Burda Media, Warszawa 2019.
Za kółkiem
Robert Kubica należy do sportowców rozpoznawanych nawet przez tych, którzy kibicowaniem telewizyjnym się niespecjalnie zajmują – i również mimo tego, że z powodu wypadku na kilka lat musiał zapomnieć o startach w wyścigach. Teraz jednak wraca za kierownicę, a Yvette Żółtowska-Darska przypomina o jego największych osiągnięciach. „Kubica i odjazdowy świat wyścigów samochodowych” to publikacja, która zbliżona jest pomysłem do serii o sławnych piłkarzach zainicjowanej kiedyś przez Żółtowską-Darską, ale rozszerza swój zasięg o innych sportowców – i pojawia się z hasztagiem Superherosi. Nic dziwnego: dla najmłodszych wybitni przedstawiciele świata sportu są trochę jak superbohaterowie, którym warto się przyjrzeć.
I Yvette Żółtowska-Darska się przygląda. Na początek – dzieciństwu Roberta Kubicy i sytuacji, której każde dziecko mogłoby mu pozazdrościć. Oto mały chłopiec dostaje od rodziców upragniony samochód, zabawkę, w której może jeździć. Wybór tak drogiego prezentu nie jest chwilowym kaprysem: już wkrótce tata Roberta dostrzega w synu ogromny potencjał i talent do wyścigów. Podejmuje szereg decyzji, które pozwalają pokierować karierą chłopca, tak, że w wieku kilkunastu lat już otrzymuje on poważne oferty pracy ze strony firm związanych z wyścigami samochodowymi. Przy okazji Yvette Żółtowska-Darska może wytłumaczyć odbiorcom różnicę między Formułą 1 a rajdami samochodowymi – nikt nie pomyli po lekturze tych dwóch sportów. Tymczasem Robert Kubica dorasta i wygrywa, ale czasami musi mierzyć się z rozmaitymi niesprawiedliwościami: zwłaszcza gdy w grę wchodzi nierówne traktowanie kierowców „testowych” i tych z wyścigowej czołówki – przez teamy. Kubica nie buntuje się, robi swoje i szybko udowadnia, że należy do najlepszych. Osiąga wiele, chociaż czasem musi też z czegoś zrezygnować: o niektóre rzeczy musi powalczyć, inne – odpuścić, jeśli chce zostać mistrzem. Kiedy już będzie miał wysoką pozycję jako kierowca wyścigowy, rozpocznie się opowieść o kolejnych sukcesach – aż do wypadków, a później – mozolnego powrotu do zdrowia. Ta część książki nieco mniej może czytelników przekonywać, ale nie da się jej przecież pominąć.
W biografii Roberta Kubicy dla dzieci autorka dość szczegółowo omawia tematy powiązane z wyścigami i z rajdami, pozwala najmłodszym zrozumieć i zasady dotyczące tych sportów, i zakres umiejętności kierowców. Nie zabraknie też motywów związanych z rodziną (zwłaszcza w pierwszej części tomu) i z przyjaźniami z torów. Jednak nie poprzestaje Żółtowska-Darska na czystym tekście, zwłaszcza że tomy mają pełnić też funkcje edukacyjne i wychowawcze. Te drugie – zostają sprytnie zakamuflowane w relacjach o postawie sportowca i o jego wyborach. Te pierwsze trafiają w dużej części do podpisów pod zdjęciami. Wprowadzenie do każdej części książki składa się z szeregu rozkładówek wypełnionych fotografiami: z wyścigów, ze świętowania na mecie, ale też z miejsc, w których odbywają się wyścigi. Za każdym razem podpis zawiera zestaw dodatkowych informacji (zdarza się też, że może posłużyć do obudzenia ciekawości – jak w przypadku zdjęć z kraks na torze). Takie podejście przyciąga dzieci i pokazuje im, dlaczego warto przeczytać książkę. Yvette Żółtowska-Darska jest autorką, która sprawdza się w biografiach sportowych dla najmłodszych: pokazuje, że ten gatunek wcale nie musi być traktowany po macoszemu.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 7 lipca 2019
sobota, 6 lipca 2019
Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1989-1990
Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Niedorosłość
Czterdzieści lat po premierze Fistaszki dalej mają się świetnie: zbiorek przedstawiający stripy z gazet codziennych i weekendowych z lat 1989 i 1990 to raz powrót do sprawdzonych rozwiązań i tematów, które przez pewien czas poruszane nie były – na przykład do sprawy kocyka bezpieczeństwa Linusa – raz przejście do nowych motywów. Zamiast małej rudej dziewczynki, niedoścignionego ideału kobiecego w wersji Charliego Browna, pojawia się bardzo miła koleżanka z obozu wakacyjnego, Peggy Jean. Bohater wreszcie może przekonać się, czym jest odwzajemniona miłość. Zagląda Charles M. Schulz do starych znajomych – przypomina sobie między innymi o Pig-Penie, przyprowadza też do świata Fistaszków nowych – jest tu trzeci brat Snoopy’ego, który wpada na moment, żeby wygrać pewien konkurs. Spike tymczasem dalej rozmawia z kaktusami na pustyni, a Lucy zrzędzi. Marcie i Peppermint Patty prześcigają się w walce o względy Charliego, a poza tym – rywalizują też w szkole (najlepsza i najgorsza uczennica to mieszanka wybuchowa). Jednak Marcie wcale nie chce być zawsze idealna…
Charles M. Schulz zaprasza odbiorców do świata, który nie może się znudzić. W drobnych komiksowych paskach zawiera głębokie prawdy o człowieku, jego dążeniach, upodobaniach i nadziejach. Dzieci nie muszą udawać, nie bawią się w dyplomację, otwarcie informują o tym, co je gnębi lub irytuje, reagują impulsywnie i szczerze. Owszem, czasami odgrywają konkretne role (Lucy wciela się w psychologa i wysłuchuje festiwalu narzekań), ale ma to sens – umożliwia prowadzenie celnych obserwacji. Autor pamięta również o zabawie, celuje w tym – o dziwo – Snoopy, który raz walczy z Czerwonym Baronem podczas pierwszej wojny światowej, raz – z wydawcami, którzy nie doceniają jego genialnych opowiadań. Po tym, jak rozszerzyła się gromada ptaków, Snoopy zabiera przyjaciół Woodstocka na obozy przetrwania, tworzy własną drużynę skautów i przedziera się z nią przez leśne ostępy albo piaski w poszukiwaniu przygód. Tyle tylko, że u Fistaszków rozrywka nie jest jedynym celem. Autor wykorzystuje sytuacje z podwórka i szkoły, żeby pewne zachowania wskazać, inne wyśmiać, a jeszcze inne – uświadomić czytelnikom. W tomie każdy może odnaleźć albo ślady własnych wspomnień i doświadczeń, albo aluzje do otoczenia. Króluje tu precyzja – zresztą nie może być inaczej, jeśli Schulz ma najczęściej cztery kadry do zarysowania sytuacji, rozwiązania jej i komicznego spuentowania. Zresztą puenty nie zawsze podporządkowane są śmiechowi. Owszem, przynoszą radość i sprawiają, że po „Fistaszki zebrane” sięgać będą przedstawiciele różnych pokoleń – ale tu wartościowe są również refleksje na temat człowieka. Nie zawęża Charles M. Schulz opowieści do świata dzieci, wprost przeciwnie – mali bohaterowie pozwalają mu wyciągać wnioski na temat całych społeczeństw. Prawie nie ma w tej książce aluzji do terenu spoza rzeczywistości Fistaszków – co sprawia, że stripy są ponadczasowe. Genialne tłumaczenie Michała Rusinka również zasługuje na uznanie: dzięki temu autorowi humor może wybrzmieć z pełną siłą. „Fistaszki” w każdym kolejnym tomie są cenną propozycją lekturową – tę kolekcję warto mieć pod ręką, kiedy trzeba poprawić sobie humor albo znaleźć receptę na ból istnienia. Choć to komiksy, należą do arcydzieł gatunku i znać je po prostu trzeba.
