* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 6 stycznia 2010

Charles Martin: Umarli nie tańczą

WAM, Kraków 2009.

Nadzieja mimo wszystko

Wiem, że Charles Martin to kuglarz, wiem, że powiela sam siebie w kolejnych powieściach. Wiem, że to nie geniusz literatury a zręczny fachowiec – i co z tego? Jego książki i tak czytam z przyjemnością, bo poza przewidywalnymi schematami to mimo wszystko kawał dobrej literatury rozrywkowej. Ten autor znieczula – po lekturze kilku jego tomów przestaje się zwracać uwagę na zestaw emocji, obliczonych na silne wzruszenia czytelników, a mimo tego, mimo powtórzeń, wąskiego repertuaru chwytów i podobnej tematyki sięgam po te powieści z przyjemnością, kiedy chcę odpocząć. Być może jest to przyjemność płynąca z odkrywania tego, co już znane – ale nie da się ukryć, że okazuje się Martin autorem zabijającym monotonię długich zimowych wieczorów monotonią swoich fabuł. Kto przeczytał jedną książkę Charlesa Martina, to jakby przeczytał je wszystkie. Z punktu widzenia krytyki to literackie samobójstwo, z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy – rewelacyjny wyciskacz łez na wysokim poziomie.
Walczą we mnie krytyk, domagający się nowych bodźców, nowych wzruszeń i nowych konstrukcji, z leniwym czytelnikiem, któremu przewidywalność powieści odpowiada, a rytm narracji zaspokaja potrzeby estetyczne. Wiem, że skuszę się na kolejną książkę Martina, chociaż w niczym nie będzie się ona różnić od poprzednich. Ostatnio zresztą amerykańscy i angielscy pisarze przełączyli się na seryjne produkowanie powieści, każdą następną wypełniając podobnymi treściami i do każdej przykładając tę samą formę. Zysk przede wszystkim. Charles Martin przynajmniej wciąga.
Wydawnictwo WAM przyjęło całkiem rozsądną strategię publikowania tych historii – najpierw zahipnotyzowało odbiorców książką „Kiedy płaczą świerszcze”, potem dorzuciło kalkę polskiego debiutu, „Gdzie rzeka kończy swój bieg” i dopiero teraz odsłania przed czytelnikami debiut prawdziwy, czyli „Umarli nie tańczą”. Przy poprzednich pozycjach „Umarli nie tańczą” wypada bardziej blado: jest tu trochę potknięć w konstruowaniu fabuły i trochę naiwności w narracji (motyw tańca, charakteryzującego ludzi, którzy jeszcze nie umarli, powinien nadawać relacji lekko poetyckiego charakteru, ale chyba dałoby się obejść bez niego, tu Martin próbuje jeszcze być dosłowny i dydaktyczny). Są szczegóły, które wybiją odbiorców z rytmu i trochę unieważnią powieściowy świat – ale o tym pisać nie będę.
Jak to zwykle u Martina bywa, zaczyna się od tragedii: żona Dylana, Maggie, rodzi martwego synka i zapada w śpiączkę. Mężczyzna, do tej pory szczęśliwy mąż, mieszkający na odludziu (jak zawsze), nie umie się pozbierać, ale z pomocą przychodzi mu (jak zawsze) prawdziwy przyjaciel, sąsiad, który wraz z Maggie załatwił Dylanowi posadę wykładowcy literatury angielskiej. Żoną Dylana opiekuje się ciężarna uczennica, ofiara gwałtu, która w przyszłości sama będzie potrzebowała pomocy. Dylan musi znaleźć w sobie chęć do życia. Rozebrana do szkieletu fabuła nie brzmi zbyt zachęcająco, ale liczy się też sposób, w jaki została przedstawiona przez Martina, a ten autor wie dobrze, jak uwodzić odbiorców i chwytać ich za serce.
Troszkę się zresztą w pewnym momencie twórca zdradza, w przemyślenia swojego bohatera wplatając własne podejście do pisania – o ton za głośny sentymentalizm odzywa się fałszywą nutą – ale w końcu liczy się ogólne wrażenie. To jest słabsze od reakcji na dwie poprzednie powieści, lecz wystarczające, by przekonać do Martina kolejnych odbiorców. Więcej tu niż wcześniej (chronologicznie – niż później) kwestii Boga i wiary, więcej cudów i wyczynów superbohaterów (scen zabili go i uciekł jeszcze Charles Martin używa jako wyciskaczy łez), mniej za to medycyny w czystej postaci.
Co mi się u Martina podoba zawsze i bez względu na schematyczność – to sfera przyjaźni i przywiązania. Każdy główny bohater ma przyjaciela, który oddałby za niego życie, gdyby zaszła taka potrzeba – i sam może zrewanżować się tym samym. Prawdziwa przyjaźń nie opiera się tu na wielkich słowach, ale na wielkich i bezinteresownych czynach. Szorstkie gesty, kłótnie i spory prowadzą tylko do ugruntowania tego uczucia. Niezależnie od intencji, tworzy Martin kawałek naprawdę niezłego literackiego obrazu przyjaźni, którego nie da się w jego książkach przeoczyć.
Komu spodobała się jedna książka tego pisarza i bez zachęty sięgnie po następne – „Umarli nie tańczą” to powieść, która nie zaskakuje, ale w kategorii literatury obyczajowej zająć musi dość wysoką pozycję.


