* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 10 lutego 2012

Prunella Bat: Korona dla Vicky

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2011.

Życie i bajka

Wiele kilkuletnich dziewczynek marzy o życiu prawdziwej – to znaczy wyjętej wprost z różowego i cukierkowego świata bajek – księżniczki. Jednak Vicky, bohaterka serii „Szkoła Księżniczek” nie podziela takich pragnień, chociaż w jej żyłach rzeczywiście płynie błękitna krew. Vicky chce być normalną dziewczyną – dokazywać z młodszymi siostrami, bawić się z przyjacielem – geniuszem i wynalazcą oraz nosić zwyczajne ubrania – postrzępione dżinsy i bawełniane podkoszulki; chce mieszkać w dziwacznym domu razem z całą swoją zwariowaną rodziną i nianią – byłą mistrzynią zapasów w błocie. Vicky ma w dodatku alergię na słowo „księżniczka” i marzy o byciu pisarką. Gdy więc arystokratyczna ciotka chce zapisać ją do Szkoły Księżniczek, bohaterka nie wie, jaką decyzję podjąć. Z jednej strony przeraża ją nauka manier czy etykieta, z drugiej – kusi możliwość uczestniczenia w kursie kreatywnego pisania. A w Szkole Księżniczek są oczywiście, obok miłych i sympatycznych dziewczyn, także uczennice złośliwe i nieprzyjemne. Jedno jest pewne – Vicky nudzić się nie będzie.

„Korona dla Vicky” to pierwszy tomik bogato ilustrowanej serii dla małych odbiorczyń – chodzi w nim więc mniej o porywającą fabułę, a bardziej o przedstawienie kolejnych bohaterek. Wydarzenia toczyłyby się według charakterystycznego popowego schematu, gdyby nie poczucie humoru autorki, przewijające się w narracji. Prunella Bat ucieka od egzaltacji i napuszoności w stronę żartobliwego kontrastu. Bardzo przydaje jej się tu kreacja bohaterki, która budzi sympatię. Ale i niania monstrualnych kształtów, i pomysłowe, rezolutne bliźniaczki, i rozmawiająca z pomidorami mama – cała galeria nietuzinkowych postaci sprawia, że nie ma tu mowy książęcym przepychu i nadmiernej, nieznośnej dumie. Szkoła Księżniczek, która staje się areną wydarzeń, jest magnesem dla czytelniczek, lubujących się w historiach o tego typu bohaterkach, pożywką dla marzeń i odpowiedzią na modę w literaturze czwartej i innych produkcjach dla najmłodszych dziewczynek. Zachowuje natomiast klasyczne (a momentami i schematyczne) pomysły na rozwój akcji. Bohaterka, wtrącona w nowe środowisko i uwolniona od opiekuńczych rodziców, zyskuje szansę na przeżywanie zwykłych i całkiem niezwykłych przygód. Środowisko arystokracji z kolei przypomina o baśniowości i o niedostępnym świecie, który nagle znalazł się na wyciągnięcie ręki. Odległy w wyobrażeniach świat księżniczek odsłania przed małymi odbiorczyniami nie tylko swoje piękno, ale i pułapki – te z kolei sprytnie nawiązują do problemów, z którymi przyjdzie się dzieciom borykać na co dzień. W Szkole Księżniczek bowiem na porządku dziennym są konflikty ze złośliwymi koleżankami, rywalizacja i walka o nagrody na koniec roku, ale też i – co ostanowi podstawowe zmartwienie Vicky – zachowanie własnej tożsamości. Bo bycie księżniczką to nie tylko niekończące się przyjemności, ale również i poważne wyzwania. Prunella Bat pod przykrywką niedostępnej krainy potrafi przedstawić istotne dla dzieci sprawy, dotyczące relacji z rówieśnikami, a i konfliktów ze starszymi. Całość ozdabia autorka dużą dawką dowcipu. Dzieci ucieszą się także z bajecznie kolorowych rysunków.


czwartek, 9 lutego 2012

Kaui Hart Hemmings: Spadkobiercy

Znak, Kraków 2012.