Niedorosłość
Czterdzieści lat po premierze Fistaszki dalej mają się świetnie: zbiorek przedstawiający stripy z gazet codziennych i weekendowych z lat 1989 i 1990 to raz powrót do sprawdzonych rozwiązań i tematów, które przez pewien czas poruszane nie były – na przykład do sprawy kocyka bezpieczeństwa Linusa – raz przejście do nowych motywów. Zamiast małej rudej dziewczynki, niedoścignionego ideału kobiecego w wersji Charliego Browna, pojawia się bardzo miła koleżanka z obozu wakacyjnego, Peggy Jean. Bohater wreszcie może przekonać się, czym jest odwzajemniona miłość. Zagląda Charles M. Schulz do starych znajomych – przypomina sobie między innymi o Pig-Penie, przyprowadza też do świata Fistaszków nowych – jest tu trzeci brat Snoopy’ego, który wpada na moment, żeby wygrać pewien konkurs. Spike tymczasem dalej rozmawia z kaktusami na pustyni, a Lucy zrzędzi. Marcie i Peppermint Patty prześcigają się w walce o względy Charliego, a poza tym – rywalizują też w szkole (najlepsza i najgorsza uczennica to mieszanka wybuchowa). Jednak Marcie wcale nie chce być zawsze idealna…
Charles M. Schulz zaprasza odbiorców do świata, który nie może się znudzić. W drobnych komiksowych paskach zawiera głębokie prawdy o człowieku, jego dążeniach, upodobaniach i nadziejach. Dzieci nie muszą udawać, nie bawią się w dyplomację, otwarcie informują o tym, co je gnębi lub irytuje, reagują impulsywnie i szczerze. Owszem, czasami odgrywają konkretne role (Lucy wciela się w psychologa i wysłuchuje festiwalu narzekań), ale ma to sens – umożliwia prowadzenie celnych obserwacji. Autor pamięta również o zabawie, celuje w tym – o dziwo – Snoopy, który raz walczy z Czerwonym Baronem podczas pierwszej wojny światowej, raz – z wydawcami, którzy nie doceniają jego genialnych opowiadań. Po tym, jak rozszerzyła się gromada ptaków, Snoopy zabiera przyjaciół Woodstocka na obozy przetrwania, tworzy własną drużynę skautów i przedziera się z nią przez leśne ostępy albo piaski w poszukiwaniu przygód. Tyle tylko, że u Fistaszków rozrywka nie jest jedynym celem. Autor wykorzystuje sytuacje z podwórka i szkoły, żeby pewne zachowania wskazać, inne wyśmiać, a jeszcze inne – uświadomić czytelnikom. W tomie każdy może odnaleźć albo ślady własnych wspomnień i doświadczeń, albo aluzje do otoczenia. Króluje tu precyzja – zresztą nie może być inaczej, jeśli Schulz ma najczęściej cztery kadry do zarysowania sytuacji, rozwiązania jej i komicznego spuentowania. Zresztą puenty nie zawsze podporządkowane są śmiechowi. Owszem, przynoszą radość i sprawiają, że po „Fistaszki zebrane” sięgać będą przedstawiciele różnych pokoleń – ale tu wartościowe są również refleksje na temat człowieka. Nie zawęża Charles M. Schulz opowieści do świata dzieci, wprost przeciwnie – mali bohaterowie pozwalają mu wyciągać wnioski na temat całych społeczeństw. Prawie nie ma w tej książce aluzji do terenu spoza rzeczywistości Fistaszków – co sprawia, że stripy są ponadczasowe. Genialne tłumaczenie Michała Rusinka również zasługuje na uznanie: dzięki temu autorowi humor może wybrzmieć z pełną siłą. „Fistaszki” w każdym kolejnym tomie są cenną propozycją lekturową – tę kolekcję warto mieć pod ręką, kiedy trzeba poprawić sobie humor albo znaleźć receptę na ból istnienia. Choć to komiksy, należą do arcydzieł gatunku i znać je po prostu trzeba.
piątek, 5 lipca 2019
Marco Malvaldi: MIara człowieka
Bukowy Las, Wrocław 2019.
