Zakamarki, Poznań 2014.
Strach przed szkołą
Niepokojący tytuł tomiku Gunilli Bergström to kolejna udana próba zmierzenia się z dziecięcymi kłopotami. Ta autorka bardzo dobrze wyłapuje przyczyny nietypowych zachowań najmłodszych i potrafi przedstawić w obrębie samej bajki sensowne rady również dla rodziców. Tomik „Co się stało z Albertem” to lektura obowiązkowa dla dzieci, które mają właśnie iść do szkoły.
Tata Alberta doskonale zna swojego syna. Wie, kiedy dzieje się coś, co wymaga interwencji, wie, jak postępować z maluchem. Umie odgadnąć przynajmniej część jego lęków, nawet tych nieuświadamianych. Tak jest i tym razem. Siedmioletni już Albert ma iść do szkoły, po raz pierwszy w życiu. W związku z tym czuje pewien niepokój, jest zadziwiająco grzeczny, co budzi podejrzenia – a do tego ma kłopoty ze snem. Sam nie przypuszczałby, gdzie leży źródło tajemniczego zmartwienia, ale mądry tata wszystko rozumie i potrafi subtelnie zareagować. Opowiada Albertowi bajkę o tysiącach siedmiolatków, które również w tej chwili przewracają się bezsennie w łóżku i nie mogą zasnąć, obawiając się nowej sytuacji i nowych kolegów – równie przestraszonych. To pomaga. A jeszcze kiedy pani w szkole zdradzi dzieciom swoją tajemnicę… robi się naprawdę wesoło. Albert znowu jest sobą.
Niepozorne i małe książeczki o Albercie niosą zawsze ważne przesłania. Bohater odkrywa świat i staje się dla dzieci przewodnikiem – o wiele łatwiej zrozumieć własne uczucia, gdy do ich objaśniania włączy się przeżywający to samo rówieśnik. Albertowi łatwo uwierzyć, bo to bohater bardzo prawdziwy: często popełnia błędy, sprowadzając na siebie gniew taty, ma swoje wady i własne zdanie na część tematów, bywa trochę niegrzeczny lub trochę rozkapryszony. To zwyczajne dziecko, które powiela typowe zachowania kilkulatków. Bohater zyskuje dzięki temu wiarygodność – nie będzie miał problemu z przekonaniem do siebie małych odbiorców. W związku z tym autorka może przemycać w jego przygodach wiele podpowiedzi dla rodziców.
„Co się stało z Albertem” to książeczka obrazkowa. Tekst sprowadzony do minimum nakreśla ogólną sytuację, jest prosty i zrozumiały dla najmłodszych, sprawdzi się też w głośnym czytaniu. Dzieci będą mogły w tym czasie śledzić doświadczenia Alberta na specyficznych rysunkach. Autorka lubi bawić się grafikami: Albert i jego tata mają charakterystyczne, nieforemne twarze (za to zawsze czytelne miny). Bohaterowie są pokolorowani, ale już szczegóły z ich otoczenia nie zawsze, czym autorka może sugerować ważność danego przedmiotu, a i pokazywać dzieciom magię wyobraźni.
W „Co się stało z Albertem” wprowadzane są do krótkiej opowiastki inne postacie – Albert ma kontakt z rówieśnikami, co dla odbiorców może stać się ważnym argumentem za pójściem do szkoły. Bohater w końcu, mimo obaw, dobrze się w nowym miejscu odnajduje i świetnie bawi. Autorka z kolei nie stara się zasypywać odbiorców argumentami za rozpoczęciem edukacji. Tata nie obiecuje synowi złotych gór, za to po prostu tłumaczy, że inni też się boją i że lęk przed nieznanym jest czymś normalnym. Dzięki tak dobranym opiniom Alberta oraz odbiorców łatwiej da się przekonać do szkolnej prawdy.
Autorka nie bagatelizuje jednego z bardziej poważnych dziecięcych zmartwień, odnosi się do niego z uwagą i w mądry sposób oswaja maluchy z tematem. Mimo edukacyjnego charakteru bajki potrafi też budować napięcie – zapewnia swoim czytelnikom trochę rozrywki. Po takiej lekturze nikt już nie będzie się bał pójścia do szkoły – przecież Albert przekonał się, że to nic strasznego, a oznacza poznanie nowych ciekawych kolegów. Bo szkołą można się naprawdę cieszyć.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 4 października 2014
Gry i zabawy Mikołajka
Znak, Kraków 2014.
Podpowiedzi podwórkowe
Właściwie podwórkowych zabaw nigdy nie trzeba było się uczyć, ale dzisiejszym maluchom przyda się uporządkowanie rozmaitych zespołowych gier i ich kolejnych wariacji. Zwłaszcza kiedy zestaw firmowany jest przez (trójwymiarowego, w wersji dla najmłodszych) Mikołajka i jego niezawodnych kumpli. Tom „Gry i zabawy Mikołajka” obszerny i dobrze opracowany to sposób na zabicie nudy dawniej. Obecnie to także szansa na oderwanie dzieci od komórek i komputerów i zainteresowanie ich wspólną zabawą. Dziesięcioro dzieci – bohaterów opowiadań o Mikołajku – przedstawia tu swoje pomysły na rozrywki. Do tego dochodzą jeszcze gry proponowane przez pogodę oraz przez święta. I tak mali odbiorcy otrzymają szereg wskazówek i ciekawostek podpowiadających, jak spędzać wolny czas – czy to samotnie, czy z kolegami.
Gry i zabawy dopasowane są zawsze do charakterów postaci: Ludeczka zajmuje się wyłącznie wymyślaniem rozrywek z piłką, Ananiasz proponuje umysłowe potyczki, Alcest zapewnia szereg przepisów na rozmaite smakołyki, a Euzebusz – rozgrywki sportowe. Każda zabawa sygnowana jest przez miniaturowy portret danego bohatera i jego osobiste krótkie wprowadzenie, przez co czytelnicy mogą bardziej uwierzyć w propozycje postaci. Tematycznie uszeregowany został jedynie spis treści, w książce gry i zabawy przeplatają się ze sobą, by dzieciom, które zechcą poznawać wskazówki po kolei, lektura się nie znudziła. Za każdym razem przy krótkim opisie gry pojawia się określenie stopnia trudności (dominują gry „łatwe”) oraz sugerowana liczba uczestników. To oznacza, że tom można by dzielić na gry zespołowe, gry w parach i rozrywki dla samotników. Bohaterowie dbają, by każdy znalazł tu coś dla siebie – obok rozmaitych rodzajów wyścigów pojawiają się zatem techniki szyfrowania wiadomości. Nie brakuje rozrywek klasycznych – zasady gry w warcaby i szachy, w statki lub dwa ognie przeplatają się z grą w klasy czy skakaniem na skakance. Dzieci mogą wybierać, czy chcą zrobić plecionkę, czy bawić się w poszukiwanie skarbów. Postacie z bajek starają się też podkreślać, jakie zabawy można wykorzystywać w szkole, a jakie w domu, kiedy pada deszcz. Na każdą okoliczność mają przygotowany zestaw podpowiedzi. W książce znajduje się też trochę dowcipów Mikołajka, kilka iluzjonistycznych sztuczek, przepisy, jak zbudować własne miasteczko czy stworzyć strój kowboja. Niewielkim kosztem przygotowuje się tutaj wyobraźniowe podróże – dzieci mogą skorzystać z pomysłów i uatrakcyjniać nimi własne zabawy.