Decyzje

W takiej przestrzeni trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek tragedię. To przecież miejsce zarezerwowane na relaks, beztroskę, odpoczynek i nieustające szczęście. Tymczasem w „Spadkobiercach” nie ma mowy o wytchnieniu, problemy i zmartwienia się piętrzą, a przy tym trudno jest szukać wsparcia w najbliższych, bo to właśnie najbliżsi potrafią ranić najbardziej. Matt King czuwa przy pogrążonej w śpiączce żonie. Musi zająć się córkami – starsza z nich, siedemnastoletnia Alex, od dawna przeżywa młodzieńczy bunt. Nieposłuszna i bezwzględna musi trochę pomóc ojcu. Przyprowadza ze sobą kumpla, Sida, który wtrąca się w cudze sprawy z całą bezczelnością, a w wolnych chwilach pali marihuanę. Sid imponuje młodszej siostrze Alex, dziesięcioletniej Scottie. Scottie jest na etapie poszukiwania autorytetów i podziwia najbardziej arogancką i wulgarną koleżankę, która ma na córkę Matta bardzo zły wpływ.

Matt musi podjąć decyzje co do przyszłości, a przy okazji odzyskać zaufanie córek i odbudować więzi rodzinne. Musi też poradzić sobie nie tylko z trójką dzieci, ale i z pewnym sekretem żony, który to sekret niespodziewanie wychodzi na jaw. Do tego dochodzi jeszcze kwestia spadku, który może zmienić losy rodziny – bohater nie może w tej sprawie liczyć na pomoc innych, sam powinien zapewniać im wsparcie. Rodzinna tragedia rozgrywa się w scenerii, która mocno kontrastuje z przeżyciami i problemami postaci.

Kaui Hart Hemmings przedstawia rozpaczliwą walkę o zachowanie lub odzyskanie normalności w sytuacjach niejednoznacznych, pozbawionych jednego słusznego rozwiązania. Jedna decyzja może pociągnąć za sobą trudne do przewidzenia skutki i zamiast spodziewanego ukojenia przynieść więcej zmartwień. Przed Mattem nie pojawiają się alternatywne drogi postępowania; bohater będzie musiał samodzielnie wykreować sposoby pozwalające na pogodzenie się z losem. Nie wie, co przyniesie przyszłość i nic nie umożliwia mu choćby snucia przypuszczeń na ten temat.

Opowiadają „Spadkobiercy” o pożegnaniu, ale bez sentymentów i bezustannego zastanawiania się nad przeszłością. Opowiadają o próbie odbudowywania świata po stracie i porządkowaniu na nowo życiowych ról. Nie ma w tej książce niepotrzebnej czułości czy naiwnej wiary w to, że wszystko ułoży się samo. Matt o wszystko powinien walczyć, choć nie zawsze zna reguły gry, a na uwadze musi zawsze mieć i dobro córek. Hemmings nie proponuje ciepłej historii z krzepiącą wizją rodzinnych więzi w tle, woli szorstką niepewność i na chwiejnej podstawie próbuje budować teraźniejszość rodziny Kingów. Co ważne – nie kusi jej tani sentymentalizm, dzięki czemu powieść nie zamieni się w kolejny banalny i płytki romans czy kanwę obyczajowego tasiemca.

Hemmings przekonująco opowiada o ludzkich słabościach i reakcjach na silne emocje. W „Spadkobiercach” nikt nie może stać się opoką dla innych, nawet jeśli tkwi w nich potrzeba posiadania prawdziwego autorytetu. Autorka każe bohaterom samotnie mierzyć się z prywatnymi demonami, mimo pozorów wsparcia, jakie w trudnych chwilach zapewni rodzina. W tej książce prawdziwie silne relacje dopiero się tworzą, czytelnicy są natomiast świadkami rozpaczliwej walki o przywrócenie harmonii, pasującej najbardziej do rajskich Hawajów.

