojdzie do katastrofy, przeczucia okażą się fałszywe. Takich pułapek John Barker nie analizuje - koncentruje się bowiem na zbieraniu przestróg od odbiorców.

Sam Knight pokazuje czytelnikom katastrofy, ale obudowuje je nie opisywaniem przyczyn, a zbieranymi pieczołowicie wyznaniami związanymi z przeczuciami. Okazuje się, że ci, którzy stracili życie w katastrofie - nieszczęśliwym wypadku - wcześniej chcieli zrezygnować z pojawienia się w określonym miejscu i czasie i gdyby zyskali taką szansę, uratowaliby się. Tyle tylko, że na udane przewidzenia przypadają też kompletnie nietrafione prognozy. John Barker nie szuka wyjaśnienia zjawiska przewidywania przyszłości, interesuje go wyłącznie gromadzenie wypowiedzi tych, którzy odgadli, że dojdzie do czegoś złego. W związku z tym nie może też wyciągać dalej idących wniosków na temat ludzkich umiejętności profetycznych - to jednostkowe przypadki, nie do wytłumaczenia na drodze rozumowej. Pikanterii dodaje temu fakt, że autor chce zaprząc naukę do odkrycia szans na przewidywanie tego, co się stanie w niedalekiej przyszłości. Badania nad wizjami wydają się absurdalne już na samym początku - jednak Sam Knight pokazuje nie tylko sytuacje, w których wybrane jednostki były w stanie zasugerować katastrofę nie do przewidzenia, ale też - jak zmieniają się nastroje społeczne: John Barker wiedział, że może liczyć na odzew od ludzi, którzy faktycznie potrafili przeczuwać, że coś się stanie, a nie od tych, którzy będą chcieli zabawić się jego kosztem. Jest tu trochę refleksji na temat pracy mózgu - psychiatra chce jakoś wytłumaczyć zaobserwowane zjawisko, a Sam Knight też próbuje naświetlać czytelnikom przyczyny samego pomysłu. "Biuro przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość" to publikacja, która uświadamia czytelnikom, że coś, co dzisiaj znaczenie może mieć wyłącznie w gronie najbliższych (a i tak najprawdopodobniej spotka się z wyszydzeniem), było traktowane poważnie. Warto jeszcze zaznaczyć, że Sam Knight dobrze przedstawia temat - wie, jak opowiadać, żeby podkreślać puenty (między innymi - sygnały udanych przeczuć). Relacjonuje wydarzenia i pracę nad Biurem Przeczuć tak, żeby czytelnicy też mogli przejmować się losem pomysłu i samodzielnie chcieli sprawdzać, czy da się widzieć coś, co będzie w przyszłości. "Biuro przeczuć" to zestaw niezwykłości niemożliwych do uchwycenia - a jednak przez moment służących jako podstawa do całkiem poważnych badań.

wtorek, 6 lutego 2024

Jagoda Ratajczak: Luka. Jak wstyd i lęk dziurawią nam język

Karakter, Kraków 2023.

Porozumienie

Dwa tematy pojawiają się w tej publikacji. Pierwszy - znacznie bardziej obszerny - to mówienie w obcym języku (przede wszystkim po angielsku), drugi - jąkanie się, które zaburza proces komunikacji tak samo jak strach przed popełnianiem błędów w rozmowach z native'ami. Jagoda Ratajczak sięga do swoich doświadczeń i obserwacji, a także do komentarzy swoich znajomych, żeby naświetlić społeczny - a może i narodowy - problem zakorzeniony w procesie edukacji. Jest jeszcze bardzo aktualny motyw: Ukraińcy, którzy w błyskawicznym tempie zaczęli się uczyć języka polskiego, bo uciekli do naszego kraju przed wojną i chcą móc się tu porozumiewać. Zanim do tego dojdzie, Jagoda Ratajczak przynosi szereg spostrzeżeń uniwersalnych - chociaż związanych z angielszczyzną u Polaków. Zwraca uwagę na fakt, że Polacy mają kompleksy związane z mówieniem po angielsku. Tak powstaje "Luka. Jak wstyd i lęk dziurawią nam język". Książka, która uświadamia czytelnikom, że czasami zbyt surowo się oceniają i blokują przed zdobywaniem nowych doświadczeń. Tłumacze, lektorzy czy nauczyciele języków obcych zdają sobie sprawę ze skali problemu, zresztą sami nie są wolni od lęków w tym zakresie - ale Jagoda Ratajczak zestawia w tej książce obawy z nadziejami i oczekiwaniami - tak, żeby uświadomić czytelnikom, skąd biorą się kłopoty w zwyczajnych sytuacjach.