Geniusz na tropie
Leonardo da Vinci ma wszelkie cechy, żeby stać się detektywem idealnym. Jako geniusz, zdecydowanie wyróżnia się precyzją myślenia i umiejętnością wyciągania logicznych wniosków. Jako artysta – jest wyczulony na wszelkie sygnały płynące z ludzkiego ciała, przeanalizował dokładnie szczegóły anatomii i teraz jest w stanie wskazać wszelkie nieprawidłowości znacznie lepiej niż lekarz. A do tego jest przecież wrażliwy: również to przyda mu się w pracy. Fakt, że ma do wykonania własne zadania, choćby przygotowanie odlewu konia z brązu, nie zwalnia Leonarda z obowiązku zajęcia się tematem nieboszczyka na zamkowym dziedzińcu. Sforza nie pozwoli na opieszałość w tej kwestii: trzeba rozwiązać kryminalną zagadkę, zanim wieść o tajnej zarazie albo klątwie rozejdzie się wśród ludu i przyniesie panikę. Leonardo da Vinci świetnie to rozumie. Rozumie też siłę pieniądza. Zwłaszcza że sam nie dba o stan swojej kiesy i często bywa oszukiwany. Nie ma wyjścia: musi zająć się śledztwem, zlecenia artystyczne może przygotowywać przy okazji.
Marco Malvaldi wpadł na znakomity pomysł i zaangażował wybitną postać do renesansowego kryminału, ku uciesze czytelników, którzy cenią sobie powieści historyczne i dowcipne jednocześnie. Pretekstem do stworzenia takiej historii – a może i inspiracją – była pięćsetna rocznica śmierci geniusza i trzeba przyznać autorowi, że wybrał dobry sposób zwrócenia uwagi mas na mistrza Leonarda. Przede wszystkim wpisał się tą powieścią w nurt czytadeł, książek rozrywkowych, ale i ambitnych. Poza tym – zrezygnował z typowych dla rozwiązań w historiach pop uproszczeń i opierania się na biografii. Wplata do intrygi rozmaite wiadomości sprzed wieków, ale nie stawia sobie za cel edukowania odbiorców, a ich zabawę. Taki efekt bez trudu osiągnie. Zwłaszcza że dość ważnym elementem w narracji staje się dowcip. Początkowa prezentacja bardzo licznego towarzystwa występującego w książce zamienia się w kabaret, prześmiewcze komentarze będą potem powracać również w samej opowieści. Malvaldi nie boi się śmiechu, wykorzystuje go w kryminale umiejętnie, nie rozbija nim akcji, a uzupełnia charaktery. W renesansowej codzienności czuje się nadzwyczaj dobrze, chociaż nie proponuje pełnej stylizacji zaciemniającej obraz, a koloryzowanie tekstu. Intryga – bieg wydarzeń oraz postawy bohaterów – są na wskroś współczesne, do tego jednak dochodzą smaczki, detale związane z dawną obyczajowością. Udaje się takie połączenie Malvaldiemu – i przyciąga uwagę odbiorców.
Jednak oś fabularna to nie wszystko, co autor ma do zaoferowania. „Miara człowieka” to również miejsce na filozoficzne refleksje, na przedstawianie czytelnikom a to wartości pieniądza, a to – sensu istnienia. Leonardo da Vinci sprawdza się jako przewodnik po życiu, podkreśla te jego aspekty, które umykają postronnym obserwatorom. Jest od tego, żeby wydobywać na światło dzienne sekrety, przykre sprawki, odstępstwa od przyjętych zwyczajów. Pełni rolę moralizatora, ale też – sumienia. Jest ten tom dzięki takim rozwiązaniom więcej niż prostym kryminałem historycznym i będzie się podobać odbiorcom.
Geniusz na tropie
Leonardo da Vinci ma wszelkie cechy, żeby stać się detektywem idealnym. Jako geniusz, zdecydowanie wyróżnia się precyzją myślenia i umiejętnością wyciągania logicznych wniosków. Jako artysta – jest wyczulony na wszelkie sygnały płynące z ludzkiego ciała, przeanalizował dokładnie szczegóły anatomii i teraz jest w stanie wskazać wszelkie nieprawidłowości znacznie lepiej niż lekarz. A do tego jest przecież wrażliwy: również to przyda mu się w pracy. Fakt, że ma do wykonania własne zadania, choćby przygotowanie odlewu konia z brązu, nie zwalnia Leonarda z obowiązku zajęcia się tematem nieboszczyka na zamkowym dziedzińcu. Sforza nie pozwoli na opieszałość w tej kwestii: trzeba rozwiązać kryminalną zagadkę, zanim wieść o tajnej zarazie albo klątwie rozejdzie się wśród ludu i przyniesie panikę. Leonardo da Vinci świetnie to rozumie. Rozumie też siłę pieniądza. Zwłaszcza że sam nie dba o stan swojej kiesy i często bywa oszukiwany. Nie ma wyjścia: musi zająć się śledztwem, zlecenia artystyczne może przygotowywać przy okazji.
Marco Malvaldi wpadł na znakomity pomysł i zaangażował wybitną postać do renesansowego kryminału, ku uciesze czytelników, którzy cenią sobie powieści historyczne i dowcipne jednocześnie. Pretekstem do stworzenia takiej historii – a może i inspiracją – była pięćsetna rocznica śmierci geniusza i trzeba przyznać autorowi, że wybrał dobry sposób zwrócenia uwagi mas na mistrza Leonarda. Przede wszystkim wpisał się tą powieścią w nurt czytadeł, książek rozrywkowych, ale i ambitnych. Poza tym – zrezygnował z typowych dla rozwiązań w historiach pop uproszczeń i opierania się na biografii. Wplata do intrygi rozmaite wiadomości sprzed wieków, ale nie stawia sobie za cel edukowania odbiorców, a ich zabawę. Taki efekt bez trudu osiągnie. Zwłaszcza że dość ważnym elementem w narracji staje się dowcip. Początkowa prezentacja bardzo licznego towarzystwa występującego w książce zamienia się w kabaret, prześmiewcze komentarze będą potem powracać również w samej opowieści. Malvaldi nie boi się śmiechu, wykorzystuje go w kryminale umiejętnie, nie rozbija nim akcji, a uzupełnia charaktery. W renesansowej codzienności czuje się nadzwyczaj dobrze, chociaż nie proponuje pełnej stylizacji zaciemniającej obraz, a koloryzowanie tekstu. Intryga – bieg wydarzeń oraz postawy bohaterów – są na wskroś współczesne, do tego jednak dochodzą smaczki, detale związane z dawną obyczajowością. Udaje się takie połączenie Malvaldiemu – i przyciąga uwagę odbiorców.
