* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Martin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Martin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Charles Martin: Piorun i deszcz

WAM, Kraków 2013.

Kowboj i obrońca

Charles Martin w „Piorunie i deszczu” pozostaje sobą pod względem tematów i upodobań narracyjnych, ale rezygnuje – na szczęście – z oklepanych schematów i proponuje rytm zupełnie inny niż w poprzednich powieściach. Sprawia to, że jego najnowsza książka dostarcza rozrywki (a i wzruszeń, bo autorowi zawsze zależy na wyciskaniu łez z oczu czytelników), a przy tym nie jest tak boleśnie przewidywalna jak poprzednie fabuły.

Powracają tu motywy dla Martina bardzo typowe: akcja rozgrywa się z dala od zgiełku wielkich miast, na odludnych terenach Ameryki. W pobliżu przepływa rzeka (o symbolice tego motywu wiedzą już wszyscy czytelnicy Martina), bohater to twardziel o dobrym sercu i ze skomplikowaną przeszłością; pojawia się też skrzywdzona kobieta i dziecko, które trzeba uchronić przed niebezpieczeństwami. Jest tu kilka scen walk, z których bohater tylko cudem wychodzi cało. Wszystko natomiast zostało utrzymane w konwencji westernu oraz… romansu psychologicznego. To coś dla miłośników czarno-białych obrazków i nagromadzenia sentymentów.

Ty jest strażnikiem Teksasu. Z powodu odniesionych ran przeszedł na emeryturę i zamierza zająć się wychowywaniem syna i rozwodem z żoną. Pewnego dnia – i oczywiście, jak to u Martina bywa, w dramatycznych okolicznościach – trafia na kobietę z córką. Obie uciekają od złej przeszłości i bardzo potrzebują pomocy. Ty postanawia zaopiekować się nimi, a ta decyzja oznacza, że powróci do życia strażnika. Z sylwetką obrońcy skontrastowana została postać małej Hope. Dziewczynka skrzywdzona przez byłego partnera matki jest dojrzała nad wiek, ale też wciąż bardzo naiwna i bezbronna. Opowiada historię z własnej perspektywy – przedstawiając ją w listach do Boga. Sporo rozumie, wie o sprawach, o których nie mają pojęcia dorośli, a dodatkowo jako jedyna wierzy w sens gorących próśb i modlitw. W tej dziecięcej kreacji nie ma tonu kaznodziejskiego, jest za to wzruszająca moc nadziei. Mała Hope kocha Kowboja – i daje świadectwo swojego przywiązania.

Charles Martin nie rezygnuje też z achronologicznej narracji. Tym razem rozdziały przedstawiające powieściową teraźniejszość przeplata krótkimi skokami do przeszłych wydarzeń, nie każe czytelnikom zastanawiać się nad podróżami w czasie, ale dokładnie oznacza kolejne wyprawy. W ten sposób może spowolnić proces odsłaniania tajemnic, a także sugerować nieujawniane dotąd sekrety. Martin wykorzystuje również charakterystyczne dla siebie metody budowania napięcia, wie dobrze, jak przedstawiać zbliżające się niebezpieczeństwo. Za to kiedy dochodzi już do dramatycznych scen, wydaje się, że przesadza: musi wprawdzie wypełnić konwencję westernowych walk i starć, w których nie ma litości – a jednocześnie momentami zapomina o ograniczeniach, które sam na bohaterów sprowadza. Pamięta o psychologicznych konwencjach strzelanin, ale Ty jest poza nimi, to powieściowy superbohater.