środa, 8 lutego 2012

Teatr Śląski: Jakobi i Leidental

Hanoch Levin - Jakobi i Leidental
przekład: Michał Sobelman
reżyseria i scenografia: Joanna Zdrada
kostiumy: Annamária Kiss Kósa
muzyka: Krzysztof Konieczny
przygotowanie wokalne: Adam Snopek
na scenie: Grażyna Bułka (gościnnie), Artur Święs, Andrzej Warcaba, Łukasz Guzy (Studium Aktorskie)
premiera: 05.11.2011 r. Scena Kameralna


Samotność i cena szczęścia

Hanoch Levin przenicowuje świat. Pod pretekstem mało realnej, opartej w dużej części na absurdzie opowieści, wywraca życie na lewą stronę, uwypukla najbardizej wstydliwe czy kulturowo przemilczane elementy i w efekcie przedstawia odbiorcom gorzką prawdę o nich samych. Prawdę, którą łatwo odrzucić, maskowaną rubasznością i prostymi gagami. Prawdę tragiczną – o tym, jak bardzo do szczęścia potrzebujemy drugiej osoby – i jak bardzo ta druga osoba potrafi zranić, jeśli tylko zechce. A zechce na pewno. Historia o Jakobim i Leidentalu nie może być odczytywana w kategoriach prostej farsy. Za parawanem ludyczności skrywa bowiem strach przed osamotnieniem – strach, który skazuje na najgorsze tortury i prowadzi do największych poniżeń.

Itamar Jakobi pewnego dnia postanawia zerwać wieloletnią przyjaźń. Odrzuca swojego najwierniejszego towarzysza, Dawida Leidentala, lecz nie może całkowicie usunąć go ze swojego życia. Angażuje się za to w związek z Rut Szahasz, kobietą, która w jego oczach uchodzi za wcielenie zmysłowości i seksu. Jednak odtrącony Dawid nie potrafi już funkcjonować w oderwaniu od dawnego przyjaciela i krzyżuje z nim swoje losy. Despotyczny Jakobi, sprytna Rut i służalczy Leidental wikłają się w relacje wolne od dyplomatycznych zabiegów. Rozwój wydarzeń dyktowany jest przez dwa karykaturalizowane niemal elementy – rozbuchaną cielesność oraz niewolniczy gest Dawida. Na tej podstawie nawarstwiają się konflikty i fakty, które sporo powiedzą o mentalności człowieka, bez względu na czasy, w których funkcjonuje – a także na obyczajowość. Niby odejście od realizmu sygnalizowane jest na wiele różnych sposobów (jeden z nich zapewniają nienaturalne makijaże) – a przecież to właśnie celność spostrzeżeń poraża najbardziej w tej pozornie wesołej sztuce.

„Jakobi i Leidental” w Teatrze Śląskim to przede wszystkim popis aktorstwa na najwyższym poziomie – nie da się wskazać najlepszej kreacji, bo cała czwórka prezentuje się wyśmienicie. Grażyna Bułka wiele razy już udowodniła, że dobrze czuje się w rolach młodych dzieweczek i kobiet po przejściach – tu po raz kolejny ma szansę zaprezentować szeroki wachlarz umiejętności. Jej Rut przechodzi kilka metamorfoz – najpierw to niewinna panienka, potem postać wzięta w cudzysłów i grana z przymrużeniem oka – przemienia się w kobietę światową, w intrygantkę, bezwzględnego wampa – a to nie koniec jej scenicznych przeobrażeń. Niełatwa rola wymaga od niej raz eksponowania kształtów, które tak podniecają Jakobiego, raz odwracania uwagi od ciała – Bułka radzi sobie z tym bez trudu. Ma w dodatku możliwość zjednoczenia ze sobą całej żeńskiej części publiczności w jednej z bardziej przejmujących scen spektaklu – nawet jeśli samo wydarzenie jest, na potrzeby widowiska, przerysowane. Bułce da się bez wysiłku uwierzyć. Co ciekawe, ta aktorka sprawia, że sztuka nie zamienia się w przedstawienie tandetne czy wulgarne – a do tego mogło prowadzić nadmierne epatowanie cielesnością już na płaszczyźnie tekstu.

Artur Święs jako Jakobi również otrzymuje szansę zbudowania postaci skomplikowanej. Bezpośredni sprawca wydarzeń przedstawiać będzie cały szereg emocji i krążyć nieustannie między dramatycznymi i komicznymi warstwami opowieści. Jakobi Święsa bywa przebiegły – z charakterystycznym złośliwym zadowoleniem, bywa i zupełnie bezradny. Najtrudniej uwierzyć w szczerość jego intencji, na co wpływ ma przede wszystkim wpisana w utwór konstrukcja postaci. Rozwój jego bohatera przebiega sinusoidalnie – to okresy niewiarygodnej wręcz energii i pomysłowości, odwagi, a wręcz bezsensownej brawury – przeplatane z wygasaniem sił witalnych. Jakobi w wykonaniu Święsa przybiera różne maski, sam aktor musiał zatem sprostać nie lada wyzwaniu.