Nie będzie to oskarżanie systemu edukacji, chociaż być może tu należy upatrywać źródła kompleksów. Autorka sugeruje, że najwięcej krytyki wzbudza używanie języka angielskiego - co wiąże się z jego powszechnością. Sprawdza, dlaczego nawet dobrze posługujący się tym językiem czują się niepewnie w rozmowach z obcokrajowcami - i tę postawę konfrontuje z dumą cudzoziemców sięgających do mniejszych często zasobów leksykalnych, ale wolnych od strachu przed porozumiewaniem się w obcym dla siebie języku. Zastanawia się autorka, dlaczego nierodzimi użytkownicy angielskiego w kraju nad Wisłą tak rzadko mogą doczekać się wsparcia ze strony przypadkowych słuchaczy (bo złośliwość internetowych komentatorów powinna być już oceniana z innej perspektywy), ale podkreśla też znaczenie wewnętrznego krytyka, odpowiedzialnego za narodziny kolejnych kompleksów. A przecież nie chodzi o to, żeby mówić perfekcyjnie i posługiwać się podręcznikowymi frazami (zresztą i to grozi wpadnięciem w pułapkę), a żeby sprawnie przekazywać informacje. Jagoda Ratajczak odnosi się do zjawisk, które z doświadczenia zna prawdopodobnie każdy czytelnik - i próbuje wpłynąć na sposób myślenia, tak, żeby zachęcić do ćwiczenia języka w różnych okolicznościach i automatycznie - przełamywania strachu. "Luka" to lektura przydatna zwłaszcza wtedy, gdy trzeba się przemóc i poradzić sobie ze stresem oraz lękiem. Autorka przypomina, że najbardziej istotne jest porozumiewanie się - lingwicyzm piętnuje i uczy tego czytelników. Zwłaszcza że przy zmianach kulturowych nie da się uniknąć używania języka obcego - niezależnie od wybranego zawodu. Dopełnia "Lukę" opowieść o jąkaniu się - kolejnym źródle lęków przed wypowiadaniem się. Jagoda Ratajczak zatrzymuje się na tym, być może po to, żeby zwrócić uwagę czytelników na nieuświadamiane w społeczeństwie problemy. Przepracowuje w ten sposób także zachowania irytujące osoby, które nie mogą płynnie się wypowiadać - pokazuje odbiorcom, czego nie należy robić. I te światy konfrontuje z ludźmi z Ukrainy: podziwia, jak oni uczą się polskiego i jak próbują w nim mówić - chociaż czasami i bez tego mogliby funkcjonować. Jest "Luka" efektem ciekawej obserwacji socjologicznej - i jako taka sprawdzi się wśród dzisiejszych czytelników.

poniedziałek, 5 lutego 2024

Helen Fisher: Anatomia miłości. Nowe spojrzenie

Rebis, Poznań 2024 (wznowienie).