Superbohater bezbronny w obliczu uczuć do kobiet. Pod warstewką akcji czają się bowiem w tej powieści problemy w związku. Ty został zdradzony przez żonę, a małżeństwo ostatecznie rozbiły jej psychiczne komplikacje – ale bohater przez cały czas próbuje myślami wrócić do przeszłości i odbudować to, co zniszczone. Mimo odniesionych w małżeństwie ran wierzy, że wszystko uda się jeszcze naprawić. Tym samym niespodziewana obecność Sam z córką nie oznacza prostego przełożenia na zalążek romantycznej przygody. Zgodnie z westernową konwencją w poznawaniu dobra i zła nie ma półcieni – ale w warstwie psychologicznej ukrywa się mnóstwo rozmaitych tonów. Dla tych, którzy czytali poprzednie książki Martina, ta nie będzie żadnym zaskoczeniem – ale znaczna poprawa w lekturze wynika z zarzucenia kopiowanego dotąd konstrukcyjnego szkieletu.


sobota, 25 czerwca 2011

Charles Martin: W pogoni za świetlikami

WAM, Kraków 2011.

Historia nieprawdziwa

Jest kilka motywów, które obowiązkowo pojawiać się muszą w kolejnych powieściach Charlesa Martina – i o ile w pewnym momencie autor ten zarzucił zalecaną przez szkoły kreatywnego pisania konstrukcję tomów, o tyle z paru elementów swoich historii zrezygnować nie chce. „W pogoni za świetlikami” to kolejna jego powieść obyczajowa, w której wyraźny zamiar grania na emocjach czytelników trochę kłóci się ze schematyzmem sprawdzonych już chwytów. Martin bardzo przywiązał się do określonych krajobrazów, rekwizytów i charakterów. I w jego kolejnej książce ponownie mamy do czynienia z odludnym miejscem, domem na uboczu, z nieokiełznaną rzeką, którą bohater poznawał od dziecka i oswoił dla siebie, z dobrymi ludźmi o pogmatwanej i tragicznej przeszłości, a nawet, co też dla tego pisarza typowe – z chorobami prezentowanymi tak szczegółowo, jakby był Martin pasjonatem i znawcą medycyny. To elementy stare i sprawdzone. Nowa jest lekka modyfikacja we wprowadzaniu migawek z przeszłości: Martin już nie trzyma się kurczowo naprzemiennego układania rozdziałów ze wspomnieniami i relacji z teraźniejszości, chociaż w pewnej chwili odczuwa pokusę, by do tych wygodnych kolein wrócić.

Tym razem Charles Martin przygotowuje sporo trudnych przeżyć dla części swoich bohaterów, którzy normalnie podlegają literackiej ochronie, ale dla złagodzenia przykrości przesuwa dramaty w przeszłość. Jest tu kilkuletnie dziecko, maltretowane przez konkubenta matki i przez samą rodzicielkę, wyrzucone z jej samochodu na moment przed tragicznym wypadkiem. Jest kuzynka głównego bohatera, wykorzystywana seksualnie przez ojca w dzieciństwie, serią nieuleczalnych chorób pokutująca za etap prostytucji i narkomanii w życiu. Dziecko nie mówi, ale komunikuje się z otoczeniem zachwycającymi rysunkami. Kuzynka umiera, pociechę stanowi fakt, że w gronie najbliższych. Chase Walker, reporter lokalnej gazety, ma przygotować artykuł o odnalezionym malcu. Wujek Chase’a przygarnia małego chłopca tak samo jak przed laty zaopiekował się przyszłym reporterem – a Chase odkrywa powoli własną tożsamość. Mnóstwo ciemnych sprawek rzutuje na mroczną przeszłość rodziny i, jak to u Martina zwykle bywa, wychodzi na jaw w mniej lub bardziej prawdopodobnych zbiegach okoliczności. Ten autor przepada za wydarzeniami mocnymi, wręcz szokującymi, lekko wpisuje je w codzienność swoich postaci. Dla przyjemności czytelników skazuje swoje wymyślone byty na całe serie cierpień. Nie skupia się na detalach, stawia na duże sprawy i silne wzruszenia, by zwrócić na siebie uwagę.