wtorek, 5 stycznia 2010

Jan Chryzostom Pasek: Pamiętniki

Iskry, Warszawa 2009.

Wyznania szlachcica


„Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska trudno byłoby uznać za nowość czytelniczą – to przecież lektura we fragmentach prezentowana do niedawna nawet w szkołach. Iskry proponują jednak wznowienie, które zainteresuje między innymi studentów filologii polskiej – ci w ramach kursu z historii literatury staropolskiej zapoznać się muszą z owym dziełem. Wydane niedawno „Pamiętniki” zostały bowiem oparte na akademickiej edycji z 1929 roku, porównane z ustaleniami opracowania z Biblioteki Narodowej i z samym rękopisem (kopią „Pamiętników” oraz wersją przekazaną przez Jana Czubka). Jeśli z dziełem Paska zechciałby się zapoznać odbiorca bez filologicznego przygotowania, także nie będzie miał problemów z rozszyfrowaniem tekstu: przede wszystkim dzięki ogromnej ilości przypisów, w których znajdą czytelnicy wyjaśnienia terminów łacińskich, którymi Pasek posługiwał się często, oboczności gramatycznych, wyrazów przestarzałych oraz sformułowań i zwrotów, których znaczenie nie jest dziś jasne. Dodatkowo wydawca – za Janem Czubkiem – wprowadza tu też przypisy objaśniające realia historyczne.
Nie da się czytać „Pamiętników” Paska bez korzystania z informacji zamieszczonych na dole każdej strony, lecz warto zadać sobie ten trud i prześledzić szlacheckie opowieści, uporządkowane w formę memuarów. Pasek snuje gawędy – być może zresztą spisuje opowieści, które powtarzał wiele razy – takie można odnieść wrażenie podczas lektury wartkich, potoczystych historii, snutych niby bez zastanowienia. Pasek nie powtarza się, nie gubi wątków, opowiada barwnie i z humorem. Próbuje przedstawiać interesujące fakty, chętnie powraca pamięcią do wojskowych wypraw, a w ostatnich latach, kiedy znalazł towarzyszkę życia, skupia się bardziej na kwestiach obyczajowych – to tu widać między innymi uroczy opis zmyślnej, tresowanej wydry o imieniu Robak. Pasek najwięcej uwagi poświęca sprawom bitew i potyczek. Kreuje siebie na odważnego i sprytnego szlachcica, dla którego słowo dowódcy jest święte – za to mniej chętnie napomyka o własnym pieniactwie i skłonnościach do zatargów. Niepozbawiony poczucia humoru (kilka anegdot z tomu jeszcze dziś budzi śmiech czytelników), roztacza przed swoimi odbiorcami wizje wielkich przygód i w perspektywie historycznej nieważnych spotkań z dostojnikami państwowymi. Pasek-żołnierz zamiast trofeów gromadzi wspomnienia, Pasek-narrator dba o to, by odpowiednio wyeksponować swoje przeżycia. W opowiadaniu wydaje się niezrównany – zresztą pierwowzór Sienkiewiczowskiego Zagłoby nie mógłby być inny.
Mało w tomie „Pamiętników” obyczajowości. Pasek na modzie się nie zna, na płci przeciwnej też nie, a od cech charakteru przyszłej żony (zresztą dużo starszej, Pasek myśli, że nie ma ona trzydziestu lat, tymczasem dochodzi ona do pięćdziesiątki), woli jej znaczny posag. Dostrzeżone w obcych kulturach sygnały inności przedstawia skrótowo i na zasadzie ciekawostki, rozsmakowuje się za to w szczęku oręża.
Swobodnego tonu i toku wypowiedzi nie ma za to w rozmaitych pismach i przemowach, które Pasek cytuje. Badacze podejrzewają tu czerpanie z gotowych wzorów. Napuszone frazy i podręcznikowa wręcz retoryka nie pasują przecież do dynamicznego i do dzisiaj, mimo licznych łacińskich zwrotów i makaronizmów wplecionych w tekst, atrakcyjnego języka „Pamiętników”. Podobnie nie robią teraz wrażenia rymowane utwory, z rzadka porozrzucane po tomie.
Właściwe memuary Jana Chryzostoma Paska poprzedzone zostały aż dwoma wstępami, dokładnie: przedmową i wstępem. Janusz Tazbir przedstawia Paska, autora zapisków, jako człowieka, który w „Pamiętnikach” konsekwentnie budował własną legendę i sprawdza część rewelacji z tomu. Władysław Czapliński we wstępie nakreśla natomiast szerszą perspektywę, pisząc między innymi o pamiętnikarstwie staropolskim i przedstawia biografię autora. W pisowni zachowane zostały formy gwarowe i ortografia przyjęta dla tekstów z XVII wieku, ale to nie będzie wybijać odbiorców z rytmu lektury.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Jacek Tomasz Roczniak: Woodward. Prawdziwa historia Maksa Woodwarda