Inne spojrzenie

Jeśli artyści biorą na warsztat miłość od strony emocji, Helen Fisher przygląda się jej biologicznym uwarunkowaniom – i wyjaśnia zachowania ludzi łączących się w pary (albo w grupy) z perspektywy ewolucji. „Anatomia miłości. Nowe spojrzenie” to książka bardzo obszernie przedstawiająca różne aspekty bycia razem – w odniesieniu do różnych gatunków zwierząt. Autorka przeprowadza czytelników przez różne fazy zakochania, przedstawia znaczenie stereotypów i charakterystyczne zachowania powtarzające się od pokoleń. Jest w stanie rozwiązać zagadkę, dlaczego niektórzy wywołują w nas szybsze bicie serca, a inni – być może obiektywnie bardziej atrakcyjni – pozostają obojętni. Tworzy przepis na poderwanie kogoś, sugeruje, jakie wabiki stosują kobiety i mężczyźni, żeby zdobyć serce upatrzonej osoby. Od razu też rozwiewa wątpliwości na temat monogamii i wierności – opowiada o skłonnościach do zdradzania i o tym, dlaczego ludzie zostają ze sobą dłużej. Czyta związki przez kwestię prokreacji (nawet nieuświadamianą) i za sprawą uczuć. Pyta o rozwody i rozstania i o to, co powstrzymuje ludzi przed odejściem z toksycznej relacji. Prowadzi równolegle opowieść o zdobywaniu i o porzucaniu – tak, żeby jak najpełniej ująć temat miłości przez nawiązania do ewolucji i do koniecznych rozwiązań. Przechodzi od zamierzchłych czasów, ludzi pierwotnych i sytuacji, których nie znają dzisiejsze kultury – ale czasami sięga też do zachowań ludów pierwotnych i na ich przykładzie tłumaczy niektóre tendencje czy reakcje. Wyszukuje tematy, które najbardziej zaintrygują odbiorców, sięga po zagadnienia, które zapewnią jej uznanie i rozgłos – ale też mocno pracuje na sukces swojej książki. Każdy temat analizuje dogłębnie i w oparciu o rozmaite badania, nie ma tu luźnych refleksji pozbawionych naukowej podbudowy. Jednocześnie – mimo takiego umacniania wiadomości w badaniach – jest w stanie prowadzić narrację zajmująco i z dowcipem. Nie da się przy lekturze tej książki nudzić – można po nią sięgać nie tylko dla informacji, ale też dla rozrywki jako takiej, idealnie się do tego nada ze względu na lekki ton. Helen Fisher uważa, że kobiety i mężczyźni bardzo się od siebie różnią – i nie ma tu na myśli wyłącznie anatomii – udowadnia to w przedstawianiu analiz relacji. Dzięki temu będzie budować w odbiorcach samoświadomość i przyczyni się do lepszego zrozumienia istoty związków, pozwoli czytelnikom wyciągać wnioski na temat partnera i siebie. Jest to przeciwwaga dla pojawiających się dzisiaj na rynku poradników tworzonych na szybko i pozbawionych popularnonaukowej podstawy, „Anatomia miłości” to książka, która nie bez powodu na rynek wraca.

Co ciekawe, w dołączonych do tomu rozbudowanych kwestionariuszach można zawrzeć też własne oceny i opinie po to, by umieć scharakteryzować własne postawy i dokonać autoanalizy bardziej precyzyjnej niż w przypadku zwyczajnej lektury. Helen Fisher próbuje zatem podsunąć czytelnikom narzędzia do odczytywania istoty bycia razem, koncentruje się na biologicznych uwarunkowaniach co do bycia razem i na sztuczkach, które stosuje natura, żeby ludzie mogli się rozmnażać. „Anatomia miłości. Nowe spojrzenie” to publikacja podbijająca rynki – nie przez przypadek.

niedziela, 4 lutego 2024

Shelley Read: Popłynę przed siebie jak rzeka

Marginesy, Warszawa 2024.