Charlesowi Martinowi przy pisaniu przyświeca zasada, że autor musi wiedzieć więcej od czytelnika. Chociaż same powieści sprawiają czasem wrażenie pisanych według jednego klucza, autor sugeruje, że stworzenie kolejnych wątków poprzedziły wnikliwe badania. Cała intryga kryminalna, stanowiąca tu szkielet fabuły, kojarzy się z gotowymi scenariuszami. Wywiad z lekarzem jest zestawem informacji, których nie byłoby jak uzasadnić w zwykłej narracji. A przy tym przyjemnością będzie śledzenie języka tej książki. Martin (w naprawdę dobrym tłumaczeniu Julity Makowieckiej) pisze stylem lekko lirycznym, oniryczno-baśniowym, a przy tym zakorzenionym w surowym pejzażu: odludne rejony dobrze pasują do tego rodzaju narracji. Liczy się tu magia słów, która wynagradza brak prawdopodobieństwa, to na płaszczyźnie języka rozgrywają się rzeczy cieszące podczas lektury. Charles Martin jest kuglarzem literackim, chociaż książki układa według jednej, określonej ściśle recepty, wynagradza to rytmem swojej prozy.


czwartek, 9 grudnia 2010

Charles Martin: Otuleni deszczem

WAM, Kraków 2010.

Siła przeszłości

Do tej pory wydawane w Polsce powieści Charlesa Martina oparte były na jednym fabularnym schemacie. Mieściło się w nich kilka charakterystycznych dla tego autora motywów, kilka symboli, powielanych niezależnie od pomysłu na książkę. Charles Martin jawił się raczej jako dobry rzemieślnik niż prawdziwy pisarz – a ciągłe wracanie do jednego sposobu rozwijania historii mogło się w końcu odbiorcom znudzić, podobnie zresztą jak emocjonalność opowieści. W „Otulonych deszczem” odchodzi jednak ten autor od wypróbowanych pomysłów i zdecydował się na przedstawienie całkiem nowej historii – chociaż pewne formalne schematy da się i tu dostrzec.

Tucker, bohater książki, jest samotnikiem o skomplikowanej przeszłości. W dzieciństwie przeżywał prawdziwe dramaty, cierpiąc z powodu despotycznego ojca alkoholika – mógł polegać jedynie na trzech osobach: przyrodnim bracie, który pewnego dnia pojawił się w domu, dziewczynce z sąsiedztwa – Katie, oraz pani Elli, opiekunce, nadzwyczaj rozmodlonej, surowej lecz kochającej. Po wielu latach w życiu Tuckera znowu pojawiają się towarzysze z minionych lat. Mutt ma problemy psychiczne, ale ucieka ze szpitala i schronienie znajduje u brata. Katie z kilkuletnim synkiem próbuje zniknąć z oczu mężowi – przypadkiem trafia do Tuckera. Pani Ella od dawna nie żyje, ale wciąż istnieje w głowie bohatera, strofując go jak dziecko, radząc i pouczając. Niespodziewanie dom Tuckera zaczyna tętnić życiem, a w synku Katie bohater dostrzega siebie sprzed lat. Usiłuje zapewnić maluchowi szczęśliwe dzieciństwo, nie wiedząc o tym, że zdobywa serce jego oraz jego matki. Mutt, odporny na rozmaite rodzaje leczenia, dociera do źródeł swojej traumy. Tucker jeszcze może spróbować przebaczyć ojcu…

Jak zawsze, łączy Charles Martin elementy przeszłości i teraźniejszości, pokazuje, jak dawne dzieje rzutują na aktualnie podejmowane decyzje, a to, co minęło, odkrywa stopniowo, choć nie tak rytmicznie jak dotąd. Wprowadza też tym razem trzecią przestrzeń – za sprawą dialogów, rozgrywających się w głowie Tuckera, spajających wspomnienia i wydarzenia rzeczywiste. To dzięki tym rozmowom pani Ella – na wzór głosu sumienia i dobrej niani w jednym – wciąż żyje. Być może próbuje w ten sposób Martin nieco złagodzić krzywdy, jakich kobieta doznawała: opisy brutalnych pobić, turpistyczne i nieprzyjemne dla czytelników, są tu naprawdę mocne – zastąpiły one szczegóły dotyczące przebiegu chorób u postaci z poprzednich tomów. Tym razem choroba tkwi w psychice Mutta – i Martin nie zarzuca odbiorców informacjami o leczeniu, zmniejsza ilość medycznych komentarzy, w zamian za to koncentrując się na drobiazgach w momentach przestoju akcji. Kiedy bohater jedzie samochodem, autor nie stosuje żadnych skrótów w narracji, a dokładnie opisuje większość czynności kierowcy, to nie zawsze jest potrzebne. Nadmierna drobiazgowość czasem może męczyć – inna rzecz, że przyzwyczajonych do stylu Martina to nie zaskoczy.