Bo Dawid Leidental Andrzeja Warcaby funkcjonuje od początku jako przegrany w historii. To nieudacznik, budzący śmiech widowni, kozioł ofiarny, piąte koło u wozu. Tyle że nie sposób zapomnieć o ocieplającym ten wizerunek współczuciu. Warcaba budzi litość, jest najbardziej poszkodowany. To jego bohater potrafi się z własnej woli upodlić, byle tylko inni o nim nie zapomnieli. Leidental walczy w sztuce z samotnością, potrzebuje innych do istnienia. Odtrącany i krzywdzony zawsze wróci – a jego dramat polega na tym, że zdaje sobie sprawę z tej prawidłowości, czy może ułomności charakteru. Warcaba chodzi po scenie z walizką, jego bohater rozpaczliwie udaje, że ma coś pilnego do załatwienia i puszcza oko do odbiorców, by usprawiedliwić swoje postępowanie. Ten zabieg (w połączeniu ze sceniczną „szczerością” – aktor wydaje się być w tej roli bardzo naturalny, w końcu manipuluje najtrudniejszymi uczuciami i emocjami publiki) przyczynia się jeszcze do zwiększenia podziwu dla Warcaby – który potrafi grać poza rolą, jednocześnie z niej nie wypadając.

Na koniec Kataryniarz – Łukasz Guzy ze Studium Aktorskiego. Najbardziej wyrazisty łącznik między światem absurdu a realizmem, między teatrem i rzeczywistością, między przedstawianą opowieścią a pozaspektaklowymi technicznymi zmianami. Postać, na której pojawienie się publiczność czeka z zapartym tchem. Bo Kataryniarz, choć jego podstawowym zadaniem było modyfikowanie dekoracji i wprowadzenie podkładu dźwiękowego do piosenek, przynosił jednocześnie posmak baśniowości. Łukasz Guzy nie gra – on jest z innego świata. Garbaty, ubrany jak kloszard, stroi upiorne miny i od czasu do czasu coś do siebie mamrocze, jakby całkowicie zatracał się w przedstawianej historii. Samym wkroczeniem na scenę przypomina o istnieniu równoległej fabuły – przez chwilę pozwala jej silnie doświadczać, by widzowie w opowieści o Jakobim i Leidentalu poczuli się zwyczajnie, mimo jej niezwyczajnego charakteru.

W sztuce mnóstwo jest piosenek, podczas których aktorzy mogą zaprezentować naprawdę imponujące wokalne umiejętności. Bywa, że między treścią utworów a sposobem wykonania pojawia się ogromny kontrast – operowe niemalże popisy przy rubasznym dowcipie to przecież także sposób manipulowania odbiorcami.
Jedyne, co budzi wątpliwości, to operowanie światłem. W małej przestrzeni Sceny Kameralnej nie do końca sprawdził się pomysł z akcentowaniem odrębnych miejsc (i monologów wewnętrznych) osobnymi planami świateł. Wydaje się, że lepsze byłoby modyfikowanie wyjściowych ustawień, nie całkowite ich zastępowanie – zwłaszcza przy krótko trwających zmianach.
Ci, których nie zwiedzie i nie zniechęci stała obecność cielesnego dołu, wyczytają ze sztuki Levina sporo. Na przykład – opowieść o cenie i kształcie prawdziwego szczęścia.