Jednak oś fabularna to nie wszystko, co autor ma do zaoferowania. „Miara człowieka” to również miejsce na filozoficzne refleksje, na przedstawianie czytelnikom a to wartości pieniądza, a to – sensu istnienia. Leonardo da Vinci sprawdza się jako przewodnik po życiu, podkreśla te jego aspekty, które umykają postronnym obserwatorom. Jest od tego, żeby wydobywać na światło dzienne sekrety, przykre sprawki, odstępstwa od przyjętych zwyczajów. Pełni rolę moralizatora, ale też – sumienia. Jest ten tom dzięki takim rozwiązaniom więcej niż prostym kryminałem historycznym i będzie się podobać odbiorcom.
czwartek, 4 lipca 2019
Jagna Rolska: SeeIt
Dolnośląskie, Wrocław 2019.
Ucieczka
To świat o wiele gorszy niż ten, który odbiorcy znają. Świat po katastrofie, zmierzający do ostatecznej zagłady. Świat, w którym nie ma już wolności – trzeba podporządkowywać się ustalonym regułom, a potem jeszcze liczyć na cud i ocalenie. Żeby wydostać się z niszczejącej planety ludzie korzystać mają z Ark, przenosić się w bardziej gościnne miejsca wszechświata. Wiadomo, że na Arkach nie dla wszystkich znajdzie się miejsce: rezerwacje są więc słono płatne, a chętni zmuszają się do katorżniczej pracy, żeby tylko zarobić na upragniony bilet do wolności. Stale podwyższa się wymagania (przy wciąż niewielkich pensjach), nie istnieje już ani idea rodzin, ani możliwość spędzania czasu z bliskimi. Monica doskonale o tym wie: swoją ukochaną córeczkę musiała oddać do placówki edukacyjnej. Od paru tygodni nie widziała się z Allie, zresztą relacje dzieci z ich pierwszymi opiekunami (p-o, jak nazywa się rodziców) nie należą do starannie pielęgnowanych. Monica – jak niewielu ludzi – martwi się o dziecko, za chwilę jednak przybędzie jej dodatkowych kłopotów, bo odkrywa u siebie symptomy drugiej ciąży. Najwyraźniej na skutek błędu systemowego nie została wysterylizowana po wydaniu na świat Allie. Kontrola urodzeń jest bezduszna, chociaż bohaterka chciałaby mieć drugie dziecko, przepisy na to nie pozwolą.
Monica to postać, która pojawia się w „SeeIt” na chwilę i wprowadza rodzaj ramy kompozycyjnej, o wiele ważniejsza okazuje się jej kilkuletnia córka. Allie to dziewczynka ponadprzeciętnie inteligentna, a do tego – potrafiąca posługiwać się umysłem w stopniu, którego nie rozumieją najlepsi uczeni. Wykorzystuje technologie do rozwiązywania skomplikowanych problemów, bez trudu też „podróżuje” po informatycznych przestrzeniach. Cudem ocalona (przy swoim geniuszu Allie budzi zastrzeżenia za sprawą ciemniejszej karnacji i kręconych włosów, samo to wystarczy, żeby skazać ją na śmierć) dziewczynka odegra w opowieści ważną rolę. Warto tutaj podkreślić, że Jagna Rolska nie poddaje się schematom nakazującym infantylizowanie obrazu dziecka – pisze powieść dorosłą i bez roztkliwiania się nad kilkulatką, dzięki czemu może odbiorców do siebie przekonać. Proponuje świat precyzyjnie skonstruowany, pełen pułapek, ale też w swojej bezduszności otwierający miejsce na prawdziwe uczucia, które prowokują do działania. Tylko „wirus” SeeIt pozwala sprawdzić, jak rzeczywistość wygląda naprawdę – odrzeć ją z pozorów i uświadomić ludziom, dokąd zmierzają.
Jagna Rolska pisze bez sentymentów, za to bardzo rzeczowo. Proponuje czytelnikom powieść mocno rozbudowaną od strony narracyjnej, wypełnioną oryginalnymi rozwiązaniami. Bazuje wprawdzie na temacie do znudzenia przeanalizowanym, ale znajduje na niego nowe pomysły. Czytelników urzeka zwłaszcza dokładnością w konstruowaniu przestrzeni, tu nic nie dzieje się w próżni, nic nie pozostaje bez potrzebnych wyjaśnień. Z kolei motywacje postaci będą dla odbiorców zrozumiałe przez swoją uniwersalność. „SeeIt” to bardzo ciekawa pozycja na rynku literatury s-f, udanie zrealizowana.
Ucieczka
To świat o wiele gorszy niż ten, który odbiorcy znają. Świat po katastrofie, zmierzający do ostatecznej zagłady. Świat, w którym nie ma już wolności – trzeba podporządkowywać się ustalonym regułom, a potem jeszcze liczyć na cud i ocalenie. Żeby wydostać się z niszczejącej planety ludzie korzystać mają z Ark, przenosić się w bardziej gościnne miejsca wszechświata. Wiadomo, że na Arkach nie dla wszystkich znajdzie się miejsce: rezerwacje są więc słono płatne, a chętni zmuszają się do katorżniczej pracy, żeby tylko zarobić na upragniony bilet do wolności. Stale podwyższa się wymagania (przy wciąż niewielkich pensjach), nie istnieje już ani idea rodzin, ani możliwość spędzania czasu z bliskimi. Monica doskonale o tym wie: swoją ukochaną córeczkę musiała oddać do placówki edukacyjnej. Od paru tygodni nie widziała się z Allie, zresztą relacje dzieci z ich pierwszymi opiekunami (p-o, jak nazywa się rodziców) nie należą do starannie pielęgnowanych. Monica – jak niewielu ludzi – martwi się o dziecko, za chwilę jednak przybędzie jej dodatkowych kłopotów, bo odkrywa u siebie symptomy drugiej ciąży. Najwyraźniej na skutek błędu systemowego nie została wysterylizowana po wydaniu na świat Allie. Kontrola urodzeń jest bezduszna, chociaż bohaterka chciałaby mieć drugie dziecko, przepisy na to nie pozwolą.