Ładne są w książce obrazy miłości w różnych jej wymiarach. Uczucie do przyjaciółki z dzieciństwa jest dość typowe. Ale już wizja zachwyconego nowym opiekunem dziecka może wyciskać łzy z oczu co wrażliwszych czytelników, podobnie zresztą jak sceny z powracającym do życia Muttem. Znacznie gorzej wypada, moim zdaniem, kreacja pani Elli – to kobieta, która irytuje, jej postawa niespełnionego kaznodziei szybko męczy. Religijność postaci przemienia się w prowadzącą do świętości martyrologię – i chociaż pani Ella nie jest pozbawiona złośliwego poczucia humoru, jej cierpiętniczość przyćmiewa ślady dowcipu. Szkoda, można było naszkicować tę postać mniej schematycznie, by lektura nie przeradzała się chwilami w tanie pouczenia.

sobota, 6 marca 2010

Charles Martin: Maggie

WAM, Kraków 2010.


Życie ze słów

Czekałam na książkę, w której Charles Martin nie będzie już mógł korzystać z aktualizowanego we wszystkich poprzednich wydanych w Polsce powieściach schematu – i doczekałam się, „Maggie” wreszcie uwalnia się od medycznych wstawek i zagrożeń życia, ale zmiana szkieletu konstrukcyjnego sprawia, że bardziej wyraźne stają się inne struktury chętnie przez Martina wykorzystywane. Coś za coś – a „Maggie”, choć fabularnie dość późno się rozkręca, znowu przynosi czytelnikom sporo wzruszeń. Zniesie to, kto lubi prozę Martina. Lub – kto szuka lekko łzawych, dramatycznych fabuł.

„Maggie” to kontynuacja losów bohaterów powieści „Umarli nie tańczą”. Dylan Styles odzyskuje ukochaną żonę (która po wybudzeniu się ze śpiączki do normalnego życia powraca błyskawicznie) – a wkrótce też zaczyna na nowo snuć marzenia o dziecku. Większy nacisk kładzie autor na niegdyś dalszoplanowych bohaterów – Amandę, żonę Amosa, pastora Johna oraz Bryce’a, odludka i dziwaka. Wszyscy oni przeżyli w przeszłości rozmaite tragedie, a za dawne błędy przyjdzie im płacić po latach. Amanda po raz kolejny znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, z Bryce’a uczynił Martin komandosa i superbohatera, przy którym Superman wygląda na przedszkolaka, a tłem dla wydarzeń okażą się położone z dala od skupisk ludzkich farmy i lasy nad rzeką.

Z jednego Charles Martin nie zrezygnował: z mrożących krew w żyłach scen, podczas których bohaterowie mogą po kilka razy stracić życie, ale z których jednak wychodzą cało. Na takich scenach buduje autor nie tylko fabułę, ale i całą płaszczyznę emocji. Stopniuje napięcie, w sielskie obrazki wprowadzając poczucie zagrożenia i atmosferę strachu, najpierw bez podawania przyczyn. Potem lęk zaczyna się krystalizować, przybiera konkretne formy, a uczucia bohaterów przez cały czas udzielają się czytelnikom – na tym zresztą polega magia prozy Charlesa Martina, ale żeby jej się poddać, trzeba przymknąć oko na powtarzalność schematów.