Nowy Świat, Warszawa 2010.


Realia świata fantasy

Na okładce opublikowanej przez Nowy Świat książki próżno by szukać tytułu, informacji o autorze czy blurbu. Znajduje się tam jedynie arcydokładny autoportret, wykonany ołówkiem szkic twarzy w dwóch ujęciach – i słowo „Woodward” na grzbiecie obszernego tomu. Wydawnictwo proponuje tym razem opowieść mrożącą krew w żyłach i skomponowaną na dwóch płaszczyznach – realistycznej i fantastycznej. W obrębie tych historii mieszczą się trzy narracje – do zwykłej i baśniowej dochodzi jeszcze stylizacja na archaiczność – wyrazista i celowo przerysowana, a bazująca przede wszystkim na prostych inwersjach – przenoszeniu czasowników na koniec zdania. Jacek Tomasz Roczniak posłużył się modyfikacjami w obrębie języka, by bez zbędnych wyjaśnień przenosić czytelników w różne sfery swojej relacji. Styl pełni w książce funkcję scenografii, narzuca odbiorcom określone konwencje, wprowadza ich w kolejne światy, wykreowane, co trzeba przyznać, bardzo starannie.
Ramę dla opowieści stanowią przerażające fakty – w latach 80. w Stanach miała miejsce seria prób samobójczych dokonywanych przez nastolatków – młodzi ludzie zapadali w śpiączkę, którą przedłużał im pewien starzec, John Bober Banary. Max Woodward, główny bohater tej książki, to pierwsza osoba, która wyrwała się z więzienia Banary’ego – samodzielnie wybudził się ze śpiączki. „Woodward” jest opowieścią stworzoną na podstawie zapisków Maxa oraz jego przyjaciół – Cornela Cummingsa (drugiego, któremu udało się wrócić), Mude Corri i Tonego Sheparda. To historia naznaczona tragizmem – według Cornela, Kolesia – Max znów zniknął, wybrał się, by ocalić kogoś, kto bardziej na ocalenie zasługuje – po lekturze odbiorcy nie będą mieli wątpliwości, o kogo może chodzić.
Rodzina Maxa to rodzina toksyczna – chłopak nie ma szansy na przekonanie do swoich racji despotycznego ojca, nie znajduje też oparcia w matce. Przeprowadzka do willi dziwacznego starca nie poprawia sytuacji – w końcu bohater decyduje się na rozstanie ze światem. Tymczasem pan Banary prowadzi dziwne życie. Całymi dniami przebywa w czytelniach i bibliotekach, rozszyfrowuje tajemnicze znaki i odwiedza w szpitalu dzieci, które są w śpiączce. Szalony starzec dzięki skomplikowanym systemom kamer poznaje wszystkie szczegóły z życia bohaterów – próbuje też dotrzeć do najskrytszych marzeń nastolatków. Nikt nawet nie podejrzewa, jak wykorzystuje zdobytą wiedzę.