Monica to postać, która pojawia się w „SeeIt” na chwilę i wprowadza rodzaj ramy kompozycyjnej, o wiele ważniejsza okazuje się jej kilkuletnia córka. Allie to dziewczynka ponadprzeciętnie inteligentna, a do tego – potrafiąca posługiwać się umysłem w stopniu, którego nie rozumieją najlepsi uczeni. Wykorzystuje technologie do rozwiązywania skomplikowanych problemów, bez trudu też „podróżuje” po informatycznych przestrzeniach. Cudem ocalona (przy swoim geniuszu Allie budzi zastrzeżenia za sprawą ciemniejszej karnacji i kręconych włosów, samo to wystarczy, żeby skazać ją na śmierć) dziewczynka odegra w opowieści ważną rolę. Warto tutaj podkreślić, że Jagna Rolska nie poddaje się schematom nakazującym infantylizowanie obrazu dziecka – pisze powieść dorosłą i bez roztkliwiania się nad kilkulatką, dzięki czemu może odbiorców do siebie przekonać. Proponuje świat precyzyjnie skonstruowany, pełen pułapek, ale też w swojej bezduszności otwierający miejsce na prawdziwe uczucia, które prowokują do działania. Tylko „wirus” SeeIt pozwala sprawdzić, jak rzeczywistość wygląda naprawdę – odrzeć ją z pozorów i uświadomić ludziom, dokąd zmierzają.
Jagna Rolska pisze bez sentymentów, za to bardzo rzeczowo. Proponuje czytelnikom powieść mocno rozbudowaną od strony narracyjnej, wypełnioną oryginalnymi rozwiązaniami. Bazuje wprawdzie na temacie do znudzenia przeanalizowanym, ale znajduje na niego nowe pomysły. Czytelników urzeka zwłaszcza dokładnością w konstruowaniu przestrzeni, tu nic nie dzieje się w próżni, nic nie pozostaje bez potrzebnych wyjaśnień. Z kolei motywacje postaci będą dla odbiorców zrozumiałe przez swoją uniwersalność. „SeeIt” to bardzo ciekawa pozycja na rynku literatury s-f, udanie zrealizowana.
środa, 3 lipca 2019
Kirsten Smith: Trinkets
Jaguar, Warszawa 2019.
Trzy motywacje
Elodie jest wrażliwa, chciałaby zostać poetką, a przynajmniej na razie rejestruje swoje doświadczenia w formie imitującej wiersz. Nie skupia się w nich na uczuciach, a na akcji, co daje dość dziwny efekt, jednak może czytelniczkom przypaść do gustu – pasuje do szybkiej narracji w stylu pop. Moe to dziewczyna-twardzielka. O swoje walczy, nigdy się nie poddaje. Chętnie za to szokuje innych, stawia na agresję jako sposób manifestowania własnego ja. Tabitha, szkolna „królowa”, jest przy tych dwóch najbardziej bezbarwna: popularność nie jest dla niej wartością. Chociaż Tabitha ma to, o czym marzą nastolatki, szczęśliwa się nie czuje. Zresztą każda z trzech bohaterek ma problemy – raz w domu, raz w relacjach z rówieśnikami. Chodzi o to, żeby udało się włączyć do opowieści jak najwięcej wątków definiujących dzisiejszą młodzież – i żeby odbiorczynie mogły się identyfikować z postaciami przynajmniej w pewnym zakresie.
„Trinkets” to historia o trzech dziewczynach, które na początku wiedzą wprawdzie o swoim istnieniu, ale nie zwracają na siebie nawzajem szczególnej uwagi: pochodzą z różnych światów i różnych sfer towarzyskich, nie miałyby nawet szans zacząć ze sobą rozmawiać. Kirsten Smith łączy je jednak wspólną terapią. Bohaterki dla rozładowania napięcia lub szukania mocniejszych wrażeń, zajmują się drobnymi kradzieżami. Wynoszą ze sklepów kosmetyki, ubrania albo biżuterię, doskonalą złodziejski fach: każda ma swoje sposoby na to, żeby oszukać ochronę i ominąć zabezpieczenia. Kradzieże dają im potrzebną adrenalinę i wzmacniają poczucie własnej wartości. To przez nie Elodie, Moe i Tabitha spotykają się w przestrzeni pozaszkolnej: kleptomanię mają wyleczyć dzięki spotkaniom z terapeutką. Tyle że kiedy dziewczyny lepiej się poznają, udoskonalą swój „sport” i będą rzucać sobie wyzwania zamiast realizować podpowiedzi psychologa. Jednak u Kirsten Smith to pierwszy krok do normalności. Bohaterki powoli zaczną odkrywać siłę prawdziwej przyjaźni, bawić się i wygłupiać. Zrozumieją, jakie błędy popełniały do tej pory w relacjach z rówieśnikami i przestaną kłócić się z domownikami. Chociaż łączy je zamiłowanie do bezsensownych kradzieży, autorka pokazuje, że przyczyną ich niepowodzeń był przede wszystkim brak zrozumienia. I w „Trinkets” stopniowo buduje obraz szczęśliwych zwyczajnych nastolatek, które uczą się na nowo funkcjonować w codzienności.
Co ciekawe, temat kradzieży dla zabawy nie jest tu piętnowany (co nie znaczy, że autorka go pochwala): stanowi po prostu tło i mechanizm, dzięki któremu dziewczyny się dogadują. Smith nie zamierza moralizować na ten temat: rejestruje zachowania bohaterek w sklepach, nastolatki we własnych relacjach omawiają uczucia, jakie im towarzyszą podczas nagannych czynności, ale też podczas wpadek. Kirsten Smith unika jednak oceniania tego procederu, uznaje, że ważniejsze będzie pokazanie odbiorczyniom, jak cenna jest prawdziwa przyjaźń – dla której czasami trzeba wyjść poza własną strefę komfortu i poza swoje „naturalne” środowisko. „Trinkets” to powieść szybka, napisana prostym językiem i odwołująca się do tematu, który nieczęsto w literaturze dla młodzieży jest tak eksponowany.