Bohaterowie – jak i w poprzednich książkach – są raczej nieskomplikowani. Maggie cechuje przede wszystkim siła i pogoda ducha (scena jej gniewu to zaledwie malutka próba przełamania monotonii), Dylan z nauczyciela pisania z powrotem przedzierzgnął się w farmera, jest prostolinijny i w porównaniu z tomem „Umarli nie tańczą” przestaje się liczyć. Amandy nic nie wytrąci z równowagi, Amos jak zwykle troszczy się o wszystkich – i na tym tle jedna postać pozytywnie się wyróżnia. To Bryce, który w „Umarłych” funkcjonował gdzieś na marginesie historii. Tu Bryce został zaprezentowany jako superkomandos, człowiek o niewyobrażalnych umiejętnościach i ponadnaturalnej wytrzymałości, lecz – o nieprzewidywalnej dla innych psychice. Bryce może się okazać śmiertelnym wrogiem, jeśli nie poradzi sobie z demonami przeszłości i jeśli dadzą o sobie znać stare urazy. Przez tę postać Charles Martin wprowadza do książki element dramatu, Bryce robi na czytelnikach duże wrażenie.

Trochę mniej jest w „Maggie” prób poetyzowania. Tym razem autor raczej nie posługuje się rozbudowaną symboliką i metaforami, stawia na dynamiczną akcję i sporą dawkę emocji, chociaż dba też o płynną, przyjemną dla odbiorców narrację – wie w końcu, że „nasze życie składa się ze słów”. Ze względu na nieco zmienioną formę opowieści rezygnuje też z wyrazistego przeplatania aktualnej relacji retrospekcjami – czasem tylko bohater wraca pamięcią do czasów dzieciństwa, kiedy musi wytłumaczyć fragmenty kodu, którym porozumiewa się z Amosem: wtedy ilustruje odpowiednimi przykładami zagadkowe dialogi.

W „Maggie” pojawiają się dwa główne tematy, które się nie uzupełniają, a sytuują obok siebie – pierwszy to pragnienie posiadania dziecka – ów motyw zdominował początek książki. W drugiej połowie został jednak zagłuszony i prawie zapomniany za sprawą akcji rodem z thrillerowego kryminału, by powrócić dopiero w finale.

Charles Martin ma tendencje do sentymentalizmu – lecz taka postawa jest chyba powodowana znakomitą znajomością warsztatu pisarza. Każą mi tak sądzić niekonwencjonalne, lecz bardzo Martinowskie podziękowania, zamykające tom. Ten autor z pewnością wie, jak wstrząsnąć czytelnikami i doprowadzić ich do łez ze wzruszenia. To nie genialny artysta, ale bardzo dobry rzemieślnik – i dlatego dalej z ciekawością będę go czytać dla zabicia czasu.

środa, 6 stycznia 2010

Charles Martin: Umarli nie tańczą

WAM, Kraków 2009.