Próba samobójcza przenosi bohaterów do Państwa Lalek – krainy sterowanej z zewnątrz przez kogoś, kto dokładnie wie, czego pragną młodzi ludzie. Zbudowana na wzór raju nierzeczywistość to miejsce, gdzie może się zdarzyć wszystko. To także ekskluzywne więzienie: nic dziwnego, że Max i kilkoro jego przyjaciół spróbują stamtąd uciec.
Jacek Tomasz Roczniak łączy ze sobą historię realistyczną i oniryczną. W Państwie Lalek nie obowiązuje znieczulenie na strach czy ból – mimo że to kraina wykreowana sztucznie, a wydarzenia rozgrywają się w umysłach postaci. W pewnym momencie pomysł na za-świat rozrasta się – wyświetlane są kolejne struktury onirycznej rzeczywistości (bez rozgraniczenia na teorię i praktykę), okazuje się, że istnieje cała sieć powiązań między światem prawdziwym a Krainą: starzec, który więzi młodych ludzi to zaledwie jeden z przedstawicieli Państwa Lalek – takich jak on jest wielu. Ucieczka ze snu będzie skomplikowana i trudna, sporo tu chwytów (fabularnych „efektów specjalnych”), które zrobią wrażenie na czytelnikach, zarówno ze względu na ich oryginalność (to jest niewymuszone wplecenie w akcję) jak i spójność. Choć książka Roczniaka liczy ponad 700 stron, czyta się ją jednym tchem – konstrukcja literackiej rzeczywistości nie ma słabych punktów, bo najmniej efektowna partia, stylizacja na archaiczność, jest tu potraktowana jako karykatura – i w ten sposób się broni.
„Woodward” to powieść drogi, historia o poznawaniu siebie, własnych słabości i przekonań. Fikcja miesza się z autentyzmem, obie te dziedziny uzupełniają się i komentują wzajemnie. Roczniak tworzy opowieść podobną do kronik Narnii, tyle że dla dorosłych – tak dobrze i w szczegółach okazuje się dopracowany jego świat. Warstwę społeczną wykorzystuje się w książce dla zwrócenia uwagi na problemy rodzin toksycznych, w których ojciec-alkoholik znęca się nad domownikami. Publicystykę na krawędzi thrillera zapewnia postać szaleńca, Banary’ego, człowieka, który marzy o zapanowaniu na umysłami dzieci. Wizje stworzone w umyśle Maxa to relacja fantasy, migawki z pozaonirycznej codzienności przynoszą partię obyczajową. Sporo tu elementów rodem z psychoanalitycznych porad, buduje zatem Jacek Tomasz Roczniak powieść, którą czytać można na wiele sposobów.
Mimo że osnuta wokół jednej zaledwie biografii (czy quasi-biografii), książka opublikowana przez Nowy Świat urzeka dynamiką. Roczniak zmienia tempa narracji, dobrze stopniuje napięcie i konstruuje fabułę tak, by znaleźli tu coś dla siebie wielbiciele fantasy, horrorów i baśni.

Śmiech Miłosza

„Czyż na to jestem stworzony / By zostać płaczką żałobną?”
Śmiech w poezji Czesława Miłosza.