Trzy motywacje
Elodie jest wrażliwa, chciałaby zostać poetką, a przynajmniej na razie rejestruje swoje doświadczenia w formie imitującej wiersz. Nie skupia się w nich na uczuciach, a na akcji, co daje dość dziwny efekt, jednak może czytelniczkom przypaść do gustu – pasuje do szybkiej narracji w stylu pop. Moe to dziewczyna-twardzielka. O swoje walczy, nigdy się nie poddaje. Chętnie za to szokuje innych, stawia na agresję jako sposób manifestowania własnego ja. Tabitha, szkolna „królowa”, jest przy tych dwóch najbardziej bezbarwna: popularność nie jest dla niej wartością. Chociaż Tabitha ma to, o czym marzą nastolatki, szczęśliwa się nie czuje. Zresztą każda z trzech bohaterek ma problemy – raz w domu, raz w relacjach z rówieśnikami. Chodzi o to, żeby udało się włączyć do opowieści jak najwięcej wątków definiujących dzisiejszą młodzież – i żeby odbiorczynie mogły się identyfikować z postaciami przynajmniej w pewnym zakresie.
„Trinkets” to historia o trzech dziewczynach, które na początku wiedzą wprawdzie o swoim istnieniu, ale nie zwracają na siebie nawzajem szczególnej uwagi: pochodzą z różnych światów i różnych sfer towarzyskich, nie miałyby nawet szans zacząć ze sobą rozmawiać. Kirsten Smith łączy je jednak wspólną terapią. Bohaterki dla rozładowania napięcia lub szukania mocniejszych wrażeń, zajmują się drobnymi kradzieżami. Wynoszą ze sklepów kosmetyki, ubrania albo biżuterię, doskonalą złodziejski fach: każda ma swoje sposoby na to, żeby oszukać ochronę i ominąć zabezpieczenia. Kradzieże dają im potrzebną adrenalinę i wzmacniają poczucie własnej wartości. To przez nie Elodie, Moe i Tabitha spotykają się w przestrzeni pozaszkolnej: kleptomanię mają wyleczyć dzięki spotkaniom z terapeutką. Tyle że kiedy dziewczyny lepiej się poznają, udoskonalą swój „sport” i będą rzucać sobie wyzwania zamiast realizować podpowiedzi psychologa. Jednak u Kirsten Smith to pierwszy krok do normalności. Bohaterki powoli zaczną odkrywać siłę prawdziwej przyjaźni, bawić się i wygłupiać. Zrozumieją, jakie błędy popełniały do tej pory w relacjach z rówieśnikami i przestaną kłócić się z domownikami. Chociaż łączy je zamiłowanie do bezsensownych kradzieży, autorka pokazuje, że przyczyną ich niepowodzeń był przede wszystkim brak zrozumienia. I w „Trinkets” stopniowo buduje obraz szczęśliwych zwyczajnych nastolatek, które uczą się na nowo funkcjonować w codzienności.
Co ciekawe, temat kradzieży dla zabawy nie jest tu piętnowany (co nie znaczy, że autorka go pochwala): stanowi po prostu tło i mechanizm, dzięki któremu dziewczyny się dogadują. Smith nie zamierza moralizować na ten temat: rejestruje zachowania bohaterek w sklepach, nastolatki we własnych relacjach omawiają uczucia, jakie im towarzyszą podczas nagannych czynności, ale też podczas wpadek. Kirsten Smith unika jednak oceniania tego procederu, uznaje, że ważniejsze będzie pokazanie odbiorczyniom, jak cenna jest prawdziwa przyjaźń – dla której czasami trzeba wyjść poza własną strefę komfortu i poza swoje „naturalne” środowisko. „Trinkets” to powieść szybka, napisana prostym językiem i odwołująca się do tematu, który nieczęsto w literaturze dla młodzieży jest tak eksponowany.
wtorek, 2 lipca 2019
Renata Radłowska: Nowohucka telenowela
Czarne, Wołowiec 2019.
Domowe opowieści
Tutaj każdy bohater – zwykły mieszkaniec Nowej Huty – jest od czegoś innego. Jedni zbierają klepsydry, żeby w ten sposób ocalić pamięć o zmarłych, inni budowali kiedyś dzielnicę, która miała stać się rajem dla mieszkańców. Jedni bez przerwy ratują komuś życie, bo przypadkiem znaleźli się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, drudzy uczą się funkcjonować w nowych warunkach. Renata Radłowska do bohaterów swoich reportaży wraca po kilku latach i próbuje ich odnaleźć, żeby dowiedzieć się, co się u nich zmieniło. A nowe wydanie „Nowohuckiej telenoweli” znów stanie się hitem na rynku – nie tylko dla społeczności lokalnej. Teksty zgromadzone w tej książce są dobrze napisane, za każdym razem autorka wychodzi tutaj od postaci – zwykłego człowieka, na którego nikt nie zwróciłby uwagi. Pozwala mu przedstawić swoją historię, czasem pełną nadziei, czasem gorzką. Starsze panie z wypiekami na twarzy mogą opowiadać o dawnych miłosnych podbojach, panowie relacjonują, jak zdobywali mieszkania dla swoich rodzin. W powrotach do przeszłości ożywają wielkie uczucia – historie rodem z kolorowych magazynów, tylko że opowiadane po sąsiedzku, bez celebryckiego zadęcia. Radłowska wysłuchuje kolejnych ludzi i rejestruje ich otoczenie, dzięki czemu drobne reportaże stają się przekonujące i jeszcze bardziej osobiste. Zawsze szuka drobnego elementu, który zdefiniuje danego rozmówcę, będzie świadczyć o jego niezwykłości i o charakterze samego osiedla, bo Nową Hutę pokazuje się tu przez pryzmat ludzi, którzy ją wybrali na swoją oazę.
