* * * * * * O tu-czytam

sobota, 6 marca 2010

Charles Martin: Maggie

WAM, Kraków 2010.


Życie ze słów

Czekałam na książkę, w której Charles Martin nie będzie już mógł korzystać z aktualizowanego we wszystkich poprzednich wydanych w Polsce powieściach schematu – i doczekałam się, „Maggie” wreszcie uwalnia się od medycznych wstawek i zagrożeń życia, ale zmiana szkieletu konstrukcyjnego sprawia, że bardziej wyraźne stają się inne struktury chętnie przez Martina wykorzystywane. Coś za coś – a „Maggie”, choć fabularnie dość późno się rozkręca, znowu przynosi czytelnikom sporo wzruszeń. Zniesie to, kto lubi prozę Martina. Lub – kto szuka lekko łzawych, dramatycznych fabuł.

„Maggie” to kontynuacja losów bohaterów powieści „Umarli nie tańczą”. Dylan Styles odzyskuje ukochaną żonę (która po wybudzeniu się ze śpiączki do normalnego życia powraca błyskawicznie) – a wkrótce też zaczyna na nowo snuć marzenia o dziecku. Większy nacisk kładzie autor na niegdyś dalszoplanowych bohaterów – Amandę, żonę Amosa, pastora Johna oraz Bryce’a, odludka i dziwaka. Wszyscy oni przeżyli w przeszłości rozmaite tragedie, a za dawne błędy przyjdzie im płacić po latach. Amanda po raz kolejny znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, z Bryce’a uczynił Martin komandosa i superbohatera, przy którym Superman wygląda na przedszkolaka, a tłem dla wydarzeń okażą się położone z dala od skupisk ludzkich farmy i lasy nad rzeką.

Z jednego Charles Martin nie zrezygnował: z mrożących krew w żyłach scen, podczas których bohaterowie mogą po kilka razy stracić życie, ale z których jednak wychodzą cało. Na takich scenach buduje autor nie tylko fabułę, ale i całą płaszczyznę emocji. Stopniuje napięcie, w sielskie obrazki wprowadzając poczucie zagrożenia i atmosferę strachu, najpierw bez podawania przyczyn. Potem lęk zaczyna się krystalizować, przybiera konkretne formy, a uczucia bohaterów przez cały czas udzielają się czytelnikom – na tym zresztą polega magia prozy Charlesa Martina, ale żeby jej się poddać, trzeba przymknąć oko na powtarzalność schematów.

Bohaterowie – jak i w poprzednich książkach – są raczej nieskomplikowani. Maggie cechuje przede wszystkim siła i pogoda ducha (scena jej gniewu to zaledwie malutka próba przełamania monotonii), Dylan z nauczyciela pisania z powrotem przedzierzgnął się w farmera, jest prostolinijny i w porównaniu z tomem „Umarli nie tańczą” przestaje się liczyć. Amandy nic nie wytrąci z równowagi, Amos jak zwykle troszczy się o wszystkich – i na tym tle jedna postać pozytywnie się wyróżnia. To Bryce, który w „Umarłych” funkcjonował gdzieś na marginesie historii. Tu Bryce został zaprezentowany jako superkomandos, człowiek o niewyobrażalnych umiejętnościach i ponadnaturalnej wytrzymałości, lecz – o nieprzewidywalnej dla innych psychice. Bryce może się okazać śmiertelnym wrogiem, jeśli nie poradzi sobie z demonami przeszłości i jeśli dadzą o sobie znać stare urazy. Przez tę postać Charles Martin wprowadza do książki element dramatu, Bryce robi na czytelnikach duże wrażenie.

Trochę mniej jest w „Maggie” prób poetyzowania. Tym razem autor raczej nie posługuje się rozbudowaną symboliką i metaforami, stawia na dynamiczną akcję i sporą dawkę emocji, chociaż dba też o płynną, przyjemną dla odbiorców narrację – wie w końcu, że „nasze życie składa się ze słów”. Ze względu na nieco zmienioną formę opowieści rezygnuje też z wyrazistego przeplatania aktualnej relacji retrospekcjami – czasem tylko bohater wraca pamięcią do czasów dzieciństwa, kiedy musi wytłumaczyć fragmenty kodu, którym porozumiewa się z Amosem: wtedy ilustruje odpowiednimi przykładami zagadkowe dialogi.

W „Maggie” pojawiają się dwa główne tematy, które się nie uzupełniają, a sytuują obok siebie – pierwszy to pragnienie posiadania dziecka – ów motyw zdominował początek książki. W drugiej połowie został jednak zagłuszony i prawie zapomniany za sprawą akcji rodem z thrillerowego kryminału, by powrócić dopiero w finale.

Charles Martin ma tendencje do sentymentalizmu – lecz taka postawa jest chyba powodowana znakomitą znajomością warsztatu pisarza. Każą mi tak sądzić niekonwencjonalne, lecz bardzo Martinowskie podziękowania, zamykające tom. Ten autor z pewnością wie, jak wstrząsnąć czytelnikami i doprowadzić ich do łez ze wzruszenia. To nie genialny artysta, ale bardzo dobry rzemieślnik – i dlatego dalej z ciekawością będę go czytać dla zabicia czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com