„Tu Czesław Miłosz, chmurna twarz / klęknij i odmów »Ojcze nasz«” – napisała niegdyś Wisława Szymborska, w tym humorystycznym dwuwersie zawierając niemal całą prawdę o śmiechu w twórczości Noblisty. Bo przeważnie to „chmurna twarz” poety wyziera z wersów. Marsowa mina, gniew, melancholia i smutek, plus poczucie osamotnienia i pesymizm – taki obraz poety tworzy się w efekcie lektury wierszy Miłosza.
Nie oznacza to oczywiście całkowitej rezygnacji artysty z motywu śmiechu. Miłosz kilkakrotnie zmienia się nawet w satyryka. Ale śmiech w jego wykonaniu nie jest beztroskim wyrazem radości czy ujawnianiem poczucia humoru ku pokrzepieniu serc. Nie. Miłosz-satyryk to przede wszystkim szyderca. Okrutny, bezwzględny prześmiewca, chłoszczący biczem bezlitosnego śmiechu swoich przeciwników. Śmiech Miłosza, a raczej ów złowieszczy chichot, rozbrzmiewający z czeluści wierszy, nie nastraja optymistycznie. To śmiech niszczący, destrukcyjny i gorzki.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

niedziela, 3 stycznia 2010

Szymon Kobyliński: Zbrojny pies czyli zestaw plotek

WL, Kraków 1982.



Memuary rysownika

„Zbrojny pies czyli zestaw plotek” Szymona Kobylińskiego to kolejna pozycja memuarystyczna, w której nacisk kładzie się przede wszystkim na niepowtarzalne anegdoty. Autor – rysownik satyryczny – wzorem Jerzego Zaruby, swojego mistrza i przyjaciela, postanowił upamiętnić wydarzenia i ludzi – a także miejsca, które do literatury wstępu raczej nie miały. O ile jednak Zaruba postawił w swoim czasie na prezentowanie życia bohemy i oprowadzał czytelników po Warszawie, o tyle Szymon Kobyliński zdecydował się na utrwalanie pejzaży subiektywnych i w „Zbrojnym psie” opisuje sprawy mało istotne z punktu widzenia historyków, bezcenne natomiast dla koneserów anegdot i prywatnych opowieści.
Zaczyna się „Zbrojny pies” podwojonym portretem. Pierwszy obraz stanowią spotkania z Tuwimem, drobiazgowo odnotowane w liście do Ciotkusza – ulubionej krewnej autora. Widać tu nie tylko radość obcowania ze sławą, ale i rozwijany zmysł obserwacji satyryka. Drugi, choć trochę zafałszowany przez zrozumiały brak dystansu, to wizerunek Jerzego Zaruby, mentora. Tuwima próbował Kobyliński opisać w sposób możliwie jak najpełniejszy. Zaruba pojawia się i znika, wydaje się trudniejszy do uchwycenia. Szymon Kobyliński nie chce kopiować artysty, ale memuary Zaruby stanowią dla niego, przynajmniej na początku, bardzo wyraźny punkt odniesienia.
Z czasem zaczyna autor przechodzić do bardziej osobistych motywów, tak na przykład sporo miejsca zajmuje Śliz, majątek wujostwa w Garwolińskiem – tereny zapamiętane z dzieciństwa przyjmują tu nowy, a przecież nieoryginalny wymiar małego raju na ziemi. Kobyliński przechodzi tu od rejestru pomysłów bohemy do tworzenia sagi, rodzinnej opowieści o przeszłości w wymiarze mikro. Co ciekawe, najbliższej rodzinie poświęca znacznie mniej uwagi niż otoczeniu i przyjaciołom domu – ale to specyfika spojrzenia.
Kobyliński napycha swoją książkę zarejestrowanymi śmiesznostkami z życia, dowcipami sytuacyjnymi i zapomnianymi przez publiczność (wiele z tych anegdotek nadawałoby się do przeniesienia na scenę, nie zaistniały jednak w szerszej świadomości odbiorców). Nawet w aneksie – zbiorze tekstowych ilustracji do kolejnych opowieści – upycha żarty, które nie trafiły do głównego toku wywodu, zaznaczając, że z odrzuconych historii dałoby się skonstruować następną książkę. Jest więc „Zbrojny pies” nie tyle zbiorem plotek, co zbiorem anegdot w dobrym gatunku.
Czyta się te pamiętniki z dwóch powodów. Po pierwsze – właśnie dla owych zabawnych błahostek, celnie przytaczanych przez satyryka, z dobrą dramaturgią i naturalnie eksponowaną puentą. Po drugie dla napawania się klimatem, jaki udało się Kobylińskiemu w książce stworzyć. Chociaż na początku lekko archaiczny (głównie przez niewymuszaną kolokwialność) styl może trochę zakłócać lekturę, już wkrótce pozwoli delektować się plastycznymi, mięsistymi opisami. Zaspokajanie ciekawości, ukłon w stronę faktów z życia znanej (przynajmniej części czytelników) postaci schodzi tu na dalszy plan, bo Szymon Kobyliński chroni swoją prywatność i nie odsłania sekretów codzienności. W swoim pamiętnikopisaniu zachowuje klasę. Opowiada, uciekając ciągle w dygresje, ale opowiada na tyle ciekawie, że bez naruszania sfery intymnej będzie w stanie zaintrygować wymagających odbiorców. Widać w tej publikacji zacięcie literackie Kobylińskiego, nastawienie na odbiorcę, widać też językową poprawność i dbałość o jasny przekaz. Widać i zaangażowanie, refleksję pozbawioną sentymentalności i – spokój, który udziela się także czytelnikom.