Renata Radłowska słucha cierpliwie i nie ocenia – to typowe dla jej reportaży. Angażuje się w przedstawianie konkretnej historii, ale unika wprowadzania osobistych uwag, tutaj czytelnicy mają polubić bohaterów, zaprzyjaźnić się z nimi – więc nie powinno się narzucać im podejścia do prezentowanych tematów. Siłą tej publikacji jest bez wątpienia oryginalność w ramach wybieranych zagadnień, umiejętność precyzyjnego kształtowania opowieści. Autorka bardzo dba o to, żeby ci, którzy tworzą „Nowohucką telenowelę” nie potrzebowali dodatkowej oprawy. Pozornie – odbiorcy uczestniczą w wycinku ich życia, podglądają je i zostają do niego zaproszeni – to wielki sukces Radłowskiej, ale też ogromne wyzwanie. Autorka nie popełnia błędów: relacje nie brzmią tu fałszywie, nawet kiedy ma się do czynienia z ekscentrycznymi postaciami. Zmienia się za to klimat reportaży – raz ze względu na odrzucanie poetyki socrealizmu (w przypadku opowieści tych, którzy budowali Nową Hutę, jest to ton w pełni uzasadniony i powraca w ich wyznaniach), dwa – ze względu na rosnące rozczarowanie rzeczywistością. W starszych reportażach przebija nadzieja na lepszą przyszłość dla siebie i dzieci, w nowszych – króluje motyw przemijania, pewność, że nie da się wypracować raju na ziemi. Stare i nowe Renata Radłowska łączy jeszcze w jeden sposób: po przytoczeniu dawnego tekstu przedstawia krótki akapit (albo jednozdaniową wzmiankę), komentarz, który staje się dodatkową puentą do całości. Informuje o dalszych losach (albo o śmierci, albo po prostu o braku kontaktu) bohatera opowieści, czasami dokłada do tego rozwiązanie zagadki dotyczącej przyszłości (która jest już przeszłością). Dzięki takim puentom książka wybrzmiewa jeszcze silniej niż poprzednio i może spokojnie zdobywać nowe grono czytelników.
Domowe opowieści
Tutaj każdy bohater – zwykły mieszkaniec Nowej Huty – jest od czegoś innego. Jedni zbierają klepsydry, żeby w ten sposób ocalić pamięć o zmarłych, inni budowali kiedyś dzielnicę, która miała stać się rajem dla mieszkańców. Jedni bez przerwy ratują komuś życie, bo przypadkiem znaleźli się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, drudzy uczą się funkcjonować w nowych warunkach. Renata Radłowska do bohaterów swoich reportaży wraca po kilku latach i próbuje ich odnaleźć, żeby dowiedzieć się, co się u nich zmieniło. A nowe wydanie „Nowohuckiej telenoweli” znów stanie się hitem na rynku – nie tylko dla społeczności lokalnej. Teksty zgromadzone w tej książce są dobrze napisane, za każdym razem autorka wychodzi tutaj od postaci – zwykłego człowieka, na którego nikt nie zwróciłby uwagi. Pozwala mu przedstawić swoją historię, czasem pełną nadziei, czasem gorzką. Starsze panie z wypiekami na twarzy mogą opowiadać o dawnych miłosnych podbojach, panowie relacjonują, jak zdobywali mieszkania dla swoich rodzin. W powrotach do przeszłości ożywają wielkie uczucia – historie rodem z kolorowych magazynów, tylko że opowiadane po sąsiedzku, bez celebryckiego zadęcia. Radłowska wysłuchuje kolejnych ludzi i rejestruje ich otoczenie, dzięki czemu drobne reportaże stają się przekonujące i jeszcze bardziej osobiste. Zawsze szuka drobnego elementu, który zdefiniuje danego rozmówcę, będzie świadczyć o jego niezwykłości i o charakterze samego osiedla, bo Nową Hutę pokazuje się tu przez pryzmat ludzi, którzy ją wybrali na swoją oazę.
Renata Radłowska słucha cierpliwie i nie ocenia – to typowe dla jej reportaży. Angażuje się w przedstawianie konkretnej historii, ale unika wprowadzania osobistych uwag, tutaj czytelnicy mają polubić bohaterów, zaprzyjaźnić się z nimi – więc nie powinno się narzucać im podejścia do prezentowanych tematów. Siłą tej publikacji jest bez wątpienia oryginalność w ramach wybieranych zagadnień, umiejętność precyzyjnego kształtowania opowieści. Autorka bardzo dba o to, żeby ci, którzy tworzą „Nowohucką telenowelę” nie potrzebowali dodatkowej oprawy. Pozornie – odbiorcy uczestniczą w wycinku ich życia, podglądają je i zostają do niego zaproszeni – to wielki sukces Radłowskiej, ale też ogromne wyzwanie. Autorka nie popełnia błędów: relacje nie brzmią tu fałszywie, nawet kiedy ma się do czynienia z ekscentrycznymi postaciami. Zmienia się za to klimat reportaży – raz ze względu na odrzucanie poetyki socrealizmu (w przypadku opowieści tych, którzy budowali Nową Hutę, jest to ton w pełni uzasadniony i powraca w ich wyznaniach), dwa – ze względu na rosnące rozczarowanie rzeczywistością. W starszych reportażach przebija nadzieja na lepszą przyszłość dla siebie i dzieci, w nowszych – króluje motyw przemijania, pewność, że nie da się wypracować raju na ziemi. Stare i nowe Renata Radłowska łączy jeszcze w jeden sposób: po przytoczeniu dawnego tekstu przedstawia krótki akapit (albo jednozdaniową wzmiankę), komentarz, który staje się dodatkową puentą do całości. Informuje o dalszych losach (albo o śmierci, albo po prostu o braku kontaktu) bohatera opowieści, czasami dokłada do tego rozwiązanie zagadki dotyczącej przyszłości (która jest już przeszłością). Dzięki takim puentom książka wybrzmiewa jeszcze silniej niż poprzednio i może spokojnie zdobywać nowe grono czytelników.
poniedziałek, 1 lipca 2019
Justyna Bednarek: Pan Stanisław odlatuje
Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Bez smutku
Tak to jest, że im większe wyzwanie i im trudniejszy temat poruszany w literaturze czwartej, tym lepszy może być efekt. „Pan Stanisław odlatuje” to książka, która najmłodszych zaciekawi, a pokolenie rodziców czy dziadków – wzruszy. Powinna ponadto zdeklasować inne publikacje we wszystkich konkursach. Mowa w niej o śmierci, tyle tylko, że przedstawionej jako wspaniała przygoda, która niczego nie kończy, a otwiera nowe możliwości istnienia. Justyna Bednarek nie odwołuje się do religii (chociaż bohater, pan Stanisław, leci wysoko, nie znaczy, że idzie do nieba – trafia do krainy, w której mieszkańcy poruszają się nie na skrzydłach, a dzięki złotym śmigłom), ucieka od dosłowności (w krainie jest tak wspaniale, że nie da się tego opisać, chociaż autorka jednocześnie zachęca dzieci, żeby spróbowały to narysować, bez podawania konkretów). Nie ma smutku ani żalu: najpierw pan Stanisław zapewnia opiekę dla ukochanego psa (zajmie się nim wnuczek, z radością, bo przecież uwielbia to zwierzę), z nikim nie musi się żegnać – bo też i z nikim się tak naprawdę nie rozstaje.