(zdjęcie z materiałów Teatru Śląskiego)

wtorek, 7 lutego 2012

Magdalena Samozwaniec: Tylko dla dziewcząt

W.A.B., Warszawa 2012 (wyd. IV)

Śmiech z wyższych sfer

Eteryczna, delikatna i wrażliwa? Te przymioty nie mogą cechować osoby z charakterem, a zresztą Magdalena Samozwaniec i tak przegrałaby w tej konkurencji z siostrą Lilką (Marią Pawlikowską-Jasnorzewską). Wybrała zatem drogę satyryka i prześmiewcy, w krzywym zwierciadle ukazując obyczajowość epoki, zakłamanie i płynące z niego pułapki. Prześmiewczy ton i dystans do podejmowanych tematów sprawiły natomiast, że do dziś książki Samozwaniec dostarczają sporo rozrywki i ukazują od kulis codzienny teatr życia. W tomie „Tylko dla dziewcząt” zebrane zostały opowiadania i miniatury, które obnażają konwenanse i wciąż bawią.

Tematem spajającym wszystkie utwory staje się kwestia wychowania dziewcząt na skromne i niewinne panienki, niedostępne obiekty marzeń (lecz nie – pożądania) mężczyzn, zwiewne i niemal bezcielesne. Magdalena Samozwaniec, niestroniąca od rubasznego dowcipu, a przynajmniej od figli stojących w sprzeczności z wzorcowym zachowaniem, bierze na warsztat owe ofiary pedagogicznych zabiegów i kolejno wyśmiewa rozmaite ich cechy zdradzające jedynie nieprzystosowanie do zwyczajnego życia. Na kartach tomu „Tylko dla dziewcząt” pojawiają się zatem panienki nieuświadomione, infantylne, rozbrajające wręcz w swojej naiwności. Szczytem ambicji jest dla nich złapanie męża (potencjalnym kandydatom jednak bardziej zależy na posagu) – to otwiera drogę do poznania tajemnic, o których grzech nawet pomyśleć. Z czasem bohaterki stają się nieco sprytniejsze, a nawet wyrachowane, chociaż ich intrygi zwykle torpedują beztroscy mężczyźni. Część dorastających panienek wierzy w wielką i idealną miłość od pierwszego wejrzenia, część uczy się, jak radzić sobie z nazbyt despotycznymi rodzicami. Ogromna większość utworów dotyczy jednak tematu najbardziej nośnego i najsilniej działającego na wyobraźnię – relacji damsko-męskich.

Magdalena Samozwaniec drwi sobie z przedstawicielek własnej płci, a przy okazji rzuca też wyzwanie odpowiedzialnym za wychowanie dziewcząt dorosłym. Tworzy karykaturalne obrazki, w których panienki z dobrych domów nie pasują do otoczenia – albo za sprawą niewinności nad miarę, albo przez zdolności do snucia intryg. Żeby jednak dodać smaczku portretom, Samozwaniec osadza je mocno w kulturze minionego okresu, cytując zwyczaje i imitując sposób wysławiania się przedstawicieli wyższych sfer. To spojrzenie rodzajowe, ale wzbogacone o sporą dawkę ironii, zgrabnie maskowanej. Autorka zachowuje niezbędny w satyrze dystans, a jednocześnie zna prezentowane obyczaje od podszewki, buntuje się, ale bunt łagodzi śmiechem, który w dalszym ciągu ma moc oczyszczającą.

Galerię nietuzinkowych postaci uzupełnia w „Tylko dla dziewcząt” język. Samozwaniec przez cały czas wprowadza do tekstu ledwo wyczuwalną nutę parodii, przerysowuje gesty, udając, że to zachowania naturalne, oświetla kolejne sytuacje tak, by czytelnicy nieskłonni do poszukiwania drugiego dna przyjmowali opowieść za pewnik i tracili z oczu warstwę rozrywkowo-satyryczną. Lektura tego tomu oznacza jednak przede wszystkim podjęcie gry – śledzenie obyczajowych rozwiązań mocno krytykowanych dzięki sarkazmowi, a i kolekcjonowanie dowcipnie wykreowanych sylwetek niczego nieświadomych bohaterek. Magdalena Samozwaniec, która proponuje drugą stronę literatury „kobiecej”, odejście od poetyckości i ulotności na rzecz przyziemnego według niektórych śmiechu to naprawdę dobry wybór.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Agata Mańczyk: Rupieciarnia na końcu świata

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Międzypokoleniowe wyzwania

Agata Mańczyk uzupełnia swoją powieścią „Rupieciarnia na końcu świata” literaturę czwartą o coś, czego w niej dotąd wyraźnie brakowało, nawiązując jednocześnie do najlepszych tradycji książek dla młodzieży. Łączy mianowicie tendencję do tworzenia awanturniczo-przygodowych fabuł z historiami dla dziewczyn, opowieściami, od których nie oderwie się żadna nastolatka. Z jednej strony jest więc nieszczęśliwa miłość, z drugiej – zapatrzenie w Niziurskiego i wiara w to, że dzisiejsza młodzież, przynajmniej w książkach, może być kreatywna i potrafi działać w zespole.