Decyzje

Bohaterka tego tomu nie ma szans, żeby decydować o sobie. Nie może wybrać drogi życiowej, jej los od początku wpisany jest w schematy społeczne. Victoria Nash ma siedemnaście lat – ale „Popłynę przed siebie jak rzeka” nie będzie historią z gatunku young adults, zresztą bohaterka błyskawicznie dojrzewa. Najpierw – ze śmiercią matki. Od tej pory bowiem to ona będzie zajmować się gospodarstwem. Nie może liczyć w pracach domowych na pomoc brata-utracjusza ani ojca, tak samo zresztą jak na wuja, który z wojny wrócił bez nogi i teraz swoim nieszczęściem obdarza wszystkich wokół. Victoria jako jedyna kobieta w domu automatycznie przejmuje wszystkie obowiązki przypisane jej płci – kończy się dopiero pierwsza połowa XX wieku, a Kolorado nie jest miejscem na obyczajowe rewolucje. Zatem: Victoria znosi z pokorą wszelkie przykrości ze strony bliskich (a ci ranić potrafią), dba o dom i o sad – rodzina Nashów słynie z brzoskwiń. Długo trzeba było dbać o drzewa i wymieniać je co ćwierć wieku, żeby brzoskwinie stały się znane nie tylko w okolicy, długo trzeba było uczyć się, jak je zbierać, żeby nie zniszczyć owoców. Ogromna dawka wiedzy ogrodniczej łączy się tu z wyczuleniem na niuanse pogodowe, subtelne zmiany zachodzące w przyrodzie wymagają od ludzi stałej czujności. Ale na razie tym zajmuje się ojciec – Victoria bowiem wchodzi w dorosłość i to raczej gwałtownie. Spotyka na swojej drodze nieznajomego i czuje do niego wielkie przyciąganie. Dowiaduje się też (już po tym, jak jej serce zaczęło żywiej bić dla przybysza znikąd i włóczęgi), że to „indianiec”, wyklęty przez lokalną społeczność i wyrzucany z każdego gospodarstwa, w którym chciałby się zatrzymać. Miejscowi nie tolerują inności, a jeśli ktoś wyróżnia się kolorem skóry – to automatycznie jest skazany na potępienie. Victoria nie przejmuje się głosami ludzi – nawet fakt, że jej własny brat chce dopaść nieznajomego nie powstrzymuje kobiety. Ale wiążąc się z obcym Victoria przypieczętowuje swój los – nawet nie spodziewałaby się, co ją czeka w życiu.

„Popłynę przed siebie jak rzeka” to opowieść o walce kobiety z przeciwnościami losu i z piekłem, jakie są w stanie zgotować jej ludzie. Shelley Read umieściła akcję powieści w czasach, w których bohaterka nie może walczyć o swoje prawa – musi znaleźć sposób, jak dostosować się do wymogów innych. Ma własne nadzieje i plany, tyle że ich realizacja wymaga poświęceń większych niż możliwe do wyobrażenia dla większości odbiorców. W tej powieści tylko początek wydaje się schematyczny i monotonny – kiedy już Victoria dowiaduje się, jak zmieni się jej egzystencja przez związek z przystojnym nieznajomym, akcja nabiera tempa i dramatyzmu – coraz więcej tu wyzwań sensacyjnych i wręcz niemożliwych do zrealizowania w prawdziwym życiu (zresztą wątek nadprzyrodzony momentami się tu przewija, jako spoiwo międzypokoleniowe). Victoria zamienia się w superbohaterkę – przynajmniej w oczach czytelników pozostających bezpiecznie we własnych fotelach. A już list to „mamy z lasu” w wykonaniu Shelley Read to majstersztyk – umieszczony w najlepszym możliwym miejscu i wykonany tak, że o lekturze długo jeszcze będzie się myślało.

sobota, 3 lutego 2024

Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski: Sztuka obsługi penisa 2

Agora, Warszawa 2024.