Stary bohater, fenomenalnie przedstawiony przez Pawła Pawlaka (w tekście znów: nie ma mowy o jego podeszłym wieku), pewnego dnia postanawia coś zmienić: chce wybrać się na wyprawę. Jako najlepszy środek transportu uznaje materac napełniony helem: to pozwoli mu osiągać dowolne wysokości bez większego zdziwienia (w końcu to normalne, że hel kupuje się w sklepie z helem i nawet dostaje specjalny ciężarek, żeby butla przedwcześnie nie odfrunęła!). Pan Stanisław odlatuje w górę, a w trakcie drogi dostrzega rzeczy, których nie widać na co dzień: dowiaduje się między innymi, jak jest urządzony świat, dlaczego pewne sprawy się dzieją i jaki mają wpływ na innych ludzi, przekonuje się też, że z pewnej wysokości widać całe życie. Nie zastanawia się nad tym, ale może się zachwycać – i nie odczuwa lęku. Tam, gdzie trafi, jest tak fantastycznie, że chce zostać. Bliskich cały czas może oglądać z góry, więc nic nie traci, nie ma czego żałować.
Kojąca jest ta książka i przynosząca pokrzepienie, pomoże w rozmowie z maluchami o tym, że czasem ktoś bliski odchodzi. Justyna Bednarek arcytrudny temat realizuje tutaj bez wahania, z wielką wprawą i wyczuciem, pozwalając sobie nawet na drobne żarty. Paweł Pawlak z kolei – dbający o graficzną oprawę całości – odnosi się do wyobraźni dzieci i pomaga dostrzec detale, na które w narracji zabrakło miejsca. „Pan Stanisław odlatuje” to książka bardzo klasyczna w duchu, ale tematycznie – odwołująca się do przestrzeni, które dawniej w literaturze czwartej nie były poddawane analizom. Justyna Bednarek proponuje książkę potrzebną i cenną, zwraca na siebie uwagę dzięki precyzyjnej opowieści i pomysłom spoza schematów. Opowieść zajmuje niewiele miejsca, jest jednowątkowa i prosta – a jednak chwyta za serce. To książka, którą każdy powinien mieć w domu, żeby móc się do niej odwołać, kiedy potrzebny jest dystans do smutków i lęków egzystencjalnych – ale też kiedy potrzeba pocieszenia.
Bez smutku
Tak to jest, że im większe wyzwanie i im trudniejszy temat poruszany w literaturze czwartej, tym lepszy może być efekt. „Pan Stanisław odlatuje” to książka, która najmłodszych zaciekawi, a pokolenie rodziców czy dziadków – wzruszy. Powinna ponadto zdeklasować inne publikacje we wszystkich konkursach. Mowa w niej o śmierci, tyle tylko, że przedstawionej jako wspaniała przygoda, która niczego nie kończy, a otwiera nowe możliwości istnienia. Justyna Bednarek nie odwołuje się do religii (chociaż bohater, pan Stanisław, leci wysoko, nie znaczy, że idzie do nieba – trafia do krainy, w której mieszkańcy poruszają się nie na skrzydłach, a dzięki złotym śmigłom), ucieka od dosłowności (w krainie jest tak wspaniale, że nie da się tego opisać, chociaż autorka jednocześnie zachęca dzieci, żeby spróbowały to narysować, bez podawania konkretów). Nie ma smutku ani żalu: najpierw pan Stanisław zapewnia opiekę dla ukochanego psa (zajmie się nim wnuczek, z radością, bo przecież uwielbia to zwierzę), z nikim nie musi się żegnać – bo też i z nikim się tak naprawdę nie rozstaje.
Stary bohater, fenomenalnie przedstawiony przez Pawła Pawlaka (w tekście znów: nie ma mowy o jego podeszłym wieku), pewnego dnia postanawia coś zmienić: chce wybrać się na wyprawę. Jako najlepszy środek transportu uznaje materac napełniony helem: to pozwoli mu osiągać dowolne wysokości bez większego zdziwienia (w końcu to normalne, że hel kupuje się w sklepie z helem i nawet dostaje specjalny ciężarek, żeby butla przedwcześnie nie odfrunęła!). Pan Stanisław odlatuje w górę, a w trakcie drogi dostrzega rzeczy, których nie widać na co dzień: dowiaduje się między innymi, jak jest urządzony świat, dlaczego pewne sprawy się dzieją i jaki mają wpływ na innych ludzi, przekonuje się też, że z pewnej wysokości widać całe życie. Nie zastanawia się nad tym, ale może się zachwycać – i nie odczuwa lęku. Tam, gdzie trafi, jest tak fantastycznie, że chce zostać. Bliskich cały czas może oglądać z góry, więc nic nie traci, nie ma czego żałować.
Kojąca jest ta książka i przynosząca pokrzepienie, pomoże w rozmowie z maluchami o tym, że czasem ktoś bliski odchodzi. Justyna Bednarek arcytrudny temat realizuje tutaj bez wahania, z wielką wprawą i wyczuciem, pozwalając sobie nawet na drobne żarty. Paweł Pawlak z kolei – dbający o graficzną oprawę całości – odnosi się do wyobraźni dzieci i pomaga dostrzec detale, na które w narracji zabrakło miejsca. „Pan Stanisław odlatuje” to książka bardzo klasyczna w duchu, ale tematycznie – odwołująca się do przestrzeni, które dawniej w literaturze czwartej nie były poddawane analizom. Justyna Bednarek proponuje książkę potrzebną i cenną, zwraca na siebie uwagę dzięki precyzyjnej opowieści i pomysłom spoza schematów. Opowieść zajmuje niewiele miejsca, jest jednowątkowa i prosta – a jednak chwyta za serce. To książka, którą każdy powinien mieć w domu, żeby móc się do niej odwołać, kiedy potrzebny jest dystans do smutków i lęków egzystencjalnych – ale też kiedy potrzeba pocieszenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