Od początku Agata Mańczyk próbowała uzmysłowić czytelniczkom, że obce są jej tkliwe opowiastki oparte wyłącznie na emocjach egzaltowanych bohaterek. Swoimi książkami rzucała wyzwanie poczytnym autorkom młodzieżowych romansideł, a dziewczyny we własnych powieściach wplątywała w sytuacje podobne do tych, które zdarzały się dotąd w literaturze czwartej wyłącznie w męskich zgranych paczkach. Teraz do tego festiwalu pomysłów dorzuca jeszcze jedną konwencję – motyw łączącej pokolenia tajemnicy. Żeby też zadbać o odbiorczynie nieprzyzwyczajone do łamania reguł, wprowadza i wątek zauroczenia oraz wiążących się z nim problemów. Z takiej mieszanki wywodzi się „Rupieciarnia” – i nic dziwnego, że książka objętościowo nie przypomina popularnych czytadeł dla nastolatek – ma ponad pięćset stron i całą masę komplikowanych relacji i motywów.

Maryla ma szesnaście lat i kocha wiersze Osieckiej. Rodzice dziewczyny właśnie się rozwiedli i bohaterka musi przenieść się z mamą z Warszawy do Tomaszowa. Na tym podobieństwo do setek nastolatkowych lektur się kończy, bo na nowym miejscu dziewczynę czeka mnóstwo zagadek i tajemnic – ogromny dom z wrogo nastawioną babką i prababką, klasa, która przygotowuje przedziwny rytuał inicjacyjny – „wejściówkę” (tu najsilniej dają o sobie znać wcześniejsze przygodowe powieści Mańczyk), wszystkowiedzący mieszkańcy miasteczka. Maryla musi też rozprawić się z własną przeszłością – najlepszymi dotąd przyjaciółmi, którzy stali się za jej plecami parą, ojcem i tęsknotą za życiem w Warszawie. Dawniej spokojna, niesprawiająca problemów dziewczyna, odkrywa w sobie nieznaną siłę i bezczelność, która pozwala mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami.

W zasadzie Agata Mańczyk tworzy zgodnie ze wszelkimi wyznacznikami dobrej rozrywkowej literatury czwartej w starym stylu, a teraz jeszcze umiejętnie wplata do tego trochę motywów modnych w książkach dla dorosłych. A jednak niewielu autorów tak doskonale jak ona radzi sobie z maskowaniem granic między konwencjami czy śladów po literackich wskazówkach. Jej bohaterowie nie mogliby istnieć w realnym świecie, są prawdziwi tylko w ramach wyimaginowanej rzeczywistości, nic nie zmienia się jedynie w sferze emocji – a jednak te same postacie niosą wytchnienie od zwykłych zmartwień i zapewniają przejście do krainy wolnej od nudy. W „Rupieciarni” wyraźne jest zastępowanie przygód dziecięcych coraz bardziej dorosłymi, a przecież autorka pozwala swoim bohaterom na tę beztroskę i brak myślenia o konsekwencjach, na jaki potem już nigdy nie mogliby się zdobyć. Chociaż ogólnie wiadomo, w jakim kierunku zmierza całość, nie ma tu oczywistych rozwiązań i zabiegów, które pozwoliłyby przewidzieć rozwój wypadków. Zwłaszcza że pisarka obdarza nastolatków pomysłowością, rozmachem i odwagą, jakiej często nawet w najnowszych powieściach młodym ludziom brakuje. Wyrywa ich z marazmu, a czytelnikom przywraca wiarę w moc młodości.

niedziela, 5 lutego 2012

Jennifer Ford Berry: Zorganizuj się!

Świat Książki, Warszawa 2012.