Z tomu „Gry i zabawy Mikołajka” skorzystać mogą bez trudu dorośli, którzy chcieliby zorganizować czas grupie dzieci (nauczyciele lub rodzice podczas większych spotkań). Ale książka jest przygotowana tak, żeby i same dzieci mogły z niej korzystać, czerpiąc inspiracje z kolejnych wspólnych zabaw. Opisy z regułami nie zajmują tu zbyt dużo miejsca (co czasem wymusza większe skupienie, jeśli chce się dobrze zrozumieć podpowiedzi), można zatem szybko przejść do nowych gier. „Gdy i zabawy Mikołajka” to zatem zestaw podpowiedzi, informacji, w co się bawić, gdy pojawi się nuda oraz… kuszących możliwości. Bo szansa na szalone zabawy z rówieśnikami może stać się nie lada atrakcją. Wie o tym Mikołajek, wiedzą jego kumple – z tej wiedzy powinni skorzystać również mali odbiorcy. Tom „Gry i zabawy Mikołajka” jest do tego bajecznie kolorowy, tutaj każdy rodzaj gier pojawia się na innym tle. Jeśli na stronach kulinarnych tłem jest kratka z obrusów, to już na sportowych – boisko z bohaterami szykującymi się do kolejnej (wciąż innej) gry. To wabik dla dzieci – zachęca do przeglądania tomu, ale też uprzyjemnia szukanie w nim co ciekawszych zabaw.
Podpowiedzi podwórkowe
Właściwie podwórkowych zabaw nigdy nie trzeba było się uczyć, ale dzisiejszym maluchom przyda się uporządkowanie rozmaitych zespołowych gier i ich kolejnych wariacji. Zwłaszcza kiedy zestaw firmowany jest przez (trójwymiarowego, w wersji dla najmłodszych) Mikołajka i jego niezawodnych kumpli. Tom „Gry i zabawy Mikołajka” obszerny i dobrze opracowany to sposób na zabicie nudy dawniej. Obecnie to także szansa na oderwanie dzieci od komórek i komputerów i zainteresowanie ich wspólną zabawą. Dziesięcioro dzieci – bohaterów opowiadań o Mikołajku – przedstawia tu swoje pomysły na rozrywki. Do tego dochodzą jeszcze gry proponowane przez pogodę oraz przez święta. I tak mali odbiorcy otrzymają szereg wskazówek i ciekawostek podpowiadających, jak spędzać wolny czas – czy to samotnie, czy z kolegami.
Gry i zabawy dopasowane są zawsze do charakterów postaci: Ludeczka zajmuje się wyłącznie wymyślaniem rozrywek z piłką, Ananiasz proponuje umysłowe potyczki, Alcest zapewnia szereg przepisów na rozmaite smakołyki, a Euzebusz – rozgrywki sportowe. Każda zabawa sygnowana jest przez miniaturowy portret danego bohatera i jego osobiste krótkie wprowadzenie, przez co czytelnicy mogą bardziej uwierzyć w propozycje postaci. Tematycznie uszeregowany został jedynie spis treści, w książce gry i zabawy przeplatają się ze sobą, by dzieciom, które zechcą poznawać wskazówki po kolei, lektura się nie znudziła. Za każdym razem przy krótkim opisie gry pojawia się określenie stopnia trudności (dominują gry „łatwe”) oraz sugerowana liczba uczestników. To oznacza, że tom można by dzielić na gry zespołowe, gry w parach i rozrywki dla samotników. Bohaterowie dbają, by każdy znalazł tu coś dla siebie – obok rozmaitych rodzajów wyścigów pojawiają się zatem techniki szyfrowania wiadomości. Nie brakuje rozrywek klasycznych – zasady gry w warcaby i szachy, w statki lub dwa ognie przeplatają się z grą w klasy czy skakaniem na skakance. Dzieci mogą wybierać, czy chcą zrobić plecionkę, czy bawić się w poszukiwanie skarbów. Postacie z bajek starają się też podkreślać, jakie zabawy można wykorzystywać w szkole, a jakie w domu, kiedy pada deszcz. Na każdą okoliczność mają przygotowany zestaw podpowiedzi. W książce znajduje się też trochę dowcipów Mikołajka, kilka iluzjonistycznych sztuczek, przepisy, jak zbudować własne miasteczko czy stworzyć strój kowboja. Niewielkim kosztem przygotowuje się tutaj wyobraźniowe podróże – dzieci mogą skorzystać z pomysłów i uatrakcyjniać nimi własne zabawy.
Z tomu „Gry i zabawy Mikołajka” skorzystać mogą bez trudu dorośli, którzy chcieliby zorganizować czas grupie dzieci (nauczyciele lub rodzice podczas większych spotkań). Ale książka jest przygotowana tak, żeby i same dzieci mogły z niej korzystać, czerpiąc inspiracje z kolejnych wspólnych zabaw. Opisy z regułami nie zajmują tu zbyt dużo miejsca (co czasem wymusza większe skupienie, jeśli chce się dobrze zrozumieć podpowiedzi), można zatem szybko przejść do nowych gier. „Gdy i zabawy Mikołajka” to zatem zestaw podpowiedzi, informacji, w co się bawić, gdy pojawi się nuda oraz… kuszących możliwości. Bo szansa na szalone zabawy z rówieśnikami może stać się nie lada atrakcją. Wie o tym Mikołajek, wiedzą jego kumple – z tej wiedzy powinni skorzystać również mali odbiorcy. Tom „Gry i zabawy Mikołajka” jest do tego bajecznie kolorowy, tutaj każdy rodzaj gier pojawia się na innym tle. Jeśli na stronach kulinarnych tłem jest kratka z obrusów, to już na sportowych – boisko z bohaterami szykującymi się do kolejnej (wciąż innej) gry. To wabik dla dzieci – zachęca do przeglądania tomu, ale też uprzyjemnia szukanie w nim co ciekawszych zabaw.
piątek, 3 października 2014
Anna J. Szepielak: Wspomnienia w kolorze sepii
WNK, Warszawa 2014.
Wojna i życie
Anna J. Szepielak dobrze czuje się w podróżach w przeszłość. Udowodniła to już „Młynem nad Czarnym Potokiem”, teraz ponownie usiłuje zarazić czytelniczki pasją do genealogicznych tajemnic. I, jak to często w podobnych powieściach bywa, przeszłość obfituje w wydarzenia burzliwe, a teraźniejszość staje się tylko łącznikiem dla dawnych fabuł. We „Wspomnieniach w kolorze sepii” Szepielak kusi rodzinnymi tajemnicami. A wszystko za sprawą prezentu na chrzciny. Joanna chce przygotować drzewo genealogiczne, zagłębia się więc coraz bardziej w losy przodków.