Wyjaśnienia

„Sztuka obsługi penisa” wywołała poruszenie na rynku – nie dlatego, że brakowało do tej pory rozmów z seksuologami, bardziej ze względu na „obiecujący” – zdaniem wielu – tytuł. Na rynku ukazuje się właśnie „Sztuka obsługi penisa 2”, dalsza część rozmów Andrzeja Gryżewskiego i Przemysława Pilarskiego, tym razem połączona z… obrazkową instrukcją obsługi, czyli tym, czego w pierwszym tomie odbiorcom zabrakło. Oczywiście znajduje się tu uzasadnienie takiej decyzji, ale nie ulega wątpliwości, że to „Sztuka obsługi penisa 2” będzie chętniej kupowanym poradnikiem – nie tylko z uwagi na wyjaśnienia dotyczące męskości. Autorzy zamierzają walczyć z penisocentryzmem – ponownie przyglądają się kultowi męskości i stereotypom, ale teraz bardziej interesują ich przemiany obyczajowe i łóżkowe rewolucje. Wyłuskują trendy w związkach i relacjach otwartych, sprawdzają zagadnienia, które wciąż są dla czytelników nowe. Będzie tu zatem i chemseks, czyli wrażenia wzmacniane przez substancje odurzające, i cyberseks (kamerki jako pornografia na życzenie), i swingersi. Autorzy zastanowią się nad tym, jak otwieranie związku wpływa na jego kondycję i kiedy staje się pułapką, a kiedy możliwością naprawienia relacji. Uczą, jak mądrze podejmować decyzje i nie szkodzić sobie ani innym. Do tego rejestrują konkretne problemy, z jakimi ludzie zgłaszają się do seksuologów czy terapeutów – żeby uczulić na pewne sytuacje odbiorców. Sporo miejsca poświęcają w tej książce mężczyznom, którzy nienawidzą kobiet – zastanawiają się nad źródłami takich zachowań i ich konsekwencjami w społeczeństwie, a to z kolei ma ustrzec panie przed wchodzeniem w niebezpieczne związki. Nie zabraknie tu opowieści o homoseksualności – skoro autorzy zajmują się mężczyznami, to nie mogą przecież wykluczać tych, którzy wolą w swoim łóżku innych mężczyzn. Znalazł się w książce nawet rozdział poświęcony księżom – nieprzypadkowo, tutaj zmieściło się sporo informacji związanych z tłumieniem własnych potrzeb i negowaniem popędu seksualnego.

Z humorem i zaangażowaniem opowiadają o seksualności z męskiego punktu widzenia. Andrzej Gryżewski i Przemysław Pilarski swobodnie czują się w tej rozmowie i mogą dzielić się nie tylko doświadczeniami i osobistymi przemyśleniami, ale też skojarzeniami filmowymi czy serialowymi – dzięki czemu ułatwią odbiorcom rozmowę o własnych potrzebach. Pomagają parom w lepszym zrozumieniu drugiej strony, czasami naświetlają perspektywy, dają nadzieję tam, gdzie bez wsparcia można by było zabłądzić. Nie chcą kultu macho ani utwierdzania w przekonaniu o walce płci, nie interesują ich nierówności: chodzi o to, żeby wszyscy mogli cieszyć się satysfakcjonującym seksem i nauczyli się być z drugą osobą. A jeśli ktoś po „Sztukę obsługi penisa 2” sięgnie dla poradnika – znajdzie tu zestaw ilustracji z opisami (czasem – przefiltrowanymi przez dowcip, jak wtedy, gdy trzeba poetyckie nazwy pozycji przełożyć na bardziej przyziemny język). Ta książka nie tylko wiele spraw wyjaśnia – ale umożliwia też przeprowadzenie rozmowy, kiedy trzeba będzie ustalić coś w związku. Jest ciekawa i napisana tak, żeby jak najszersze grono odbiorców mogło z niej skorzystać – bez względu na orientację seksualną, upodobania erotyczne czy płeć. Jeśli „Sztuka obsługi penisa” zwracała na siebie uwagę tytułem, to „Sztuka obsługi penisa 2” stanie się bestsellerem ze względu na zawartość.

piątek, 2 lutego 2024

Joanna Nojszewska: Kobiety, które śpiewały Młynarskiego

Marginesy, Warszawa 2024.