Nadzieja mimo wszystko

Wiem, że Charles Martin to kuglarz, wiem, że powiela sam siebie w kolejnych powieściach. Wiem, że to nie geniusz literatury a zręczny fachowiec – i co z tego? Jego książki i tak czytam z przyjemnością, bo poza przewidywalnymi schematami to mimo wszystko kawał dobrej literatury rozrywkowej. Ten autor znieczula – po lekturze kilku jego tomów przestaje się zwracać uwagę na zestaw emocji, obliczonych na silne wzruszenia czytelników, a mimo tego, mimo powtórzeń, wąskiego repertuaru chwytów i podobnej tematyki sięgam po te powieści z przyjemnością, kiedy chcę odpocząć. Być może jest to przyjemność płynąca z odkrywania tego, co już znane – ale nie da się ukryć, że okazuje się Martin autorem zabijającym monotonię długich zimowych wieczorów monotonią swoich fabuł. Kto przeczytał jedną książkę Charlesa Martina, to jakby przeczytał je wszystkie. Z punktu widzenia krytyki to literackie samobójstwo, z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy – rewelacyjny wyciskacz łez na wysokim poziomie.
Walczą we mnie krytyk, domagający się nowych bodźców, nowych wzruszeń i nowych konstrukcji, z leniwym czytelnikiem, któremu przewidywalność powieści odpowiada, a rytm narracji zaspokaja potrzeby estetyczne. Wiem, że skuszę się na kolejną książkę Martina, chociaż w niczym nie będzie się ona różnić od poprzednich. Ostatnio zresztą amerykańscy i angielscy pisarze przełączyli się na seryjne produkowanie powieści, każdą następną wypełniając podobnymi treściami i do każdej przykładając tę samą formę. Zysk przede wszystkim. Charles Martin przynajmniej wciąga.
Wydawnictwo WAM przyjęło całkiem rozsądną strategię publikowania tych historii – najpierw zahipnotyzowało odbiorców książką „Kiedy płaczą świerszcze”, potem dorzuciło kalkę polskiego debiutu, „Gdzie rzeka kończy swój bieg” i dopiero teraz odsłania przed czytelnikami debiut prawdziwy, czyli „Umarli nie tańczą”. Przy poprzednich pozycjach „Umarli nie tańczą” wypada bardziej blado: jest tu trochę potknięć w konstruowaniu fabuły i trochę naiwności w narracji (motyw tańca, charakteryzującego ludzi, którzy jeszcze nie umarli, powinien nadawać relacji lekko poetyckiego charakteru, ale chyba dałoby się obejść bez niego, tu Martin próbuje jeszcze być dosłowny i dydaktyczny). Są szczegóły, które wybiją odbiorców z rytmu i trochę unieważnią powieściowy świat – ale o tym pisać nie będę.
Jak to zwykle u Martina bywa, zaczyna się od tragedii: żona Dylana, Maggie, rodzi martwego synka i zapada w śpiączkę. Mężczyzna, do tej pory szczęśliwy mąż, mieszkający na odludziu (jak zawsze), nie umie się pozbierać, ale z pomocą przychodzi mu (jak zawsze) prawdziwy przyjaciel, sąsiad, który wraz z Maggie załatwił Dylanowi posadę wykładowcy literatury angielskiej. Żoną Dylana opiekuje się ciężarna uczennica, ofiara gwałtu, która w przyszłości sama będzie potrzebowała pomocy. Dylan musi znaleźć w sobie chęć do życia. Rozebrana do szkieletu fabuła nie brzmi zbyt zachęcająco, ale liczy się też sposób, w jaki została przedstawiona przez Martina, a ten autor wie dobrze, jak uwodzić odbiorców i chwytać ich za serce.
Troszkę się zresztą w pewnym momencie twórca zdradza, w przemyślenia swojego bohatera wplatając własne podejście do pisania – o ton za głośny sentymentalizm odzywa się fałszywą nutą – ale w końcu liczy się ogólne wrażenie. To jest słabsze od reakcji na dwie poprzednie powieści, lecz wystarczające, by przekonać do Martina kolejnych odbiorców. Więcej tu niż wcześniej (chronologicznie – niż później) kwestii Boga i wiary, więcej cudów i wyczynów superbohaterów (scen zabili go i uciekł jeszcze Charles Martin używa jako wyciskaczy łez), mniej za to medycyny w czystej postaci.
Co mi się u Martina podoba zawsze i bez względu na schematyczność – to sfera przyjaźni i przywiązania. Każdy główny bohater ma przyjaciela, który oddałby za niego życie, gdyby zaszła taka potrzeba – i sam może zrewanżować się tym samym. Prawdziwa przyjaźń nie opiera się tu na wielkich słowach, ale na wielkich i bezinteresownych czynach. Szorstkie gesty, kłótnie i spory prowadzą tylko do ugruntowania tego uczucia. Niezależnie od intencji, tworzy Martin kawałek naprawdę niezłego literackiego obrazu przyjaźni, którego nie da się w jego książkach przeoczyć.
Komu spodobała się jedna książka tego pisarza i bez zachęty sięgnie po następne – „Umarli nie tańczą” to powieść, która nie zaskakuje, ale w kategorii literatury obyczajowej zająć musi dość wysoką pozycję.