Joanna w swoich odkryciach przenosi się do Lwowa. Towarzyszy ludziom w codziennych i niecodziennych dramatach, próbuje zrozumieć kolejne powiązania i konsekwencje podejmowanych wyborów. Zanurza się w przeszłość tym chętniej, że teraźniejszość nie ejst dla niej zbyt łaskawa. Joanna wręcz ucieka do rodzinnych spraw, by nie musieć zajmować się własnymi problemami. Tymczasem w przeszłości również nie ma mowy o sielance. Nieślubne dziecko służącej wymusza na chlebodawczyni bardzo radykalne (a dla potomków – nieoczywiste) kroki. Dobrze wychowane panienki muszą słuchać rodziców i nie mogą kierować się głosem serca. W codzienność wdziera się też wielka polityka – wrogów nie brakuje i nie wiadomo, który jest straszniejszy. Zbliża się czas wojen i ogromnych zmian dla postaci, z którymi łatwo się przyjaźnić, mimo różnicy czasów i obyczajów. Tak jak Joanna, czytelniczki silnie zaangażują się w przeszłość – zwłaszcza w losy pokrzywdzonych i nietracących nadziei kobiet.
Szepielak dobrze radzi sobie z przedstawianiem tych samych postaci w różnych momentach ich życia (a później i nieistnienia). Sprawia, że chociaż przynajmniej częściowo znana jest przyszłość bohaterek, nie da się uniknąć niespodzianek, więc i prób kibicowania kobietom z różnych wieków. Pasja Joanny, odkryta przypadkiem, zyskuje całkiem silne uzasadnienie. Autorka z wojennych scen komponuje ważną indywidualną relację – nic dziwnego, że Joanna może poczuć się związana ze swoimi przodkiniami – a przejście do niewyobrażalnie trudnych czasów umożliwia jej zaakceptowanie własnej rutyny. Joanna na początku tej powieści jawi się jako osoba bardzo samotna. Sytuacja z czasem się zmienia.
„Wspomnienia w kolorze sepii” to opowieść o tym, jak ważna dla człowieka jest świadomość korzeni. Joanna musi dowiedzieć się czegoś o losach babek, żeby pojąć własną rolę w wymianie pokoleń. Tym razem historia liczy się nie dla zbiorowości a dla jednostek – trudne przeżycia i doświadczenia dodają siły następcom, ale też likwidują poczucie samotności. Bohaterka niejednokrotnie przekona się o potędze rodzinnych więzi – pozna też siłę relacji z innymi ludźmi.
Autorka bardzo dba w tej powieści o język. Różnicuje go prostymi chwytami: inwersjami w przypadku stylizacji gwarowych, kilkoma zmianami słownictwa w imitowaniu regionalnych naleciałości, a także drobnymi operacjami na języku z przeszłości. Szepielak nie gubi się w modyfikowaniu stylu w zależności od scen i czasów. Zmiany w obszarze narracji nadają tempa tej książce i odbierają jej sagową rutynę. Bohaterki funkcjonują w odrębnych światach, co wprawdzie i tak nie ulegało wątpliwości, ale zostaje dodatkowo podbudowane celnym sposobem prowadzenia opowieści.
Anna J. Szepielak bardzo świadomie kreuje rzeczywistość Joanny. Wie, jak zaprosić do lektury czytelniczki. Chociaż realizuje gatunek dość modny, stara się omijać pułapki schematyzowania – co widać szczególnie w teraźniejszości, z pozoru nieciekawej i niemożliwej do ubarwienia w obliczu nasyconej wrażeniami przeszłości, a jednak poprowadzonej z pomysłem.
Wojna i życie
Anna J. Szepielak dobrze czuje się w podróżach w przeszłość. Udowodniła to już „Młynem nad Czarnym Potokiem”, teraz ponownie usiłuje zarazić czytelniczki pasją do genealogicznych tajemnic. I, jak to często w podobnych powieściach bywa, przeszłość obfituje w wydarzenia burzliwe, a teraźniejszość staje się tylko łącznikiem dla dawnych fabuł. We „Wspomnieniach w kolorze sepii” Szepielak kusi rodzinnymi tajemnicami. A wszystko za sprawą prezentu na chrzciny. Joanna chce przygotować drzewo genealogiczne, zagłębia się więc coraz bardziej w losy przodków.
Joanna w swoich odkryciach przenosi się do Lwowa. Towarzyszy ludziom w codziennych i niecodziennych dramatach, próbuje zrozumieć kolejne powiązania i konsekwencje podejmowanych wyborów. Zanurza się w przeszłość tym chętniej, że teraźniejszość nie ejst dla niej zbyt łaskawa. Joanna wręcz ucieka do rodzinnych spraw, by nie musieć zajmować się własnymi problemami. Tymczasem w przeszłości również nie ma mowy o sielance. Nieślubne dziecko służącej wymusza na chlebodawczyni bardzo radykalne (a dla potomków – nieoczywiste) kroki. Dobrze wychowane panienki muszą słuchać rodziców i nie mogą kierować się głosem serca. W codzienność wdziera się też wielka polityka – wrogów nie brakuje i nie wiadomo, który jest straszniejszy. Zbliża się czas wojen i ogromnych zmian dla postaci, z którymi łatwo się przyjaźnić, mimo różnicy czasów i obyczajów. Tak jak Joanna, czytelniczki silnie zaangażują się w przeszłość – zwłaszcza w losy pokrzywdzonych i nietracących nadziei kobiet.
Szepielak dobrze radzi sobie z przedstawianiem tych samych postaci w różnych momentach ich życia (a później i nieistnienia). Sprawia, że chociaż przynajmniej częściowo znana jest przyszłość bohaterek, nie da się uniknąć niespodzianek, więc i prób kibicowania kobietom z różnych wieków. Pasja Joanny, odkryta przypadkiem, zyskuje całkiem silne uzasadnienie. Autorka z wojennych scen komponuje ważną indywidualną relację – nic dziwnego, że Joanna może poczuć się związana ze swoimi przodkiniami – a przejście do niewyobrażalnie trudnych czasów umożliwia jej zaakceptowanie własnej rutyny. Joanna na początku tej powieści jawi się jako osoba bardzo samotna. Sytuacja z czasem się zmienia.
„Wspomnienia w kolorze sepii” to opowieść o tym, jak ważna dla człowieka jest świadomość korzeni. Joanna musi dowiedzieć się czegoś o losach babek, żeby pojąć własną rolę w wymianie pokoleń. Tym razem historia liczy się nie dla zbiorowości a dla jednostek – trudne przeżycia i doświadczenia dodają siły następcom, ale też likwidują poczucie samotności. Bohaterka niejednokrotnie przekona się o potędze rodzinnych więzi – pozna też siłę relacji z innymi ludźmi.
Autorka bardzo dba w tej powieści o język. Różnicuje go prostymi chwytami: inwersjami w przypadku stylizacji gwarowych, kilkoma zmianami słownictwa w imitowaniu regionalnych naleciałości, a także drobnymi operacjami na języku z przeszłości. Szepielak nie gubi się w modyfikowaniu stylu w zależności od scen i czasów. Zmiany w obszarze narracji nadają tempa tej książce i odbierają jej sagową rutynę. Bohaterki funkcjonują w odrębnych światach, co wprawdzie i tak nie ulegało wątpliwości, ale zostaje dodatkowo podbudowane celnym sposobem prowadzenia opowieści.
Anna J. Szepielak bardzo świadomie kreuje rzeczywistość Joanny. Wie, jak zaprosić do lektury czytelniczki. Chociaż realizuje gatunek dość modny, stara się omijać pułapki schematyzowania – co widać szczególnie w teraźniejszości, z pozoru nieciekawej i niemożliwej do ubarwienia w obliczu nasyconej wrażeniami przeszłości, a jednak poprowadzonej z pomysłem.