Gra skojarzeń

Dwie ścieżki wybiera Joanna Nojszewska, pisząc o kobietach, które śpiewały Młynarskiego. Najpierw sięga do bohaterek z tekstów – tych wszystkich panien Kryś i Zoch, Mariol, Bożenek i Desdemon – i tych bezimiennych, a na trwałe wpisanych w kulturę dzięki pomysłom Wojciecha Młynarskiego i jego talentowi do obserwowania świata. Później przedstawia kolejne artystki, które piosenki Młynarskiego przybliżały szerokiemu gronu odbiorców i które do dzisiaj wyznaczają sposoby interpretacji. „Kobiety, które śpiewały Młynarskiego” to także książka mocno osobista, wypełniona skojarzeniami samej autorki – motywami, które do opracowania popularnonaukowego by nie weszły. Joanna Nojszewska może sobie tu pozwolić na wyrażanie prywatnych opinii i na prezentowanie własnych doświadczeń z tekstami Młynarskiego, a także – na opisywanie spotkań z kolejnymi rozmówczyniami. Nie chodzi przecież o dyskurs naukowy, a o lekką zabawę i przypomnienie piosenek, które wszyscy znają i cenią. Tom składa się z szeregu portretów (i jest subiektywnym wyborem, z którego autorka się nie tłumaczy) – ale najważniejsza jest piosenka. Piosenka i twórca, którego nie da się od tej piosenki odsunąć na krok. Co ważne, Joanna Nojszewska odsuwa jeden motyw – sugerowany przez ludzi sztuki i prawdopodobnie przez część publiczności literackiej poszukiwany – rezygnuje z przedstawiania plotek i pikantnych szczegółów związanych z inspiracjami do kolejnych romansowych tekstowych uniesień. Nie zamierza wdawać się w dygresje na temat tego, kto z kim i kiedy – unika nawet szkicowych wzmianek w tej kwestii. Na szczęście – dzięki temu można się lepiej bawić samymi frazami. Wprawdzie autorka trochę za mocno czasami podkreśla to, co Młynarskiemu w piosenkach wychodziło najlepiej – kieruje uwagę czytelników na przykład na aliteracje czy na intertekstualne rozwiązania (trochę zastanawia, czy trzeba rzeczywiście tłumaczyć nawiązania do rzeczywistości peerelowskiej, nazwę papierosów czy programu telewizyjnego – niby młodsze pokolenie już się w tych aluzjach nie odnajdzie, ale może właśnie powinno zdobyć się na wysiłek i samodzielne odkrywanie zakodowanych sensów), jednak przede wszystkim zajmuje się historiami poszczególnych, najbardziej znanych, utworów.

W związku z tym oczywiście książka zaczyna sama się śpiewać. Nie da się podjąć lektury bez sięgania po oryginalne wykonania, interpretacje, recitale i archiwalne nagrania – warto to robić, żeby zyskać dodatkową płaszczyznę porozumienia. Autorka namawia swoje rozmówczynie na zwierzenia dotyczące współpracy z Wojciechem Młynarskim, nie zawsze chodzi tu o kontekst do pojedynczych piosenek, czasami zyskuje rozbudowane relacje i komentarze do wielu składników repertuaru, czasami pojedyncze anegdoty. Nie kieruje się jednym schematem w relacjonowaniu spotkań – zresztą każdą z interlokutorek traktuje inaczej. Dzięki temu odbiorcy przez cały czas mogą się angażować w lekturę, szukać w niej ciekawostek i zakulisowych opowieści. Jest tu sporo sentymentów i podróży w czasie do najpiękniejszych momentów z historii polskich piosenek rozrywkowych, jest tu sporo Młynarskiego i jego rodziny – w sytuacjach pozaestradowych. Są nawet trudy tworzenia piosenek, kiedy trzeba jednocześnie zachować wierność oryginalnemu tekstowi, znaleźć możliwość podkreślania puent muzyką i sprostać dykcyjnie. Joanna Nojszewska próbuje wychwytywać te wyzwania – i przedstawiać je w lekkiej i rozrywkowej formie. Dzięki temu „Kobiety, które śpiewały Młynarskiego” to książka do czytania w każdym momencie, nie tylko – kiedy chce się sobie przypomnieć o evergreenach.

czwartek, 1 lutego 2024

Joanna Bagrij: Nadbrzeżnik

Mova, Białystok 2024.