Generalne porządki

Porządku trzeba uczyć dzieci, dorośli bez trudu organizują przestrzeń wokół siebie. Tak przynajmniej do niedawna sądzono – jednak popularność telewizyjnych poradników, które pomagają opanować chaos sprawiła, że coraz większym powodzeniem cieszą się i książkowe zbiory podpowiedzi, jak pożegnać bałagan. Jednym z bardzo rzetelnych, bo ujmujących temat całościowo, staje się stylizowany na terminarz poradnik Jennifer Ford Berry, kierowany do pań domu, które połączyć muszą obowiązki domowe, opiekę nad dziećmi i pracę zawodową. „Zorganizuj się!” ma pomóc kobietom w szybkim i sprawnym porządkowaniu mieszkania.

Całość podzielona jest na pięćdziesiąt sześć tematycznych tygodni. Rozpoczyna się od opracowywania dobrego planu działania, potem autorka uczy, jak zająć się papierami – rachunkami, czasopismami czy pocztą. Następnie pokazuje sposoby na uporządkowanie zabawek dzieci (dzieci to temat ważny w całym tomie), drobiazgów, torebki, samochodu, biblioteki oraz – uporządkowanie spraw związanych ze zwierzęciem domowym. Zagadnienie kolejne dotyczy sprzątania części domu – przedpokoju, szafek kuchennych, blatów, spiżarni itp. Jennifer Ford Berry pokazuje, jak zabrać się za porządkowanie rzeczy osobistych (niemal połowa wskazówek dotyczy jednak rzeczy osobistych dzieci), schowków (piwnic, garaży, strychu) czy ogrodu. W dalszej kolejności bierze się za organizowanie przestrzeni przy ważnych wydarzeniach, na koniec natomiast zostawia sobie codzienne zwyczaje.

W każdym rozdziale pojawiają się drobne akapity o funkcji perswazyjnej. Mają one zmobilizować czytelniczki do pracy i przekonać je, że warto podjąć wysiłek i nauczyć się porządku. Zwłaszcza że teraz będą dokładnie wiedziały, jak to zrobić. Większą część każdego rozdziału stanowią wypunktowane listy obowiązków i zadań do odhaczania. Wyliczenia bywają ogólne lub bardziej szczegółowe (kiedy przygotowanie konkretnych przedmiotów mogłoby sprawić trudności odbiorczyniom). Autorka w zasadzie nie pozostawia wątpliwości co do kolejnych wyzwań. Gromadzi tak wiele wskazówek, by na pewno nie przeoczyć żadnego z elementów, który mógłby przenosić bałagan czy wprowadzać w życie chaos. Z takim poradnikiem nie ma już wymówki, że nie wiadomo, za co zabrać się najpierw. Jedyne, co może zaszkodzić skuteczności porad to… lenistwo.

Jennifer Ford Berry przekonuje czytelniczki, że sama z powodzeniem łączy role matki, pani domu i pracownicy (a nawet właścicielki firmy) i w całym tomie sugeruje, że przedstawia tylko zapis własnych doświadczeń. Kolejne punkty utrzymuje w tonie poleceń lub porad dla czytelniczek, zwracając się bezpośrednio do nich – żeby trudniej im było odrzucić wskazówki. Ułatwia też zadanie, stosując zróżnicowane symbole – znaczek dolara pojawia się na przykład przy pozycjach, które pozwalają zaoszczędzić. W ten sposób autorka wyszukuje dodatkową motywację dla odbiorczyń i pokazuje, że utrzymywanie porządku może przynieść wymierne korzyści.

„Zorganizuj się!” to książka, która usuwa jedną z największych przeszkód w zabraniu się do generalnych porządków – brak sensownego planu działania. Przygotowana jest tak, że nie trzeba już żadnych dodatkowych wysiłków czy modyfikowania porad. Żeby jednak odbiorczyniom pracowało się przyjemniej, tom ma formę notatnika, a ciekawe rozwiązania graficzne cieszą oko. Pojawia się trochę literówek, ale ponieważ to tom do działania, a nie do rozkoszowania się lekturą – da się je korekcie wybaczyć.


sobota, 4 lutego 2012

Krystyna Śmigielska: Gotowe na zmiany

Replika, Zakrzewo 2011.