Lucy Maud Montgomery: Dziewczę z sadu
Egmont, Warszawa 2014.
Schemat romansu
Takich historii już się dzisiaj nie spotyka – nie tylko dlatego, że fabuła stała się zbyt archaiczna (i przewidywalna – przy okazji), a problemy bohaterów wydumane i nieprzystające do zabieganego świata. Wyczerpała się po prostu forma. Dlatego „Dziewczę z sadu” może dziś funkcjonować jako historycznoliteracka ciekawostka, dowód na przemiany obyczajowe i dawne literackie trendy. Lucy Maud Montgomery trafi teraz tą publikacją przede wszystkim do młodych i bardzo naiwnych romantyczek – ale „Dziewczę z sadu” czytać można też inaczej. Bez dawania wiary przewidywalnemu romansowi, za to ze zwracaniem uwagi na sposób budowania opowieści.
Eric przybywa na Wyspę Księcia Edwarda jako nauczyciel, w zastępstwie za chorego przyjaciela. W małej społeczności jego obecność nie pozostaje bez echa, ale dla Erica liczy się tylko Kilmeny, młoda i płochliwa dziewczyna, uosobienie niewinności. Tajemnicza nieznajoma nie mówi, o czym – wraz z jej dramatyczną historią – donoszą Ericowi mieszkańcy Charlottentown. Eric, urzeczony pięknością, wraca do niej do sadu i przekonuje Kilmeny o swoich czystych zamiarach. Powoli zakochuje się w dziewczynie, ale ona nie chce odpowiedzieć na uczucie, które dotąd znała tylko z książek.
Montgomery prowadzi tę opowieść tak, że można by na tej książce wskazywać kolejne elementy obowiązkowe w poczytnych fabułach. W ogóle cała historia dzisiaj sprawia wrażenie rozbudowanego opowiadania, a „Ania z Zielonego Wzgórza” jest znacznie bardziej skomplikowana pod względem konstrukcji, treści oraz pomysłów na akcję. Tu Montgomery koncentruje się wyłącznie na idealnej miłości, która pokonać może wszelkie przeszkody. Eric musi więc przekonać do siebie rodzinę ukochanej, poradzić sobie z zazdrosnym rywalem, aż wreszcie uporać się z tym, co uniemożliwia mu realizowanie matrymonialnych planów. Walka o szczęście dzisiaj pobrzmiewa mocno schematycznie – ale niewątpliwie kiedyś mogła dostarczać czytelniczkom wielu wzruszeń.
Chociaż ze względu na kierunek akcji obecnie „Dziewczę z sadu” nie będzie już wzbudzać silnych emocji, warto u Montgomery przyjrzeć się zastosowanym zasadom budowania życiorysów i scenek. Na tomiku „Dziewczę z sadu” dobrze widać konsekwencje przyjmowanych rozwiązań i literackie schematy, które w czasach powstania książki schematami jeszcze być nie musiały. Tym, co zostało w tomie, jest sama warstwa narracji. Montgomery przewidywalną fabułkę opowiada tak, że przyjemności lekturowej dostarcza sam styl. W języku odzwierciedla się wybór gatunku, ale i stosunek do postaci. Melodyjna opowieść mieści w sobie więcej niż mogą powiedzieć ograniczani konwenansami bohaterowie. Co ciekawe, nie istnieje tu rozgraniczenie na język mówiony i pisany – dialogi zakochanych, chociaż w dwóch różnych przestrzeniach, brzmią identycznie.
„Dziewczę z sadu” czytane po latach od czasów, w których powstało, niesie ze sobą zupełnie inne wrażenia. To na pewno oryginalne lekturowe doświadczenie – nie mówiąc już o tym, że fanki Montgomery zechcą i tak zajrzeć do powieści ich ulubionej autorki. Jest w tej książce urzekająca naiwność, wiara w to, że miłość mogłaby tak wyglądać. „Dziewczę z sadu” to dzisiaj pozycja archaiczna – ale znajdzie swoich zwolenników. Jej ponowne zaistnienie na rynku wydawniczym pozwala przekonać się, jak zmieniają się preferencje odbiorczyń. Ta lektura wiąże się z odkrywaniem dawnych narracji, ale i proporcji w historiach, które mają uwieść czytelników.
Schemat romansu
Takich historii już się dzisiaj nie spotyka – nie tylko dlatego, że fabuła stała się zbyt archaiczna (i przewidywalna – przy okazji), a problemy bohaterów wydumane i nieprzystające do zabieganego świata. Wyczerpała się po prostu forma. Dlatego „Dziewczę z sadu” może dziś funkcjonować jako historycznoliteracka ciekawostka, dowód na przemiany obyczajowe i dawne literackie trendy. Lucy Maud Montgomery trafi teraz tą publikacją przede wszystkim do młodych i bardzo naiwnych romantyczek – ale „Dziewczę z sadu” czytać można też inaczej. Bez dawania wiary przewidywalnemu romansowi, za to ze zwracaniem uwagi na sposób budowania opowieści.
Eric przybywa na Wyspę Księcia Edwarda jako nauczyciel, w zastępstwie za chorego przyjaciela. W małej społeczności jego obecność nie pozostaje bez echa, ale dla Erica liczy się tylko Kilmeny, młoda i płochliwa dziewczyna, uosobienie niewinności. Tajemnicza nieznajoma nie mówi, o czym – wraz z jej dramatyczną historią – donoszą Ericowi mieszkańcy Charlottentown. Eric, urzeczony pięknością, wraca do niej do sadu i przekonuje Kilmeny o swoich czystych zamiarach. Powoli zakochuje się w dziewczynie, ale ona nie chce odpowiedzieć na uczucie, które dotąd znała tylko z książek.
Montgomery prowadzi tę opowieść tak, że można by na tej książce wskazywać kolejne elementy obowiązkowe w poczytnych fabułach. W ogóle cała historia dzisiaj sprawia wrażenie rozbudowanego opowiadania, a „Ania z Zielonego Wzgórza” jest znacznie bardziej skomplikowana pod względem konstrukcji, treści oraz pomysłów na akcję. Tu Montgomery koncentruje się wyłącznie na idealnej miłości, która pokonać może wszelkie przeszkody. Eric musi więc przekonać do siebie rodzinę ukochanej, poradzić sobie z zazdrosnym rywalem, aż wreszcie uporać się z tym, co uniemożliwia mu realizowanie matrymonialnych planów. Walka o szczęście dzisiaj pobrzmiewa mocno schematycznie – ale niewątpliwie kiedyś mogła dostarczać czytelniczkom wielu wzruszeń.
Chociaż ze względu na kierunek akcji obecnie „Dziewczę z sadu” nie będzie już wzbudzać silnych emocji, warto u Montgomery przyjrzeć się zastosowanym zasadom budowania życiorysów i scenek. Na tomiku „Dziewczę z sadu” dobrze widać konsekwencje przyjmowanych rozwiązań i literackie schematy, które w czasach powstania książki schematami jeszcze być nie musiały. Tym, co zostało w tomie, jest sama warstwa narracji. Montgomery przewidywalną fabułkę opowiada tak, że przyjemności lekturowej dostarcza sam styl. W języku odzwierciedla się wybór gatunku, ale i stosunek do postaci. Melodyjna opowieść mieści w sobie więcej niż mogą powiedzieć ograniczani konwenansami bohaterowie. Co ciekawe, nie istnieje tu rozgraniczenie na język mówiony i pisany – dialogi zakochanych, chociaż w dwóch różnych przestrzeniach, brzmią identycznie.