sobota, 2 stycznia 2010

Elżbieta Zarych: Baśnie o szczęściu, nieszczęściu i o tym, co jest najważniejsze w życiu

WAM, Kraków 2009.

Cały świat baśni


Tom baśni Elżbiety Zarych to pozycja, której przy kompletowaniu dziecięcej biblioteczki pominąć nie wolno. Dziś, kiedy wiele publikacji z zakresu literatury czwartej wydaje się szybko i bez dopracowania szczegółów, wydawnicza propozycja WAM-u stanowi ewenement. To rodzaj lekturowego slow-foodu, książka, która warta jest więcej niż kosztuje.
„Baśnie o szczęściu, nieszczęściu i o tym, co jest najważniejsze w życiu” składają się tak naprawdę z dwóch aktów kreacji Elżbiety Zarych. Pierwszy stanowią oczywiście historie, baśnie z różnych stron świata (była kiedyś taka seria zeszytów, przeznaczonych dla wielbicieli gatunku, którzy interesowali się różnymi kulturami, bądź też znudzili się wszechobecnym Andersenem). Druga sfera książki, na pierwszy rzut oka mniej istotna, w rzeczywistości niebywale atrakcyjna – to warstwa „ilustracji”. Autorka przygotowała obrazki do prezentowanych przez siebie historii, lecz uczyniła to, stosując rozmaite tkaniny, tasiemki ozdobne, guziki i nici, niekiedy też sięgając po technikę decoupage’u. Pasmanteryjne ozdobniki zachwycają sposobem wykonania – dopiero dłuższe kontemplowanie ich pozwoli wychwycić wszystkie tricki, jakich Elżbieta Zarych użyła. Autorka łączy ze sobą różne materiały – tkaniny zestawia z bibułą, domalowuje brakujące elementy, a guziki o wymyślnych kształtach wkomponowuje w obrazki. Kawałki falistej tasiemki zastąpią wodorosty, a nitka mocująca bibułkowy kwiatek idealnie imitować będzie jego złocisty środek. W pewnym momencie przerwałam lekturę, żeby podziwiać piękne kolaże Zarych – dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Podział baśni ze względu na kontynenty, z których zaczerpnęła autorka motywy do opowieści, podkreślają zarysy państw, wyszyte prostym ściegiem na szarym płótnie. Proste to (choć przecież trudniejsze niż rysunek), a czarujące. Oczywiście ma to swoje słabsze strony – mimo prób podkreślania indywidualności konkretnych miejsc, wszystkie „ilustracje” utrzymane są w jednym stylu, nie ma więc istotnego w takim przypadku zaskoczenia czy wrażenia egzotyczności. Usprawiedliwia jednak to rozwiązanie fakt, że nie mamy do czynienia z oryginalnymi historiami, a imitacjami, a imitacjami, opowieściami, na bazie pewnych motywów.