Zwłoki na plaży

Przede wszystkim Joanna Bagrij wierzy w siłę narracji – do tego stopnia, że nie zamierza różnicować sposobu prowadzenia opowieści, bez względu na to, czy wypowiada się transparentny i „właściwy” narrator, czy głos zabierają poszczególni bohaterowie – nie rozróżnia ich ze względu na płeć czy wiek. I tak rodzi się pytanie o znaczenie synestezyjności „męskiej” opowieści i o zbyt dużą wiedzę (o zasobie leksykalnym nie wspominając) u kilkulatka – owszem, ten ostatni będzie stawiać na zdrobnienia i akcentowanie roli członków rodziny, ale gdzieś rozbrzmiewa tu sama kreacja. „Nadbrzeżnik” to bowiem kryminał, w którym odzywać się ma wiele głosów, tak, żeby czytelnicy poczuli się wrzuceni w centrum opowieści – i zmuszeni do podążania za poszczególnymi tropami. Joanna Bagrij wybiera – mimo tej drobiazgowej narracji wypełnionej wrażeniami zmysłowymi – dość surowy sposób opowiadania. Nie koncentruje się przesadnie na życiu osobistym bohaterów, chociaż bez tego trudno sobie dzisiaj wyobrazić akcję – w związku z tym rozsnuwa powiązania łączące bohaterów w przeszłości, sugeruje, że Lena Dobrowicz, specjalistka od zwłok, ma w swojej przeszłości bolesne rysy na tle damsko-męskim (co dzisiaj owocuje między innymi otwartym podejściem do spraw seksu – jednak kiedy zbyt wielu potencjalnych towarzyszy łóżkowych ekscesów pojawia się w pobliżu, bohaterka woli się wycofać) i co pewien czas wprowadza wzmiankę przypminającą o codziennych – czyli poza sprawą – problemach postaci. To niewiele, ale musi wystarczyć, bo resztę portretów charakterologicznych wypełnia codzienność. A w niej mnóstwo jest prostych gestów, ostrych i ascetycznych w wymowie. Każdy ze swoimi demonami zostaje sam i każdy rozprawia się z nimi jak umie – taki standard dla zaznaczenia, że nie jest to cosy crime. Szorstkość w opisach ma przykuwać uwagę do zbrodni – a zbrodni trochę tu będzie. „Nadbrzeżnik” bazuje na legendzie stworzonej stosunkowo niedawno i zapładniającej umysły miejscowych – postacią ze świata fantazji łatwo wytłumaczyć kolejne zbrodnie, zwłaszcza jeśli komuś zależy na budzeniu odpowiednich skojarzeń. Joanna Bagrij w światek nadmorskich śledczych wrzuca kobietę o tajemniczej przeszłości – wyjątkowo dobrze radzącą sobie z odczytywaniem kryminalnych tropów. Z obecności ciała w konkretnym miejscu może wyczytać wiele – i to bez uciekania się do podpowiedzi z jakichkolwiek źródeł. Nie szwankuje jej logiczne myślenie, a w sytuacjach zagrożenia (bo i takich będzie dużo) Lena Dobrowicz wie, jak sobie poradzić. To niemal żeński odpowiednik stereotypu „zabili go i uciekł”: przechodzi sporo i to bez śladów na psychice. Ale właśnie o to w „Nadbrzeżniku” chodzi – żeby nie przejmować się przesadnie przemyśleniami tych, którzy mają tylko rozwiązać zagadkę. W ową zagadkę autorka angażuje czytelników, przedstawia im cały szereg informacji, z których powieściowi śledczy będą w stanie ułożyć całą historię – a nawet częstuje ich wiadomościami, do których kryminalni dostępu nie mają, czytelnicy poznają bowiem także narracje z perspektywy mordercy. Jest „Nadbrzeżnik” kryminałem nastawionym właśnie na śledztwo i gorycz wynikającą z braku zaufania – autorka rezygnuje za to z rozbudowywania warstwy obyczajowej i wchodzenia w zwyczajność śledczych. Ascezę charakterologiczną zestawia jednak z wyczuleniem na detale i z drobiazgowością w przedstawianiu otoczenia.