„Dziewczę z sadu” czytane po latach od czasów, w których powstało, niesie ze sobą zupełnie inne wrażenia. To na pewno oryginalne lekturowe doświadczenie – nie mówiąc już o tym, że fanki Montgomery zechcą i tak zajrzeć do powieści ich ulubionej autorki. Jest w tej książce urzekająca naiwność, wiara w to, że miłość mogłaby tak wyglądać. „Dziewczę z sadu” to dzisiaj pozycja archaiczna – ale znajdzie swoich zwolenników. Jej ponowne zaistnienie na rynku wydawniczym pozwala przekonać się, jak zmieniają się preferencje odbiorczyń. Ta lektura wiąże się z odkrywaniem dawnych narracji, ale i proporcji w historiach, które mają uwieść czytelników.
czwartek, 2 października 2014
Kiera Cass: Jedyna
Jaguar, Warszawa 2014.
Wybór
W serii Rywalki od początku chodziło o coś więcej niż reality show, w którym książę miał wybrać sobie żonę spośród trzydziestu pięciu przedstawionych mu kandydatek. Kiera Cass sugerowała rozwój politycznej części fabuły, aż wreszcie w „Jedynej”, trzecim tomie cyklu, może w końcu skupić się na prawach kraju. I tak wiadomo, na jaki wybór czekają odbiorczynie – a czas na podjęcie decyzji coraz bardziej się kurczy. Tyle że w „Jedynej” nie ma już sensu przypominanie uczuciowych komplikacji – te są dla czytelniczek jasne. Autorka może się zatem zająć sprawami wagi państwowej – które mają ogromny wpływ na losy bohaterów.
America nie cieszy się względami despotycznego króla i gdyby od monarchy zależała jej przyszłość, dziewczyna miałaby poważny problem. Wciąż impulsywna Ami nie przyjmuje do wiadomości zasad dyplomacji, ale coraz częściej prezentuje też niezależne myślenie. Rozwija się i Maxon – już nie jest marionetkowym księciem z bajki, który nie wie nic o prawdziwym życiu poza pałacem. W „Jedynej” cztery kandydatki do korony zaczynają ze sobą rozmawiać, a akcja wychodzi poza granice królewskich apartamentów, co zresztą przyjemnie urozmaica i tak już barwną fabułę.
Dotąd Kiera Cass posługiwała się raczej kopciuszkowymi pomysłami na prowadzenie opowieści. Motywy baśniowe tłumaczyła i sceneria – dostęp do najwyższych sfer dla bohaterki z nizin społecznych – i wielkie uczucia. Teraz Cass komplikuje historię na innych płaszczyznach. Dalej Ami przeżywa rozterki w związku z wiernym i raczej zaborczym Aspenem, nie potrafi wyznać miłości Maxonowi, choć wie, że to prowadziłoby do upragnionego finału. A jednak sprawy kraju okazują się równie ważne. Podział klasowy jest niesprawiedliwy, przez rebeliantów giną niewinni ludzie – ale i wśród buntowników nie ma zgody. Nad tym wszystkim zapanować może tylko ktoś, kto rozumie nastroje społeczne i nie boi się rozmawiać z ludźmi.
Cass bardzo dba o to, by w „Jedynej” nie zabrakło wstrząsów. Ważne wiadomości i sceny rozgrywają się tu jedna po drugiej, w tempie, które wcale nie wskazywałoby na powieściowy cykl. Co ważne, „Jedyna” nie kończy serii – więc autorka nie musi spieszyć się z wyjaśnianiem kolejnych tematów przed finałem. Po raz kolejny za to buduje przywiązanie czytelniczek do Ami. Przejście z dziedziny sercowych dylematów do prawdziwej walki o przyszłość sprawia, że nie można autorce zarzucić wtórności czy powtarzania wciąż tych samych treści. Owszem, Cass posługuje się widocznymi schematami w tworzeniu postaci oraz szeregu wydarzeń, ale wie też, jak zapewnić sobie mimo wszystko przychylność odbiorczyń. Chce, żeby wszystko ułożyło się jak najlepiej, ale pamięta też o ciągłym podsycaniu niepewności. Zdarza się, że proponowane przez nią sceny wydadzą się zbyt oczywiste, a jednak przez cały czas „Jedyna” dostarcza rozrywki.
Autorka wyszła od motywu rodem z baśni – o tęsknocie za księciem i bajkowym życiem. Potraktowała go zresztą bardzo dosłownie. Potem dołączyła do niego charakterystyczną dla dzisiejszych czasów i kultury masowej modę na programy typu reality show. Z tego zestawienia dwóch odrębnych światów wyszła elektryzująca mieszanka. Może miejscami trochę naiwna lub trochę przewidywalna, ale zawsze do końca angażująca czytelniczki w losy postaci. Kiera Cass zna zasady konstruowania efektownych powieści i to „Jedyną” po raz kolejny udowadnia. Wśród fanek serii znajdą się odbiorczynie w różnym wieku – w końcu marzenie o księciu z bajki to rodzaj nietypowego łącznika. Autorka w „Jedynej” zapewnia przegląd idealizowanych rojeń, ale i wydarzeń jak z powieści sensacyjnej. To nie jest lektura, którą chciałoby się szybko odłożyć. Kiera Cass nie boi się infantylizowania. Wie, że wygra pomysłami na fabułę.
Wybór
W serii Rywalki od początku chodziło o coś więcej niż reality show, w którym książę miał wybrać sobie żonę spośród trzydziestu pięciu przedstawionych mu kandydatek. Kiera Cass sugerowała rozwój politycznej części fabuły, aż wreszcie w „Jedynej”, trzecim tomie cyklu, może w końcu skupić się na prawach kraju. I tak wiadomo, na jaki wybór czekają odbiorczynie – a czas na podjęcie decyzji coraz bardziej się kurczy. Tyle że w „Jedynej” nie ma już sensu przypominanie uczuciowych komplikacji – te są dla czytelniczek jasne. Autorka może się zatem zająć sprawami wagi państwowej – które mają ogromny wpływ na losy bohaterów.
America nie cieszy się względami despotycznego króla i gdyby od monarchy zależała jej przyszłość, dziewczyna miałaby poważny problem. Wciąż impulsywna Ami nie przyjmuje do wiadomości zasad dyplomacji, ale coraz częściej prezentuje też niezależne myślenie. Rozwija się i Maxon – już nie jest marionetkowym księciem z bajki, który nie wie nic o prawdziwym życiu poza pałacem. W „Jedynej” cztery kandydatki do korony zaczynają ze sobą rozmawiać, a akcja wychodzi poza granice królewskich apartamentów, co zresztą przyjemnie urozmaica i tak już barwną fabułę.