Elżbieta Zarych prezentuje baśnie z różnych zakątków świata – bez względu na pochodzenie danego wątku (wszystkie próbuje umiejscowić), wszystkie skonstruowane są podobnie. Funkcjonują w nich magiczne przedmioty, zdolne zmieniać los bohaterów, zło zostaje zawsze przykładnie ukarane, a ludzie dobrzy – nagrodzeni – obowiązuje tu więc klasyczna koncepcja baśni, tradycyjne opowieści mają pełnić nie tylko funkcję rozrywkową, ale także dydaktyczną. Nie jest to dydaktyzm nachalny, dzięki czemu po książkę Elżbiety Zarych sięgnąć mogą poza małymi czytelnikami także i dorośli. Historie z tego tomu zaludniają obok zwyczajnych ludzi istoty nie z tego świata, a wiele charakterystyk da się zbudować na prostych opozycjach (biedni – bogaci, dobrzy – źli). Ludzi szlachetnych próbują zepchnąć z drogi szczęścia niegodni, chciwi przewijają się obok wynagradzanych za sprawiedliwość. Każda baśń niesie ważne przesłanie – ale, co wydaje się tu bardziej interesujące – każda baśń wybrzmiewa inaczej, nie ma tu mowy o powtórzeniach, przez co Elżbieta Zarych może przyciągać czytelników do lektury i podsycać ciekawość.
Autorka raczej nie różnicuje języka kolejnych opowieści, posługuje się jednym, melodyjnym i obrazowym stylem, bez względu na realia konkretnej fabuły. Oczywiście stara się zaakcentować koloryt lokalny i wyznaczniki krainy, w której rozgrywa się dana opowieść, ale nie czyni tego na siłę, raczej akcentuje drobiazgi – wie dobrze, że sedno baśni nie kryje się w okolicznościach zewnętrznych, a w przesłaniu, które nie zależy od rodzaju opisu. Dzięki temu nie męczy odbiorców operacjami w obrębie języka i może się skoncentrować na snuciu atrakcyjnej fabuły.
Zebrane w tej książce baśnie są dość krótkie (z rzadka przekraczają dwie strony, ale pamiętać należy o dużym formacie książki i małym świetle między wersami). Ponad pięćdziesiąt zachwycających relacji mieści się w tomie – pojedyncze baśnie można więc potraktować jako idealną lekturę na dobranoc – dostarczają bowiem nie tylko pożywki dla wyobraźni, ale i materiału do przemyśleń na temat życia i ludzkich charakterów.
Elżbieta Zarych przypomina, co w życiu jest najważniejsze. Ładnie wplata kolejne motywy w historię, która przybiera rytm gawędy i, niczym dawne baśnie, przypomina opowieść mówioną. Tom „Baśnie o szczęściu, nieszczęściu i o tym, co jest najważniejsze w życiu” zaspokoi gusta najbardziej wybrednych odbiorców.


piątek, 1 stycznia 2010

Sandor Marai: Wyspa

Czytelnik, Warszawa 2009.