Przepis na przygodę

Czasami miło jest oderwać się od codziennych trosk i zmartwień – i trochę pomarzyć. Na przykład o tym, co by się stało, gdyby na nasz kupon w lotka padła wielka wygrana. Mecenas Konstanty Szukalski może sobie to dalej wyobrażać – a właściwie mógłby, gdyby któregoś dnia jego żona nie zniknęła. Zostawiła tylko lakoniczną wiadomość z obietnicą kontaktu. W tajemniczą podróż wybrała się ze swoją pomocnicą i powiernicą, młodą Kasią. Tak skrzyżowały się drogi mecenasa Szukalskiego i narzeczonego Kasi, przedstawiającego się ku zdumieniu wszystkich jako Stan Łaski. Panowie muszą odnaleźć swoje ukochane, które zniknęły ze szczęśliwym kuponem, wyruszają więc za sprytnymi kobietami i to im w „Gotowych na zmiany” będzie towarzyszyć narrator, jakby wyposażony w kamerę. W końcu to w przymusowej przyjaźni skazanych na siebie mężczyzn znajdzie się więcej humorystycznych sytuacji i zabawnych nieporozumień. A na to, co składa się na lekką obyczajową powieść, liczyć będą zapewne czytelniczki.

Krystyna Śmigielska atmosferę wielkiej awantury i życiowego przełomu, do którego bez wątpienia mógłby w lekturze doprowadzić wyczyn pań, sprowadziła do wymiaru codzienności przeciętnego człowieka. Nie ma tu mowy o żadnych ekscesach, pokusy ucinane są w zarodku, mało tego – zachowanie Lucyny i Kasi nie wywołuje nawet krytyki wyrozumiałego i cierpliwego mecenasa – ktoś mógłby pomyśleć, że to niewinna zabawa – takiego zresztą brzmienia całe wydarzenie nabiera. Są tu ślady młodzieżowych awanturniczych lektur, enigmatyczne wskazówki, w których więcej jest szczęścia i przypadku niż logiki i materiału do dedukcji, ale wszystko utrzymane w lekkim tonie nie wywoła poczucia niepewności czy strachu. W „Gotowych na zmiany” króluje bowiem łagodne pogodzenie się z losem, jak dziwny by on nie był. Mecenas Szukalski i Stan Łaski wzajemnie się uzupełniają i prawem kontrastu śmieszą czytelniczki, obraz sprytnych, ale nie nieprzyjemnych pań w tle budzi zadowolenie przez kobiecą solidarność – opowieść może się toczyć własnym rytmem, nie do końca dostosowanym do pościgu i poszukiwań, za to świetnie mieszczącym się w konwencji czytadła.

Dwa zastrzeżenia co do stylu pisania: po pierwsze niepotrzebne i raczej infantylne wydają się rozważania na temat imion i nazwisk bohaterów. O ile jeszcze Stan Łaski w miarę się broni, o tyle cały fragment z prologu, o możliwościach poetyckich imion i o powiązaniu nazwiska ze świętym Krzysztofem (przyznaję, nieczytelnym powiązaniu, skoro to święty Antoni odpowiada za rzeczy zagubione) można by bez szkody dla całości odrzucić. Po drugie Krystyna Śmigielska co jakiś czas wpada w trudną do zniesienia manierę budowania struktur synominicznych. Mówiąc prościej: powtarza jedną wiadomość innymi słowami i umieszcza ją zaraz po pierwszej, oddzielając ją przecinkiem. Nie dość, że zaburza to rytm narracji, to jeszcze sprawia wrażenie dobitnego i nachalnego udowadniania odbiorcy, że ma się go za niezbyt lotnego umysłowo i w trosce o jego intelekt podkreśla informacje oczywiste. Dwa razy w książce pojawiają się partie, które bardzo w tym zakresie rażą i wybijają z czytania.

„Gotowe na zmiany” mają dostarczać rozrywki, ale bez wielkich emocji, przynosić relaks powiązany z delikatnie nakreślaną prawie przygodą, rzec by można – z cieniem przygody. To przyjemne czytadło na miarę codzienności, wolne od wielkich wzruszeń, wtłoczone w zwyczajność, którą chciałoby się czymś ubarwić, żeby uniknąć rutyny.