Dotąd Kiera Cass posługiwała się raczej kopciuszkowymi pomysłami na prowadzenie opowieści. Motywy baśniowe tłumaczyła i sceneria – dostęp do najwyższych sfer dla bohaterki z nizin społecznych – i wielkie uczucia. Teraz Cass komplikuje historię na innych płaszczyznach. Dalej Ami przeżywa rozterki w związku z wiernym i raczej zaborczym Aspenem, nie potrafi wyznać miłości Maxonowi, choć wie, że to prowadziłoby do upragnionego finału. A jednak sprawy kraju okazują się równie ważne. Podział klasowy jest niesprawiedliwy, przez rebeliantów giną niewinni ludzie – ale i wśród buntowników nie ma zgody. Nad tym wszystkim zapanować może tylko ktoś, kto rozumie nastroje społeczne i nie boi się rozmawiać z ludźmi.
Cass bardzo dba o to, by w „Jedynej” nie zabrakło wstrząsów. Ważne wiadomości i sceny rozgrywają się tu jedna po drugiej, w tempie, które wcale nie wskazywałoby na powieściowy cykl. Co ważne, „Jedyna” nie kończy serii – więc autorka nie musi spieszyć się z wyjaśnianiem kolejnych tematów przed finałem. Po raz kolejny za to buduje przywiązanie czytelniczek do Ami. Przejście z dziedziny sercowych dylematów do prawdziwej walki o przyszłość sprawia, że nie można autorce zarzucić wtórności czy powtarzania wciąż tych samych treści. Owszem, Cass posługuje się widocznymi schematami w tworzeniu postaci oraz szeregu wydarzeń, ale wie też, jak zapewnić sobie mimo wszystko przychylność odbiorczyń. Chce, żeby wszystko ułożyło się jak najlepiej, ale pamięta też o ciągłym podsycaniu niepewności. Zdarza się, że proponowane przez nią sceny wydadzą się zbyt oczywiste, a jednak przez cały czas „Jedyna” dostarcza rozrywki.
Autorka wyszła od motywu rodem z baśni – o tęsknocie za księciem i bajkowym życiem. Potraktowała go zresztą bardzo dosłownie. Potem dołączyła do niego charakterystyczną dla dzisiejszych czasów i kultury masowej modę na programy typu reality show. Z tego zestawienia dwóch odrębnych światów wyszła elektryzująca mieszanka. Może miejscami trochę naiwna lub trochę przewidywalna, ale zawsze do końca angażująca czytelniczki w losy postaci. Kiera Cass zna zasady konstruowania efektownych powieści i to „Jedyną” po raz kolejny udowadnia. Wśród fanek serii znajdą się odbiorczynie w różnym wieku – w końcu marzenie o księciu z bajki to rodzaj nietypowego łącznika. Autorka w „Jedynej” zapewnia przegląd idealizowanych rojeń, ale i wydarzeń jak z powieści sensacyjnej. To nie jest lektura, którą chciałoby się szybko odłożyć. Kiera Cass nie boi się infantylizowania. Wie, że wygra pomysłami na fabułę.
środa, 1 października 2014
Teatr Ludowy (Kraków): Sarenki (Tomáš Svoboda)
Królestwo absurdu
„Powinni o panu nakręcić film dokumentalny. O mnie już kręcą” – przekonuje każdego ze swoich nowych przyjaciół-nieudaczników cierpiący na gigantyzm mykolog. Rzeczywiście, takiego zestawienia oryginałów i dziwaków jak w „Sarenkach” próżno by szukać gdzie indziej. A najlepsze jest to, że historia Tomáša Svobody mimo nagromadzenia absurdów i niezwykłości okazuje się zadziwiająco lekka i wciągająca. Odejście od fabularnych schematów i przewidywalnych postaci to jednak nie wszystko: autor i reżyser znalazł bowiem pomysł na historię oraz jej błyskotliwe opowiedzenie.
Bohaterów jest tutaj czterech, a każdy z nich ma do przedstawienia własne, niezależne od innych, przeżycia. Z czasem ich relacje stykają się, a wtedy nagromadzenie nonsensów niemal rozrywa opowieść. Najpierw na scenie pojawia się dyrygent z ostrawskiej operetki. W wypadku stracił on powieki, a plastikowe protezy, które obecnie nosi, sprawiają mu niemały problem: głośno klapią. Nie do pozazdroszczenia jest też sytuacja mykologa – musi cały czas chodzić zgięty i mieć wzrok na wysokości jednego metra, żeby nie zrobiło mu się słabo z powodu wysokości. Dlatego zresztą mógł się zająć grzybami. Do grona nieudaczników dołączy jeszcze nieśmiały urzędnik skarbówki, który znalazł sposób na poznawanie kobiet oraz szalony wynalazca, ofiara własnych konstrukcji i pomysłów.
Autor pozwala prowadzić historię jednemu bohaterowi, doprowadza go do zwrotnego punktu i spotkania, po czym cofa się w czasie, by obejrzeć kolejne losy następnej postaci. Tylko przez unaoczniane odbiorcom retrospekcje może zaspokoić ciekawość – przecież nie posługuje się przeważnie czytelnymi stereotypami, więc nie da rady schować się za fasadą oczywistości. Wszystko musi dokładnie zaprezentować, żeby nie stracić smakowitego absurdu. Taka konstrukcja spektaklu gwarantuje odbiorcom cztery równoważne historie o jednym zakończeniu. Dołączane do głównego nurtu opowieści wzmacniają się wzajemnie. Ale każda z nich jako samodzielna relacja bardzo angażuje publiczność. Svoboda posługuje się czterema rodzajami komizmu (absurd jest tu czynnikiem nadrzędnym i spajającym całość). Historia dyrygenta zbudowana została na nonsensie i całkowitym odrealnieniu – ale klapiące powieki bohatera, chociaż utrzymane w poetyce oniryczności, na scenie zyskują bardzo konkretną realizację: wystarczą kastaniety, których aktor co pewien czas używa. Svoboda gra trochę odruchem Pawłowa: gdy dyrygent schodzi na dalszy plan, pojedyncze kliknięcia wywołują uśmiech widzów. Mykolog prezentuje ironię prostaczka: to bohater, który będzie budzić niewyjaśnioną sympatię niezależnie od rozwoju akcji. O wyborze przyszłości decyduje za niego los. Ta postać z filozoficznym spokojem przyjmuje wszystkie niespodzianki. Urzędnik skarbówki to typ satyryczny w połączeniu z karykaturą. W przerysowaniu uaktywniają się tu momentami oceny społeczne. Parodia poczucia władzy łączy się w tej sylwetce z niezaspokojonym popędem seksualnym, śmiech staje się bronią. Najkrótszy epizod wydaje się z kolei najbliższy normalności: wynalazca, który eksperymentuje na sobie (i matce) to sposób na połączenie komicznej nieprzewidywalności szaleńca z humorem sytuacyjnym. Trudno byłoby wyróżnić kogokolwiek z ekipy aktorskiej: wszyscy idealnie znajdują się w opowieści, potrafią nawet wciągnąć w grę publiczność. Są przekonujący i świetnie czują się w niezwykłych rolach.