Samotność wśród ludzi


Sandor Marai to jeden z pisarzy, którzy łatwe do zwulgaryzowania i spłycenia tematy potrafi podnieść do rangi tworzywa sztuki – przy lekturze jego niespiesznych, chociaż kipiących od wrażeń narracji taki wniosek się nasuwa. Wydana w Czytelnikowskiej serii małej prozy „Wyspa” owo spostrzeżenie potwierdza, pozwala też budzić podziw dla pisarskiego kunsztu węgierskiego autora oraz dla precyzyjnej konstrukcji opowieści.
Viktor Henrik Askenasi, profesor filologii, zatrzymuje się w Dubrowniku podczas podróży z Francji do Grecji. Zwyczajne codzienne rozmowy hotelowych gości rażą swoją powierzchownością i uzależnieniem od konwencji. Nikt nie wie – i nikt nie ma prawa się dowiedzieć, co przyczyniło się do faktu, że prawie pięćdziesięcioletni uczony zdecydował się na samotne wojaże pozornie bez celu. Tymczasem Askenasi ma wreszcie możliwość zastanowienia się nad własną przeszłością, przeszłością, która dziś nie wydaje się zbyt bulwersująca (choć książka powstała w 1934 roku i należy wziąć pod uwagę ówczesne realia), doprowadza jednak do tragedii. Bohater w wieku czterdziestu siedmiu lat zdradza swą żonę, Annę (z którą ma córkę) z pewną tancerką. Musi zmierzyć się z otoczeniem, które już go osądziło, musi uporządkować życie – wydaje im się, że przy kochance Elizie, odnalazł swoje miejsce. Dziś podobne zachowanie określa się mianem kryzysu wieku średniego – i nie budzi ono już większych emocji. Sandor Marai każe swojemu bohaterowi opuścić także drugą kobietę – i wyjechać jak najdalej. Pamięć o błędach ostatniego roku popycha Askenasiego do działań, których prawdopodobnie sam by się po sobie nie spodziewał.
Marai zbudował intrygę, której nie powstydziliby się autorzy kryminałów, jeszcze raz potwierdzając myśl, że tworzywem powieści rozrywkowych i arcydzieł są te same wielkie tematy – miłość oraz śmierć. Podobieństwa jednak w tym miejscu się kończą – Marai porzuca konwencję literatury rozrywkowej już na poziomie kreacji bohatera, wybiera literaturę piękną – i pisze „Wyspę” tak, by w równym stopniu emocjonować się fragmentowanym portretem postaci co warstwą narracji, płynnej opowieści o świecie, w którym Askenasi się porusza. Autor odsłania przed czytelnikami tajemnice profesora bardzo powoli, rozpoczyna – to chwyt znany z wielu jego książek – od powolnego i precyzyjnego nakreślania sytuacji, pejzaży i ludzi z hotelu. Opowieść rozwija się bez nerwowości, Sandor Marai łagodnie i płynnie wprowadza czytelników w świat przez siebie tworzony. Pomaga mu w tym rytm poetyckich niemal i mocno rozbudowanych melodyjnych zdań. Narracja jest tu tak misterna, że może udźwignąć każdą historię. Marai pozwala opowieści chwilę trwać, dopiero potem włącza się z podbarwioną sensacjami akcją – po kawałku odsłania sekrety mrocznej przeszłości profesora. Proponuje migawki z jego życia od przełomowego momentu – właściwie trudno tu mówić o „migawkach”, do tego pisarza pasuje bardziej określenie: obrazy. Także przy prezentowaniu burzliwej egzystencji Askenasiego Marai nie przyspiesza, snuje relację w stałym rytmie tak, że uwagę odbiorców przykuwa w równym stopniu dramatyczna przeszłość bohatera, co język, jakim historia jest opowiadana. Marai ogranicza dialogi, by dać w pełni wybrzmieć opisowi. W rezultacie ta niewielka książeczka nasyca się dodatkowymi emocjami, dostarcza też czytelnikom okazji do estetycznych zachwytów. Kluczem do odczytania tej powieści staje się jednak samotność. „Wyspa” pokazuje oddalenie człowieka od innych, niewyobrażalne wręcz wyobcowanie i pustkę, która może przyczynić się do ujawnienia skrywanej strony osobowości.
Nie brakuje tu oczywiście autotematycznych wstawek – Marai zwykle w najmniej spodziewanym momencie wprowadza ten motyw, by przekazać kilka trafnych uwag na temat tworzenia. „Sens słów nie jest tylko tym, co one same w sobie znaczą, lecz jest również tym terenem, który oświetlają. Człowiek idzie w ciemności, świeci się tylko kilka słów” – pisze autor. Zgrabne metafory dobrze wyłapują istotę sztuki – zresztą Marai własnymi powieściami ilustruje głoszone tezy.