Wszystko przypomina tu kreatywny sen. Scenografia sprowadza się do kilku dobrze ogrywanych domowych sprzętów, czasem też służących absurdowi. Odpowiednio oświetlane ściany dzięki kolorowym wzorom mogą zmieniać przestrzeń, a Svoboda mistrzowsko operuje perspektywą. Potrafi zamienić scenę w widownię lub ulicę nocą, w windę czy biuro. Pozwala widzom na bycie świadkami erotycznego spełnienia jednego z nieudaczników czy… samochodowej podróży innych. O oniryczności przypominają pozostający na uboczu aktorzy, zamieniani w elementy scenografii (za sprawą powtarzanego na kostiumach wzoru) – a i tak Svobodzie wierzy się bez zastrzeżeń. Tu na scenę może wjechać samochód, a aktor zjada widelec. Do dużych pomysłów tekstowych i realizacyjnych dochodzą jeszcze cudowne drobiazgi („na drugą nóżkę”), utwierdzające publiczność w przekonaniu, że oto trafiła do świata stojącego na głowie, ale dopracowanego w każdym szczególe. „Sarenki” to czysta wyobraźnia przeniesiona na scenę bez technicznych udziwnień, za to z pomysłem i bez oglądania się na teatralne mody. A o bohaterach tego przedstawienia powinni nakręcić film dokumentalny.
„Powinni o panu nakręcić film dokumentalny. O mnie już kręcą” – przekonuje każdego ze swoich nowych przyjaciół-nieudaczników cierpiący na gigantyzm mykolog. Rzeczywiście, takiego zestawienia oryginałów i dziwaków jak w „Sarenkach” próżno by szukać gdzie indziej. A najlepsze jest to, że historia Tomáša Svobody mimo nagromadzenia absurdów i niezwykłości okazuje się zadziwiająco lekka i wciągająca. Odejście od fabularnych schematów i przewidywalnych postaci to jednak nie wszystko: autor i reżyser znalazł bowiem pomysł na historię oraz jej błyskotliwe opowiedzenie.
Bohaterów jest tutaj czterech, a każdy z nich ma do przedstawienia własne, niezależne od innych, przeżycia. Z czasem ich relacje stykają się, a wtedy nagromadzenie nonsensów niemal rozrywa opowieść. Najpierw na scenie pojawia się dyrygent z ostrawskiej operetki. W wypadku stracił on powieki, a plastikowe protezy, które obecnie nosi, sprawiają mu niemały problem: głośno klapią. Nie do pozazdroszczenia jest też sytuacja mykologa – musi cały czas chodzić zgięty i mieć wzrok na wysokości jednego metra, żeby nie zrobiło mu się słabo z powodu wysokości. Dlatego zresztą mógł się zająć grzybami. Do grona nieudaczników dołączy jeszcze nieśmiały urzędnik skarbówki, który znalazł sposób na poznawanie kobiet oraz szalony wynalazca, ofiara własnych konstrukcji i pomysłów.
Autor pozwala prowadzić historię jednemu bohaterowi, doprowadza go do zwrotnego punktu i spotkania, po czym cofa się w czasie, by obejrzeć kolejne losy następnej postaci. Tylko przez unaoczniane odbiorcom retrospekcje może zaspokoić ciekawość – przecież nie posługuje się przeważnie czytelnymi stereotypami, więc nie da rady schować się za fasadą oczywistości. Wszystko musi dokładnie zaprezentować, żeby nie stracić smakowitego absurdu. Taka konstrukcja spektaklu gwarantuje odbiorcom cztery równoważne historie o jednym zakończeniu. Dołączane do głównego nurtu opowieści wzmacniają się wzajemnie. Ale każda z nich jako samodzielna relacja bardzo angażuje publiczność. Svoboda posługuje się czterema rodzajami komizmu (absurd jest tu czynnikiem nadrzędnym i spajającym całość). Historia dyrygenta zbudowana została na nonsensie i całkowitym odrealnieniu – ale klapiące powieki bohatera, chociaż utrzymane w poetyce oniryczności, na scenie zyskują bardzo konkretną realizację: wystarczą kastaniety, których aktor co pewien czas używa. Svoboda gra trochę odruchem Pawłowa: gdy dyrygent schodzi na dalszy plan, pojedyncze kliknięcia wywołują uśmiech widzów. Mykolog prezentuje ironię prostaczka: to bohater, który będzie budzić niewyjaśnioną sympatię niezależnie od rozwoju akcji. O wyborze przyszłości decyduje za niego los. Ta postać z filozoficznym spokojem przyjmuje wszystkie niespodzianki. Urzędnik skarbówki to typ satyryczny w połączeniu z karykaturą. W przerysowaniu uaktywniają się tu momentami oceny społeczne. Parodia poczucia władzy łączy się w tej sylwetce z niezaspokojonym popędem seksualnym, śmiech staje się bronią. Najkrótszy epizod wydaje się z kolei najbliższy normalności: wynalazca, który eksperymentuje na sobie (i matce) to sposób na połączenie komicznej nieprzewidywalności szaleńca z humorem sytuacyjnym. Trudno byłoby wyróżnić kogokolwiek z ekipy aktorskiej: wszyscy idealnie znajdują się w opowieści, potrafią nawet wciągnąć w grę publiczność. Są przekonujący i świetnie czują się w niezwykłych rolach.
Wszystko przypomina tu kreatywny sen. Scenografia sprowadza się do kilku dobrze ogrywanych domowych sprzętów, czasem też służących absurdowi. Odpowiednio oświetlane ściany dzięki kolorowym wzorom mogą zmieniać przestrzeń, a Svoboda mistrzowsko operuje perspektywą. Potrafi zamienić scenę w widownię lub ulicę nocą, w windę czy biuro. Pozwala widzom na bycie świadkami erotycznego spełnienia jednego z nieudaczników czy… samochodowej podróży innych. O oniryczności przypominają pozostający na uboczu aktorzy, zamieniani w elementy scenografii (za sprawą powtarzanego na kostiumach wzoru) – a i tak Svobodzie wierzy się bez zastrzeżeń. Tu na scenę może wjechać samochód, a aktor zjada widelec. Do dużych pomysłów tekstowych i realizacyjnych dochodzą jeszcze cudowne drobiazgi („na drugą nóżkę”), utwierdzające publiczność w przekonaniu, że oto trafiła do świata stojącego na głowie, ale dopracowanego w każdym szczególe. „Sarenki” to czysta wyobraźnia przeniesiona na scenę bez technicznych udziwnień, za to z pomysłem i bez oglądania się na teatralne mody. A o bohaterach tego przedstawienia powinni nakręcić film dokumentalny.
Joanna Preisner, Jakub Bogusz: Dzieciaki z krainy Niesnu. Tajemnica strażnika
Akapit Press, Łódź 2014.
Przejście w poduszce
„Tajemnica strażnika”, pierwszy tom „Dzieciaków z krainy Niesnu”, wypada pod względem fabularnym trochę nieporadnie, ale tak zwykle bywa, gdy autor na siłę chce wtłoczyć w pierwszy pomysł wartości pedagogiczne. Tak, żeby książka się tłumaczyła, żeby zyskała aprobatę specjalistów i żeby dało się ją podciągnąć pod kategorię literatury edukacyjnej lub terapeutycznej. Nie zliczę, ile dobrych pomysłów już w ten sposób zostało zmarnowanych, podczas gdy bez „pouczającej” otoczki byłyby całkiem znośne.
Kraina Niesnu znajduje się w poduszce. Bezsenność i uporczywe przekręcanie poduszki w odpowiedniej (odkrytej przypadkiem) sekwencji przenosi Amelię (modne ostatnio w literaturze czwartej imię) do krainy Niesnu. Tu znajduje się dziwaczny Przewodnik, który – niestety – mówi do rymu, a także Iza i Borys, dwoje sympatycznych dzieci. Amelia dostaje się do krainy Niesnu, bo boi się pierwszego dnia w szkole, a rodzice nie mają dla niej czasu. Ale sama kraina powstała w innym celu, o czym dobitnie przypominają trzy potwory, Przemrażacz, Pełzacz i Pożeracz.
Wszystko staje się jasne, gdy dziewczynka kolegów z Niesnu spotyka na jawie. Tu Iza jeździ na wózku inwalidzkim, a Borys ma nadwagę. Kraina Niesnu odziera bohaterów z tych społecznych utrudnień (cała trójka nie zyskuje w szkole aprobaty „fajnych” dzieci) i pozwala poznać ich lepiej, bez krzywdzących uprzedzeń. Kraina Niesnu skrywane i czasem nieuświadamiane lęki zamienia w całkiem realne (jak na Niesen) potwory, co ułatwia walkę z nimi, a także zrozumienie własnych problemów. Kraina Niesnu daje dzieciom siłę i działa lepiej niż jakakolwiek terapia. Tu bohaterowie budują własną odwagę i zyskują przyjaźń. I ta sfera jest nawet lepsza niż proponowane przez autorów wydarzenia: jazda na chmurze, ciuszkokrzew czy gigantyczny chomik to nie motywy, którymi da się dzisiejszym czytelnikom zaimponować. Wyobraźnia w krainie Niesnu wyraźnie przegrywa z psychologią. Chociaż i tu znajdą się wątki ciekawe.
Bywa, że dialogi wypadają sztywno, ale postać Przewodnika według mnie całkowicie psuje przyjemność ze zwiedzania krainy Niesnu. Przewodnik bowiem mówi do rymu (nie: wierszem). Gorzej, że do rymu gramatycznego. Nie dość, że rymuje gramatycznie niemal za każdym razem, to jeszcze i z tym najprostszym sposobem szukania współbrzmień sobie nie radzi, czego konsekwencją w prostej linii stają się irytujące inwersje i mało czytelne przesłania. Nic dziwnego, że Amelia nie lubi z nim rozmawiać i uważa, że Przewodnik wszystko niepotrzebnie komplikuje. W tego typu kreacjach zasady są bezlitosne – albo umie się rymować (a i tak nie zawsze ryzyko się opłaci), albo lepiej wymyślić inny sposób na indywidualizację bohatera.
Joanna Preisner i Jakub Bogusz piszą tak, jakby chcieli opowiedzieć dziecku baśń na dobranoc. Styl oralny odbija się w „Tajemnicy strażnika” i daje dość przyjemny efekt kołysania. Widać, że autorom nieobce są zasady konstruowania historii – z drugiej strony jednak zachowują się, jakby przerastała ich możliwość stworzenia alternatywnego świata niemożliwego do wytłumaczenia. Stąd ucieczka w motyw snu, której nawet poduszkowe zaklęcie nie ocali dla wyobraźni. Cenne są natomiast w książce możliwości dowiedzenia się, jak wiele można stracić, sądząc po pozorach. Na tę jedną prawdę autorzy zużyli szereg „magicznych” zjawisk, skutecznie ukrywając tendencyjność skojarzeń.
Przejście w poduszce
„Tajemnica strażnika”, pierwszy tom „Dzieciaków z krainy Niesnu”, wypada pod względem fabularnym trochę nieporadnie, ale tak zwykle bywa, gdy autor na siłę chce wtłoczyć w pierwszy pomysł wartości pedagogiczne. Tak, żeby książka się tłumaczyła, żeby zyskała aprobatę specjalistów i żeby dało się ją podciągnąć pod kategorię literatury edukacyjnej lub terapeutycznej. Nie zliczę, ile dobrych pomysłów już w ten sposób zostało zmarnowanych, podczas gdy bez „pouczającej” otoczki byłyby całkiem znośne.
Kraina Niesnu znajduje się w poduszce. Bezsenność i uporczywe przekręcanie poduszki w odpowiedniej (odkrytej przypadkiem) sekwencji przenosi Amelię (modne ostatnio w literaturze czwartej imię) do krainy Niesnu. Tu znajduje się dziwaczny Przewodnik, który – niestety – mówi do rymu, a także Iza i Borys, dwoje sympatycznych dzieci. Amelia dostaje się do krainy Niesnu, bo boi się pierwszego dnia w szkole, a rodzice nie mają dla niej czasu. Ale sama kraina powstała w innym celu, o czym dobitnie przypominają trzy potwory, Przemrażacz, Pełzacz i Pożeracz.
Wszystko staje się jasne, gdy dziewczynka kolegów z Niesnu spotyka na jawie. Tu Iza jeździ na wózku inwalidzkim, a Borys ma nadwagę. Kraina Niesnu odziera bohaterów z tych społecznych utrudnień (cała trójka nie zyskuje w szkole aprobaty „fajnych” dzieci) i pozwala poznać ich lepiej, bez krzywdzących uprzedzeń. Kraina Niesnu skrywane i czasem nieuświadamiane lęki zamienia w całkiem realne (jak na Niesen) potwory, co ułatwia walkę z nimi, a także zrozumienie własnych problemów. Kraina Niesnu daje dzieciom siłę i działa lepiej niż jakakolwiek terapia. Tu bohaterowie budują własną odwagę i zyskują przyjaźń. I ta sfera jest nawet lepsza niż proponowane przez autorów wydarzenia: jazda na chmurze, ciuszkokrzew czy gigantyczny chomik to nie motywy, którymi da się dzisiejszym czytelnikom zaimponować. Wyobraźnia w krainie Niesnu wyraźnie przegrywa z psychologią. Chociaż i tu znajdą się wątki ciekawe.
Bywa, że dialogi wypadają sztywno, ale postać Przewodnika według mnie całkowicie psuje przyjemność ze zwiedzania krainy Niesnu. Przewodnik bowiem mówi do rymu (nie: wierszem). Gorzej, że do rymu gramatycznego. Nie dość, że rymuje gramatycznie niemal za każdym razem, to jeszcze i z tym najprostszym sposobem szukania współbrzmień sobie nie radzi, czego konsekwencją w prostej linii stają się irytujące inwersje i mało czytelne przesłania. Nic dziwnego, że Amelia nie lubi z nim rozmawiać i uważa, że Przewodnik wszystko niepotrzebnie komplikuje. W tego typu kreacjach zasady są bezlitosne – albo umie się rymować (a i tak nie zawsze ryzyko się opłaci), albo lepiej wymyślić inny sposób na indywidualizację bohatera.
Joanna Preisner i Jakub Bogusz piszą tak, jakby chcieli opowiedzieć dziecku baśń na dobranoc. Styl oralny odbija się w „Tajemnicy strażnika” i daje dość przyjemny efekt kołysania. Widać, że autorom nieobce są zasady konstruowania historii – z drugiej strony jednak zachowują się, jakby przerastała ich możliwość stworzenia alternatywnego świata niemożliwego do wytłumaczenia. Stąd ucieczka w motyw snu, której nawet poduszkowe zaklęcie nie ocali dla wyobraźni. Cenne są natomiast w książce możliwości dowiedzenia się, jak wiele można stracić, sądząc po pozorach. Na tę jedną prawdę autorzy zużyli szereg „magicznych” zjawisk, skutecznie ukrywając tendencyjność skojarzeń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






